Obecne wydania Google Chrome z gałęzi dev (najbardziej niestabilna z niestabilnych, żeby nie było) przynajmniej raz na dzień wykładają mi Linuksa. Gdy otwieram nową kartę, nagle znika wszystko, pojawia się na chwilę czarny ekran z napisami konsolowymi i po chwili ekran logowania do systemu. Czyli wykłada się nie tylko Chrome, a całe Gnome i zapewne także tak zwane „iksy”.
Z jednej strony fakt: korzystam z dev, więc nie mogę mieć pretensji.
Z drugiej jednak strony: cały czas pamiętam komiks, jaki się pojawił wraz z debiutem tej przeglądarki. Wyjaśniano tam, że każda karta to oddzielny sandbox i jeśli nawet na jakieś stronie zdarzy się awaria, cała przeglądarka nadal działa i inne strony są niezagrożone. Tutaj jednak widać, że tak nie jest. I przy okazji użytkownicy wersji stabilnej chyba nie zaprzeczą, że nigdy tak nie było: jak padała jedna zakładka (pojawiał się obrazek smutnej karty), padały wszystkie, choć sam Chrome nadal chodził.
I co dla mnie ważniejsze: gdzie ta legendarna stabilność samego Linuksa? Pamiętam, że faktycznie kiedyś tak było: jak jakiś program ulegał awarii, wszystko inne nadal działało jak należy. Teraz awaria przeglądarki pociąga awarię całego środowiska graficznego, a z punktu widzenia zwykłego użytkownika, jest to awaria całego systemu. Bo czym się różni takie wyjście z „iksów” od legendarnego niebieskiego ekranu z Windows? Z punktu widzenia stabilności: niczym. I w tym i w tym wypadku wszystko, czego nie zapisałem w programach ma utracone.
Rozumiem, że przez owe kilka lat Linux bardzo się zmienił. Iksy to już nie X11, a x.org. Do całego Gnome dochodzi tu także Compiz i wszystko – muszę to przyznać – lśni i wprawia w zachwyt. Nie jestem jednak pewien, czy godzę się tutaj na ten cały blask kosztem niestabilności.
Ty razem będzie nieco weselej, choć znów o anomaliach komputerowych. Co więcej – o anomaliach nie z tego świata. Próbując je rozgryźć czuję się tak, jak chyba czują się osoby, przed którymi nagle talerzyk zaczyna się obracać i które nagle widzą ślady stóp demona odciśnięte w talku rozsypanym na schodach (o tak, widziałem obie części „Paranormal Activity”)
Po zainstalowaniu Unity zauważyłem dziwną przypadłość: gdy korzystałem z przeglądarki Google Chrome czasem nie działało mi scrollowanie stron rolką myszki. Szybko zauważyłem, że wystarczy przesunąć myszkę w inną pozycję i przewijanie działało jak należy.
Wkrótce zauważyłem też, że także w niektórych miejscach nie dało się kliknąć w odnośniki na stronie. Przewinięcie strony tak by odnośnik był już w innym punkcie x/y ekranu sprawiało że jednak był klikalny.
Co więcej zauważyłem, że nieklikalność nie dotyczy tylko stron internetowych, ale generalnie ekranu. Nie mogłem kliknąć różnych przycisków w innych programach, ale przesunięcie okna programu odblokowywało tę funkcję.
Oczywiście szyderczo się ucieszyłem bo tak oto znalazłem kolejny dowód na to, że Unity jest do bani
(nie kończcie jednak czytania wpisu w tym miejscu)
Po restarcie komputera, albo po ponownym zalogowaniu się wszystko było OK. Prawdę mówiąc wadę tę zauważyłem ledwo kilka razy przez ostatni tydzień, przeważnie po długim siedzeniu przed komputerem.
Dziś przed chwilą znów mnie to dopadło. Najpierw uruchomiłem monitor zadań by zabijać w nim aplikację po aplikacji aż dojdę, która to tak broi. Szybko jednak wpadłem inny pomysł.
