Strona z pasji, która w tydzień zaliczyła 25 tysięcy odwiedzin

Gdy uruchamiam swój nowy blog czy serwis, spodziewam się zazwyczaj około 100, może tysiąca wejść w pierwszym tygodniu. Moja najnowsza strona zaliczyła jednak w pierwszym tygodniu dwadzieścia pięć tysięcy odsłon. To był chyba strzał w dziesiątkę.

Też tak macie, że w głowie siedzi milion pomysłów na kolejne strony, z tego kilka wydaje się wam prawdziwymi hitami – tylko czasu brak aby do nich usiąść. I trochę strach, że co jeśli jednak się mylimy? O wiele bezpieczniej jest marzyć o sukcesie niż ten sukces osiągnąć.

Jednym z moich pomysłów na stronę, którego nigdy nie udawało mi się zrealizować, to społecznościowa wyszukiwarka połączeń lotniczych (ale bez ciśnienia – jeśli ktoś zna sposób na dojechanie pociągiem na drugi koniec kontynentu za grosze, też dobrze). Jedni szukają, wrzucają do bazy i zdobywają sławę i uznanie. Inni korzystają. Taki trochę wykop dla globetroterów i ludzi, którzy chcą dostać się do pracy w Londynie.

Zebrałem się w sobie i zrobiłem:

wziuum.com

Jest to tylko początek – pomysłów mam bowiem wiele – ale okazało się, że jest to coś, co się ludziom podoba. Prosty interfejs, bez zbędnych wodtrysków i miliona opcji. Jeśli szukasz lot, wpisz miasto lub miasta w wyszukiwarkę. Jeśli znasz połączenie – dodaj je. Nawet nie musisz się logować (ale zalogowanie dodaje dodatkowe opcje i wkrótce dodawać będzie jeszcze więcej). Jeśli masz dodatkowe pytania do danego połączenia, dodaj komentarz.

Proste? Proste. I takie, mam nadzieję, zostanie. Pojawią się nowe funkcje, wynikające naturalnie z tego czego tam brakuje i rozwiązujące kolejne problemy.

Mam nadzieję, że będzie to kiedyś miejsce, od którego każdy będzie zaczynał planowanie podróży. Że szukając połączenia znajomy znajomemu będzie rekomendował wziuum. Już teraz to róbcie bo już teraz jest warto. (Prawda?)

Jeśli jedziesz na wakację, zastanów się nim skorzystasz z biura podróży

Sezon wakacyjny przed nami, więc to chyba dobry moment na ten krótki wpis. Jak wiecie lubię sobie czasem gdzieś wyjechać, ale jak zapewne nie wiecie, nigdy jeszcze nie jechałem z biurem podróży. Co prawda nachodzi mnie czasem myśl, by jednak spróbować, ale po relacjach innych zdania nie zmienię: wyjazd wolę sobie sam zorganizować i przynajmniej być pewnym, że nie przepłacę i dostanę dokładnie to, czego oczekuję.

Co jest złego w jeżdżeniu z biurami podróży?

Podstawowa sprawa: za kolosalne pieniądze sprzedają ci złudzenie wakacji. Oto dwa linki, które koniecznie przeczytajcie:

Co jest fajnego w jeżdżeniu na własną rękę?

Podstawowa sprawa: bo się będziesz dobrze bawił. W podpunktach:

  • zapłacisz o wiele mniej niż w przypadku wyjazdu zorganizowanego przez biuro. Już pomijam  fakt, że odpada prowizja biura, pośrednika i inne dziwne naleciałości. Wyjazd samemu jest zwyczajnie  tańszy i tyle
  • jedziesz w takim terminie, jaki ci pasuje, a nie jaki pasuje do turnusu wycieczki
  • zwiedzasz dokładnie to co sam chcesz, a nie to gdzie zaprowadzi cię przewodnik. Poświęcasz na to zwiedzanie tyle czasu, ile chcesz i jeśli coś cię zaciekawi, to to sobie dokładnie oglądasz, a nie biegniesz za przewodnikiem
  • poznajesz ludzi i społeczność do której jedziesz. Uwierz mi – w Egipcie nie wszyscy chodzą w hotelowych dwurzędowych marynarkach. Być może to będzie dla ciebie minus, ale dla mnie obejrzenie brudnej ulicy i nędzy jest o wiele lepszym doświadczeniem niż leżak nad basenem. Chcesz leżak nad basenem – jedź na mazury do Mikołajek. Dostaniesz o wiele mniejsze złudzenie rzeczywistości niż w Tunezji czy Grecji

Jak sobie zorganizować samemu wyjazd?

