Domowy sposób na katar mojej mamy

Jeśli właśnie spędziłeś cały dzień prychając, kichając i zużywając całą paczkę chusteczek i właśnie pomyślałeś, że może jednak przydałby się jakiś środek na katar, a apteka jest już zamknięta (względnie: jesteś wrogiem przemysłu farmaceutycznego i nie chcesz wspierać tych wszystkich korporacji) jest świetny sposób, jaki pokazała mi kiedyś moja mama.

Sposób jest o tyle świetny, że działa niemal natychmiast. Dwie, trzy minuty po zastosowaniu nie ma kompletnie żadnych objawów kataru. Obawiam się jednak, że jest zarazem niezdrowy dla naszych płuc. Ale czy może być coś bardziej niezdrowego od kataru?

Na czym polega?

Weź jedną, bawełnianą (podobno rodzaj materiału ma znaczenie, ale możecie spróbować poeksperymentować) szmatę. Musi to być szmata, a nie na przykład ulubiona koszulka, bo za chwilę ją podpalisz.

O właśnie, teraz ją podpal, ale zaraz zgaś. Tak aby tylko trochę się kopciła. Nie paliła i nie zgasła całkowicie.

A teraz jak najmocniej zaciągnij się tym dymem!

Voila! W momencie kiedy ja się właśnie puszę jak paw, że właśnie zastosowałeś świetną metodę, Ty na pewno teraz krztusisz się, kaszlesz, zalewasz łzami i przeklinasz mnie. Spokojnie, tak ma właśnie być. Daj sobie jeszcze kilka sekund, a kaszel przejdzie. Teraz wydmuchaj porządnie nos.

I co? Nie mówiłem? 🙂 Katar przeszedł i z obserwacji wiem, że nie wróci w ciągu co najmniej kilku godzin.

Wpis ten pisze bezpośrednio po zastosowaniu tej metody, przy czym tym razem nie miałem pod ręką nic bawełnianego. Zamiast szmaty podpaliłem, ugasiłem i sztachnąłem się zwykłą chusteczką higieniczną. Uwierzcie, zadziałało.

(Wpis z dedykacją dla mojej mamy! 🙂 )

0

Bill Gates: szczepionka przeciw malarii gotowa w trzy lata

Ciekaw jestem na ile jest to wishfull thinking, a na ile prawda. Bill Gates (oczywiście, że jako zagorzały linuksiarz gościa nienawidzę)  w wywiadzie dla BBC oświadczył, że szczepionka przeciw malarii powinna być gotowa w trzy lata, a kolejna jej generacja, zapewniająca pełną odporność w 5 do 10 lat.

Coś może być jednak na rzeczy. Bill po wycofaniu się z prac dla Microsoft zaangażował się w badania nad szczepionką w ramach Fundacji Billa i Mellisy Gates, więc na pewno śledzi informacje, a być może wie też więcej niż wiemy my. Co chwila serwisy informacyjne donoszą o nowych odkryciach w tej dziedzinie, ale ostatnie sprzed kilku dni jest dość interesujące. Okazało się, że ludzie są zdolni do wytwarzania przeciwciał, które wyssane przez komara z naszych ciał spowodują, że możliwość przekazania zarodźca przez takiego komara następnej osobie będzie zablokowana.

Co więcej inny rodzaj szczepionki testowany jest już na ludziach (zabrzmiało okropnie więc napiszę innymi słowami: prace nad szczepionką są już tak zaawansowane i przeszły pomyślnie testy na zwierzętach, że dopuszczono ją do testów w warunkach klinicznych) od wakacji ostatniego roku.

To dobre informacje, szczególnie, jeśli by zestawić je z szokującymi statystykami. Ponad 125 milionów kobiet narażonych jest rocznie na zarażenie malarią, na malarię umiera 2000 dzieci  dziennie.