Które dokładnie obszary ekranu są nieklikalne? I czy układają się w jakiś logiczny wzór?
Uruchomiłem Gimpa, rozpostarłem „płótno” na jak największy obszar ekranu, chwyciłem za pędzel i zacząłem klikać. Klik, robi się plamka. Przesuwam myszkę i znów klik – kolejna czarna kropa. Przesuwam i klik -jest! Nic się nie pojawiło. Mamy martwy punkt.
Klikanie trochę potrwało i tak oto wytropiłem całkiem duży, poziomy obszar bez kropek:
Krawędzie są nierówne, bo kliknięcie i przypadkowe przesunięcie myszy powodowało, że jednak w martwym obszarze udawało się narysować coś (ważne było aby zacząć rysować poza martwym polem).
U góry widzicie mniejsze kropki. Zlokalizowałem tam bowiem mniejszy obszar nieklikalny, jednak tak mały, że duży pędzel w całości go by przykrył. Na ekranie było zresztą więcej takich miejsc, jednak zabrakło mi cierpliwości by je „wypaćkać”
Cóż to za duch w komputerze i czy próbuje mi coś przekazać?
Czyżby z zaświatów stara, odinstalowana wersja Ubuntu próbowała mnie ostrzec przed używaniem nowej?
Postanowiłem wrócić do pierwotnego pomysłu i wyłączać program po programie. I sprawdzać czy problem nadal występuje. Dość szybko w ten sposób namierzyłem winnego: gdy wyłączyłem Google Chrome, wszystko zaczęło działać jak należy.
Używam Chrome z gałęzi dev (czyli bardziej rozwojowa niż beta). Ma ktoś pomysł co oni tam kombinują?
Może faktycznie jakieś przesłanie? Czy po prostu nowe funkcje, które póki co szkodzą, a nie działają? Czekam na pomysły w komentarzach!
Że Chrome jest moją podstawową przeglądarką, wiecie już chyba dobrze. Postanowiłem jednak zrobić całkiem gruntowny test najnowszego Firefoksa spędzając z nim cały dzień w sieci. Niestety, wszystko o czym się przekonałem to to, jak naprawdę dobrym produktem jest program od Google.
Firefox 4 nie jest zły. Firefox stał się nagle zły gdy pojawiła się rzeczona chromowana konkurencja. Bardzo szybko przeglądarka, bardzo szybko startująca. Włączasz i używasz. Tymczasem lisek przez kilka kolejnych lat potrzebował na obudzenie się kilkunastu (co najmniej sekund).
Najnowsza jego wersja nie ma już tej wady. Od kliknięcia w ikonę do pełnego uruchomienia programu mijają dwie niezauważalne sekundy. Pomyślałem sobie: skoro naprawili, to na co narzekałem, może dać mu kolejną szansę? Spędzę na nim 24 godziny i zobaczę czy to jest to, czego potrzebuję.
Cały dzień jednak spędziłem na dostrzeganiu kolejnych rzeczy, których Firefox nie ma. Przede wszystkim nie miał zakładek przeniesionych na pasek tytułu okna przeglądarki, tak jak ma to Chrome (mówię tu o wersji dla systemu Linux Ubuntu). Niby drobny szczegół, jednak sprawił, że cały czas dostrzegałem ten niepotrzebnie zajmowany obszar ekranu, kosztem którego jest mniej miejsca na stronę. Na szczęście udało się dzięki googlaniu, dwóm rozszerzeniom i kilkunastu minutom ustawień sprawić, że Firefox wygląda pod tym względem jak Chrome.
