Spacer wieczorny

Może się starzeję i nie mam już ciekawszych rozrywek, a może zaczyna mi zależeć bardziej niż zależało. Faktem jest, że pierwszy raz ruszyłem się z domu na protest polityczny.

Mogę nawet uwierzyć w dobre intencje ministra Ziobry. Może i jestem naiwny, ale jak mówi, że polskie sądy działają nieskutecznie, to mogę się zgodzić, że on naprawdę tak myśli. Jestem podejrzliwy, że tak nie jest, ale przyjmuję taką możliwość.

Sam w sądzie byłem już kilka razy, w różnym charakterze (choć w tym negatywnym jeszcze nie byłem: zdarzyło mi się nie przyjąć mandatu i sprawa została skierowana do sądu, ale jeszcze przed rozprawą zreflektowałem się i wysłałem do sądu pismo, że jednak dobrowolnie poddaję się karze) i nie zauważyłem opieszałości. Sprawy, w których brałem udział trwały czasem nawet zero sekund: złożyłem pozew do sądu i ze zdziwieniem odebrałem zawiadomienie, że sąd wydał wyrok zaocznie (na moją korzyść). Czasem trwały dłużej, ale było to w miarę dla mnie zrozumiałe.

Ale rozumiem, że Ziobro ma poglądy jakie ma i reprezentuje ludzi o tych samych poglądach. Może są wśród nich tacy, którzy od lat nie mogą doczekać się wyroku za odebrane mienie, za dom pod budowę drogi, czy wreszcie wciąż wierzą, że komuna nie upadła, a dowodem na to ma być fakt, że byli zbrodniarze stalinowscy czy zwykli UBecy spokojnie sobie dogorywają teraz na emeryturach (lub w Szwecji, jeśli wiecie o kim mówię). I pewnie minister z prezesem wpadli na pomysł, że trzeba takich sędziów teraz przegonić i zastąpić skutecznymi.

Dlaczego przy tym zrozumieniu poszedłem jednak na błaszczykowy spacer? I to w deszczu?

Bo jeśli w konstytucji jest zapisane, że sędzia sądu najwyższego wybierany jest na 6-letnią kadencję, to nie można ustawą dopisać tam, że jednak można go wysłać w stan spoczynku. I kolejnego wybiera minister. Czy jeśli w konstytucji jest zapisane, że prezydent jest wybierany na kadencję 5-letnią, to zgodzilibyście, się by kolejna partia, która dochodzi do władzy też go wysyła w uśpienie i wybiera prezydenta swojego? Nie w wyborach, a decyzją jakiegoś ministra? Mam nadzieję, że teraz osoby, które tematem się nie interesują, bo kwestie sądowe to dla nich inna galaktyka, przez tę analogię zrozumiały co minister Ziobro z prezesem chcą zrobić.

Obecna ekipa rozpoczęła rządzenie złamaniem konstytucji i chyba zobaczyła, że jest za to bezkarna. Stąd pewnie teraz kolejny raz to robią. Bo przecież mogą, prawda? Do wyborów każdy o tym zapomni, tak jak już powoli zapominamy o co chodziło z tym całym zamieszaniem z trybunałem konstytucyjnym i sędziami dublerami (skoro zapomnieliśmy już kompletnie, że poprzednie zamieszanie rozpoczęła Platforma jeszcze za swojej kadencji…).

Gdy ludzie pod sądem w Białymstoku zaczęli skandować „Precz z kaczorem, dyktatorem” zrozumiałem, że oni już nie zapomną. A już szczególnie jeśli ich głos zostanie zlekceważony.

Pamiętacie protesty przeciw ACTA za czasów Platformy? Wtedy też na ulice wyszły tłumy by protestować przeciw Donaldowi Tuskowi. Jest jednak różnica: Platforma wtedy ustąpiła (wystraszyła się czy też posłuchała głosu wyborców, nazwijcie to jak chcecie) i dzięki temu część z tych ludzi poszła i w kolejnych wyborach samorządowych czy parlamentarnych znów na PO zagłosowała.

Tymczasem PiS protestujących z najlepszym wypadku lekceważy (i na przykład spokojnie wypoczywa sobie na Helu), jeśli nie nazywa zdradzieckimi mordami, gorszym sortem czy łże-elitami. Jarosław Kaczyński rozstaje się z coraz większą grupą Polaków. Kawałek po kawałeczku zmierza do stanu, w którym obrazi chyba każdego.

Prawdopodobnie te fatalne przepisy wejdą w życie. Jak zadziałają, to na razie nie ma większego znaczenia dla mnie.

Istotne jest, że tak jak już piszą prawicowi publicyści to już jest koniec PiSu. Zlekceważonych czy obrażonych ludzi nie da się już znów przekonać.

