W końcu Firefox jest taki jak powinien być (i jest lepszy od Chrome)

Wszyscy się teraz o tym rozpisują, więc i ja nie mogę odpuścić: wróciłem do Firefoksa po tułaniu się po różnych przeglądarkach i zostanę już na dobre. Nie ma bowiem powodów by dać się mniej lub bardziej szpiegować w innych przeglądarkach.

Dlaczego? Oto najważniejsze powody, przeczytaj i sam(a) zdecyduj czy nie warto Firefoksowi dać kolejnej szansy (lub go poznać jeśli od zawsze korzystaliście np z Chrome)

(Aha, najpierw uwaga. Mówię o wersji na komputery. Niestety na Androida Firefox wciąż jest ociążałą cegłą, której nawet przy dobrych chęciach używać się nie da)

Jest szybki

Firefox 57 to podsumowanie wielu prac przy silniku poczynionych w ostanich miesiącach. Nie jest to totalna wymiana silnika renderującego strony, ale krok po kroku przepisano każdy jego najważniejszy komponent. Efekt jest taki, że Firefox jest tak samo szybki jak Chrome. Nie będę podawał liczb, po prostu zainstaluj i sam się przekonaj.

Znika więc największa bolączka Mozilli, czyli udawanie, że jest dobrze z wydajnością. Takie podejście prawie ukatrupiło Firefoksa w ostatnich latach, gdy wszyscy się przesiedli na Chrome. Czy teraz wrócą? Są dwa powody, by to zrobić:

Używa tych samych rozszerzeń co Chrome

Trochę upraszczam w tym nagłówku, ale chodzi o to, że Firefox przeszedł teraz na tzw WebExtensions – rozszerzenia pisane wg pewnej specyfikacji. Wg tej samej specyfikacji pisane są rozszerzenia do Chrome czy Opery. Oznacza to, że teoretycznie rozszerzenia do Chrome będą od razu działać też w Firefoksie. Muszą tylko przez autora zostać opublikowane w „sklepie” Firefoksa (a zapewne już wkrótce pojawi się jakiś dodatek by instalować rozszerzenia bezpośrednio ze sklepu Chrome, tak jak to ma Opera).

Wiele osób postrzega to jako wadę, bo Firefox porzucił swój własny, oparty na XUL standard rozszerzeń. I po części ich rozumiem, bo XUL dawał o wiele większe możliwości niż WebExtensions.

Ale dla mnie te zrównanie w dół (tak, Firefox w tym wypadku nie staje się bezwględnie zły, a po prostu na tym samym poziomie co Chrome) to trade off, który trzeba było poczynić. Wszystkie przeglądarki używają HTML w tym samym standardzie, wszystkie używają tego samego CSS i JS i doskonale zdajemy sobie sprawę im bardziej ten standard będzie spójny, tym lepiej dla twórców witryn (i nas, użytkowników). I tak samo z roszerzeniami: posiadanie wielu standardów to niewygodne rozdrobnienie. Firefox zrównał w dół, bo to Chrome ma dominującą pozycję. Mam nadzieję, że teraz wszystkie przeglądarki razem będą rozwijać ten standard.

Podsumowując co najważniejsze: jeśli masz w Chrome swoje ulubione rozszerzenia, nie ma już technicznych przeszkód by nie działały one w Firefoksie.

Nie szpieguje!

Jest to dla mnie orgomnie ważne. Nie mam nic super ważnego do ukrycia, ale bardzo nie lubię tego uczucia, że siedzi nade mną jakiś algorytm, który patrzy na to, co robię. Nawet jeśli jest to kompletnie anonimowe to jednak zawsze działa zasada, że obiekt obserwowany zmienia się pod wpływem obserwacji. Mieliście kiedykolwiek tę myśl, że „oho, jestem już na pewno na jakimś radarze” gdy wpisywaliście w google „terroryzm przyczyny”? Czuliście dyskomfort płacąc kartą w aptece za jakiś lek (jeśli nie, to powinniście)? Zdarzało wam się polajkować artykuł na Financial Times tylko dlatego, że chcecie by facebookowe algorytmy, nawet jeśli nie patrzy na to żaden prawdziwy człowiek, zakwalifikowały was do tej „lepszej” grupy użytkowników?