Za pierwszym razem zapewne będzie to dla ciebie nieco kłopotliwe, ale na pewno szybko nabierzesz doświadczenia. I nie bój się. Wiem, że wizja zorganizowania sobie przejazdu i pobytu w miejscu odległym o tysiące kilometrów od domu potrafi przerażać, ale jak mawiał Konfucjusz „podróż tysiąca mil zaczyna się od jednego kroku”. Wystarczy zacząć, a zobaczysz, że wszystko będzie dobrze.

Jak dotrzeć?

  • Jeśli wybierasz się do Niemiec, Austrii, Czech czy Słowacji, jedź lądem. Tu polecam polskibus.com, którym można dotrzeć w te miejsca za naprawdę śmieszne pieniądze (mnie wycieczka do Wiednia kosztowała 20 złotych w dwie strony).
  • Jeśli wybierasz się na wschód, możesz skorzystać z pociągu. Dojazd na Krym na Ukrainie – chyba z tysiąc kilometrów – to zaledwie 60 złotych w jedną stronę
  • Jeśli wybierasz się gdziekolwiek (dotyczy powyższych myślników jak i reszty świata), sprawdź oferty tanich linii lotniczych. Ale i niekoniecznie tych tanich. LOT miewa niskie ceny, a co środę organizuje mini wyprzedaże o nazwie Szalona Środa.
  • Przeglądaj fly4free.pl oraz loter.pl – to chyba główne blogoidy w Polsce, na których codziennie są doniesienia o kilku tanich połączeniach z rożnymi miejscami świata. To jest świetna metoda dla tych, którzy nie wiedzą jeszcze gdzie jechać. Sam tak pojechałem do Gruzji, Austrii i miałem kupiony za śmieszne pieniądze bilet do Syrii (jednak z okazji rozpoczęcia rewolucji w tym kraju, LOT zwrócił mi kasę za bilet i odwołał połączenia, tak oto trafiłem na Krym).
  • Możesz rozważyć autostop. Sam nigdy nie jeździłem stopem w Polsce, ale w krajach docelowych zdarzało mi się bardzo często.

Gdzie spać?

  • Sam zawsze zaczynam szukanie noclegu na hostelworld.com. Znaleźć tam można oferty nie tylko hosteli ale i bed&breakfast czy nawet hoteli. W zasięgu mają cały świat. A sortowanie ofert po cenach sprawia, że zawsze znajdziesz coś taniego.
  • Jeśli chcesz nocować za darmo, spróbuj hospitalityclub.org czy couchsurfing.com. Sam nocowałem tak tylko raz, co sprawiło, że zdecydowałem jednak korzystać z hosteli, ale u mnie nocowało tak już wiele osób.
  • Ostatnio hitem staje się airbnb.com, ale sam jeszcze nie korzystałem. Serwis ma na celu kojarzenie osób, które chcą wynająć komuś swoje mieszkanie na wakacje z tymi, którzy takich ofert szukają.
  • Są też i polskie odpowiedniki powyższej strony – chociażby WakacyjnyWynajem.pl (polskie, nie znaczy, że tylko z ofertami z Polski, bo można tam sobie zorganizować na przykład nocleg na wakacje w Chorwacji).
  • Jadąc na wschód właściwie możesz jechać na ślepo bez załatwiania noclegu. Po dotarciu na miejsce idź na miejscowy dworzec kolejowy czy autobusowy. Na pewno będą tam stać ludzie z ofertami wynajęcia kamnat, a jeśli nawet nie, zawsze możesz zapytać kogoś o to. Wystarczy się nie bać (wiem, że łatwo powiedzieć)

Jak zwiedzać?

Przyznaję się, że bardzo długo popełniałem błąd i jeździłem gdzieś bez przewodnika papierowego. Od kilku ostatnich wyjazdów jednak przekonałem się jaki to jest rewelacyjny wynalazek. Kosztuje kilkadziesiąt złotych, a sprawia, że zwiedzasz o wiele więcej, nawet więcej niż gdyby prowadził cię lokalny przewodnik.