I jeszcze bardziej istotne jest, że te przepisy zostaną na czasy po PiSie. Wszyscy chcemy wierzyć, że te czasy to będą czasy Platformy czy Nowoczesnej. Ale zwróćcie uwagę jak cichutko w całej sprawie zachowuje się Kukiz otoczony ONRowskimi doberamanami.

Byłem wczoraj pod sądem by pokazać nie, że z PiSem się nie zgadzam, ale że nie zgadzam się na łamanie konstytucji. I dziś pewnie znów pójdę. Szczególnie, że zobaczyłem jak różni ludzie pod sąd przyszli. Nie wiem jak w innych miastach, ale  to nie był wiec KODu, nie było żadnej flagi czy emblematu partyjnego (byli politycy ale zachowali się w miarę skromnie). Faktycznie tak jak mówią w telewizji było sporo ludzi w wieku studenckim, jeszcze przed trzydziestką. Byli rodzice z dziećmi. Było to dla mnie wielkie „łał” zobaczyć to wszystko w Białymstoku – kolebce PiSu.

Też się przejdzcie na ten „spacer”. Sami zobaczcie nim wam ktoś powie jak to wygląda.

Premier posłuchał internautów, czy premier nie posłuchał internautów?

Właśnie media opiewają sukces internautów (czasami zwanych obywatelami), bo premier Donald Tusk pod ich wpływem ugiął się i wyrzucił  z ustawy hazardowej zapisy dotyczące rejestru usług i stron niedozwolonych.

Najpierw wyjaśnię o co chodzi, bo jak się okazuje spora część ludzi nie ma pojęcia co się rozgrywa mniej więcej od miesiąca lub nieco dłużej. Wiem, że tego bloga czyta całkiem sporo czytelników, których owe wydarzenia nieźle rozgrzewały na Wykopie, różnych forach czy własnych blogach, ale uwierzcie, że większość obywateli (czasami zwanych internautami) nie ma zielonego pojęcia o czym jest ten wpis, który się właśnie zaczyna. Przykładowo jakbym teraz zadzwonił do mojej mamy i powiedział, że „strony nie będą blokowane po adresach IP na polecenie sądu” prawdopodobnie by nie odpowiedziała, bo nie wiedziała by o czym ja w ogóle mówię. Ale nie tylko moja mama, także wielu moich rówieśników.

No więc wyjaśniam jak krowie na rowie. Jak ślepej kurze ziarno. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.

O aferze hazardowej słyszał chyba każdy z Was, więc od tego zacznijmy. Powołano komisję, która ma za zadanie aferę wyjaśnić, ale równocześnie premier zapowiedział, że hazard trzeba wyplenić. Tak więc zdelegalizował automaty do gier hazardowych, ale i też – o czym mniej osób wie – zdelegalizował hazard w internecie (którego jest całkiem sporo), a jak już to zrobił, postanowił, że trzeba jakoś go kompletnie wyciąć w pień.

Dlatego do ustawy antyhazardowej wpisano zapis o rejestrze usług i stron niedozwolonych. Chodzi o to, że sąd (pierwotnie rząd, ale to zmieniono w czasie prac nad ustawą) mógłby powiedzieć „ta strona jest nielegalna i wszyscy operatorzy internetowi muszą odciąć w Polsce do niej dostęp”.

Założenie było takie, że sąd nakazywałby blokowanie stron z treściami hazardowymi i pedofilskimi, co powierzchownie na pewno brzmi szczytnie, ale gdy się wgłębi w sprawę, tak kolorowo już nie jest.

Po pierwsze nie mamy gwarancji, że faktycznie blokowana będzie tylko pedofilia i hazard w internecie. Mamy długie tradycje w kwestii rządowej cenzury, zawsze nam mówiono, że to dla dobra obywateli, a jak było za komuny, wie każdy. Dlatego też nagle wszystkim pomysł PO skojarzył się z PRLem bis. Chyba słusznie.

Po drugie, nawet jeśli sąd faktycznie blokowałby tylko hazard i pedofilską pornografię, to jak rozpoznawałby która witryna ma takie treści? Co jeśli ktoś w komentarzu na jakimś forum, czy na jakimś blogu wrzuciłby anonimowo link do obrazka z rozebranym dzieckiem? A zapewne, gdyby strony stricte pedo-pornograficzne byłyby blokowane, takie akcje trollowania zaczęłyby się zdarzać często.

I po trzecie: w internecie nie da się zablokować dostępu do stron. Naprawdę się nie da. Póki strona istnieje faktycznie w sieci, nawet jak mi operator zablokuje do niej dostęp, obejście tej blokady zajmie mi góra minutę. A obejście to nazywa się proxy, słowo być może nie jest jeszcze znane wszystkim, ale po wprowadzeniu cenzury, na pewno zyskałoby na popularności.

