Kategoria: Malaria

Ci, którzy wygrywają z malarią

Bezsprzecznie malaria jest jednym z największych obecnie problemów medycznych, choć zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy są tego świadomi. W telewizji możemy usłyszeć co najwyżej o kolejnych nowo odkrytych chorobach, będących hitem sezonu, jak ostatnio świńska grypa (choć na jesień szykowana jest już ofensywa strachu przed kolejną bakterią odporną na wszystkie antybiotyki). Malaria, jeśli kiedykolwiek “hitem” była to już dawno. Choć na chorobę rocznie umierają setki tysięcy ludzi, media o tym nie informują, przede wszystkim dlatego, że dzieje się to zdala od zachodniego świata. Nie ma więc o czym mówić, a według mnie niesłusznie.

Dziś jednak postanowiłem napisać nieco dobrych wiadomości o malarii. Choć wciąż jest to choroba, przeciw której zaszczepić się nie można i dotyka kraje, w których ludzi najczęściej na leczenie nie stać, są miejsca na świecie, które szczycą się sukcesami na polu walki z tą choroba.

Są to cztery kraje: Erytrea (kraj położony w Afryce koło Somalii i Etiopii), azjatyckie Indie i Wietnam oraz Brazylia. Choć malaria nie została tam wypleniona zupełnie, miejsca te podawane są jako przykłady dowodzące tego, że finansowanie programów walki z malarią z funduszy Banku Światowego nie jest wyrzucaniem pieniędzy w błoto.

W latach ’90 XX wieku powstał program nazwany Roll Back Malaria. Głównym założeniem było zmniejszenie do roku 2010 śmiertelności spowodowanej malarią o 50%. O ile większość światowych programów nie wypala, ten działa – przynajmniej w przytoczonych powyżej czterech krajach – niespodziewanie dobrze. Sama Brazylia już w 1996 roku zmniejszyła śmiertelność malaryczną nie o 50 a 60 procent. Oznacza to, że ilość ossób, które rocznie chorowały na malarię w tym kraju zmniejszyła się o dwa miliony, a ilość zgonów spowodowanych tą chorobą o ponad 200 tysięcy.

Sukces w posoztałych krajach był podobny. Erytrea zredukowała do 2004 roku (czyli na 6 lat przed końcem programu) zachorowalność na malarię o 63%, Indie o niemal 70%, Wietnam podobnie.

W jaki sposób to osiągnięto? Powodów było wiele, jednak dwa z nich są kluczowe: finansowanie i przekonanie rządów tych krajów o konieczności walki z tą chorobą.

Bank Światowy udzielił wszystkim czterem krajom kredytu w wysokości około 300 milionów dolarów. Czy jest to kwota duża, nie wiem. Dość powiedzieć, że zlikwidowanie skutków tegorocznych powodzi w Polsce ma kosztować nawet 500 milionów euro i budżet naszego kraju odczuje to raczej w niewielkim stopniu, głównie dzięki wsparciu Unii i rezerwom jakie na takie zdarzenia zostały zgromadzone.

Istotne jest także podejście władz tych krajów do finansowania. W wielu przypadkach pieniądze są źle redystrybuowane tak, że większość środków pomocowych statecznie ginie w kieszeniach urzędników poszczególnych stopni. W tym wypadku całość okazała się jednak dobrze zaplanowana.

Brazylia od razu po rozpoczęciu programu przystąpiła do gruntownej reformy służby zdrowia z nastawieniem jej na walkę z epidemią malarii. Podobnie było w Erytrei gdzie programy ochronne rozszerzono także o walkę z trapiącą ten kraj wysoką zachorowalnością na AIDS. W Indiach przeszkolono około 300 tysięcy lokalnych liderów, których celem miało być koordynowanie walki z malarią i edukowania o tej chorobie. Na bierząco wprowadzano także wszelkie nowinki medyczne i techniczne, o których raz na jakiś czas można przeczytać w prasie qusi-naukowej (a także na moim blogu). W Brazylii rozpoczął się narodowy program opryskiwania mieszkań środkami owadobójczymi; kolejne rodzaje leków antymalarycznych na bierząco zastępowano w lokalnym leczeniu ich nowszymi generacjami. W Erytrei wybudowano całą sieć ośrodków medyczno – naukowych przeznaczonych do walki z malarią i prowadzenia badań nad tą chorobą, do których ściągnięto personel składający się niemal wyłącznie z lekarzy i naukowców z Europy i Ameryki Północnej.