Bez papierowego przewodnika właściwie ograniczałem się do zwiedzania głównych miast i to nie całych, a jedynie ich starówek – tego co widzą wszyscy. Z książką ręku docierałem w miejsca, o których nie miałbym pojęcia.

Już nie wspomnę, że taki przewodnik dostarcza Ci mnóstwa dodatkowych informacji o lokalnych zwyczajach, języku, kuchni, czy nawet pomoże ci we wspomnianych wyżej problemach z dotarciem czy znalezieniem noclegu.

Moje referencje?

Zapewne wpis ten przeczyta wiele osób, które parskną śmiechem gdy dowiedzą się o moim doświadczeniu. Nie dziwię się – wiele razy sam na swoich szlakach takie spotykałem (nawiasem mówiąc, jeśli też je spotkacie, na pewno spędźcie kilka chwil na rozmowie z nimi, na pewno dostaniecie sporo tips’n’tricks odnośnie tego jak podróżować), ale:

  • pierwszy raz z domu uciekłem gdy miałem trzy lata i był to też pierwszy mój kontakt z milicją 😉 Ale to historia na inną okazję
  • pierwszy raz poza Polskę na własną rękę w gronie przyjaciół wyjechałem z końcem liceum – Praga, więc nic wielkiego.
  • pierwszy raz wyjechałem gdzieś zupełnie sam organizując sobie transport: dwa tygodnie w Estonii i Finlandii (dotarłem autobusem a potem promem)
  • najbardziej spontaniczny wyjazd: w piątek wieczorem pomyślałem, że fajnie by było zobaczyć jak wygląda Ryga na Łotwie i w sobotę rano już tam byłem i nawet sobie nocleg znalazłem. Nawiasem mówiąc: wygląda bardzo ładnie
  • najdłuższy wyjazd, to jak zapewne wiecie 3,5 miesiąca w Rwandzie w Afryce
  • najmniej zorganizowane noclegi miałem w Gruzji, gdzie zwiedziłem 6 miast i miasteczek – gdy do nich jechałem nie wiedziałem jeszcze gdzie będę spał, ale zawsze coś się znajdowało
  • do tego wiele innych wyjazdów do: Włoch, Austrii, Słowacji, Danii, na Litwę, Białoruś, Ukrainę. Czuję, że o czymś zapomniałem.

I tyle. Uwierzcie, że zorganizowanie sobie zwiedzania starówki w Tbilisi jest tylko ciut ciut trudniejsze niż zorganizowanie sobie zwiedzania starówki w Warszawie czy Krupówek w Zakopanem.

Krym w kilku słowach

Wróciłem. Nie będzie to jednak długi wpis, jak ten o Wiedniu i Bratysławie, a jedynie meldunek, że jestem i żyję. Całość, jeśli starczy mi zapału, rozbiję na kilka wpisów. Inaczej się nie da.

Kurcze, cały czas mi się marzy jakiś dodatkowy netbook, który zabierałbym na takie wyprawy, by pisać na bieżąco. Tak jest najlepiej, bo teraz już część emocji uleciała. Może ktoś chce zasponsorować w ramach reklamy na blogu? 😉

Góra Ajudah - jeden z symboli Krymu

Góra Ajudah - jeden z symboli Krymu

Podstawowe wrażenie: trzeba tam będzie wrócić, może już na wiosnę za rok. Wyznaję zasadę „jeden wyjazd w życiu w jedno miejsce, życie jest zbyt krótkie, a świat zbyt wielki, by tracić czas na deptanie tych samych ulic i szlaków po kilka razy”. Problem jednak w tym, że sam Krym jest zbyt duży, by udało się go zwiedzić w dwa tygodnie. Kilka dni przed wyjazdem wyciągnęliśmy mapę, by się przekonać jak malutki kawałek tego półwyspu udało nam się zobaczyć. I jeśli tylko ten fragment zaparł nam dech w piersiach, to co z nami będzie, gdy ruszymy kiedyś dalej?

Miejsca jakie odwiedziliśmy na Krymie

Miejsca jakie odwiedziliśmy na Krymie. Interaktywna pełna wersja po kliknięciu na obrazku.

Było i wspaniale, ale i były chwile, że miało się wszystkiego dość. Niesamowite barwy wody czasem przestawały mieć znaczenie, gdy ostre kamienie dna raniły stopy. Dwudziestosześciogodzinna podróż pociągiem z Krymu do polskiej granicy okazała się chwilą w porównaniu z trzynastoma godzinami na granicy. „Krym to stan umysłu” – myśli sobie człowiek, gdy przechodzi przez proces zakupu biletu kolejowego, czy choćby odwiedza toaletę 😉

Wszystko to wyjaśnię –  mam nadzieję – w kolejnych wpisach.