Kolejna rzecz, na którą niestety nie znalazłem rozwiązania to autouzupełnianie paska adresu. Gdy w Firefoksie wpisałem ‘gm’ i wcisnąłem enter, trafiałem na stronę wyników wyszukiwania frazy ‘gm’. Nie o to mi chodziło. 4 lata używania Chrome nauczyły mnie, że w pasku adresu wpisane ‘gm’ są automatycznie uzupełniane do ‘gmail.com’ i po wciśnięciu enter jestem w swojej skrzynce pocztowej. W Firefoksie muszę nadal starym sposobem wpisać ‘gm’, wcisnąć strzałkę w dół by wybrać opcję z listy podpowiedzi i dopiero wtedy enter. Wiem, że chwila, ale automatyczny odruch sprawia, że zapominam o tej strzałce. I tak samo wiele razy dziś zamiast na flaker.pl lądowałem na stronie wyszukiwania frazy ‘fl’, zamiast na google.com/reader, lądowałem na wynikach dla frazy ‘goo’. Strata czasu. Niestety nie znalazłem wtyczki, która by to naprawiła.
Całkiem nieźle się zdziwiłem, gdy zobaczyłem, że nie działają animacje flash. Musiałem nieźle się naszukać i nagimnastykować by pojawiła się ta wtyczka w tym Firefoksie (w starszej wersji 3.6 była) i nawet gdy już ją mam, działa fatalnie. Animacje znikają, pojawiają się po kawałku, zatrzymują się… Poczułem się jakbym używał jakiejś bety, a nie wersji stabilnej przeglądarki. I nie sądzę by to była wina flasha – Chrome jak i Firefox 3.6 korzystają z dokładnie tej samej instalacji.
Mógłbym się jeszcze długo rozpisywać o rzeczach, których Firefoksowi brakuje w porównaniu z Chrome. O braku historii odwiedzonych stron w pasku adresu, o nadal wyskakującym i wkurzającym oknie pobranych plików (a gdy kliknę w nim w pobrany plik .txt Firefox pyta mnie jakim programem chcę go otworzyć – takie rzeczy nie powinny mieć miejsca!). O braku suwaczka do ukrywania ikon rozszerzeń.
Firefox po prostu mi uświadomił jak ważne są te małe detale, na które nigdy nie zwracałem uwagi, a bez których nie mogę teraz żyć. Twierdziłem do tej pory, że jedyną przewagą Chrome nad lisem jest prędkość działania i uruchamiani. Gdy Mozilla Team to poprawiło, dopiero teraz widzę, że jednak to nie jest wszystko. Firefox niestety został bardzo, bardzo daleko w tyle.
Wiem, że zaplanowany jest nowy, szybszy cykl wydań. To dobrze, mam nadzieję, że sprawi to, że jeszcze kiedyś zafunduję sobie kolejne 24 godziny z tą przeglądarką. Na razie jednak odstawiam ją na bok i wracam do Chrome.
Wszelkie netbooki mają jedną wielką zaletę: są malutkie i aż się prosi by zabierać je ze sobą w świat. Jak do tej pory żadnego nie kupiłem, bo wiem, że nie uruchomię na nich mojego ulubionego netbeans (środowisko programistyczne, bardzo pomagające w tworzeniu kodu). Zawsze mógłbym ostatecznie zabrać się za edycję jakimś prostym notatnikiem, ale jednak mimo to na zakup się nie zdecydowałem. Po prostu netbooki z definicji nie nadają się do takich zadań.
Tym samym w ogóle nie rozważam zakupu najnowszej zabawki (jeszcze nie dostępnej na rynku) z zainstalowanym systemem Chrome OS. Nie dość, że to kolejny netbook, to na dodatek bez żadnych aplikacji instalowanych na komputerze. Wszystkie programy muszą być uruchamiane z sieci. W tej chwili w sklepie z aplikacjami dla Chrome nie ma żadnego sensownego notatnika, a edycja kodu za pomocą Google Docs to chyba jednak nie to. To tak jakby pisać aplikację PHP za pomocą Microsoft Word
Niby można, ale…
Okazuje się jednak, że Google chce także pomóc programistom. Pojawiła się dziś informacja, że ich platforma do hostowania kodu jaką jest Google Code uzyskała nową funkcję, jaką jest edycja zamieszczonego tam kodu. Niby drobiazg, ale brzmi całkiem dobrze: wrzucając kod na tę platformę mamy od razu dostępny z każdego miejsca na świecie katalog z naszym kodem, możemy go edytować i od razu nie musimy się martwić o syste kontroli wersji – w każdej chwili możemy wrócić do poprzednich zmian.