Na tym właśnie polega zmienianie się pod wpływem obserwacji: nawet jeśli jesteście 100% przekonani, że żaden człowiek was nie widzi, mikromodyfikujecie swoje zachowanie, tylko po to by bezduszny algorytm lepiej o was myślał. I nie udawajcie, że tego nie robicie, każdy tak robi. Dla mnie jest to bardzo niewygodne uczucie.

Chrome jest przeglądarką tworzoną przez firmę, która zarabia na reklamach i zależy jej by te reklamy jak najardziej dopasować do użytkownika. Każda zainstalowana przeglądarka Chrome ma swój unikalny indentyfikator, który wysyła wraz z informacją o waszej aktywności na serwery Google. Powyżej wspomniałem tylko o bezwiednym śledzeniu was, ale pamiętajcie też, że żyjemy w dobie, gdy amerykańskie firmy muszą współpracować z NSA gdy te je o to poprosi i nie mogą tego ujawniać (no i znowu właśnie trafiłem na jakiś radar, może i wy trafiacie czytając to).

Przełamanie monopolu

Ilu z was wie, że przeglądarka Opera to tak naparwdę kolejna wersja Chrome? Vivaldi tak samo, tak samo Brave (przeglądarka tworzona przez byłego głównego programistę Mozilli) i właściwie wszystkie inne przeglądarki. Niemal wszystkie używają teraz tego samego silnika wyświetlania stron pod nazwą Blink.

Niemal wszystkie, bo swoje własne silniki mają tylko właśnie Mozilla i Microsoft w przeglądarce Edge.

O ile spójność standardów sieciowych jest bardzo ważna, to powinny być one implementowane na więcej niż jednym silniku. Bo monopol zabije rozwój. Albo dokładniej: zahamuje rozwój sieci w takim kierunku, w jakim powinna się rozwijać dla użytkowników, a rozwijać się będzie w takim kierunku, w jakim chce autor monopolistycznego silnika. Gdyby w sieci został tylko silnik Blink dostarczany przez Google, któremu zależy na maksymalizacji przychodu z reklam, jak myślicie, jakie nowe standardy pojawiały by się w sieci? Byłyby to lepsze interakcje użytkownika w celu zdobywania przez niego informacji, czy zmiany w celu zdobywania informacji o tym użytkowniku przez reklamodawcę?

Mozilla jest organizacją non profit i faktycznie robi to co robi by tworzyć sieć lepszą użytkownikom. Podziękuj więc im i przesiądź się na Firefoksa. Jest za darmo, działa tak samo dobrze jak Chrome, nie śledzi cię, uBlock działa… po co więc zostawać na Chrome?

Google małpuje moje pomysły na prezenty ;)

Czy ktoś tu jeszcze pamięta akcję sprzed sześciu lat (Jezu, jaki ja jestem stary) pt. „Mozilla na Święta”? Tak, to ja ją wymyśliłem. Polegało to na tym, że przygotowaliśmy obrazy płyt z Mozillą, Firebirdem i Thunderbirdem które można było sobie wypalić z zamiarem wręczenia komuś jako prezent.

Teraz czasy są inne, programy mniejsze  i internet szybszy, więc ludzie już nie wypalają sobie 30MB na płycie, a po prostu ściągają trzy razy mniej i 20 razy szybciej. Dlatego też akcja by już nie miała większego sensu.

Jednak Google właśnie robi coś bardzo podobnego, co wtedy zrobiliśmy my: przygotowano stronę, na której można zapakować Chrome w paczkę z kokardką i wysłać mailem znajomemu. Tutaj jest wszystko na ten temat.

Ciekawe czy ktoś tam w google przypomniał sobie o nas i czy jeśli przypomniał, przyznał się przed przełożonym, że pomysł wziął „z internetu”? 🙂

P.S. Wesołych Świąt 🙂

Była sobie przeglądarka

Dawno, dawno temu, gdy większość ludzi nie potrafiło odróżnić przeglądarkę od wyszukiwarki, była sobie Mozilla. Nawet nie Mozilla Suite, ale Mozilla, bo nie trzeba było do jej nazwy dodawać żadnych rozwinięć celem odróżnienia od Phoeniksa, Firebirda czy Firefoksa. Phoenix, później nazwany z powodu plagiatu nazwy Firebirdem i później znów nazwany z powodu plagiatu nazwy Firefoksem nie istniał.

