Google: oglądaj reklamy, albo płać

Klaruje się nowa strategia Alphabet (Google) i zarazem koniec przyjemnych czasów dla internautów. Wszyscy już pewnie zauważyli, że od niedawna można pozbyć się reklam z mobilnej wersji Youtube płacąc za Youtube Premium (a przy okazji w darmowej wersji reklamy zrobiły się nieco bardziej uciążliwe: do tej pory niepomijalne reklamy trwały maksymalnie 5 sekund, teraz jest to trzy razy dłużej).
I dziś kolejny symptom nowej strategii. Jakiś czas temu Google już zapowiedziało, że blokery reklam w Chrome będą działać znacznie gorzej (teraz reklamę można zablokować jeszcze zanim pobrana zostanie z sieci, więc nie są wykonywane zbędne połączenia i zużywany transfer) ale już niedługo to nie będzie możliwe. Dziś uzupełnili tę informację: będzie to działać po staremu, ale tylko w przypadku “enterprise” użytkowników Chrome (czyli firm płacących Googlowi za support).
Nie oceniam czy to dobrze czy źle. Mieliśmy fajne czasy, ale się one powoli kończą wraz z rosnącym monopolem Google. Fajne czasy za to zaczynają się dla branży reklamowej.
No chyba, że ktoś używa Firefoksa. W nim nadal będzie można blokować reklamy po staremu. Zatem instalujcie bo to też może ostatni fajny moment otwartej sieci – prędzej czy później Google zacznie użytkownikom innych przeglądarek niż googlowy Chrome serwować gorsze wersje stron czy w ogóle blokować.

Google to restrict modern ad blocking Chrome extensions to enterprise users

0

Rozszerzenie do przeglądarki by łatwiej wpisywać hasło do kontora Alior

Gdy logujesz się do kantora Alior hasło musisz wpisywać w ten sposób:

(to nie jest mój prawdziwy adres email)

Jest to strasznie niewygodne i dość łatwo się pomylić przepisując z zapamiętanego hasła odpowiednie literki. Właśnie dziś się kolejny raz pomyliłem.

Przemek podpowiedział mi, że on sobie odpala konsole ruby, wpisuje hasło jako zmienną i potem pobiera odpowiednie znaki ze zmiennej i wpisuje je ręcznie na stronie.

Bardzo dobry pomysł, który natchnął mnie by zrobić to jeszcze prościej. I tak w pół godziny stworzyłem rozszerzenie do Firefoksa, które na stronie logowania wyświetla okienko na podanie całego hasła i samo uzupełnia odpowiednie pola:

(serio, to nie jest mój adres email)

Jeśli ktoś chce używać:

  • Rozszerzenie dla Firefoksa
  • Rozszerzenie dla Chrome i pochodnych (jeszcze nie ma, chodź kod jest ten sam; po prostu nie chce mi się publikować na razie. Napisz mi w komentarzu jeśli potrzebujesz, a może zmotywuje mnie to do publikacji w odpowiedniej bazie 🙂 )
  • Kod źródłowy, tego typu rozszerzenia są potencjalnie niebezpieczne bo bawią się hasłami i to w dodatku do platform gdzie trzymacie pieniądze. Dlatego też przejrzyj ów kod sam by się przekonać, że wpisane hasło nie trafia nigdzie indziej niż do odpowiednich krateczek na stronie Aliora. To tylko 10 linijek kodu. Oczywiście jeśli nadal się boisz, nie używaj 🙂 Zrobiłem te rozszerzenie głównie dla siebie.
1

W końcu Firefox jest taki jak powinien być (i jest lepszy od Chrome)

Wszyscy się teraz o tym rozpisują, więc i ja nie mogę odpuścić: wróciłem do Firefoksa po tułaniu się po różnych przeglądarkach i zostanę już na dobre. Nie ma bowiem powodów by dać się mniej lub bardziej szpiegować w innych przeglądarkach.

Dlaczego? Oto najważniejsze powody, przeczytaj i sam(a) zdecyduj czy nie warto Firefoksowi dać kolejnej szansy (lub go poznać jeśli od zawsze korzystaliście np z Chrome)

(Aha, najpierw uwaga. Mówię o wersji na komputery. Niestety na Androida Firefox wciąż jest ociążałą cegłą, której nawet przy dobrych chęciach używać się nie da)

Jest szybki

Firefox 57 to podsumowanie wielu prac przy silniku poczynionych w ostanich miesiącach. Nie jest to totalna wymiana silnika renderującego strony, ale krok po kroku przepisano każdy jego najważniejszy komponent. Efekt jest taki, że Firefox jest tak samo szybki jak Chrome. Nie będę podawał liczb, po prostu zainstaluj i sam się przekonaj.

Znika więc największa bolączka Mozilli, czyli udawanie, że jest dobrze z wydajnością. Takie podejście prawie ukatrupiło Firefoksa w ostatnich latach, gdy wszyscy się przesiedli na Chrome. Czy teraz wrócą? Są dwa powody, by to zrobić:

Używa tych samych rozszerzeń co Chrome

Trochę upraszczam w tym nagłówku, ale chodzi o to, że Firefox przeszedł teraz na tzw WebExtensions – rozszerzenia pisane wg pewnej specyfikacji. Wg tej samej specyfikacji pisane są rozszerzenia do Chrome czy Opery. Oznacza to, że teoretycznie rozszerzenia do Chrome będą od razu działać też w Firefoksie. Muszą tylko przez autora zostać opublikowane w “sklepie” Firefoksa (a zapewne już wkrótce pojawi się jakiś dodatek by instalować rozszerzenia bezpośrednio ze sklepu Chrome, tak jak to ma Opera).

Wiele osób postrzega to jako wadę, bo Firefox porzucił swój własny, oparty na XUL standard rozszerzeń. I po części ich rozumiem, bo XUL dawał o wiele większe możliwości niż WebExtensions.

Ale dla mnie te zrównanie w dół (tak, Firefox w tym wypadku nie staje się bezwględnie zły, a po prostu na tym samym poziomie co Chrome) to trade off, który trzeba było poczynić. Wszystkie przeglądarki używają HTML w tym samym standardzie, wszystkie używają tego samego CSS i JS i doskonale zdajemy sobie sprawę im bardziej ten standard będzie spójny, tym lepiej dla twórców witryn (i nas, użytkowników). I tak samo z roszerzeniami: posiadanie wielu standardów to niewygodne rozdrobnienie. Firefox zrównał w dół, bo to Chrome ma dominującą pozycję. Mam nadzieję, że teraz wszystkie przeglądarki razem będą rozwijać ten standard.

Podsumowując co najważniejsze: jeśli masz w Chrome swoje ulubione rozszerzenia, nie ma już technicznych przeszkód by nie działały one w Firefoksie.

Nie szpieguje!

Jest to dla mnie orgomnie ważne. Nie mam nic super ważnego do ukrycia, ale bardzo nie lubię tego uczucia, że siedzi nade mną jakiś algorytm, który patrzy na to, co robię. Nawet jeśli jest to kompletnie anonimowe to jednak zawsze działa zasada, że obiekt obserwowany zmienia się pod wpływem obserwacji. Mieliście kiedykolwiek tę myśl, że “oho, jestem już na pewno na jakimś radarze” gdy wpisywaliście w google “terroryzm przyczyny”? Czuliście dyskomfort płacąc kartą w aptece za jakiś lek (jeśli nie, to powinniście)? Zdarzało wam się polajkować artykuł na Financial Times tylko dlatego, że chcecie by facebookowe algorytmy, nawet jeśli nie patrzy na to żaden prawdziwy człowiek, zakwalifikowały was do tej “lepszej” grupy użytkowników?

