Niemcy atakują Polskę

Tym razem jednak może się to skończyć dla nas dobrze, bo atak odbywa się po prostu na polski rynek hostingowy.

Pojawiła się właśnie w Polsce ponoć (ponoć, bo dowiedziałem się o tym dopiero jak się pojawiła) największa firma hostingowa – 1and1.pl. I żeby było o niej głośno przygotowała nie byle jaką promocję. Każdy kto założy konto hostingowe otrzyma 10GB miejsca na pliki, 3000 GB transferu miesięcznego i jedną domenę z końcówką .pl. I co najważniejsze: wszystko to dostajemy za darmo na dwa lata.

Wszystkim od razu pojawiło się w głowie pytanie: gdzie jest haczyk. Wygląda jednak na to, że haczyka nie ma. Rozdawanie za darmo tak szczodrych kont to po prostu forma reklamy, tak aby o firmie było głośno. Jak widać reklama działa, bo od wczoraj czytałem o tej promocji już w kilku miejscach, sam wysłałem info mailem do kilku osób i teraz – a jakże – piszę o tym na blogu, a Wy to czytacie (skorzystacie, powiecie dalej…).

Z promocji oczywiście skorzystałem. Najwyżej za dwa lata z firmą się pożegnam. “Wykupiony” hosting od wczoraj intensywnie testuje i już widzę, że idealny on nie jest (co wcale nie znaczy od razu, że jest zły).

  1. Podczas rejestracji trzeba podać swój numer telefonu, a pole na to wymaga podania numeru kierunkowego. Podanie telefonu jest konieczne i trzeba podać numer prawdziwy, bo w przeciągu godziny dzwoni do nas automat w celu sprawdzenia czy my to my. Jeśli ktoś jednak nie ma telefonu stacjonarnego, nic nie jest jeszcze stracone: w pole numeru kierunkowego trzeba podać trzy pierwsze cyfry naszej komórki, a w dalsze pole pozostałe cyfry.
  2. Serwer nie będzie automatycznie robił kopii zapasowej naszej strony. Musimy dbać o to sami.
  3. Firma kiepsko nas informuje o naszej usłudze. Kompletnie nigdzie – ani w mailu otrzymanym po rejestracji ani w panelu – nie ma informacji o tym, jaki jest adres ftp do naszego serwera. Na  szczęście intuicyjne zgadywanie działa (adres jest taki sam, jak adres www, bez żadnych prefiksów).
  4. Dla firmy jesteśmy numerkiem, a właściwie numerkami. O ile we wszystkich chyba innych firmach wszędzie (do panelu, do ftp, do bazy) loguje się wybranym przez siebie loginem, to w 1and1.pl loginem jest z góry przydzielony numer. Bardzo długi i co najgorsze numer jest inny do panelu, inny do ftp inny do mysql. Fatalne rozwiązanie. Nazwa bazy danych też jest jakimś dziwnym długim zbitkiem znaków.
  5. O ile hosting daje nam 10GB miejsca, to na bazę danych przeznaczone jest tylko 100MB. Malusieńko i czuje, że za dwa lata będzie to już mocno przeszkadzało.
  6. Obejrzałem jak wygląda 1&1 w innych krajach: ceny nie powalają, więc można się spodziewać, że za dwa lata za przedłużenie będziemy sporo płacić. Mam jednak nadzieję, że to tylko zmobilizuje mnie do rozwinięcia w dwa lata postawionego tam serwisu tak, że opłata za  hosting i tak będzie dla mnie niezauważalna 😉
  7. Strona 1and1.pl działa kiepsko. Jeszcze wczoraj nie działała w ogóle, jeśli przed adresem nie dałem prefiksu ‘www.’. Po zalogowaniu do panelu administracyjnego za każdym razem dostaję informację, że wspierają jedynie przeglądarkę Firefox. Tymczasem już od ponad roku używam Google Chrome (i mimo informacji jaką serwuje mi strona, Chrome bardzo dobrze sobie z panelem chyba radzi).
  8. I co najważniejsze! Na mapie siedzib firmy 1and1 Warszawa zaznaczona jest jako Warschau! 😉 Niemcy znów atakują Polskę 😉
0

Nieświadomi klienci to potężny rynek

#1

Kilka lat temu w moim fordzie escorcie wysiadło oświetlenie stacyjki i tylne światła samochodu. Z miejsca bym pojechał do elektryka samochodowego do którego jeździłem od lat, ale akurat z kasą się nie przelewało. Postanowiłem, że naprawię to sam i zapytałem na jednym z forów co się mogło stać i jak to naprawić.