Z Mozillą zetknąłem się pierwszy raz w wersji 0.9 cośtam i choć była ciężkim kolosem jak na tamte czasy, od razu polubiłem. To był chyba rok 2003 i z internetem łączyłem się jeszcze przez tepsowy modem, więc trzeba było być prawdziwym entuzjastą sieci by ściągać te 11 megabajtów (sic!) przez wdzwaniane połączenie. Co więcej ściągać trzeba było co kilka tygodni, bo co tyle właśnie pojawiały się nowsze wersje i nie było jeszcze znanego z Firefoksa mechanizmu aktualizacji, który by wymagał pobrania tylko zmienionych plików.

Pobierało się więc cały ten pakiet – bo Mozilla to nie była tylko przeglądarka, ale i klient poczty, i edytor stron, i klient IRCa – z pewnym przyzwoleniem na te roztycie Mozilli. Bo wtedy Mozillę używało w Polsce około 30 tysięcy osób i to było coś. I używały jej głównie osoby robiące strony WWW, które miały już dość niekompatybilnego z jakimkolwiek standardem Internet Explorerem.

Mozillę lubiło się z wielu powodów. Między innymi za nowatorskie jak na tamte czasy zakładki, między innymi za fakt, że nie wyświetlała estetycznie stron, które miały ładnie wyglądać, ale ich kod nie trzymał się standardów W3C. Mozilla była buntem przeciw rozejściu się sieci w dwóch kierunkach. W kierunku „Tą stronę najlepiej jest oglądać w IE4 lub nowszym” i w kierunku „Tą stronę najlepiej oglądać w Netscape Navigatorze 4 lub nowszym”. Od teraz miało już być „Tą stronę można oglądać w każdej dobrej przeglądarce”.

I to się stało, a stało się głównie za sprawą Mozilli i jej rosnącej popularności. Webmasterzy – ci od domowych klepaczy po zawodowców – coraz częściej zamiast robic strony we Front Page zaczęli zaglądać do specyfikacji języka HTML i CSS. W między czasie urodził się i wielokrotnie przepoczwarzył Firefox, a oba te elemnty stworzyły sprzężenie zwrotne dodatnie skutkujące sukcesem zarówno standardów jak i sukcesem  przeglądarki. Z 30 tysięcy użytkowników Mozilli mamy teraz kilka milionów użytkowników Firefoksa w samej jednej Polsce.

Niestety proszę Państwa: chcemy tego czy nie, ale jesteśmy właśnie na szczycie popularności tej przeglądarki. Lepiej już nie będzie. Zatem cieszmy się z sukcesu, zanim przeminie.

Rewolucja zjada własne dzieci, Firefox staje się ofiarą własnego sukcesu i nie sądzę by udało mu się wyjść z problemów, jakie go teraz trapią.

Jednym z sukcesów, które stały się problemem jest to, że użytkownicy sieci nauczyli się, że Internet Explorer nie jest jedyną przeglądarką. Jeśli ktoś już raz zmienił IE na Firefoksa, wie już, że równie dobrze może teraz zacząć kozrystać z Chrome, Opery czy innych. I zrobi to tak często, jak często w Firefoksie coś mu nie będzie się podobało.

Czy Chrome zyskałby tak szybko tak dużo użytkowników, gdyby nikt wcześniej nie wymyślił Mozilli/Firefoksa i Firefox nie był obecnie tak popularny?

Drugim sukcesem, który jest już problemem Firefoksa jest liczba jego użytkowników. Twórcy Firefoksa wiedzą jak dużo osób go używa, wiedzą że używają go z uwagi na nowatorstwo i nie mają już odwagi zwolnić z cyklem wydawniczym. W Firefoksie  co chwila musi się pojawić jakaś nowa funkcja – a to inteligentny pasek adresu, a to obsługa HTML5, a to nowy silnik JavaScript, wbudowane filmy wideo bez odtwarzacza Flash czy właśnie ogłoszone renderowanie elementów trójwymiarowych.