Na tym właśnie polega zmienianie się pod wpływem obserwacji: nawet jeśli jesteście 100% przekonani, że żaden człowiek was nie widzi, mikromodyfikujecie swoje zachowanie, tylko po to by bezduszny algorytm lepiej o was myślał. I nie udawajcie, że tego nie robicie, każdy tak robi. Dla mnie jest to bardzo niewygodne uczucie.

Chrome jest przeglądarką tworzoną przez firmę, która zarabia na reklamach i zależy jej by te reklamy jak najardziej dopasować do użytkownika. Każda zainstalowana przeglądarka Chrome ma swój unikalny indentyfikator, który wysyła wraz z informacją o waszej aktywności na serwery Google. Powyżej wspomniałem tylko o bezwiednym śledzeniu was, ale pamiętajcie też, że żyjemy w dobie, gdy amerykańskie firmy muszą współpracować z NSA gdy te je o to poprosi i nie mogą tego ujawniać (no i znowu właśnie trafiłem na jakiś radar, może i wy trafiacie czytając to).

Przełamanie monopolu

Ilu z was wie, że przeglądarka Opera to tak naparwdę kolejna wersja Chrome? Vivaldi tak samo, tak samo Brave (przeglądarka tworzona przez byłego głównego programistę Mozilli) i właściwie wszystkie inne przeglądarki. Niemal wszystkie używają teraz tego samego silnika wyświetlania stron pod nazwą Blink.

Niemal wszystkie, bo swoje własne silniki mają tylko właśnie Mozilla i Microsoft w przeglądarce Edge.

O ile spójność standardów sieciowych jest bardzo ważna, to powinny być one implementowane na więcej niż jednym silniku. Bo monopol zabije rozwój. Albo dokładniej: zahamuje rozwój sieci w takim kierunku, w jakim powinna się rozwijać dla użytkowników, a rozwijać się będzie w takim kierunku, w jakim chce autor monopolistycznego silnika. Gdyby w sieci został tylko silnik Blink dostarczany przez Google, któremu zależy na maksymalizacji przychodu z reklam, jak myślicie, jakie nowe standardy pojawiały by się w sieci? Byłyby to lepsze interakcje użytkownika w celu zdobywania przez niego informacji, czy zmiany w celu zdobywania informacji o tym użytkowniku przez reklamodawcę?

Mozilla jest organizacją non profit i faktycznie robi to co robi by tworzyć sieć lepszą użytkownikom. Podziękuj więc im i przesiądź się na Firefoksa. Jest za darmo, działa tak samo dobrze jak Chrome, nie śledzi cię, uBlock działa… po co więc zostawać na Chrome?

0

Wróciłem do Firefoksa

Jako, że przynajmniej kilka razy na tym blogu wychwalałem wyższość Chrome nad Firefoksem, powinienem przyznać się, że jednak wróciłem do Firefoksa. Używam go już z dwa miesiące i nie zamierzam – przynajmniej na razie – zmieniać przeglądarki.

Skąd ta zmiana? Powód jest jeden: pamięć RAM. Jakiś czas temu ktoś w Google wpadł na to, że Chrome weźmie tyle pamięci, ile znajdzie i już po starcie zajmuje pół gigabajta. Po dłuższej pracy to są nawet 2 GB.

Może i by mi to nie przeszkadzało, gdyby nie fakt, że  ostatnio coraz więcej firm i programistów myśli tak samo. Dwa gigabajty dla chrome, 1 gigabajt dla edytora Netbeans. Ja się na to nie godzę. I o ile rozumiem dlaczego Netbeans potrzebuje tak wiele pamięci (w końcu to potężne, rozbudowane IDE do programowania) to nie chcę by i przeglądarka tyle żarła.

Kilka razy się załapałem na tym, że mając w komputerze 3 GB ramu i włączonego Chrome zajmującego już dwa gigabajty, odpalałem Netbeans. A to oznaczało rzężenie dyskiem w poszukiwaniu miejsca, gdzie by te nadmiary pamięci upchnąć. Jako, że Netbeans używać muszę (i lubię), Chrome powiedziałem “pa pa”.

Było ciężko przez kilka pierwszych dni (przyzwyczajenia do skrótów i zachowań, o których pisałem już wcześniej) ale teraz, po dwóch prawie miesiącach Firefox leży już w moich dłoniach, wygląda i działa niemal tak jak chce, a nawet zajmuje mniej miejsca na ekranie.

Wszyscy polubili Chrome za zintegrowanie paska tytułu z paskiem paneli. Ja w Firefoksie zintegrowałem na jednym pasku i tytuł, i panele i menu. Chrome tego nie potrafi. Oto jak to wygląda:

Pasek zakładek chowa się (a raczej otwiera, bo domyślnie jest schowany) tą gwiazdką.

Gdyby ktoś też tak chciał, to:

  • wszystko w jednym pasku umieściłem przez zwykłe Dostosuj w Firefoksie
  • chowanie paska zakładek osiągamy przez dodatek Hide BookmarksBar
  • dodatkowo, czego nie widać na zrzucie, pozbyłem się drażniącego okienka pobierania plików zastępując je dodatkiem Download StatusBar, który podobnie jak w Chrome pobierane pliki pokazuje na pasku na dole  okna (węższym niż w Chrome)
  • pasek tytułu w Gnome 3 w Fedorze usunąłem linukowym mini-programem maximus.

I jest tak jak ja chce 🙂

Tak więc Firefoksie, masz jeszcze przyszłość. Przynajmniej u mnie.

0

To jak to jest z tą stabilnością?

Obecne wydania Google Chrome z gałęzi dev (najbardziej niestabilna z niestabilnych, żeby nie było) przynajmniej raz na dzień wykładają mi Linuksa. Gdy otwieram nową kartę, nagle znika wszystko, pojawia się na chwilę czarny ekran z napisami konsolowymi i po chwili ekran logowania do systemu. Czyli wykłada się nie tylko Chrome, a całe Gnome i zapewne także tak zwane “iksy”.

Z jednej strony fakt: korzystam z dev, więc nie mogę mieć pretensji.

Z drugiej jednak strony: cały czas pamiętam komiks, jaki się pojawił wraz z debiutem tej przeglądarki. Wyjaśniano tam, że każda karta to oddzielny sandbox i jeśli nawet na jakieś stronie zdarzy się awaria, cała przeglądarka nadal działa i inne strony są niezagrożone. Tutaj jednak widać, że tak nie jest. I przy okazji użytkownicy wersji stabilnej chyba nie zaprzeczą, że nigdy tak nie było: jak padała jedna zakładka (pojawiał się obrazek smutnej karty), padały wszystkie, choć sam Chrome nadal chodził.

I co dla mnie ważniejsze: gdzie ta legendarna stabilność samego Linuksa? Pamiętam, że faktycznie kiedyś tak było: jak jakiś program ulegał awarii, wszystko inne nadal działało jak należy. Teraz awaria przeglądarki pociąga awarię całego środowiska graficznego, a z punktu widzenia zwykłego użytkownika, jest to awaria całego systemu. Bo czym się różni takie wyjście z “iksów” od legendarnego niebieskiego ekranu z Windows? Z punktu widzenia stabilności: niczym. I w tym i w tym wypadku wszystko, czego nie zapisałem w programach ma utracone.