Efekty jak widać przerosły oczekiwania. Choroby oczywiście nie udało się wyplenić zupełnie, ale założone wskaźniki osiągnięto na wiele lat przed końcem programu. Nie oznacza to oczywiście, że kraje te spoczęły już na laurach. Mam nadzieję, że ich śladem pójdą rządy innych państw. W połaczeniu ze stałymi badaniami nad nowymi sposobami walki z malarią, mam nadzieję, że któregoś dnia będziemy mogli przestać myśleć o tej chorobie jak o wyzwaniu epidemiologicznemu.

Po więcej informacji o sukcesie wymienionych wyżej krajów odsyłam do tego raportu (format PDF).

0

Obowiązkowe szczepienia przeciw żółtej febrze

Już chyba z dziesięć razy wspominałem, że kiedyś napiszę i nigdy nie napisałem dlaczego szczepienia przeciw żółtej febrze są obowiązkowe przy wjeździe do wielu krajów, głównie afrykańskich. Pomyślałem, że chcę mieć to w końcu odhaczone, więc zrobię to teraz. Napiszę jednak chętnie bo jest tu pewna ciekawostka.

Żółta febra to choroba wirusowa, roznoszona podobnie jak malaria przez komary. Około dziesięć procent przypadków kończy się śmiercią (tak podaje WHO, choć w innym miejscu znalazłem informację, że rocznie choruje na nią około 200 tys osób, z czego umiera 50 tys.). Na nasze szczęście występowanie tej choroby ograniczone jest do pasa okołorównikowego; głównie do krajów afrykańskich i krajów Ameryki Południowej i Łacińskiej.

Jest wiele chorób śmiertelnych przeciw którym istnieją podobnie jak przeciw febrze szczepionki, jednak febra ma tą unikalną cechę, że są na świecie kraje, do których bez szczepienia przeciw tej chorobie nie wjedziesz. A ściślej – z nich nie wyjedziesz. Jest to odgórny nakaz ze strony Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Dlaczego organizacji tej zależy na tym byśmy szczepili się przeciw tej jednej chorobie, a przeciw innym jak sobie chcemy? Spisek koncernów farmaceutycznych produkujących szczepionki? 😉

Nie. Żółta febra była jeszcze dwadzieścia lat temu chorobą endemiczną, to znaczy ograniczoną do specyficznych obszarów odseparowanych od siebie gdzieś w okolicach równika. Mniej więcej jak jest teraz z przerażającym wszystkich wirusem ebola, który co prawda zabija ale daleko mu do pandemii.

W przeciągu ostatnich dwudziestu lat tak zwiększył się jednak ruch turystyczny, że wraz z turystami podróżującymi z kraju do kraju zaczął podróżować także wirus żółtej febry. W wielu krajach, w których choroba ta nie występowała nagle stała się chorobą lokalną.

Co więcej zauważono, że na świecie wciąż są kraje, w których wirus ten mógłby potencjalnie się zadomowić. Kraje o sprzyjającym klimacie oraz w których już występuje komar, który mógłby chorobę tą roznosić. Wtedy właśnie WHO wprowadziło obowiązek szczepień przeciw febrze.

Nie jest więc tak, że WHO zależy jakoś szczególnie abyśmy nie zachorowali na żółtą febrę wjeżdżając powiedzmy Etiopii (a już na pewno nie zależy jakoś szczególniej niż abyśmy nie zachorowali na przykład na tężec). Szczepienia przeciw żółtej febrze i żółta książeczka, którą każdy zaszczepiony powinien okazać wraz z paszportem zostały wprowadzone po to, abyśmy już będąc zarażonym choroby tej nie wywieźli do kolejnych krajów.

Wg mnie ruch jest dobry, choć jakiś taki bezduszny. Odgórne wyrachowanie, choć w słusznym celu. Zastanawia mnie jednak – i nie znam odpowiedzi – pewna niekonsekwencja. Otóż obowiązek szczepień został wprowadzony przy wjeździe tylko do niektórych krajów; wciąż są kraje w których żółta febra występuje (Wenezuela, Kolumbia) a mimo to możemy do nich wjechać, zarazić się i zawieźć chorobę dalej, do kraju w którym jeszcze jej nie ma, a być może (np Erytrea).