Niestety nikt już się nie przejmuje, że wraz z ilością nowych rozwiązań sspada ich jakość. Pasek adresu jest tak niedopracowany, że wpisanie w niego kilku pierwszych liter na starszych komputerach powoduje zawieszenie przeglądarki na około 10 sekund zanim wczyta się baza danych paska. JvaScript może i jest szybki (choć wolny w porównaniu z tym obecnym w Chrome), ale co z tego, skoro uruchomienie Firefoksa zajmuje już tyle samo co uruchomienie całego systemu operacyjnego (mój Ubuntu startuje w 19 sekund, Firefox startuje w 23 sekundy)?

O problemie z niezwalnianiem pamięci przez kolejne otwierane i zamykane zakładki w Firefoksie, problemie istniejącym od samego początku tego programu nikt z jego twórców już nawet nie myśli. Wskutek tego już po pół godzinie pracy Firefox zabiera ~400 MB ramu z 500 dostępnych (pozostałe 100MB zabiera cały system operacyjny).

Ktoś mi kiedyś powiedział, że RAM jest przecież po to, żeby z niego korzystać. Śliczne wytłumaczenie ułomności przeglądarki.  Jeśli czegoś nie potrafimy naprawić, powiedzmy, ze tak właśnie ma być. Kiedyś Bill Gates skrytykowany za to, że Windows startuje o wiele wolniej od pozostałych systemów, powiedział, że rozwiązaniem jest nie wyłączanie komputera z Windows.

Ciekaw jestem jak wielką grudą soli w oku twórców Firefoksa jest obecnie Chrome. Przeglądarka, która powstała jako ostatnia, przeglądarka posiadającą niemal wszystko to, co Firefox posiada, a startująca na moim komputerze w 4 sekundy i po wielu godzinach pracy zużywająca tyle samo pamięci, ile używała na początku (czyli jakieś 40 MB).

Niestety nie ma idealnego programu, ale Firefox diabelnie blisko tego ideału był. Niestety był.  Ten wpis to moje ostateczne pożegnanie się z tą przeglądarką, a właściwie pożegnanie się z fascynacją tą przeglądarką. W Firefoksie nic mnie już nie zachwyca. Nie co prawda też siermiężnie nie zniechęca, ale nie ma już powodu dla, którego miałbym ją używać. Tydzień temu Firefoksa odinstalowałem i niezrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Używam sobie Chrome, a jak muszę zobaczyć jakąś stronę zawierającą flash i zależy mi na wyświetleniu tego flasha, szybko klikam na ikonkę przegądarki Midori czy Opera.

W końcu Firefox mnie tego nauczył, że przeglądarki można swobodnie zmieniać.

Zgłaszanie błędów jest seksi

Może nie sexy, ale przynajmniej cool 😉 To fajne uczucie jak wypełnisz formularz odnośnie buga i po kilku godzinach widzisz, że ktoś się nim zajął. Trochę uczestniczysz w projekcie, choć nawet nie musisz się znać na programowaniu.

Kiedyś tak namiętnie zgłaszałem błędy w Mozilli, że dostałem email od developerów z pytaniem czy nie chcę zaangażować się bardziej w projekt i zostać kimś w rodzaju odsiewacza duplikatów / popychacza zgłoszeń dalej. (Nie skorzystałem).

Jak siedziałem w Rwandzie, jak się nudziłem (i akurat nie grałem już w ipuzzle 😉 ) czytałem całą dokumentację do OpenOffice, porównywałem wskazówki w niej zapisane z faktycznym sposobem wykonania danej czynności w OO.o (np położenie czy nazwy przycisków w OO.o się zmieniły, a nie ujęto tego w dokumentacji) i jak tylko coś znalazłem (a znajdowałem często), zgłaszałem. Proste bugi, więc i szybko pojawiały się bug_fix-y 🙂

Właśnie wypełniłem pierwszy Bug Report dla Google Chrome i właśnie developerzy się nim zajęli 🙂