Skąd wiadomo, że jutro jadę na urlop?

A no na przykład stąd, że odezwał się do mnie dziś klient, który nie odzywał się już z pół roku, że coś co mu robiłem, nagle przestało działać.

Albo na przykład po tym, że na dzisiejszy dzień moja firma hostingowa zaplanowała sobie upgrade MySQL wskutek czego – jak być może widzieliście – blog był wywalony do góry nogami przez pół dnia, a na inne moje strony nie mogłem się zalogować.

Pożary jednak ugaszone. Jutro wyruszam na podbój Austrii i Słowacji.

(I żeby wkurzyć niektórych, którzy muszą teraz ciężko pracować, napiszę, że to nie jest mój ostatni urlop w tym roku. Ba, to nawet nie będzie mój ostatni urlop w tym miesiącu 😉 )

Nie mam Wam nic do powiedzenia ;)

A jak zapewne już zauważyliście, od jakiegoś czasy gdy nie mam nic do powiedzenia, to nic nie piszę. Nie to co kiedyś, gdy nie było dnia bez wpisu (ale i też kiedyś – mam tu na myśli Rwandę – działo się o wiele, wiele więcej).

Coś jednak mi każe się z Wami pożegnać. Nie na długo, a na dwa tygodnie, bo – jeśli ktoś z Was pamięta – miałem zamiar lecieć do Gruzji i ten wylot to już jutro.

Dziś się spakowałem. Tak jak się spodziewałem pół plecaka mam puste 🙂 A i tak czuję, że są w nim rzeczy, których ani razu nie wyjmę. Zostało mi tylko jutro wymienić pieniądze, dotrzeć do Warszawy i fru.

Nie biorę ze sobą żadnego laptopa (de facto dziś mojego kochanego Acera wysłałem na trzecią naprawę gwarancyjną) więc nie spodziewajcie się wpisów, przynajmniej nie spodziewajcie się wpisów wielowyrazowych.

Jako, że na lotnisku będę jutro na samolot czekał 5 godzin, miałem plan, że wtedy ułożę sobie plan zwiedzania. Traf chciał, że ułożyłem go – mniej więcej – teraz. Jeśli kogoś on interesuje to wygląda on tak:

  • ląduję w piątek w Tbilisi bardzo wcześnie rano (a właściwie o trzeciej w nocy). Lotnisko jest z dala od miasta ale mam zamiar zaczepić jakichś ludzi w samolocie i zaproponować wspólne zrzucenie się na jakieś taxi
  • Do niedzieli zwiedzam Tbilisi i okolice
  • Od poniedziałku do czwartku planuję wyprawę na zachód. Bez dokładnego planu co gdzie i jak. Na pewno chce zwiedzić Vardzię (wykute w skale miasteczko) i dotrzeć nad morze.
  • W piątek w Tbilisi zjawi się grupka Polaków, z którymi od tygodni rozmawiam na temat potencjalnego wspólnego zwiedzania. Wracam więc do stolicy i razem z nimi w sobotę jadę spłynąć sobie na oponach górską rzeką (albo popatrzeć jak oni spływają), pozwiedzać w niedziele winiarskie regiony (wiecie, że Gruzja była pierwszym krajem na świecie który produkował wina?), a  poniedziałek zobaczyć Kazbegi – klasztor, którego zdjęcie kilka lat temu sprawiło, że wiedziałem, że któregoś dnia odwiedzę Gruzję (i oto nadchodzę)
  • Wtorek i środa to powolne wracanie do Tbilisi i w czwartek o 6 rano jestem w Polsce.

Tak oto wygląda ten Kazbegi:

Na koniec podziękowania dla Krzysztofa Dąbrowskiego, właściciela strony kaukaz.pl i gruzja24.pl za wypożyczenie mapy i przewodnika po Gruzji 🙂

Malaria, niechciana pamiątka z wakacji

Pamiętacie moją serię artykułów o malarii, jaką pisałem ostatniej zimy? Wydaje mi się, że wakacje to lepsza pora na przestrzeganie przed zagrożeniami jakie nas mogą spotkać na wakacjach. Postaram się aby było ciekawie. Tamte wpisy zapewne mało kto już pamięta, a tymczasem na pewno jakaś część z Was właśnie pakuje paszporty, okulary słoneczne i rusza do ciepłych krajów (tak jakby dziś w Polsce wcale nie było ciepło).