W Polsce oczywiście problem malarii brzmi jak abstrakcja z księżyca, jednak i my jesteśmy zagrożeni tą chorobą niemal przy każdym wyjeździe  do ciepłych krajów (a wakacje coraz bliżej). Pisałem o tym już wcześniej informując jak przeciw malarii można się zabezpieczyć i gdzie można dowiedzieć się więcej o profilaktyce antymalarycznej. Bo fakt, że szczepionki jeszcze nie ma wcale nie oznacza, że choroby tej nie można się ustrzec. Podstawowym sposobem jest profilaktyczne stosowanie leków przeciwmalarycznych (różnych w zależności od regionu, w który jedziemy). Więcej informacji na ten temat można znaleźć na stronach Centrum Informacji Medycyny Podróży, na stronie Malaria.com.pl czy w gabinetach lekarskich lekarzy specjalistów medycyny tropikalnej (listę poradni można znaleźć pod wyżej wymienionymi adresami)

0

Nieco o malarii

Temperatura za oknem spadła poniżej zera – czas więc napisać co nieco na jakiś abstrakcyjny temat. Takim tematem na pewno jest Afryka, afrykański upał i malaria, o której wspominałem już dwa tygodnie temu 🙂

Wbrew pozorom jednak pisanie w środku zimy o podróżach (i związanych z nimi problemach) do ciepłych krajów nie jest wcale takie od rzeczy. Każdy moment roku jest dobry na wypad do Afryki czy w inne okolice okołorównikowe. Tak, wiem, że ciężko to sobie teraz wyobrazić, ale naprawde choć u nas w Polsce jest tak zimno, że niedługo połowa z nas będzie chodzić w dwóch parach skarpet (na koniec tygodnia zapowiadane jest minu dwadzieścia) ludzie na równiku mimo, że jest grudzień nie mają zbyt wielkiego pojęcia co to znaczy mróz, śnieg czy poranne skrobanie szyb w samochodach 🙂

Moim zdaniem właśnie zimą wypad do Afryki jest najbardziej uzasadniony (szczerze dziwi mnie to, że właśnie latem większość z nas patrząc na oferty turystyczne zastanawia się czy z polskiego upału uciec w upał tunezyjski lub tanzański). Ale ja nie o tym. Miałem zamiar przestrzegać wyjeżdżających przed potencjalnymi chorobami. Nawet jeśli mało kto teraz wybiera się do Afryki, wpis ten na pewno spokojnie doczeka sobie lata i wtedy zostanie przeczytany przez nieco więcej osób. 🙂

* * *

Przeglądam na GoldenLine fora podróżnicze, przeglądam w usenecie grupę pl.rec.turystyka.tramping i często zdarzają się pytania o malarię, jaki lek brać. Odpowiedź jaka najczęściej pada ściśle wynika z doświadczeń odpowiadającego: brał lek XYZ, przeżył więc na pewno lek ten jest najlepszy.

Jak się łatwo domyśleć, to że dana osoba brała jakiś lek i nie zachorowała wcale nie oznacza, że i w naszym przypadku lek ten także zadziała. Trzeba tutaj uważać z tego typu poradami z co najmniej dwóch powodów:

Po pierwsze można w ogóle nie brać żadnego leku i nie zachorować. Nie oznacza to jednak, że malaria w miejscu gdzie pojechaliśmy nie występuje, a znaczy po prostu że mieliśmy szczęście. Tak samo jest w przypadku źle dobranego leku. Możemy nieświadomie wybrać lek nie działający i mieć szczęście i nie zachorować. Jeśli jednak spotkamy na swojej drodze nieodpowiedniego komara, bardzo szybko internetowa porada okaże się niewiel warta.

Druga sprawa o której wiele osób zapomina, lub zwyczajnie nie wie: świat tropikalny jest podzielony na cztery strefy malaryczne, a podział ten jest związany z wykształconą przez zarodźca malarią na konkretne składniki leków. Zarodziec malarii w Meksyku na pewno będzie odporny na leki jakie są polecane do Afryki czy Azji. Dlatego też nie warto wierzyć w internecie w porady „byłem na równiku i lek XYZ zapewnił mi odporność przez wiele miesięcy”. Jak wiadomo równik ma ponad 40 tysięcy kilometrów długości.