Rozumiem, że przez owe kilka lat Linux bardzo się zmienił. Iksy to już nie X11, a x.org. Do całego Gnome dochodzi tu także Compiz i wszystko – muszę to przyznać – lśni i wprawia w zachwyt. Nie jestem jednak pewien, czy godzę się tutaj na ten cały blask kosztem niestabilności.0

e-duchy

Ty razem będzie nieco weselej, choć znów o anomaliach komputerowych. Co więcej – o anomaliach nie z tego świata. Próbując je rozgryźć czuję się tak, jak chyba czują się osoby, przed którymi nagle talerzyk zaczyna się obracać i które nagle widzą ślady stóp demona odciśnięte w talku rozsypanym na schodach (o tak, widziałem obie części “Paranormal Activity”) 🙂

Po zainstalowaniu Unity zauważyłem dziwną przypadłość: gdy korzystałem z przeglądarki Google Chrome czasem nie działało mi scrollowanie stron rolką myszki. Szybko zauważyłem, że wystarczy przesunąć myszkę w inną pozycję i przewijanie działało jak należy.

Wkrótce zauważyłem też, że  także w niektórych miejscach nie dało się kliknąć w odnośniki na stronie. Przewinięcie strony tak by odnośnik był już w innym punkcie x/y ekranu sprawiało że jednak był klikalny.

Co więcej zauważyłem, że nieklikalność nie dotyczy tylko stron internetowych, ale generalnie ekranu. Nie mogłem kliknąć różnych przycisków w innych programach, ale przesunięcie okna programu odblokowywało tę funkcję.

Oczywiście szyderczo się ucieszyłem bo tak oto znalazłem kolejny dowód na to, że Unity jest do bani 😉 (nie kończcie jednak czytania wpisu w tym miejscu)

Po restarcie komputera, albo po ponownym zalogowaniu się wszystko było OK. Prawdę mówiąc wadę tę zauważyłem ledwo kilka razy przez ostatni tydzień, przeważnie po długim siedzeniu przed komputerem.

Dziś przed chwilą znów mnie to dopadło. Najpierw uruchomiłem monitor zadań by zabijać w nim aplikację po aplikacji aż dojdę, która to tak broi. Szybko jednak wpadłem inny pomysł.

Które dokładnie obszary ekranu są nieklikalne? I czy układają się w jakiś logiczny wzór?

Uruchomiłem Gimpa, rozpostarłem “płótno” na jak największy obszar ekranu, chwyciłem za pędzel i zacząłem klikać. Klik, robi się plamka. Przesuwam myszkę i znów klik – kolejna czarna kropa. Przesuwam i klik -jest! Nic się nie pojawiło. Mamy martwy punkt.

Klikanie trochę potrwało i tak oto wytropiłem całkiem duży, poziomy obszar bez kropek:

Krawędzie są nierówne, bo kliknięcie i przypadkowe przesunięcie myszy powodowało, że jednak w martwym obszarze udawało się narysować coś  (ważne było aby zacząć rysować poza martwym polem).

U góry widzicie mniejsze kropki. Zlokalizowałem tam bowiem mniejszy obszar nieklikalny, jednak tak mały, że duży pędzel w całości go by przykrył. Na ekranie było zresztą więcej takich miejsc, jednak zabrakło mi cierpliwości by je “wypaćkać” 🙂

Cóż to za duch w komputerze i czy próbuje mi coś przekazać? 😉 Czyżby z zaświatów stara, odinstalowana wersja Ubuntu próbowała mnie ostrzec przed używaniem nowej?

Postanowiłem wrócić do pierwotnego pomysłu i wyłączać program po programie. I sprawdzać czy problem nadal występuje. Dość szybko w ten sposób namierzyłem winnego: gdy wyłączyłem Google Chrome, wszystko zaczęło działać jak należy.

Używam Chrome z gałęzi dev (czyli bardziej rozwojowa niż beta). Ma ktoś pomysł co oni tam kombinują? 🙂 Może faktycznie jakieś przesłanie? Czy po prostu nowe funkcje, które póki co szkodzą, a nie działają? Czekam na pomysły w komentarzach!0

Po 24 godzinach używania Firefoksa 4

Że Chrome jest moją podstawową przeglądarką, wiecie już chyba dobrze. Postanowiłem jednak zrobić całkiem gruntowny test najnowszego Firefoksa spędzając z nim cały dzień w sieci. Niestety, wszystko o czym się przekonałem to to, jak naprawdę dobrym produktem jest program od Google.

Firefox 4 nie jest zły. Firefox stał się nagle zły gdy pojawiła się rzeczona chromowana konkurencja. Bardzo szybko przeglądarka, bardzo szybko startująca. Włączasz i używasz. Tymczasem lisek przez kilka kolejnych lat potrzebował na obudzenie się kilkunastu (co najmniej sekund).

Najnowsza jego wersja nie ma już tej wady. Od kliknięcia w ikonę do pełnego uruchomienia programu mijają dwie niezauważalne sekundy. Pomyślałem sobie: skoro naprawili, to na co narzekałem, może dać mu kolejną szansę? Spędzę na nim 24 godziny i zobaczę czy to jest to, czego potrzebuję.

Cały dzień jednak spędziłem na dostrzeganiu kolejnych rzeczy, których Firefox nie ma. Przede wszystkim nie miał zakładek przeniesionych na pasek tytułu okna przeglądarki, tak jak ma to Chrome (mówię tu o wersji dla systemu Linux Ubuntu). Niby drobny szczegół, jednak sprawił, że cały czas dostrzegałem ten niepotrzebnie zajmowany obszar ekranu, kosztem którego jest mniej miejsca na stronę. Na szczęście udało się dzięki googlaniu, dwóm rozszerzeniom i kilkunastu minutom ustawień sprawić, że Firefox wygląda pod tym względem jak Chrome.

Kolejna rzecz, na którą niestety nie znalazłem rozwiązania to autouzupełnianie paska adresu. Gdy w Firefoksie wpisałem ‘gm’ i wcisnąłem enter, trafiałem na stronę wyników wyszukiwania frazy ‘gm’. Nie o to mi chodziło. 4 lata używania Chrome nauczyły mnie, że w pasku adresu wpisane ‘gm’ są automatycznie uzupełniane do ‘gmail.com’ i po wciśnięciu enter jestem w swojej skrzynce pocztowej. W Firefoksie muszę nadal starym sposobem wpisać ‘gm’, wcisnąć strzałkę w dół by wybrać opcję z listy podpowiedzi i dopiero wtedy enter. Wiem, że chwila, ale automatyczny odruch sprawia, że zapominam o tej strzałce. I tak samo wiele razy dziś zamiast na flaker.pl lądowałem na stronie wyszukiwania frazy ‘fl’, zamiast na google.com/reader, lądowałem na wynikach dla frazy ‘goo’. Strata czasu. Niestety nie znalazłem wtyczki, która by to naprawiła.

Całkiem nieźle się zdziwiłem, gdy zobaczyłem, że nie działają animacje flash. Musiałem nieźle się naszukać i nagimnastykować by pojawiła się ta wtyczka w tym Firefoksie (w starszej wersji 3.6 była) i nawet gdy już ją mam, działa fatalnie. Animacje znikają, pojawiają się po kawałku, zatrzymują się… Poczułem się jakbym używał jakiejś bety, a nie wersji stabilnej przeglądarki. I nie sądzę by to była wina flasha – Chrome jak i Firefox 3.6 korzystają z dokładnie tej samej instalacji.

Mógłbym się jeszcze długo rozpisywać o rzeczach, których Firefoksowi brakuje w porównaniu z Chrome. O braku historii odwiedzonych stron w pasku adresu, o nadal wyskakującym i wkurzającym oknie pobranych plików (a gdy kliknę w nim w pobrany plik .txt Firefox pyta mnie jakim programem chcę go otworzyć – takie rzeczy nie powinny mieć miejsca!). O braku suwaczka do ukrywania ikon rozszerzeń.

Firefox po prostu mi uświadomił jak ważne są te małe detale, na które nigdy nie zwracałem uwagi, a bez których nie mogę teraz żyć. Twierdziłem do tej pory, że jedyną przewagą Chrome nad lisem jest prędkość działania i uruchamiani. Gdy Mozilla Team to poprawiło, dopiero teraz widzę, że jednak to nie jest wszystko. Firefox niestety został bardzo, bardzo daleko w tyle.