Na początek mapka zapożyczona z Wikipedii pokazująca obszary, które malarią są zagrożone. Odnajdźcie na niej swój kraj docelowy. Jeśli jest nim, któryś z krajów „kolorowych” czytajcie dalej, aby się dowiedzieć, czy musicie się bać i jak zminimalizować ryzyko zarażenia się zarodźcem malarii.

(Pamiętajcie też, że na pewno rzetelniejsze informacje o malarii znajdziecie znajdziecie na takich stronach jak malaria.com.pl czy Centrum Informacji Medycyny Podróży, a już na pewno w gabinetach lekarzy medycyny tropikalnej)

Najpierw ta zła wiadomość: malaria bywa chorobą śmiertelną, przeciw której nie można się zaszczepić. Na szczęście tu właściwie się kończą złe wiadomości (jakkolwiek strasznie by nie zabrzmiały).

Prawda jest jednak na szczęście taka, że w przeciągu ostatnich dziesięciu lat stwierdzono tylko jedenaście przypadków „zaimportowania” malarii do Polski (liczba Polaków chorujących na miejscu w krajach tropikalnych nie jest mi znana, ale jestem pewien, że jest o wiele rzędów wartości większa). Malarię roznoszą komary widliszki, ale tylko statytycznie co trzechsetny kłując nas wstrzykuje nam zarodźca. Z tego właśnie powodu oraz także dlatego, że wielu turystów świadomie zabezpiecza się przed tą chorobą, tak rzadko słyszymy o jej przywiezieniu do Polski jako niechcianej pamiątki z wakacji.

W jaki sposób można sie choroby ustrzec? Załóżmy, że porada typu „nie jedź do krajów malarycznych” nie wchodzi w grę (i słusznie). Zatem podstawowe rzeczy jakie musisz zrobić to:

Po pierwsze dowiedz się o tej chorobie jak najwięcej. Tutaj u mnie na blogu, w gabinetach lekarzy medycyny tropikalnej (zwłaszcza tam) czy na wspomnianych wyżej dwóch stronach. Poznanie wroga to już połowa sukcesu.

Po drugie jadąc do krajów tropikalnych zabierz ze sobą leki przeciwmalaryczne. Nazw specjalnie nie będę wymieniał, bo różne leki stosuje się w różnych częściach świata. Leki jak sama nazwa wskazuje służą do leczenia, gdy już jesteśmy chorzy, ale normalną praktyką, zalecaną jest ich branie w czasie całego pobytu w krajach zagrożonych malarią. W takim wypadku nabywamy coś w rodzaju odporności: gdy do naszej krwii trafi zarodziec malarii, lek zwalczający jego już będzie tam na niego czekał.

Po trzecie (notujecie to sobie? 😉 ) repelenty. Najlepiej jest je kupić w miejscowej aptece w kraju docelowym, ale także w Polsce wypatrujcie środków zawierających w składzie DEET. To substancja uważana obecnie za najbardziej nielubianą przez komary i mogę to potwierdzić na bazie własnych doświadczeń. Najlepszy (bo najtańszy i skuteczny) jest preparat firmy Bros, ale możecie oczywiście kupić także inne.

Po czwarte unikajcie tak zwanych szarych godzin. Komary najaktywniejsze są podobnie jak i w Polsce, o zachodzie i wschodzie słońca. Te momenty przeznaczcie raczej na śniadanie i kolację wewnątrz budynków niż na zwiedzanie.

Po piąte i chyba ostatnie (a może ktoś z Was w komentarzach coś dopowie na bazie własnych doświadczeń?) moskitiery. W hotelach zwróćcie uwagę czy takie znajdują się nad łóżkiem (najczęściej tak właśnie będzie), a jeśli ich nie zauważycie, zapytajcie o nie obsługę. Jestem niemal pewien, że nie będzie z tym problemu. Możecie też na wszelki wypadek kupić swoją własną, ale zdecydowanie w kraju do którego jedziecie! W Polsce moskitiera kosztuje nawet 80zł podczas gdy w krajach Afryki nie będzie kosztowała drożej niż kilka dolarów. Zwyczajnie szkoda pieniędzy.