* * *

Może więc się warto zaszczepić przeciw malarii? Tu akurat odpowiedź jest prosta: nie. Nie, bo szczepinki nie ma, niestety.

Nie zapomnijcie jednak o szczepieniach przeciw innym chorobom. Lista jest długa, a na jej czele wirusowe zapalenie wątroby (WZW) typu A oraz B. Do tego dochodzą inne szczepienia jak dur brzuszny czy tężec. Nazwy tych szczepień na pewno brzmią dla Was choć trochę znajomo. Owszem, bo wszyscy byliśmy na te choroby szczepieni we wczesnym dzieciństwie, jednak trzeba pamiętać, że szczepienia te nie dały nam dożywotniej odporności. Większość z Was jest już znów podatna na zarażenie tężcem przy skaleczeniu, jednak nie zaraż się bo ten patogen jest obecnie dość rzadki w Polsce. Jednak nie w Afryce. Przypomina mi się tutaj rwandyjski przepis zakazujący pod groźbą mandatu chodzenia boso. Wprowadzono go właśnie z uwagi na tężec. Rwandy nie stać na szczepienia, więc ryzyko zachorowania wśród mieszkańców na tą chorobę jest bardzo wysokie. Stosuje się więc profilaktykę zastępczą.

* * *

Wracając do malarii, gdzie szukać porad i pomocy? Zdecydowanie nie na forach intenetowych i zdecydowanie w gabinetach lekarskich. Ludzie odpowiadający na forach nie zdają sobie sprawy z odpowiedzialności jaka na nich spoczywa. Z lekarzem jest inaczej.

Dobrym kompromisem jest strona internetowa www.malaria.com.pl czy Centrum Informacji Medycyny Podróży. Jest tam całkiem sporo informacji o tej chorobie, fajna mapka z zaznaczonymi strefami malarycznymi, ale przede wszystkim przydatna wyszukiwarka przychodni, w których można dowiedzieć się więcej o tej chorobie i zdobyć receptę na leki przeciwmalaryczne.

Ponadto: zabierzcie ze sobą repelenty przeciw komarom. Osobiście polecam marki BROS z uwagi na cenę (około 6 złotych, co jest niczym w porównaniu z reklamowanymi Raidami itp) i na zawarty w nich związek DEET uznawany za najskuteczniejszy odstraszacz komarów (co potwierdzam). Raczej unikajcie preparatów opartych na ziołach.

Poza tym zadbajcie o moskitierę, jeśli nie nad łożkiem (która jest nieźle wkurzająca nad ranem, gdy opada nam na głowę i budzi przed czasem) to przynajmniej w oknie. W pokoju w którym zamieszkacie sprawdźcie od razu jakość moskitiery w oknie. Na 100% będzie dziurawa, więc warto mieć ze sobą zwykłą taśmę klejącą by pozaklejać owe dziury 🙂

I na koniec: nie panikować. Jak ugryzie Was komar (a ugryzie na pewno) nie oznacza to jeszcze końca świata. Statystycznie jeden na 300 komarów roznosi malarię (to się jednak różni w zależności od regionu świata), więc strach jednak ma trochę większe oczy niż powinien.

* * *

A już na zupełny koniec polecam się ubezpieczyć. Trochę to kosztuję, ale byłoby zupełną głupotą nie zrobienie tego. Wypadk się zdarzają, szczególnie w podróży.

Przypomina mi się tutaj historia sprzed roku opisana na wspomnianej wyżej grupie dyskusyjnej. Turysta który wyjechał do Turcji nie pomyślał o ubezpieczeniu. Niby nie jest to tak daleko, podróż nie miała trwać długo więc można sobie odpuścić. Pech jednak sprawił, że turysta uległ poparzeniom od kuchenki gazowej. To sprawiło, że wylądował w szpitalu płacąc kilkaset złotych za dzień pobytu. Jakby tego było mało, poparzenia okazały się tak duże, ze odpadał zwykły powrót i trzeba było wynająć śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. W przypadku interwencji LPR poza granicami kraju to poszkodowany (lub ubezpieczyciel) otrzymuje rachunek, a w tym wypadku wyniósł on ponad… 30 tysięcy złotych.