Brakuje na pewno możliwości tworzenia projektów prywatnych (a może za słabo znam Google Code?). Większość kodu jaki piszę, wykonuję na zlecenie konkretnej osoby. Ten kod nie może być dostępny do przeglądania dla każdego. Brakuje mi też możliwości wysłania skończonego zadania na serwer klienta i zainstalowanie tam (ale to być może rozwiąże webowy klient FTP jakim jest net2ftp).
Czyżbym więc któregoś dnia kupił sobie zabawkę z Chrome OS? A jakie jest Wasze zdanie? Czy na takim komputerku będzie dało się wydajnie pracować także jako programista lub twórca stron internetowych?
Siedzę na Ubuntu. Tutaj większość zasu spędzam korzystając z przeglądarki Google Chrome i co najważniejsze pobieram ją w wersji dev. Podczas gdy wszyscy o ile wiem mają obecnie w wersji 7 czy 8 u mnie już od jakiegoś czasu leci 9-tka. I od kilku dni mam silne wrażenie, że to co już widzę, jest tym samym co widzą developerzy sysemu Google Chrome OS. Przyjrzyjmy się zatem jak wygląda ów (na razie niby) system w moim przypadku.
To, że można sobie przypinać karty, nie jest żadną nowością, istnieje bowiem od dawna:

Wszystko jednak zmieniło się w chwili gdy wszedłem do Chrome App Store i spróbowałem w przeglądarce zainstalować kilka aplikacji. O dziwo, mimo, że czytałem, że się nie da, udało się. I teraz mój niby pulpit wygląda tak:
Jak widać to co było dotychczas na pierwszym planie, czyli okna najczęściej odwiedzanych stron zostało zredukowane do paska z tytułami owych. Na pierwszym planie są "ikony" aplikacji. Co więcej, pojawiło się do nich dodatkowe menu konfiguracyjne:
Tak mam od kilku dni. Dziś natomiast pobrałem najnowszą wersję dev i zarówno doinstalowałem dodatek ratujący drzewa. Wymieniam oba, bo nie wiem co jest bardziej odpowiedzialne za nową funkcję. Mianowicie od dziś dodatek ów potrafi przy starcie przeglądarki (i raz na jakiś czas) wyświetlić chmurkę "systemową" w lewym dolnym oknie przeglądarki:

Kliknięcie w klucz powoduje otworzenie nowego menu konfiguracyjnego chrome, w którym możemy określić dokładne uprawnienia dla dodatków (czy może otwierać pop-upy, czy może uruchamiać JS i czy na przykład może wyświetlać takie komunikaty jak ten powyżej).
Zastanawiam się czy to już jest Chrome OS? Czy też to macie?
Zastanawiam się też czy system ten byłby dla mnie. Pomijam kontrowersje prywatnościowe. Zwyczajnie zastanawiam się powstaną na niego aplikacje, które umożliwią mi pracę nad stronami internetowymi. Czy będzie jakaś choćby namiastka IDE dla PHP? Czy taki plik utworzony w tym IDE będę mógł zsynchronizować przez FTP ze stroną na serwerze? Byłoby ciężko, ale nie sądzę aby wykonanie takich aplikacji nie było możliwie (no może nie całe IDE, ale choćby notatnik z obsługą FTP byłby do zrobienia).
Zainstalowałem sobie właśnie wtyczkę ScribeFire dla Chrome i ten wpis pisze za jej pomocą. Jeśli wpis się pojawi i nie będzie żadnych z tym problemów, to chyba można powiedzieć, że ją polecam
Ze ScribeFire miałem do czynienia ostatni raz w 2008 roku, wtedy jako wtyczką do Firefoksa. Nie przypadł mi do gustu, bo działał kiepsko. Jeśli jednak od tamtej pory coś się zmieniło, mam nadzieję, że da się go używać.