To tyle jeśli chodzi o absurdalność pomysłu blokowania przez państwo jakichkolwiek stron.

Oczywiście w sieci z powodu pomysłu było bardzo gorąco, szczególnie z uwagi na fakt, że cenzury, nawet nieskutecznej, nikt tak naprawdę nie lubi. A tym bardziej jeśli próbuję ją wprowadzać partia, która nazywa się liberalną i która sporo głosów wyborców zyskała dzięki poparciu osób zaangażowanych kiedyś w walkę o polską niepodległość (Wałęsa, Bartoszewski…).

No więc premier zorganizował debatę z internautami, wysłuchał ich zdania i zapis o cenzurze wycofał. To słyszymy gdzieniegdzie od wczoraj.

A jak było naprawdę? Prześledźmy to, o czym media nie pisały (a przynajmniej nie wczoraj).

Po kolei.

Na niecałe dwa tygodnie przed debatą (która nie została jeszcze wymyślona) biuro analiz rządowych informuje nieoficjalnie premiera, że zapis o cenzurze prewencyjnej jest sprzeczny z konstytucją. Jeśli więc premier wpisze go w ustawę antyhazardową, trybunał konstytucyjny odrzuci całą ustawę (tak to działa: jeśli trybunał uzna, że jakiś element ustawy jest nielegalny, skreślana jest cała ustawa). A więc za sprawą tego zapisu może się okazać, że cały zakaz hazardu, zakaz grania na automatach może zostać skasowany przez trybunał.

Co robi premier? Według mnie to, co właśnie zrobił było jak do tej pory jego najlepszym posunięciem PRowym. Premier wie, że zapis musi zostać usunięty oraz wie, że obywatele internauci zapisowi się sprzeciwiają i przez to traci poparcie. Premier więc zapowiada, że zorganizuje debatę z internautami, na której wysłucha ich czule i jeszcze raz przemyśli czy wprowadzać tą całą cenzurę czy nie.  Według mnie jednak (zresztą nie tylko mnie) cała heca polega na tym, że ogłaszając debatę premier już wiedział jaki będzie jej wynik: niby pod wypływem głosu internautów (a tak naprawdę pod wypływem biura analiz rządowych) cenzurę z ustawy hazardowej skreśli.

Przebieg debaty (oglądałem w całości) tylko utwierdził mnie  w tym przekonaniu. Debata nie okazała się debatą (co zapewne było nieco nie na rekę premierowi, bo przez to o wiele sztuczniej wyglądało jego nagłe przejrzenie na oczy), premier siedział wyraźnie znudzony, praktycznie nie zabierał głosu, bo zabrać się nie dało. Cierpliwie udawał, że słucha jak dwudziesta osoba powtarza to, co powiedziało 19 osób przed nią. Różnice w wypowiedziach sprowadzały się tylko do podania różnych adresów stron, na których prelegent się udziela i które reprezentuje. Nawiasem mówiąc oglądając debatę uświadomiłem sobie na premiera ja się nie nadaję. Podziwiam faceta, że nie wstał i nie strzelił z liścia nastego prelegenta, który mówi to samo. Ja bym wstał i strzelił albo wyszedł. Tymczasem Tusk siedział twardo i choć na twarzy momentami widać było wkurwienie typu gościu weź już skończ to zaciskał zęby i siedział cicho.

Dopiero na koniec niczym deus ex machina premier (a właściwie jeśli dobrze pamiętam Rostowski) nagle wystrzelił z tekstem „Wiecie co? Macie rację, a ja jestem niezłym lamusem, wycofujemy cenzurę z ustawy”.

Uwierzcie, że te nagłe olśnienie polityków było ni przypiął, ni wypiął do całej debaty. Czterdziestu gości najpierw nudzi tak, że nikt ich nie słucha, a na koniec bez praktycznie żadnej dyskusji słyszymy oświadczenie, że wasze głosy zostały wysłuchane, poznajcie litość pana.

Co się wydarzyło po debacie?

Tydzień później biuro analiz rządowych oficjalnie podaje do wiadomości, że zapis o cenzurze byłby sprzeczny z konstytucją.

Dwa tygodnie po debacie media donoszą, że rząd posłuchał internautów i wycofał z ustawy zapis o cenzurze. Według internautów premier znów jest OK, a opozycja nie może zarzucić Platformie, że pod postacią ustawy antyhazardowej przygotowała bubla prawnego odrzucanego przez trybunał konstytucyjny.

Tak oto drogie dzieci piecze się dwie pieczenie na jednym ogniu.