Temperatura za oknem spadła poniżej zera – czas więc napisać co nieco na jakiś abstrakcyjny temat. Takim tematem na pewno jest Afryka, afrykański upał i malaria, o której wspominałem już dwa tygodnie temu 🙂

Wbrew pozorom jednak pisanie w środku zimy o podróżach (i związanych z nimi problemach) do ciepłych krajów nie jest wcale takie od rzeczy. Każdy moment roku jest dobry na wypad do Afryki czy w inne okolice okołorównikowe. Tak, wiem, że ciężko to sobie teraz wyobrazić, ale naprawde choć u nas w Polsce jest tak zimno, że niedługo połowa z nas będzie chodzić w dwóch parach skarpet (na koniec tygodnia zapowiadane jest minu dwadzieścia) ludzie na równiku mimo, że jest grudzień nie mają zbyt wielkiego pojęcia co to znaczy mróz, śnieg czy poranne skrobanie szyb w samochodach 🙂

Moim zdaniem właśnie zimą wypad do Afryki jest najbardziej uzasadniony (szczerze dziwi mnie to, że właśnie latem większość z nas patrząc na oferty turystyczne zastanawia się czy z polskiego upału uciec w upał tunezyjski lub tanzański). Ale ja nie o tym. Miałem zamiar przestrzegać wyjeżdżających przed potencjalnymi chorobami. Nawet jeśli mało kto teraz wybiera się do Afryki, wpis ten na pewno spokojnie doczeka sobie lata i wtedy zostanie przeczytany przez nieco więcej osób. 🙂

* * *

Przeglądam na GoldenLine fora podróżnicze, przeglądam w usenecie grupę pl.rec.turystyka.tramping i często zdarzają się pytania o malarię, jaki lek brać. Odpowiedź jaka najczęściej pada ściśle wynika z doświadczeń odpowiadającego: brał lek XYZ, przeżył więc na pewno lek ten jest najlepszy.

Jak się łatwo domyśleć, to że dana osoba brała jakiś lek i nie zachorowała wcale nie oznacza, że i w naszym przypadku lek ten także zadziała. Trzeba tutaj uważać z tego typu poradami z co najmniej dwóch powodów:

Po pierwsze można w ogóle nie brać żadnego leku i nie zachorować. Nie oznacza to jednak, że malaria w miejscu gdzie pojechaliśmy nie występuje, a znaczy po prostu że mieliśmy szczęście. Tak samo jest w przypadku źle dobranego leku. Możemy nieświadomie wybrać lek nie działający i mieć szczęście i nie zachorować. Jeśli jednak spotkamy na swojej drodze nieodpowiedniego komara, bardzo szybko internetowa porada okaże się niewiel warta.

Druga sprawa o której wiele osób zapomina, lub zwyczajnie nie wie: świat tropikalny jest podzielony na cztery strefy malaryczne, a podział ten jest związany z wykształconą przez zarodźca malarią na konkretne składniki leków. Zarodziec malarii w Meksyku na pewno będzie odporny na leki jakie są polecane do Afryki czy Azji. Dlatego też nie warto wierzyć w internecie w porady „byłem na równiku i lek XYZ zapewnił mi odporność przez wiele miesięcy”. Jak wiadomo równik ma ponad 40 tysięcy kilometrów długości.

* * *

Może więc się warto zaszczepić przeciw malarii? Tu akurat odpowiedź jest prosta: nie. Nie, bo szczepinki nie ma, niestety.