Czym jest ScribeFire? To wtyczka umozliwiająca publikowanie wpisów na własnym blogu (nie tylko opartym na WordPress) bez konieczności logowania się do panelu administracyjnego, odnajdywania odpowiedniej strony itd. Klikamy guzik wtyczki i już mamy okno edycji wpisu. Jeśli przy wtyczce zostanę dlużej, spodziewajcie się tutaj więcej krótkich notek – do tej pory przed zamieszczaniem ich powstrzymywała mnie właśnie konieczność odbębnienia tego calego rytuału logowania – pisania – publikowania.
Używam tylko i wyłącznie Linuksa i robię tak już od chyba 8 lat, ale kilka lat temu przestałem tym systemem się pasjonować. Teraz to tylko narzędzie. Wygodne, praktycznie niezawodne i dostępne za darmo.
Kryzys był jednak, gdy sobie uświadomiłem, że wszystko potrzebuje pieniędzy. Linux bez wielkiej kasy, nawet gdyby był wielokroć lepszy od Windowsa nigdy nie zdobędzie rynku. I nie mówię tu tylko o pieniądzach na marketing, ale przede wszystkim o pieniądzach na specjalistów innych niż programiści. Od programistów się zaczyna, ale to nie oni sprzedają produkt i nie oni opiekują się nim na dziesiątki innych sposobów. Mniej więcej to właśnie zostało opisane jakiś czas temu w tym tłumaczonym na język polski wpisie.
Dwa, trzy (szit, już cztery właściwie) lata temu gdy przyszło mi nauczać obsługi komputerów osoby, które nigdy nie miały z nim do czynienia, robiliśmy to z użyciem systemu i programów od firmy Microsoft. I co ważniejsze, Microsoft dostarczył nam mnóstwo świetnych materiałów edukacyjnych. Nie tylko o swoich produktach, ale o komputerach ogólnie. Osoba, która nigdy nie trzymała w ręku myszki komputerowej mogła z nich bardzo łatwo dowiedzieć się czym jest to pudło pod biurkiem, co to za podłużny przycisk na dole klawiatury i na koniec kursu uczyła jak wypełnia się formularze internetowe, o lata świetlne oddalone od tych, jakie do tej pory znała z okienka urzędu skarbowego czy poczty.
Uczyła się komputerów jako komputerów, a przy okazji w tle cały czas przewijały się nazwy programów firmy Microsoft. W ten delikatny sposób Microsoft zrobił sobie kolejnych klientów, którzy jeśli kiedyś kupią jakieś oprogramowanie, będą wiedzieli do jakiego producenta powinni się po nie zgłosić.
Nawet nam do głowy nie przyszło uczyć tych osób obsługi komputerów na bazie systemu Linux. Właśnie dlatego, że właśnie kompletnie brakowało wartościowych materiałów szkoleniowych. Linux ma man-y, how-to i F1 w programach, ale w większości z nich się dowie jak coś wygrepować, a nie wyszukać, jak coś wylistować, a nie wyświetlić zawartość katalogu. Wszelkie podręczniki na Linuksa zawsze zakładają, że nowy użytkownik tego systemu spędził już sporo czasu przed komputerem i na pewno zna już jakiś inny system operacyjny (oczywiście Windows). Nawet Linuksowcy żyją w świecie monopolu Microsoft i nie starają się tego zmienić. Nikt nie chciał napisać dobrego podręcznika do obsługi komputera zaopatrzonego w system Windows i także żadna firma nie chciała zasponsorować takiego działania, bo przecież nic by na tym nie zarobiła. Świat open source jest zakazany dla emerytów i kompletnych laików technologicznych.