Wiem, że zaplanowany jest nowy, szybszy cykl wydań. To dobrze, mam nadzieję, że sprawi to, że jeszcze kiedyś zafunduję sobie kolejne 24 godziny z tą przeglądarką. Na razie jednak odstawiam ją na bok i wracam do Chrome.0

Czy Chrome OS przyda się dla programistów?

Wszelkie netbooki mają jedną wielką zaletę: są malutkie i aż się prosi by zabierać je ze sobą w świat. Jak do tej pory żadnego nie kupiłem, bo wiem, że nie uruchomię na nich mojego ulubionego netbeans (środowisko programistyczne, bardzo pomagające w tworzeniu kodu). Zawsze mógłbym ostatecznie zabrać się za edycję jakimś prostym notatnikiem, ale jednak mimo to na zakup się nie zdecydowałem. Po prostu netbooki z definicji nie nadają się do takich zadań. 

Tym samym w ogóle nie rozważam zakupu najnowszej zabawki (jeszcze nie dostępnej na rynku) z zainstalowanym systemem Chrome OS. Nie dość, że to kolejny netbook, to na dodatek bez żadnych aplikacji instalowanych na komputerze. Wszystkie programy muszą być uruchamiane z sieci. W tej chwili w sklepie z aplikacjami dla Chrome nie ma żadnego sensownego notatnika, a edycja kodu za pomocą Google Docs to chyba jednak nie to. To tak jakby pisać aplikację PHP za pomocą Microsoft Word 🙂 Niby można, ale…

Okazuje się jednak, że Google  chce także pomóc programistom. Pojawiła się dziś informacja, że ich platforma do hostowania kodu jaką jest Google Code uzyskała nową funkcję, jaką jest edycja zamieszczonego tam kodu. Niby drobiazg, ale brzmi całkiem dobrze:  wrzucając kod na tę platformę mamy od razu dostępny z każdego miejsca na świecie katalog z naszym kodem, możemy go edytować i od razu nie musimy się martwić o syste kontroli wersji – w każdej chwili możemy wrócić do poprzednich zmian. 

Brakuje na pewno możliwości tworzenia projektów prywatnych (a może za słabo znam Google Code?). Większość kodu jaki piszę, wykonuję na zlecenie konkretnej osoby. Ten kod nie może być dostępny do przeglądania dla każdego. Brakuje mi też możliwości wysłania skończonego zadania na serwer klienta i zainstalowanie tam (ale to być może rozwiąże webowy klient FTP jakim jest net2ftp).

Czyżbym więc któregoś dnia kupił sobie zabawkę z Chrome OS? A jakie jest Wasze zdanie? Czy na takim komputerku będzie dało się wydajnie pracować także  jako programista lub twórca stron internetowych?

0

Chyba używam już Chrome OS

Siedzę na Ubuntu. Tutaj większość zasu spędzam korzystając z przeglądarki Google Chrome i co najważniejsze pobieram ją w wersji dev. Podczas gdy wszyscy o ile wiem mają obecnie w wersji 7 czy 8 u mnie już od jakiegoś czasu leci 9-tka. I od kilku dni mam silne wrażenie, że to co już widzę, jest tym samym co widzą developerzy sysemu Google Chrome OS. Przyjrzyjmy się zatem jak wygląda ów (na razie niby) system w moim przypadku.

To, że można sobie przypinać karty, nie jest żadną nowością, istnieje bowiem od dawna:

Wszystko jednak zmieniło się w chwili gdy wszedłem do Chrome App Store i spróbowałem w przeglądarce zainstalować kilka aplikacji. O dziwo, mimo, że czytałem, że się nie da, udało się. I teraz mój niby pulpit wygląda tak:

Jak widać to co było dotychczas na pierwszym planie, czyli okna najczęściej odwiedzanych stron zostało zredukowane do paska z tytułami owych. Na pierwszym planie są "ikony" aplikacji. Co więcej, pojawiło się do nich dodatkowe menu konfiguracyjne:

Tak mam od kilku dni. Dziś natomiast pobrałem najnowszą wersję dev i zarówno doinstalowałem dodatek ratujący drzewa. Wymieniam oba, bo nie wiem co jest bardziej odpowiedzialne za nową funkcję. Mianowicie od dziś dodatek ów potrafi przy starcie przeglądarki (i raz na jakiś czas) wyświetlić chmurkę "systemową" w lewym dolnym oknie przeglądarki:

Kliknięcie w klucz powoduje otworzenie nowego menu konfiguracyjnego chrome, w którym możemy określić dokładne uprawnienia dla dodatków (czy może otwierać pop-upy, czy może uruchamiać JS i czy na przykład może wyświetlać takie komunikaty jak ten powyżej).

Zastanawiam się czy to już jest Chrome OS? Czy też to macie?

Zastanawiam się też czy system ten byłby dla mnie. Pomijam kontrowersje prywatnościowe. Zwyczajnie zastanawiam się powstaną na niego aplikacje, które umożliwią mi pracę nad stronami internetowymi. Czy będzie jakaś choćby namiastka IDE dla PHP? Czy taki plik utworzony w tym IDE będę mógł zsynchronizować przez FTP ze stroną na serwerze? Byłoby ciężko, ale nie sądzę aby wykonanie takich aplikacji nie było możliwie (no może nie całe IDE, ale choćby notatnik z obsługą FTP byłby do zrobienia). 

0

ScribeFire dla Chrome – zobaczmy czy to działa

Zainstalowałem sobie właśnie wtyczkę ScribeFire dla Chrome i ten wpis pisze za jej pomocą. Jeśli wpis się pojawi i nie będzie żadnych z tym problemów, to chyba można powiedzieć, że ją polecam 🙂

Ze ScribeFire miałem do czynienia ostatni raz w 2008 roku, wtedy jako wtyczką do Firefoksa. Nie przypadł mi do gustu, bo działał kiepsko. Jeśli jednak od tamtej pory coś się zmieniło, mam nadzieję, że da się go używać.

Czym jest ScribeFire? To wtyczka umozliwiająca publikowanie wpisów na własnym blogu (nie tylko opartym na WordPress) bez konieczności logowania się do panelu administracyjnego, odnajdywania odpowiedniej strony itd. Klikamy guzik wtyczki i już mamy okno edycji wpisu. Jeśli przy wtyczce zostanę dlużej, spodziewajcie się tutaj więcej krótkich notek – do tej pory przed zamieszczaniem ich powstrzymywała mnie właśnie konieczność odbębnienia tego calego rytuału logowania – pisania – publikowania. 

0

Wielka kasa w świecie open source

Używam tylko i wyłącznie Linuksa i robię tak już od chyba 8 lat, ale kilka lat temu przestałem tym systemem się pasjonować. Teraz to tylko narzędzie. Wygodne, praktycznie niezawodne i dostępne za darmo.

Kryzys był jednak, gdy sobie uświadomiłem, że wszystko potrzebuje pieniędzy. Linux bez wielkiej kasy, nawet gdyby był wielokroć  lepszy od Windowsa nigdy nie zdobędzie rynku. I nie mówię tu tylko o pieniądzach na marketing, ale przede wszystkim o pieniądzach na specjalistów innych niż programiści. Od programistów się zaczyna, ale to nie oni sprzedają produkt i nie oni opiekują się nim na dziesiątki innych sposobów. Mniej więcej to właśnie zostało opisane jakiś czas temu w tym tłumaczonym na język polski wpisie.