0

W osiem lat zwiedzić świat

Z racji przygotowań do wylotu do Gruzji wyciągnąłem swój paszport, a w nim znalazłem (co jednak nie było niespodzianką) książeczki szczepień, jakie wykonałem sobie dwa lata temu przed wyjazdem do Rwandy. Szczepień było sześć, a przy każdym z nich na szczęście podana jest data do kiedy szczepienie będzie skuteczne. Niestety jedno szczepienie już się przeterminowało, ale wiele ważnych jest przez 10 lat (czyli od dziś jeszcze 8 lat). Zatem jeśli byłbym sknerą (a byłbym) to muszę wyrobić w osiem lat ze zwiedzaniem  świata, a wtedy oszczędzę na kolejnych szczepieniach 😉

Może “pochwalę” się jakie to szczepienia. Myślę, że przyda się to ludziom, którzy właśnie szperają w internecie szukając takiej informacji przed wyjazdem, jeśli nie do Rwandy, to do któregoś z innych krajów subsaharyjskich, jak Tanzania czy Kenia. Jeśli więc czytelniku, który to czytasz jesteś takim szperaczem, częstuj się tą wiedzą, ale pamiętaj, że musisz ją spożywać z ostrożnością. Nie jestem lekarzem i nie traktuj tej listy szczepionek jako ostatecznej i uniwersalnej. Najlepiej przed wyjazdem skonsultuj się z lekarzem lub przynajmniej zajrzyj na stronę Centrum Informacji Medycyny Podróży.

I tak: pierwsza książeczka zawiera następujące pozycje:

  • szczepienie przeciw polio, ważne przez dziesięć lat
  • szczepienie p. tężcowi i błonicy (podane w jednej strzykawce) ważne także 10 lat
  • szczepienie przeciw durowi brzusznemu ważne 3 lata (czyli kończy mi się w 2011)
  • szczepienie przeciw meningokokom ważne 3 lata
  • …i szczepienie przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu A (WZW A) ważne jeden rok (czyli już nie jestem odporny)

Druga książeczka choć zawiera tylko jedno szczepienie, jest ładniejsza, żółta, ma logo WHO i nazywa się Międzynarodowym Certyfikatem Szczepienia. Jedyne szczepienie jakie zawiera to szczepienie przeciw żółtej febrze, które jest ważne przez 10 lat. Jest to jedyne szczepienie jakie jest wymagane przez WHO w czasie podróży do różnych tropikalnych krajów (z tym wymaganiem jest pewien myk, który opiszę kiedy indziej).

Jak widzicie część szczepień brzmi dla Was (i dla mnie znajomo). Wszyscy bowiem w dzieciństwie byliśmy szczepieni na przykład przeciw durowi czy polio. Jednak powiem szczerze, że dopiero jak dostałem książeczkę przed wyjazdem do Rwandy uświadomiłem sobie, że szczepienia te nie były na całe życie. Szczepi się dzieci, bo one są najbardziej narażone na różnego typu zakażenia (na przykład dzieci często ranią się i mają kontakt z brudnym piaskiem co może skończyć się tężcem).

Jak także widzicie w książeczkach nic nie ma o malarii i słusznie. Powtórzę kolejny raz (dla googlających), że przeciw tej chorobie szczepionki nie ma. Jednak o malarii pisałem już wiele razy, w tym jak się jej ustrzec, zatem przejrzyjcie bloga 🙂 Pewnie coś się automatycznie pojawi pod spodem w powiązanych, więc nie linkuję.

0

No to sobie pochorowałem :)

Ale mnie trzepło 🙂

W poniedziałek z wielką ulgą wysłałem maila, że skończyłem stronę nad którą głowiłem się przez ostatnie ponad dwa miesiące i – choć wcześniej nic a nic na to nie wskazywało – w zaledwie trzy godziny wylądowałem w łóżku trzęsąc się i oblewając potem. Zdecydowanie choroba była odpychana koniecznością skończenia zadania, a gdy te zostało już skończone, zupełnie jakby ktoś przekłuł balon. Bum i leżę.

We wtorek jedyne co mi się udało to dodreptać (wciąż trzęsąc się) do sklepu spożywczego i apteki i wrócić do łóżka. Musiałem dziwnie wyglądać, bo w sklepie ekspedientki równie dziwnie na mnie patrzyły.