I tyle na poczatek (bo jak wspomniałem przez wakacje ukazywać się będą kolejne antymalaryczne wpisy tutaj). Pięć słów: wiedza, leki, repelenty (spraye), szare godziny, moskitiery. Te kilka prostych zasad sprawi, że jedyne wspomnienia z Waszych wakacyjnych wyjazdów do ciepłych krajów nie będą miały nic wspólnego z malarią.

P.s. Pochwalcie się gdzie jedziecie w komentarzach 🙂 Ja też w tym roku wybieram się do kraju, który delikatnie zahacza o kolorowe obszary na powyższej mapie, więc na pewno opiszę tutaj także swoje przygotowania do „wyprawy” 🙂

Nieco o malarii

Temperatura za oknem spadła poniżej zera – czas więc napisać co nieco na jakiś abstrakcyjny temat. Takim tematem na pewno jest Afryka, afrykański upał i malaria, o której wspominałem już dwa tygodnie temu 🙂

Wbrew pozorom jednak pisanie w środku zimy o podróżach (i związanych z nimi problemach) do ciepłych krajów nie jest wcale takie od rzeczy. Każdy moment roku jest dobry na wypad do Afryki czy w inne okolice okołorównikowe. Tak, wiem, że ciężko to sobie teraz wyobrazić, ale naprawde choć u nas w Polsce jest tak zimno, że niedługo połowa z nas będzie chodzić w dwóch parach skarpet (na koniec tygodnia zapowiadane jest minu dwadzieścia) ludzie na równiku mimo, że jest grudzień nie mają zbyt wielkiego pojęcia co to znaczy mróz, śnieg czy poranne skrobanie szyb w samochodach 🙂

Moim zdaniem właśnie zimą wypad do Afryki jest najbardziej uzasadniony (szczerze dziwi mnie to, że właśnie latem większość z nas patrząc na oferty turystyczne zastanawia się czy z polskiego upału uciec w upał tunezyjski lub tanzański). Ale ja nie o tym. Miałem zamiar przestrzegać wyjeżdżających przed potencjalnymi chorobami. Nawet jeśli mało kto teraz wybiera się do Afryki, wpis ten na pewno spokojnie doczeka sobie lata i wtedy zostanie przeczytany przez nieco więcej osób. 🙂

* * *

Przeglądam na GoldenLine fora podróżnicze, przeglądam w usenecie grupę pl.rec.turystyka.tramping i często zdarzają się pytania o malarię, jaki lek brać. Odpowiedź jaka najczęściej pada ściśle wynika z doświadczeń odpowiadającego: brał lek XYZ, przeżył więc na pewno lek ten jest najlepszy.

Jak się łatwo domyśleć, to że dana osoba brała jakiś lek i nie zachorowała wcale nie oznacza, że i w naszym przypadku lek ten także zadziała. Trzeba tutaj uważać z tego typu poradami z co najmniej dwóch powodów:

Po pierwsze można w ogóle nie brać żadnego leku i nie zachorować. Nie oznacza to jednak, że malaria w miejscu gdzie pojechaliśmy nie występuje, a znaczy po prostu że mieliśmy szczęście. Tak samo jest w przypadku źle dobranego leku. Możemy nieświadomie wybrać lek nie działający i mieć szczęście i nie zachorować. Jeśli jednak spotkamy na swojej drodze nieodpowiedniego komara, bardzo szybko internetowa porada okaże się niewiel warta.

Druga sprawa o której wiele osób zapomina, lub zwyczajnie nie wie: świat tropikalny jest podzielony na cztery strefy malaryczne, a podział ten jest związany z wykształconą przez zarodźca malarią na konkretne składniki leków. Zarodziec malarii w Meksyku na pewno będzie odporny na leki jakie są polecane do Afryki czy Azji. Dlatego też nie warto wierzyć w internecie w porady „byłem na równiku i lek XYZ zapewnił mi odporność przez wiele miesięcy”. Jak wiadomo równik ma ponad 40 tysięcy kilometrów długości.

* * *

Może więc się warto zaszczepić przeciw malarii? Tu akurat odpowiedź jest prosta: nie. Nie, bo szczepinki nie ma, niestety.