Piszę o tym wszystkim, bo właśnie zauważam, że to wszystko zaczyna się zmieniać. Linux jest już coraz popularniejszy i trafia na coraz więcej urządzeń. Najpopularniejszym systemem operacyjnym na telefony komórkowe jest Android o otwartych źródłach. A wszystko nie dlatego, że jest dobry (zapewne jest), ale dlatego, że po raz pierwszy za open source stanęła wielka firma z wielką kasą.
Google nie tylko rozwija produkty open source. Google także wspiera finansowo całą otoczkę okołoproduktową. Gdy wydano Google Chrome, firma ta nie przygotowała do niego tylko stron manuali, ale całość wsparła komiksem i dziesiątkami wirusowych filmików na YouTube.
Dziś właśnie spełniło się trochę moje marzenie. Google – zapewne przygotowując grunt pod swój nowy system operacyjny dla nie-telefonów – umieściło w sieci przewodnik po komputerach o jakim dawno marzyłem. Opis jak się korzysta z sieci zaprezentowany w postaci ilustrowanej książeczki dla dzieci. Nie ma tam co prawda wyjaśnienia czym jest procesor i z jakich elementów składa się komputer, ale materiał jest wyraźnie przygotowany pod wprowadzenie Chrome OS. Komputer tam to przeglądarka. Programy to aplikacje w jej oknie, a dane trzyma się w chmurze, a nie na dysku twardym.
Wielkie brawa ode mnie dla Google!
Dziś mijają równe dwa lata od kiedy Google wypuściło swoją własną przeglądarkę o nazwie Google Chrome. Przyznam, że korzystam z niej od samego początku. Gdy pojawiła się pierwsza jej wersja, ściągałem ją – jeszcze pod Windows – przez całą noc
Brzmi dziwnie, ale pamiętajcie, że dwa lata temu byłem w Rwandzie, gdzie ściągnięcie jednej piosenki też trwało całą noc
Google Chrome bardzo mi się wtedy przydał, bo był szybki na leciwym laptopie, jaki wtedy miałem ze sobą.
Przy okazji mała pobudka: system operacyjny Google Chrome OS zapowiedziany był rok temu na drugą połowę 2010 roku, czyli właśnie jakoś teraz. Czy ktoś coś słyszał jak wyglądają prace nad nim? IMO powinno być już mnóstwo marketingu szeptanego na ten temat w sieci. A do mnie nic nie dotarło.
Na koniec zrzut z pierwszego wydania Google Chrome. Ktoś to pamięta?
Z jednej strony niby niewiele się zmieniło, z drugiej te boksy po prawej już trącą myszką, nawet jeśli to tylko dwa lata
Na Demotywatorach trafiłem dziś na odnośnik do gry w statki przez przeglądarkę shipo.pl. Fajnie, bo w święta aż się chce byle jak pozabijać czas, a po drugie nie będę może zbyt skromny, ale w statki idzie mi całkiem dobrze
Wiem jak rozstawić statki aby ryzyko trafienia było mniejsze, wiem jak strzelać by prawdopodobieństwo trafienia było większe.
Co więcej shipo.pl oferuje możliwość grania na pieniądze. Na starcie dostajemy 10 złotych, niestety od razu chce przestrzec, że te 10 złotych nie ma nic wspólnego z prawdziwymi pieniędzmi. Pieniądze są kompletnie wirtualne i służą nam jedynie do spróbowania zabawy. Nie możemy ich wypłacić, a gdy dojdziemy w grach do 20 złotych na koncie, zabawa się kończy. Albo zrezygnujemy z serwisu, albo wpłacimy realną kasę i zaczniemy już grać naprawdę. Od tej pory wszystko co zarobimy jest już nasze (choć przy wypłacie zostanie potrącony procent dla twórców serwisu).
Gra niestety ma bardzo wiele wad, od technicznych po merytoryczne.
Po pierwsze nie działa w Chrome. Musiałem specjalnie dla niech odpalić Firefoksa (co ciekawe przez cały czas grania Firefox zżera 100% procesora).