Dopiero w środę dreszcze i poty w miarę ustąpiły i zacząłem widzieć na oczy. Do teraz została mi lekka gorączka i kaszel i już będzie ok 🙂

* * *

Wam też, jak czytacie o tych moich dreszczach przyszła na myśl, że to może być malaria? 😉 Przyznam się, że we wtorek w nocy zacząłem sobie liczyć ile to czasu minęło od mojego ostatniego dnia w Afryce. Wyszło mi coś koło półtorej roku. Granicą ryzyka jest rok. Ale dlaczego nie miałbym być wyjątkiem? Objawy wypisz wymaluj jakby pasują. W łazience nawet sam sobie zajrzałem za powieki. Niestety lub stety nic nie zauważyłem. Nawet nie wiem czego miałemm szukać 🙂

A nawet jak nie malaria z Afryki to – nie wiem czy wspominałem – na malarię można zachorować także w Polsce. Ryzyko jest mikroskopijne ale jest. Lekarze uznają, że obszary zagrożone to te w promieniu 100km od lotnisk międzynarodowych. Do Warszawy mam 200km, ale dlaczego znowu nie miałbym być wyjątkiem? Gdzie ja trzymam te ciągle nie “zjedzone” malarone? Jak to było? Profilaktycznie jedna tabletka, a gdy jesteś chory – dwie?

* * *

Oczywiście pomimo tych wszystkich podejrzeń dobrze wiedziałem, że się sam wkręcam. Dopadło mnie jakieś zwykłe przeziębienie, ponoć jakiś wirus szaleje. To jak z totolotkiem: wiesz, że na wygraną masz mikroskopijne szanse, ale im dłużej o tym myślisz, tym bardziej wierzysz, że to możesz być właśnie ty. Ja piszę co chwila o malarii i polecam strony o malarii, im dłużej o tym myślę, zaczynam się rozglądać czy w Polsce na pewno jestem bezpieczny 🙂 Jestem, ale… 😉

* * *

Dobra, wracam do siebie, oczywiście kilkudniowe leżenie zaowocowało zapchaną skrzynką mailową i nagromadzeniem roboty, więc trzeba będzie to jakoś rozładować. W międzyczasie jednak jak obiecałem wyrzuce ten design i zainstaluje thematica.

p.s. stroną zrobioną się jeszcze nie chwalę, ale przyjdzie na to czas 🙂

0

Jakie są objawy malarii?

Pewnie już wiecie, że nie jadę do Syrii, a zamiast niej ostatecznie przesiadłem się do samolotu do Gruzji? Syrii sobie jednak nie odpuszczę i kiedyś także i tam dotrę. Także i Wam dotrzymam słowa i – choć plany się zmieniły i póki co sam znów nie zwiedzę kraju malarycznego – kontynuuję moje wakacyjne pisanie o malarii. Ostatnio było o sposobach jak można przed nią się zabezpieczyć, warto przeczytać. Dziś napiszę co nieco na temat tego jak możemy samemu rozpoznać czy to co nam się przytrafiło to jest właśnie malaria, czy też inna choroba przeciw której powinniśmy się byli zaszczepić (lub po prostu zwykła choroba, jak przeziębienie, bo i te się zdarza w tropikach).

Pierwsza ważna zasada: cokolwiek nam nie jest, ale czujemy, że coś jest nie tak, postarajmy się dotrzeć jak najszybciej do lekarza. Ja wiem, że mój blog jest niesamowity 😉 i uwierzycie we wszystko co napiszę 😉 ale poważnie: nie jestem lekarzem i żadne forum, wikipedia czy choćby ja lekarza Wam nie zastąpimy.

Tym bardziej, że objawy malarii są naprawdę różne i dość niespecyficzne.

Podstawowe objawy, jakie znamy chyba wszyscy po lekturze “W pustyni i w puszczy” to oczywiście dreszcze i wysoka temperatura (około 40 stopni). Staś nawet bez lekarza wiedział, że to czego musi szukać po takim widoku to chinina (która nota bene obecnie za bardzo by już się nie sprawdziła). Kolejnymi objawami, które pojawiają się po jakims czasie to poty i obniżenie temperatury.

Ciekawe i charakterystyczne – ale występujące tylko przy niektórych typach malarii – jest cykliczne pojawianie się objawów i ich zanikanie. W przypadku malarii trzeciaczki objawy pojawiają się co trzy dni, natomiast w przypadku malarii czwartaczki – co cztery. Niestety są także malarie, w których objawy nie ustępują przez cały czas jej trwania. Jednak jeśli jest tak, że chorujemy, potem mamy dwa lub trzy dni przerwy i znów chorujemy i znów ta sama przerwa – możemy być niemal pewni, że to malaria.