Dwa, trzy (szit, już cztery właściwie) lata temu gdy przyszło mi nauczać obsługi komputerów osoby, które nigdy nie miały z nim do czynienia, robiliśmy to z użyciem systemu i programów od firmy Microsoft. I co ważniejsze, Microsoft dostarczył nam mnóstwo świetnych materiałów edukacyjnych. Nie tylko o swoich produktach, ale o komputerach ogólnie. Osoba, która  nigdy nie trzymała w ręku myszki komputerowej mogła z nich bardzo łatwo dowiedzieć się czym jest to pudło pod biurkiem, co to za podłużny przycisk na dole klawiatury i na koniec kursu uczyła jak wypełnia się formularze internetowe, o lata świetlne oddalone od tych, jakie do tej pory znała z okienka urzędu skarbowego czy poczty.

Uczyła się komputerów jako komputerów, a przy okazji w tle cały czas przewijały się nazwy programów firmy Microsoft. W ten delikatny sposób Microsoft zrobił sobie kolejnych klientów, którzy jeśli kiedyś kupią jakieś oprogramowanie, będą wiedzieli do jakiego producenta powinni się po nie zgłosić.

Nawet nam do głowy nie przyszło uczyć tych osób obsługi komputerów na bazie systemu Linux. Właśnie dlatego, że właśnie  kompletnie brakowało wartościowych materiałów szkoleniowych. Linux ma man-y, how-to i F1 w programach, ale w większości z nich się dowie jak coś wygrepować, a nie wyszukać, jak coś wylistować, a nie wyświetlić zawartość katalogu. Wszelkie podręczniki na Linuksa zawsze zakładają, że nowy użytkownik tego systemu spędził już sporo czasu przed komputerem i na pewno zna już jakiś inny system operacyjny (oczywiście Windows). Nawet Linuksowcy żyją w świecie monopolu Microsoft i nie starają się tego zmienić. Nikt nie chciał napisać dobrego podręcznika do obsługi komputera zaopatrzonego w system Windows i także żadna firma nie chciała zasponsorować takiego działania, bo przecież nic by na tym nie zarobiła. Świat open source jest zakazany dla emerytów i kompletnych laików technologicznych.

Piszę o tym wszystkim, bo właśnie zauważam, że to wszystko zaczyna się zmieniać. Linux jest już coraz popularniejszy i trafia na coraz więcej urządzeń. Najpopularniejszym systemem operacyjnym na telefony komórkowe jest Android o otwartych źródłach. A wszystko nie dlatego, że jest dobry (zapewne jest), ale dlatego, że po raz pierwszy za open source  stanęła wielka firma z wielką kasą.

Google nie tylko rozwija produkty open source. Google także wspiera finansowo całą otoczkę okołoproduktową. Gdy wydano Google Chrome, firma ta nie przygotowała do niego tylko stron manuali, ale całość wsparła komiksem i dziesiątkami wirusowych filmików na YouTube.

Dziś właśnie spełniło się trochę moje marzenie. Google – zapewne przygotowując grunt pod swój nowy system operacyjny dla nie-telefonów – umieściło w sieci przewodnik po komputerach o jakim dawno marzyłem. Opis jak się korzysta z sieci zaprezentowany w postaci ilustrowanej książeczki dla dzieci. Nie ma tam co prawda wyjaśnienia czym jest procesor i z jakich elementów składa się komputer, ale materiał jest wyraźnie przygotowany pod wprowadzenie Chrome OS. Komputer tam to przeglądarka. Programy to aplikacje w jej oknie, a dane trzyma się w chmurze, a nie na dysku twardym.

Wielkie brawa ode mnie dla Google!0

Dwa lata Google Chrome

Dziś mijają równe dwa lata od kiedy Google wypuściło swoją własną przeglądarkę o nazwie Google Chrome. Przyznam, że korzystam z niej od samego początku. Gdy pojawiła się pierwsza jej wersja, ściągałem ją – jeszcze pod Windows – przez całą noc 🙂 Brzmi dziwnie, ale pamiętajcie, że dwa lata temu byłem w Rwandzie, gdzie ściągnięcie jednej piosenki też trwało całą noc 🙂 Google Chrome bardzo mi się wtedy przydał, bo był szybki na leciwym laptopie, jaki wtedy miałem ze sobą.

Przy okazji mała pobudka: system operacyjny Google Chrome OS zapowiedziany był rok temu na drugą połowę 2010 roku, czyli właśnie jakoś teraz. Czy ktoś coś słyszał jak wyglądają prace nad nim? IMO powinno być już mnóstwo marketingu szeptanego na ten temat w sieci. A do mnie nic nie dotarło.

Na koniec zrzut z pierwszego wydania Google Chrome. Ktoś to pamięta? 🙂 Z jednej strony niby niewiele się zmieniło, z drugiej te boksy po prawej już trącą myszką, nawet jeśli to tylko dwa lata 😉

0

Gra w statki “na pieniądze”

Na Demotywatorach trafiłem dziś na odnośnik do gry w statki przez przeglądarkę shipo.pl. Fajnie, bo w święta aż się chce byle jak pozabijać czas, a po drugie nie będę może zbyt skromny, ale w statki idzie mi całkiem dobrze 🙂 Wiem jak rozstawić statki aby ryzyko trafienia było mniejsze, wiem jak strzelać by prawdopodobieństwo trafienia było większe.

Co więcej shipo.pl oferuje możliwość grania na pieniądze. Na starcie dostajemy 10 złotych, niestety od razu chce przestrzec, że te 10 złotych nie ma nic wspólnego z prawdziwymi pieniędzmi. Pieniądze są kompletnie wirtualne i służą nam jedynie do spróbowania zabawy. Nie możemy ich wypłacić, a gdy dojdziemy w grach do 20 złotych na koncie, zabawa się kończy. Albo zrezygnujemy z serwisu, albo wpłacimy realną kasę i zaczniemy już grać naprawdę. Od tej pory wszystko co zarobimy jest już nasze (choć przy wypłacie zostanie potrącony procent dla twórców serwisu).

Gra niestety ma bardzo wiele wad, od technicznych po merytoryczne.

Po pierwsze nie działa w Chrome. Musiałem specjalnie dla niech odpalić Firefoksa (co ciekawe przez cały czas grania Firefox zżera 100% procesora).

Po drugie gra ma wady sama  sobie. Czasem coś nie działa, czasem nawet gra sama się przyznaje, że wystąpił błąd i prosi o opuszczenie gry i zaczęcie od nowa. Niestety opuszczenie gry oznacza poddanie się i automatycznie pieniądze o jakie właśnie gramy przegrywamy. Niby jest w rogu znaczek beta, ale serwis, który pobiera od nas pieniądze, powinien też ponosić odpowiedzialność za ich utratę z winy błędnie działającego kodu. Za takie coś autorom strony należy się co najmniej kara chłosty (czy nawiązując do panującej tam terminologii – kara przeciągnięcia pod kilem).

Pomijając błedy techniczne, owa gra w statki… z grą w statki nie ma więcej wspólnego niż wygląd planszy 10 na 10. Każdy za wpłacone na konto shipo.pl pieniądze może dokupić usprawnienia. Można podglądać plansze przeciwnika, można wykonywać 5 strzałów w jednej rundzie, można strzelać pociskami, które za jednym razem trafiają w np w 9 pól lub ustawić, że jeden strzał niszczy cały statek, niezależnie od jego wielkości.

Oczywiście dodatków kupować nie trzeba, ale jak się trafi na innego gracza z dodatkami nie mamy praktycznie szans na zwycięstwo. Szybko wyliczyłem, że za około 2 złote można kupić dodatków, które w pierwszej rundzie strzałów pozwolą nam zaatakować lub podejrzeć co najmniej 28 pól. Czyli już na starcie bombardujemy w ten czy inny sposób aż jedną czwartą planszy przeciwnika. Akurat w płatnej wersji gry nie zdarzyło mi się zagrać z nikim, kto by nie korzystał z tych dodatków, zatem oczywiście przegrałem wszystkie walki (aż do momentu gdy sam kupiłem dodatki).