Po drugie gra ma wady sama sobie. Czasem coś nie działa, czasem nawet gra sama się przyznaje, że wystąpił błąd i prosi o opuszczenie gry i zaczęcie od nowa. Niestety opuszczenie gry oznacza poddanie się i automatycznie pieniądze o jakie właśnie gramy przegrywamy. Niby jest w rogu znaczek beta, ale serwis, który pobiera od nas pieniądze, powinien też ponosić odpowiedzialność za ich utratę z winy błędnie działającego kodu. Za takie coś autorom strony należy się co najmniej kara chłosty (czy nawiązując do panującej tam terminologii – kara przeciągnięcia pod kilem).
Pomijając błedy techniczne, owa gra w statki… z grą w statki nie ma więcej wspólnego niż wygląd planszy 10 na 10. Każdy za wpłacone na konto shipo.pl pieniądze może dokupić usprawnienia. Można podglądać plansze przeciwnika, można wykonywać 5 strzałów w jednej rundzie, można strzelać pociskami, które za jednym razem trafiają w np w 9 pól lub ustawić, że jeden strzał niszczy cały statek, niezależnie od jego wielkości.
Oczywiście dodatków kupować nie trzeba, ale jak się trafi na innego gracza z dodatkami nie mamy praktycznie szans na zwycięstwo. Szybko wyliczyłem, że za około 2 złote można kupić dodatków, które w pierwszej rundzie strzałów pozwolą nam zaatakować lub podejrzeć co najmniej 28 pól. Czyli już na starcie bombardujemy w ten czy inny sposób aż jedną czwartą planszy przeciwnika. Akurat w płatnej wersji gry nie zdarzyło mi się zagrać z nikim, kto by nie korzystał z tych dodatków, zatem oczywiście przegrałem wszystkie walki (aż do momentu gdy sam kupiłem dodatki).
Kupowanie dodatków z kolei zmusza gracza do grania o wyższe stawki. Nie lubię za bardzo hazardu. Zawsze gram o maksymalnie 1-2 złote, bo bardziej od zarobku liczy mi się zabawa. Jednak jeśli aby wygrać w jedną grę musimy zainwestować 2-3 złote, szybko przy mojej strategii pójdziemy z torbami.
* * *
Wpis ten zawiera linki referencyjne do shipo.pl – podaje je tylko dlatego, że mogę podać, ale nie liczę na wielkie korzyści z tego. Grę raczej nie polecam. Jeśli chcecie, zarejestrujcie i się pograjcie w wersję bezpłatną. Wersję płatną polecam tylko miłośnikom hazardu, a nie miłośnikom gry w statki.
Tak btw, czy ktoś zna inną, ale prawdziwą grę w statki przez przeglądarkę? Na kurniku nie ma, a na wp.pl nie chcę nawet próbować (bo jeśli dobrze pamiętam ichnie gry działają dzięki ActiveX – a może coś się zmieniło?). Nie musi być na pieniądze
Czy ktoś tu jeszcze pamięta akcję sprzed sześciu lat (Jezu, jaki ja jestem stary) pt. „Mozilla na Święta”? Tak, to ja ją wymyśliłem. Polegało to na tym, że przygotowaliśmy obrazy płyt z Mozillą, Firebirdem i Thunderbirdem które można było sobie wypalić z zamiarem wręczenia komuś jako prezent.
Teraz czasy są inne, programy mniejsze i internet szybszy, więc ludzie już nie wypalają sobie 30MB na płycie, a po prostu ściągają trzy razy mniej i 20 razy szybciej. Dlatego też akcja by już nie miała większego sensu.
Jednak Google właśnie robi coś bardzo podobnego, co wtedy zrobiliśmy my: przygotowano stronę, na której można zapakować Chrome w paczkę z kokardką i wysłać mailem znajomemu. Tutaj jest wszystko na ten temat.
Ciekawe czy ktoś tam w google przypomniał sobie o nas i czy jeśli przypomniał, przyznał się przed przełożonym, że pomysł wziął „z internetu”?
P.S. Wesołych Świąt