Jest jeszcze jeden objaw, o który nie zdąrzyłem zapytać, a który lekarze starali się u mnie sprawdzić gdy było podejrzenie, że mam malarię. Mianowicie po krótkim wywiadzie w gabinecie lekarskim w Rwandzie lekarz stanął przede mną i odchylił swoimi palcami moje dolne powieki, tak jak się to robi, gdy chcemy sprawdzić czy komuś nie wpadł do oka jakiś paproch. Czego tam szukał, niestety nie wiem 🙁 Może ktoś z Was potrafi mi to wyjaśnić? Podejrzewam, że mógł szukać pprzekrwienia oczu, ale to tylko moje gdybanie.

Jeśli ktoś z Was wyjedzie do krajów malarycznych aby pracować na przykład w szkole gdzie jakimś cudem będzie miał dostęp do mikroskopu i sprzętu laboratoryjnego – i nie wiedzieć czemu nadal upiera się by nie udać się do lekarza – może spróbować sprawdzić samemu obecność pasożytów w swojej krwi. Robi się to tak zwaną metodą tak zwanej grubej kropli krwi. Bierzemy mianowicie kroplę własnej krwi obwodowej i rozsmarowujemy na szkle mikroskopijnym do średnicy monety; następnie barwimy ją metodą Giemsy. Jest to dość popularna metoda wśród akwarystów, barwnik Giemsy dostaniecie między innymi właśnie w sklepach akwarystycznych. Tak wybarwiony preparat umieszczamy pod mikroskopem. W erytrocytach powinny (lub nie) być widoczne pasożyty. Ale zdaję sobie sprawę, że taki sposób diagnozowania malarii dla większości jest jedynie abstrakcyjną ciekawostką 😉

* * *

Bardzo ważna sprawa: wystąpienie lub nie wystąpienie powyższych objawów nie jest w żaden sposób obligatoryjne. U różnych osób malaria będzie przebiegać nietypowo. Szczególnie różne odchylenia od standardowego sposobu przebiegu występują u osób stosujących profilaktykę antymalaryczną (do której gorąco zachęcam). W takim wypadku część objawów może być bardzo złagodzona. Podobnie afrykańscy lekarze sami przyznają, że diagnozowanie malarii u osoby białej i czarnej to nie jest to samo. Dopiero laboratoryjne badanie krwi daje niemal stu procentową pewność. Objawy wizualne to za mało.

* * *

I jeszcze jedna bardzo ważna zasada: jak już pisałem wielokrotnie, na malarię można zachorować nawet w rok po powrocie do Polski. Dzieje się tak dlatego, że zarodziec malarii jest zdolny do wytwarzania tak zwanych hipnozoitów, form przetrwalnikowych, które nie dają żadnych objawów przez bardzo długi okres czasu. Biorąc pod uwagę ten fakt oraz to, że wiele z powyżej opisanych objawów, może przypominać inne, typowe dla Polski choroby, przez przynajmniej rok uważajcie szczególnie na siebie i odwiedzając gabinet lekarza sami podpowiedzcie mu, że to mimo wszystko może być malaria.

Na koniec poraz kolejny przypomnę, że wiele informacji o tej chorobie możecie znaleźć w serwisach Centrum Informacji Medycyny Podróży oraz na stronie malaria.com.pl.

0

Malaria, niechciana pamiątka z wakacji

Pamiętacie moją serię artykułów o malarii, jaką pisałem ostatniej zimy? Wydaje mi się, że wakacje to lepsza pora na przestrzeganie przed zagrożeniami jakie nas mogą spotkać na wakacjach. Postaram się aby było ciekawie. Tamte wpisy zapewne mało kto już pamięta, a tymczasem na pewno jakaś część z Was właśnie pakuje paszporty, okulary słoneczne i rusza do ciepłych krajów (tak jakby dziś w Polsce wcale nie było ciepło).

Na początek mapka zapożyczona z Wikipedii pokazująca obszary, które malarią są zagrożone. Odnajdźcie na niej swój kraj docelowy. Jeśli jest nim, któryś z krajów “kolorowych” czytajcie dalej, aby się dowiedzieć, czy musicie się bać i jak zminimalizować ryzyko zarażenia się zarodźcem malarii.