Kupowanie dodatków z kolei zmusza gracza do grania o wyższe stawki. Nie lubię za bardzo hazardu. Zawsze gram o maksymalnie 1-2 złote, bo bardziej od zarobku liczy mi się zabawa. Jednak jeśli aby wygrać w jedną grę musimy zainwestować 2-3 złote, szybko przy mojej strategii pójdziemy z torbami. 😉

* * *

Wpis ten zawiera linki referencyjne do shipo.pl – podaje je tylko dlatego, że mogę podać, ale nie liczę na wielkie korzyści z tego. Grę raczej nie polecam. Jeśli chcecie, zarejestrujcie i się pograjcie w wersję bezpłatną. Wersję płatną polecam tylko miłośnikom hazardu, a nie miłośnikom gry w statki.

Tak btw, czy ktoś zna inną, ale prawdziwą grę w statki przez przeglądarkę? Na kurniku nie ma, a na wp.pl nie chcę nawet próbować (bo jeśli dobrze pamiętam ichnie gry działają dzięki ActiveX – a może coś się zmieniło?). Nie musi być na pieniądze 🙂0

Google małpuje moje pomysły na prezenty ;)

Czy ktoś tu jeszcze pamięta akcję sprzed sześciu lat (Jezu, jaki ja jestem stary) pt. “Mozilla na Święta”? Tak, to ja ją wymyśliłem. Polegało to na tym, że przygotowaliśmy obrazy płyt z Mozillą, Firebirdem i Thunderbirdem które można było sobie wypalić z zamiarem wręczenia komuś jako prezent.

Teraz czasy są inne, programy mniejsze  i internet szybszy, więc ludzie już nie wypalają sobie 30MB na płycie, a po prostu ściągają trzy razy mniej i 20 razy szybciej. Dlatego też akcja by już nie miała większego sensu.

Jednak Google właśnie robi coś bardzo podobnego, co wtedy zrobiliśmy my: przygotowano stronę, na której można zapakować Chrome w paczkę z kokardką i wysłać mailem znajomemu. Tutaj jest wszystko na ten temat.

Ciekawe czy ktoś tam w google przypomniał sobie o nas i czy jeśli przypomniał, przyznał się przed przełożonym, że pomysł wziął “z internetu”? 🙂

P.S. Wesołych Świąt 🙂0

Gandalf mówi o Firefoksie

Bardzo dobry wywiad ze Zbyszkiem Branieckim (aka Gandalfem) o Firefoksie. Długi, ale polecam przeczytanie całości.

Mi się czytało bardzo przyjemnie. Przypomniały mi się stare dobre czasy i jak widać większość ideałów, pomysłów na Firefoksa nie umarła, choć jakiś czas temu uważałem co innego 😉

…choć ja już i tak zostanę na razie przy Chrome. Przynajmniej do czasu, aż ten będzie szybszy od Firefoksa, a tutaj niestety różnica jest drastyczni widoczna. 🙁0

Była sobie przeglądarka

Dawno, dawno temu, gdy większość ludzi nie potrafiło odróżnić przeglądarkę od wyszukiwarki, była sobie Mozilla. Nawet nie Mozilla Suite, ale Mozilla, bo nie trzeba było do jej nazwy dodawać żadnych rozwinięć celem odróżnienia od Phoeniksa, Firebirda czy Firefoksa. Phoenix, później nazwany z powodu plagiatu nazwy Firebirdem i później znów nazwany z powodu plagiatu nazwy Firefoksem nie istniał.

Z Mozillą zetknąłem się pierwszy raz w wersji 0.9 cośtam i choć była ciężkim kolosem jak na tamte czasy, od razu polubiłem. To był chyba rok 2003 i z internetem łączyłem się jeszcze przez tepsowy modem, więc trzeba było być prawdziwym entuzjastą sieci by ściągać te 11 megabajtów (sic!) przez wdzwaniane połączenie. Co więcej ściągać trzeba było co kilka tygodni, bo co tyle właśnie pojawiały się nowsze wersje i nie było jeszcze znanego z Firefoksa mechanizmu aktualizacji, który by wymagał pobrania tylko zmienionych plików.

Pobierało się więc cały ten pakiet – bo Mozilla to nie była tylko przeglądarka, ale i klient poczty, i edytor stron, i klient IRCa – z pewnym przyzwoleniem na te roztycie Mozilli. Bo wtedy Mozillę używało w Polsce około 30 tysięcy osób i to było coś. I używały jej głównie osoby robiące strony WWW, które miały już dość niekompatybilnego z jakimkolwiek standardem Internet Explorerem.

Mozillę lubiło się z wielu powodów. Między innymi za nowatorskie jak na tamte czasy zakładki, między innymi za fakt, że nie wyświetlała estetycznie stron, które miały ładnie wyglądać, ale ich kod nie trzymał się standardów W3C. Mozilla była buntem przeciw rozejściu się sieci w dwóch kierunkach. W kierunku “Tą stronę najlepiej jest oglądać w IE4 lub nowszym” i w kierunku “Tą stronę najlepiej oglądać w Netscape Navigatorze 4 lub nowszym”. Od teraz miało już być “Tą stronę można oglądać w każdej dobrej przeglądarce”.

I to się stało, a stało się głównie za sprawą Mozilli i jej rosnącej popularności. Webmasterzy – ci od domowych klepaczy po zawodowców – coraz częściej zamiast robic strony we Front Page zaczęli zaglądać do specyfikacji języka HTML i CSS. W między czasie urodził się i wielokrotnie przepoczwarzył Firefox, a oba te elemnty stworzyły sprzężenie zwrotne dodatnie skutkujące sukcesem zarówno standardów jak i sukcesem  przeglądarki. Z 30 tysięcy użytkowników Mozilli mamy teraz kilka milionów użytkowników Firefoksa w samej jednej Polsce.

Niestety proszę Państwa: chcemy tego czy nie, ale jesteśmy właśnie na szczycie popularności tej przeglądarki. Lepiej już nie będzie. Zatem cieszmy się z sukcesu, zanim przeminie.

Rewolucja zjada własne dzieci, Firefox staje się ofiarą własnego sukcesu i nie sądzę by udało mu się wyjść z problemów, jakie go teraz trapią.

Jednym z sukcesów, które stały się problemem jest to, że użytkownicy sieci nauczyli się, że Internet Explorer nie jest jedyną przeglądarką. Jeśli ktoś już raz zmienił IE na Firefoksa, wie już, że równie dobrze może teraz zacząć kozrystać z Chrome, Opery czy innych. I zrobi to tak często, jak często w Firefoksie coś mu nie będzie się podobało.

Czy Chrome zyskałby tak szybko tak dużo użytkowników, gdyby nikt wcześniej nie wymyślił Mozilli/Firefoksa i Firefox nie był obecnie tak popularny?

Drugim sukcesem, który jest już problemem Firefoksa jest liczba jego użytkowników. Twórcy Firefoksa wiedzą jak dużo osób go używa, wiedzą że używają go z uwagi na nowatorstwo i nie mają już odwagi zwolnić z cyklem wydawniczym. W Firefoksie  co chwila musi się pojawić jakaś nowa funkcja – a to inteligentny pasek adresu, a to obsługa HTML5, a to nowy silnik JavaScript, wbudowane filmy wideo bez odtwarzacza Flash czy właśnie ogłoszone renderowanie elementów trójwymiarowych.