Wszyscy zgodnie odpowiedzieli, że to przełącznik zespolony (a po ludzku – ta wajcha, którą się włącza światła, kierunkowskazy…) i że to częsta przypadłość escortów. Wszystko co muszę zrobić to rozebrać to, podgiąć blaszki stykowe i złożyć. Ponoć pięć minut roboty, a że dostałem też odnośnik do fotogalerii jak to zrobić, powinienem sobie poradzić.

Koniec końców, z powodu braku narzędzi do rozkręcenia kierownicy oraz myśląc “skoro pięć minut to nie będzie drogo kosztować” pojechałem jednak do elektryka. Powiedziałem jakie są objawy i że wiem, że to kwestia podgięcia blaszek w przełączniku zespolonym (ale się poczułem jak ekspert!).

W odpowiedzi usłyszałem, że przełącznika się nie naprawia, że trzeba wymienić, że kosztuje on 300 złotych i 80 kolejnych za robociznę.

I to jest moment, w którym – nie wiedząc co już wiedziałem – normalnie bym się zgodził i zabulił owe 380 złotych. Tyle, że chwilę temu czytałem, że to 5 minut i kwestia regulacji, z którą poradziłby sobie każdy amator.

Wyszedłem więc od elektryka i zadzwoniłem do Wojtka z pytaniem gdzie on jeździ z takimi problemami. Dostałem adres i pojechałem.

Powiedziałem kolejny raz jakie są objawy, powiedziałem, że to przełącznik, a elektryk nic nie mówiąc zabrał się za rozkręcanie kolumny kierownicy.

“Tylko ja nie chce wymieniać, a naprawić” – upewniłem się.

Mechanik nawet na mnie nie spoglądając odpowiedział: “Tu nie ma co wymieniać”. Po chwili miał już przełącznik w rękach, zniknął na chwilę na zapleczu i faktycznie wrócił po około 5 minutach.

Przełącznik działał. Zapytałem ile płacę.

“Dziesięć złotych. Ale gwarancji nie dajemy, bo to ci się zaraz znów popsuje, escorty już tak mają”.

Od tamtej pory elektryk przy ulicy Przytorowej w Białymstoku (mniej więcej tutaj, taki ciąg garażów) jest moim elektrykiem. Natomiast do elektryka przy ulicy Gajowej już nigdy nie wróciłem (a powinienem choćby po to by powiedzieć ile ktoś inny wziął za to, co chcieli zrobić za prawie 400 złotych).

#2

Strony jakimi się zajmuję u różnych ludzi są na różnych hostingach. Najczęściej jest to home.pl (niestety), ale od strony ftp poznałem  już chyba wszystkie liczące się w Polsce firmy. Dlatego zaciekawił mnie hosting, na którym jest jedna ze stron, które ostatnio trafiły pod moje skrzydła. Pierwszy raz o nim usłyszałem, więc zajrzałem na stronę. Design wyraźnie z lat 90-tych, “przedsiębiorstwo handlowo usługowe w Łomży…”.

Cennik jednak mnie zdumiał.

Czterysta złotych rocznie. I teraz uwaga: pojemność konta – 140 megabajty. Do tego brak jakiegokolwiek cpanelu, a prędkość działania fatalna.

Podejrzewam, że tekst ten czyta wielu z Was, którzy nie wiedzą jakie są ceny obecnie  na rynku. Więc powiem, że ja na przykład za swój hosting płacę 120 złotych za rok i do dyspozycji mam 2 gigabajty przestrzeni (jest to cena z górnej granicy średniego przedziału). Właścicielka strony w tym dziwnym hostingu płaci więc prawie cztery razy więcej niż ja, a dostaje około 14 razy mniej.

#3

Mimo wszystko uważam, że mistrzostwo świata w kategorii nieświadomego klienta należy się człowiekowi, jakiego poznałem jakiś miesiąc temu w barze. Od słowa do słowa temat rozmowy zszedł na komputery i człowiek ów pochwalił mi się, że jego biuro architektoczniczne ma swoją stronę internetową i strona ta jest pozycjonowana przez jakąś zewnętrzną firmę na hasło “architekt białystok” (czy jakoś tak).

Efekt pozycjonowania jest taki, że strona owego człowieka znajduje się na czwartej podstronie wyników wyszukiwania google (kto z Was szukając architekta doklikałby się do czwartej podstrony?).

Człowiek ów za ten rarytas płaci firmie pozycjonującej cztery tysiące złotych miesięcznie.

* * *

A może tak rzucić te całe benedyktyńskie pisanie stron, znaleźć sobie jakiegoś frajera i “wypozycjonować” mu stronę? 4 tysiące miesięcznie za nic nie robienie brzmi bardzo atrakcyjnie.

0