Nie zapomnijcie jednak o szczepieniach przeciw innym chorobom. Lista jest długa, a na jej czele wirusowe zapalenie wątroby (WZW) typu A oraz B. Do tego dochodzą inne szczepienia jak dur brzuszny czy tężec. Nazwy tych szczepień na pewno brzmią dla Was choć trochę znajomo. Owszem, bo wszyscy byliśmy na te choroby szczepieni we wczesnym dzieciństwie, jednak trzeba pamiętać, że szczepienia te nie dały nam dożywotniej odporności. Większość z Was jest już znów podatna na zarażenie tężcem przy skaleczeniu, jednak nie zaraż się bo ten patogen jest obecnie dość rzadki w Polsce. Jednak nie w Afryce. Przypomina mi się tutaj rwandyjski przepis zakazujący pod groźbą mandatu chodzenia boso. Wprowadzono go właśnie z uwagi na tężec. Rwandy nie stać na szczepienia, więc ryzyko zachorowania wśród mieszkańców na tą chorobę jest bardzo wysokie. Stosuje się więc profilaktykę zastępczą.

* * *

Wracając do malarii, gdzie szukać porad i pomocy? Zdecydowanie nie na forach intenetowych i zdecydowanie w gabinetach lekarskich. Ludzie odpowiadający na forach nie zdają sobie sprawy z odpowiedzialności jaka na nich spoczywa. Z lekarzem jest inaczej.

Dobrym kompromisem jest strona internetowa www.malaria.com.pl czy Centrum Informacji Medycyny Podróży. Jest tam całkiem sporo informacji o tej chorobie, fajna mapka z zaznaczonymi strefami malarycznymi, ale przede wszystkim przydatna wyszukiwarka przychodni, w których można dowiedzieć się więcej o tej chorobie i zdobyć receptę na leki przeciwmalaryczne.

Ponadto: zabierzcie ze sobą repelenty przeciw komarom. Osobiście polecam marki BROS z uwagi na cenę (około 6 złotych, co jest niczym w porównaniu z reklamowanymi Raidami itp) i na zawarty w nich związek DEET uznawany za najskuteczniejszy odstraszacz komarów (co potwierdzam). Raczej unikajcie preparatów opartych na ziołach.

Poza tym zadbajcie o moskitierę, jeśli nie nad łożkiem (która jest nieźle wkurzająca nad ranem, gdy opada nam na głowę i budzi przed czasem) to przynajmniej w oknie. W pokoju w którym zamieszkacie sprawdźcie od razu jakość moskitiery w oknie. Na 100% będzie dziurawa, więc warto mieć ze sobą zwykłą taśmę klejącą by pozaklejać owe dziury 🙂

I na koniec: nie panikować. Jak ugryzie Was komar (a ugryzie na pewno) nie oznacza to jeszcze końca świata. Statystycznie jeden na 300 komarów roznosi malarię (to się jednak różni w zależności od regionu świata), więc strach jednak ma trochę większe oczy niż powinien.

* * *

A już na zupełny koniec polecam się ubezpieczyć. Trochę to kosztuję, ale byłoby zupełną głupotą nie zrobienie tego. Wypadk się zdarzają, szczególnie w podróży.

Przypomina mi się tutaj historia sprzed roku opisana na wspomnianej wyżej grupie dyskusyjnej. Turysta który wyjechał do Turcji nie pomyślał o ubezpieczeniu. Niby nie jest to tak daleko, podróż nie miała trwać długo więc można sobie odpuścić. Pech jednak sprawił, że turysta uległ poparzeniom od kuchenki gazowej. To sprawiło, że wylądował w szpitalu płacąc kilkaset złotych za dzień pobytu. Jakby tego było mało, poparzenia okazały się tak duże, ze odpadał zwykły powrót i trzeba było wynająć śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. W przypadku interwencji LPR poza granicami kraju to poszkodowany (lub ubezpieczyciel) otrzymuje rachunek, a w tym wypadku wyniósł on ponad… 30 tysięcy złotych.

* * *

To tyle na razie o malarii. Podobny wpis zamieszczę jeszcze na starym blogu Konrad Jest w Rwandzie, bo choć nie prowadzę go już aktywnie to widzę w statystykach, że wciąż wiele osób trafia na niego z google pytając o malarię. Jeśli ktoś z Was ma jakieś pytania, śmiało zamieszczajcie je w komentarzach. Ale nie pytajcie który środek leczniczy wybrać – nie mam odwagi decydować o Waszym życiu 🙂