Niestety nikt już się nie przejmuje, że wraz z ilością nowych rozwiązań sspada ich jakość. Pasek adresu jest tak niedopracowany, że wpisanie w niego kilku pierwszych liter na starszych komputerach powoduje zawieszenie przeglądarki na około 10 sekund zanim wczyta się baza danych paska. JvaScript może i jest szybki (choć wolny w porównaniu z tym obecnym w Chrome), ale co z tego, skoro uruchomienie Firefoksa zajmuje już tyle samo co uruchomienie całego systemu operacyjnego (mój Ubuntu startuje w 19 sekund, Firefox startuje w 23 sekundy)?

O problemie z niezwalnianiem pamięci przez kolejne otwierane i zamykane zakładki w Firefoksie, problemie istniejącym od samego początku tego programu nikt z jego twórców już nawet nie myśli. Wskutek tego już po pół godzinie pracy Firefox zabiera ~400 MB ramu z 500 dostępnych (pozostałe 100MB zabiera cały system operacyjny).

Ktoś mi kiedyś powiedział, że RAM jest przecież po to, żeby z niego korzystać. Śliczne wytłumaczenie ułomności przeglądarki.  Jeśli czegoś nie potrafimy naprawić, powiedzmy, ze tak właśnie ma być. Kiedyś Bill Gates skrytykowany za to, że Windows startuje o wiele wolniej od pozostałych systemów, powiedział, że rozwiązaniem jest nie wyłączanie komputera z Windows.

Ciekaw jestem jak wielką grudą soli w oku twórców Firefoksa jest obecnie Chrome. Przeglądarka, która powstała jako ostatnia, przeglądarka posiadającą niemal wszystko to, co Firefox posiada, a startująca na moim komputerze w 4 sekundy i po wielu godzinach pracy zużywająca tyle samo pamięci, ile używała na początku (czyli jakieś 40 MB).

Niestety nie ma idealnego programu, ale Firefox diabelnie blisko tego ideału był. Niestety był.  Ten wpis to moje ostateczne pożegnanie się z tą przeglądarką, a właściwie pożegnanie się z fascynacją tą przeglądarką. W Firefoksie nic mnie już nie zachwyca. Nie co prawda też siermiężnie nie zniechęca, ale nie ma już powodu dla, którego miałbym ją używać. Tydzień temu Firefoksa odinstalowałem i niezrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Używam sobie Chrome, a jak muszę zobaczyć jakąś stronę zawierającą flash i zależy mi na wyświetleniu tego flasha, szybko klikam na ikonkę przegądarki Midori czy Opera.

W końcu Firefox mnie tego nauczył, że przeglądarki można swobodnie zmieniać.0

Zgłaszanie błędów jest seksi

Może nie sexy, ale przynajmniej cool 😉 To fajne uczucie jak wypełnisz formularz odnośnie buga i po kilku godzinach widzisz, że ktoś się nim zajął. Trochę uczestniczysz w projekcie, choć nawet nie musisz się znać na programowaniu.

Kiedyś tak namiętnie zgłaszałem błędy w Mozilli, że dostałem email od developerów z pytaniem czy nie chcę zaangażować się bardziej w projekt i zostać kimś w rodzaju odsiewacza duplikatów / popychacza zgłoszeń dalej. (Nie skorzystałem).

Jak siedziałem w Rwandzie, jak się nudziłem (i akurat nie grałem już w ipuzzle 😉 ) czytałem całą dokumentację do OpenOffice, porównywałem wskazówki w niej zapisane z faktycznym sposobem wykonania danej czynności w OO.o (np położenie czy nazwy przycisków w OO.o się zmieniły, a nie ujęto tego w dokumentacji) i jak tylko coś znalazłem (a znajdowałem często), zgłaszałem. Proste bugi, więc i szybko pojawiały się bug_fix-y 🙂

Właśnie wypełniłem pierwszy Bug Report dla Google Chrome i właśnie developerzy się nim zajęli 🙂0

Test rozjemca

Odkryłem kolejny fajny test prędkości przeglądarek:

http://service.futuremark.com/peacekeeper/

Choć fajny jak dla kogo. Mój Firefox 3.x testu nie przechodzi (tzn zabrakło mi cierpliwości). Firefox 3.5.x też nie chciał przejść, ale tu byłem bardziej cierpliwy. Jak widać na poniższym obrazku chyba niepotrzebnie, bo test pokazał i tak to, co już wiem: Chrome od tłustej lisiej świni i tak jest szybszy (choć nie spodziewałem się, że aż tak)

peacekeeper0

Google Chrome coraz bardziej linuksowy

I bardzo dobrze. Mam obecnie wersję 3.0.197.11 i z wersji na wersję (Ubuntu sam mi pobiera aktualizacje i robi to często) widzę kolejne zmiany.

Zniknęła gnomowa dekoracja okna (teraz już jest tak jak pod windows, czyli zakładaki znajdują się na pasku tytułu), powoli ruszają pluginy. Na szczęście nie są domyślnie włączone, bo zdarza się, że strona z flashem się nie ładuje albo się wywala. Ale grunt, że już się rusza 🙂

Kiedyś byłem fanem Mozilli, a teraz mi jest zwyczajnie głupio, że brałem udział w promowaniu takiej tłustej bestii. Przed chwilą robiłem sobie małe testy:
Czas uruchomienia Ubuntu do ekranu logowania: 57 sekund
Czas od zalogowania do wyświetlenia pulpitu: 24 sekundy
Czas uruchomienia Firefoksa: 22 sekundy, czas uruchomienia Chrome: 7 sekund.

O prędkości działania obydwu nie wspomnę. (Bo już pisałem)0

A jednak Google OS

Official Google Blog: Introducing the Google Chrome OS.

Z jednej strony bardzo dobrze. Zwłaszcza, że obiecują, że będzie szybko, a tego mi właśnie w moim obecnym Ubuntu brakuje. A patrząc jak działa Google Chrome, można by uwierzyć im na słowo.

Z drugiej strony mają zamiar oprzeć to na jądrze Linuksa. Więc nie będzie to zupełnie nowy system operacyjny, a być może kolejna dystrybucja GNU/Linux; może bardzo zmodyfikowana. Mam tutaj nadzieję, że faktycznie wywalą to wszystko co obecnie spowalnia inne dystrybucje.

W każdym bądź razie możecie się spodziewać, że będę jednym z pierwszych, którzy przynajmniej wypróbują to na własnej skórze.0

A teraz cisza!

Każdy się chce dam dostać. Może nie każdy jawnie to przyzna, ale nikt by nie pogardził możliwością znalezienia się tam. Sprostać wyśrubowanym wymogom, okazać najwyższe standardy – byłoby się czym chwalić i napawać podczas gdy spoczywać na nas będzie zawistny wzrok konkurencji, mówiącej, że tak naprawdę nie o to przecież chodzi.

Jednak ostatecznie to my sami wybierzemy tego naszego najlepszego kandydata. Kto nim będzie? Pozwólcie, że na chwilę oleję fakt, że trwa właśnie cisza wyborcza i wyraźnie pokażę, kto według mnie powinien zasłużyć na miano najlepszego. Ba! Więcej: będę was jawnie namawiał do takiego samego wyboru, jakiego dokonam ja.

Każdy chce się tam dostać. Oczywiście chodzi mi o stronę Chrome Experiments. Kilka przykładów tego, jak już wkrótce może wyglądać surfowanie po internecie i zarazem kilka przykładów dlaczego niby mielibyśmy wybrać przeglądarkę Google Chrome. Przyznam, że stronę tą pierwszy raz zobaczyłem tydzień temu, ale od razu zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Świetne zabawy z interfejsem za pomocą javascript i nie istniejącego jeszcze języka HTML 5.