(Pamiętajcie też, że na pewno rzetelniejsze informacje o malarii znajdziecie znajdziecie na takich stronach jak malaria.com.pl czy Centrum Informacji Medycyny Podróży, a już na pewno w gabinetach lekarzy medycyny tropikalnej)

Najpierw ta zła wiadomość: malaria bywa chorobą śmiertelną, przeciw której nie można się zaszczepić. Na szczęście tu właściwie się kończą złe wiadomości (jakkolwiek strasznie by nie zabrzmiały).

Prawda jest jednak na szczęście taka, że w przeciągu ostatnich dziesięciu lat stwierdzono tylko jedenaście przypadków “zaimportowania” malarii do Polski (liczba Polaków chorujących na miejscu w krajach tropikalnych nie jest mi znana, ale jestem pewien, że jest o wiele rzędów wartości większa). Malarię roznoszą komary widliszki, ale tylko statytycznie co trzechsetny kłując nas wstrzykuje nam zarodźca. Z tego właśnie powodu oraz także dlatego, że wielu turystów świadomie zabezpiecza się przed tą chorobą, tak rzadko słyszymy o jej przywiezieniu do Polski jako niechcianej pamiątki z wakacji.

W jaki sposób można sie choroby ustrzec? Załóżmy, że porada typu “nie jedź do krajów malarycznych” nie wchodzi w grę (i słusznie). Zatem podstawowe rzeczy jakie musisz zrobić to:

Po pierwsze dowiedz się o tej chorobie jak najwięcej. Tutaj u mnie na blogu, w gabinetach lekarzy medycyny tropikalnej (zwłaszcza tam) czy na wspomnianych wyżej dwóch stronach. Poznanie wroga to już połowa sukcesu.

Po drugie jadąc do krajów tropikalnych zabierz ze sobą leki przeciwmalaryczne. Nazw specjalnie nie będę wymieniał, bo różne leki stosuje się w różnych częściach świata. Leki jak sama nazwa wskazuje służą do leczenia, gdy już jesteśmy chorzy, ale normalną praktyką, zalecaną jest ich branie w czasie całego pobytu w krajach zagrożonych malarią. W takim wypadku nabywamy coś w rodzaju odporności: gdy do naszej krwii trafi zarodziec malarii, lek zwalczający jego już będzie tam na niego czekał.

Po trzecie (notujecie to sobie? 😉 ) repelenty. Najlepiej jest je kupić w miejscowej aptece w kraju docelowym, ale także w Polsce wypatrujcie środków zawierających w składzie DEET. To substancja uważana obecnie za najbardziej nielubianą przez komary i mogę to potwierdzić na bazie własnych doświadczeń. Najlepszy (bo najtańszy i skuteczny) jest preparat firmy Bros, ale możecie oczywiście kupić także inne.

Po czwarte unikajcie tak zwanych szarych godzin. Komary najaktywniejsze są podobnie jak i w Polsce, o zachodzie i wschodzie słońca. Te momenty przeznaczcie raczej na śniadanie i kolację wewnątrz budynków niż na zwiedzanie.

Po piąte i chyba ostatnie (a może ktoś z Was w komentarzach coś dopowie na bazie własnych doświadczeń?) moskitiery. W hotelach zwróćcie uwagę czy takie znajdują się nad łóżkiem (najczęściej tak właśnie będzie), a jeśli ich nie zauważycie, zapytajcie o nie obsługę. Jestem niemal pewien, że nie będzie z tym problemu. Możecie też na wszelki wypadek kupić swoją własną, ale zdecydowanie w kraju do którego jedziecie! W Polsce moskitiera kosztuje nawet 80zł podczas gdy w krajach Afryki nie będzie kosztowała drożej niż kilka dolarów. Zwyczajnie szkoda pieniędzy.

I tyle na poczatek (bo jak wspomniałem przez wakacje ukazywać się będą kolejne antymalaryczne wpisy tutaj). Pięć słów: wiedza, leki, repelenty (spraye), szare godziny, moskitiery. Te kilka prostych zasad sprawi, że jedyne wspomnienia z Waszych wakacyjnych wyjazdów do ciepłych krajów nie będą miały nic wspólnego z malarią.

P.s. Pochwalcie się gdzie jedziecie w komentarzach 🙂 Ja też w tym roku wybieram się do kraju, który delikatnie zahacza o kolorowe obszary na powyższej mapie, więc na pewno opiszę tutaj także swoje przygotowania do “wyprawy” 🙂

0