Wydaje się, że wszyscy faszyści mają świetnego haka, którym – jak im się wydaje –  rozkładają na łopatki osoby, które próbują z nimi dyskutować.

Jeśli zarzucisz takiemu, że treści jakie propaguje są faszystowskie, zaraz ci odpowie, że masz się douczyć czym jest faszyzm, bo tak naprawdę powinieneś powiedzieć o nazizmie. Jeśli zarzucisz nazizm – wytłumaczą ci, że tu chodzi o ksenofobię. Jeśli nie spodoba ci się czyjaś wypowiedź z uwagi na nacjonalizm, znów jesteś odesłany do książek, bo tu przecież mowa o jakimś antyjudaizmie. I takie mielenie kilku pojęć w kółko, pojęć które dla osoby, która specjalnie nie chce się zagłębiać w psychikę osób wykolejonych są tożsame i ma prawo do takiego ich pojmowania.

Takie powiedzenie: „Pudło, nie trafiłeś z określeniem kim tak naprawdę jestem. Zgaduj dalej dlaczego jestem marginesem społecznym, a póki co ja będę się czuł słownikowo wywyższony”. I wszystko jest według nich ok. Siedzą sobie na tym marginesie, a póki margines nie jest nazwany, nie widzą żadnego problemu.