Nie zapomnijcie jednak o szczepieniach przeciw innym chorobom. Lista jest długa, a na jej czele wirusowe zapalenie wątroby (WZW) typu A oraz B. Do tego dochodzą inne szczepienia jak dur brzuszny czy tężec. Nazwy tych szczepień na pewno brzmią dla Was choć trochę znajomo. Owszem, bo wszyscy byliśmy na te choroby szczepieni we wczesnym dzieciństwie, jednak trzeba pamiętać, że szczepienia te nie dały nam dożywotniej odporności. Większość z Was jest już znów podatna na zarażenie tężcem przy skaleczeniu, jednak nie zaraż się bo ten patogen jest obecnie dość rzadki w Polsce. Jednak nie w Afryce. Przypomina mi się tutaj rwandyjski przepis zakazujący pod groźbą mandatu chodzenia boso. Wprowadzono go właśnie z uwagi na tężec. Rwandy nie stać na szczepienia, więc ryzyko zachorowania wśród mieszkańców na tą chorobę jest bardzo wysokie. Stosuje się więc profilaktykę zastępczą.

* * *

Wracając do malarii, gdzie szukać porad i pomocy? Zdecydowanie nie na forach intenetowych i zdecydowanie w gabinetach lekarskich. Ludzie odpowiadający na forach nie zdają sobie sprawy z odpowiedzialności jaka na nich spoczywa. Z lekarzem jest inaczej.

Dobrym kompromisem jest strona internetowa www.malaria.com.pl czy Centrum Informacji Medycyny Podróży. Jest tam całkiem sporo informacji o tej chorobie, fajna mapka z zaznaczonymi strefami malarycznymi, ale przede wszystkim przydatna wyszukiwarka przychodni, w których można dowiedzieć się więcej o tej chorobie i zdobyć receptę na leki przeciwmalaryczne.

Ponadto: zabierzcie ze sobą repelenty przeciw komarom. Osobiście polecam marki BROS z uwagi na cenę (około 6 złotych, co jest niczym w porównaniu z reklamowanymi Raidami itp) i na zawarty w nich związek DEET uznawany za najskuteczniejszy odstraszacz komarów (co potwierdzam). Raczej unikajcie preparatów opartych na ziołach.

Poza tym zadbajcie o moskitierę, jeśli nie nad łożkiem (która jest nieźle wkurzająca nad ranem, gdy opada nam na głowę i budzi przed czasem) to przynajmniej w oknie. W pokoju w którym zamieszkacie sprawdźcie od razu jakość moskitiery w oknie. Na 100% będzie dziurawa, więc warto mieć ze sobą zwykłą taśmę klejącą by pozaklejać owe dziury 🙂

I na koniec: nie panikować. Jak ugryzie Was komar (a ugryzie na pewno) nie oznacza to jeszcze końca świata. Statystycznie jeden na 300 komarów roznosi malarię (to się jednak różni w zależności od regionu świata), więc strach jednak ma trochę większe oczy niż powinien.

* * *

A już na zupełny koniec polecam się ubezpieczyć. Trochę to kosztuję, ale byłoby zupełną głupotą nie zrobienie tego. Wypadk się zdarzają, szczególnie w podróży.

Przypomina mi się tutaj historia sprzed roku opisana na wspomnianej wyżej grupie dyskusyjnej. Turysta który wyjechał do Turcji nie pomyślał o ubezpieczeniu. Niby nie jest to tak daleko, podróż nie miała trwać długo więc można sobie odpuścić. Pech jednak sprawił, że turysta uległ poparzeniom od kuchenki gazowej. To sprawiło, że wylądował w szpitalu płacąc kilkaset złotych za dzień pobytu. Jakby tego było mało, poparzenia okazały się tak duże, ze odpadał zwykły powrót i trzeba było wynająć śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. W przypadku interwencji LPR poza granicami kraju to poszkodowany (lub ubezpieczyciel) otrzymuje rachunek, a w tym wypadku wyniósł on ponad… 30 tysięcy złotych.

* * *

To tyle na razie o malarii. Podobny wpis zamieszczę jeszcze na starym blogu Konrad Jest w Rwandzie, bo choć nie prowadzę go już aktywnie to widzę w statystykach, że wciąż wiele osób trafia na niego z google pytając o malarię. Jeśli ktoś z Was ma jakieś pytania, śmiało zamieszczajcie je w komentarzach. Ale nie pytajcie który środek leczniczy wybrać – nie mam odwagi decydować o Waszym życiu 🙂