Wrażenie niestety połowiczne, bo u mnie, na Linuksie strona cholernie się tnie. Tymczasem widziałem jak chodzi to pod Windows i to nie tylko na Google Chrome, ale i Firefoksie (Internet Explorera na szczęście gość, który mi to prezentował nie odpalał).

Trzeba było znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczegóż to u mnie, na w końcu nie najgorszym (ale i nie najlepszym) komputerze strona zachowuje się jakby przeglądarka miała czkawkę. Procesor 1,3 GHz, 500 MB RAM, karta graficzna 128MB. Wstyd? Wychodzi na to, że wstyd.

A może to winny jest Firefox (3.0), lub może nawet Linux (Ubuntu 9.04)?

Postanowiłem się rozejrzeć jak z obsługą JavaScript radzą sobie inne przeglądarki dostępne w tym systemie. Miałem zamiar użyć ku temu świetnej strony testującej prędkość przetwarzania tego języka, jaką jest Sunspider. Zadanie jest proste: weź zbierz wszystkich kandydatów w jednym miejscu, każ im przejść test Sunspider i porównaj wyniki. Potem zobacz, jak każdy z kandydatów radzi sobie w życiu, czyli wpuść go na Chrome Experiments.

Jak wiemy obecnie w Rzeczpospolitej Linuksowej liczą się dwie siły przeglądarkowe: będący od jakiegoś czasu u władzy Firefox i opozycyjna Opera.

Test Sunspider dobitnie dowodzi, że władza Firefoksa jest uzasadniona. Wykonanie wszystkich zadań Operze 9.62 zajęło 20033 milisekund, natomiast Firefox 3.0.10 miał  wszystko ukończone już po 11617 milisekundach. Wynik prawie dwa razy lepszy.

Kto śledzi najnowsze doniesienia medialne, ten wie, że już niedługo ukaże się nowy, ponoć o wiele szybszy Firefox 3.5. Z nowym silnikiem javascriptowym ma ponoć położyć pozostałych konkurentów na łopatki.

Zainstalowałem więc jego czwartą wersję beta i dopuściłem do debaty. Wynik: 5123 milisekundy! Dwa razy lepiej niż starszy brat 3.0 i aż cztery razy lepiej niż opozycyjna Opera.

Poniżej wykres przedstawiający porównanie obu przeglądarek: Opery oraz Firefoksa (tego ostatniego w dwóch wersjach).

Porównanie prędkości javascript w Operze i Firefoksie

Porównanie prędkości javascript w Operze i Firefoksie

Proszę Państwa! Eurokandydat wybrany! Jest nim już i tak panujący Firefox, tyle, że w najnowszej, bardziej przyjaznej zwykłym ludziom, takim jak ja i Ty Czytelniku odsłonie.

Ale zaraz. Wszedłem wszystkimi przeglądarkami jeszcze raz na Chrome Experiments i tak:

Firefox 3.0.10 – wolno i na dodatek z niemiłosierną czkawką. Animacje mają tempo ślimaka i to ślimaka, który co chwila (na oko co sekunde) musi się zatrzymać i zastanowić co ma robić dalej.

Firefox 3.5 beta 4 – to samo co wyżej.

Opera 9.62 – no jaja: ślimak nadal jest ślimakiem takim jak wyżej, ale przynajmniej nie ma cosekundowej czkawki!

Już miałem ogłosić wyniki debaty, wedle których w Rzeczpospolitej Linuksowej nie ma żadnej przeglądarki, która mogłaby szczytnie reprezentować ten system na szerokim forum międzysystemowym. Albo przyznać, że moje 1,3 GHz to stary rupieć.

Tymczasem w piątek, tuż przzed ogłoszeniem ciszy wyborczej (bo jakże mogłoby być inaczej) serwisy doniosły o pojawieniu się w Rzeczpospolitej Linuksowej nowego kandydata. Google oficjalnie wydało swoje Google Chrome pod tą platformę.

Nie było jeszcze za poźno na rejestrację owego kandydata, więc wziąłem się za jego odpytywanie. Wykrywacz kłamstw, czyli Sunspider powiedział, że mamy tu do czynienia 4599 milisekundami. Wynik nieznacznie tylko lepszy od Firefoksa 3.5. Zaktualizowany o nowego kandydata wykres wygląda tak:

Google Chrome - dosłownie rzutem na taśmę. Ale czy równie dobrze poradzi sobie w realnym życiu?

Google Chrome - dosłownie rzutem na taśmę. Ale czy równie dobrze poradzi sobie w realnym życiu?

Tak więc mamy zwycięzcę! Nowy, młody (choć już z numerkiem 3.x, ale Opera podobnie zaczynała) i jaki szybki w sondażach! Pięknie prezentuje się na papierze, zachwyca liczbami, imponuje rozmiarem…

I co najważniejsze: na Chrome Experiments działa tak jak powinien! Szybko i bez zacięć. Co prawda strona ta została stworzona właśnie po to, aby udowadaniać przewagę Chrome nad innymi kandydatami, ale szybka przebieżka po innych, nafaszerowanych JS, DOM, XML, WTF i innymi nie większości z Was nie mówiącymi technologiami także pokazuje, że Chrome jest najszybszy.

Najszybszy, ale jeszcze nie najdoskonalszy. Prawdę mówiąć wciąż kulawy w porównaniu ze swoim bratem z Krainy Windowsem Płynącej. Nie ma większości opcji, okno przeglądarki nie wygląda tak jak wyglądać powinno, animacje flash w ogóle nie działają…

Ale i tak mój głos oddaję na Chrome! Nie dlatego, że go w całej rozciągłości popieram, bo nie popieram. Ale dlatego, by pokazać – jak namawia do tego Opera – żółtą kartkę przeglądarce rządzącej. Już dawno się mówiło, że ludzie stojący za Firefoksem Linuksa traktują jak system drugiej kategorii (co brzmi wyjątkowo hipokrytycznie, zwłaszcza, że i Linux i Firefox wywodzą się z tej samej idei opensource) i Firefox linuksowy zawsze jest gorszy i wolniejszy od Firefoksa windzianego.

Niech twórcy Firefox zobaczą choć chwilowy spadek w wynikach wyborów. Może to ich zmobilizuje do działania, bo mimo wszystko to dobra przeglądarka i mam nadzieję, że wróci kiedyś do pełni swoich sił.

* * *

Na prośbę wyrażoną w komentarzu, do testu dodaje też Operę 10 beta. W sumie się należy, bo Firefoksa testowałem w wersji beta, Google Chrome to też chyba beta (samo Google prosi o nie używanie tej przeglądarki na razie).

Opery beta nie było, bo nie wiedziałem jak zainstalować ją w Linuksie, tak aby nie nadpisała wersji 9.62. Okazało się to jednak bardzo proste (podobnie jak przy Firefoksie po prostu rozpakowuje sie archiwum i uruchamia bez instalacji).

Wynik opery 10 beta na Sunspider: 18247. Czyli jest lepiej, ale jedynie od opery 9.x i to nieznacznie.

Opera 10 beta na Chrome Experiments: tak samo jak poprzednia wersja – wolno ale bez zacięć.

Zaktualizowany wykres:

...i jeszcze Opera 10 beta. Niestety postęp względem 9.x jest nieznaczny

...i jeszcze Opera 10 beta. Niestety postęp względem 9.x jest nieznaczny

* * *

Jeśli komuś cały wpis skojarzył się z wyborami do europarlamentu, któraś z przeglądarek z którąś z partii politycznych, to znaczy że nie ma racji. Naprawdę pisałem o przeglądarkach jako o przeglądarkach, nie mam tu zamiaru przemycać w podtekstach jakichkolwiek materiałów agitacyjnych odnośnie żadnej partii. Całość napisałem jak napisałem, aby było ciekawiej niż zwykłym, nudnym tekstem porównującym nudne liczby.0