* * *

To tyle na razie o malarii. Podobny wpis zamieszczę jeszcze na starym blogu Konrad Jest w Rwandzie, bo choć nie prowadzę go już aktywnie to widzę w statystykach, że wciąż wiele osób trafia na niego z google pytając o malarię. Jeśli ktoś z Was ma jakieś pytania, śmiało zamieszczajcie je w komentarzach. Ale nie pytajcie który środek leczniczy wybrać – nie mam odwagi decydować o Waszym życiu 🙂

0

Obudziłem się w trakcie operacji

To jest wpis pisany na zamówienie, to jest wpis który próbuję już napisać po raz drugi i mam nadzieję, że tym razem mi się uda. To jest wpis, który jednak chcę napisać.

Chcę go napisać z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze nic ciekawego się u mnie nie dzieje, więc chociaż sobie powspominam. Po drugie jakiś czas temu czytałem na (chyba) Onecie artykuł w którym lekarze twierdzili, że w czasie operacji nie można się obudzić. No więc niech moja relacja będzie dowodem na to, że jednak można.

W dodatku można obudzić się dwa razy na dwóch różnych operacjach. (Może gdzieś dają za to jakąś nagrodę?)

Pierwszy raz obudziłem się czternaście i pół roku temu.

Dokładnie 2 czerwca 1995 roku, gdzieś w godzinach przedpołudniowych, zdecydowanie przed zaplanowanym przez lekarzy końcem operacji. Jeśli dobrze pamiętam powinien to był być piątek, bo dzień wcześniej był czwartek, dzień dziecka, jeździłem jako pasażer mini kolejki wynajętej dla będących wtedy w szpitalu dzieci, zrobiłem na sali gimnastycznej mój pierwszy w życiu przewrót w powietrzu (to znaczy taki zupełnie w powietrzu: odbijamy się nogami, robimy fikołek bez podparcia się rękoma i lądujemy znów na nogach) i po chwilowej radości, że w końcu mi się udało przyszła świadomość, że zapewne nigdy już więcej tego nie powtórzę.

Tego dnia wykonałem więc jeszcze kilkadziesiąt takich przewrotów, cały czas pamiętając, że od jutra mój kręgosłup nie będzie się tak zginał jak zgina się jeszcze dziś.

Przygotowań do operacji opisywał nie będę, bo każdy kto ją miał wie jak jest. Myju, myju, zastrzyk głupiego jasia, jazda na salę operacyjną, maska tlenowa na twarz, lekarz anestozjolog prosi abyś policzył od dziesięciu do zera i gdzieś między tymi liczbami odlatujesz. Następne co pamiętasz to pobudka. W zdecydowanej większości wypadków jest tylko jedna pobudka.

Wiecie jak to jest zaliczyć zgona na imprezie? Nieprawda, nie wiecie. Nikt nie wie, bo jedyne co z tego się pamięta to poranne przebudzenie. Nie wiesz gdzie jesteś, zanim otworzysz oczy starasz się zrozumieć co to są za głosy nad Tobą i powoli wszystko sobie przypominasz. Co do samego zaliczenia zgona jedynie konkludujesz w ułamku sekundy, że taki fakt miał miejsce i tyle. Na przemian starasz sobie przypomnieć ostatnie rzeczy jakie robiłeś i wsłuchujesz się w jakieś głosy koło ciebie. Dziewczyny rozmawiają o ostatnim kolokwium, ktoś z tyłu pyta czy ktoś jeszcze chce herbate, ktoś inny pyta czy ktoś nie widział jego lewego buta. Wolisz jeszcze oczu nie otwierać, ból głowy jest niemiłosierny.

Podobnie wygląda pobudka po każdej operacji. Nie wiesz gdzie jesteś, nie wiesz co się stało, ale ułamek sekundy później przypominasz sobie że ostatnie co pamiętasz to jak cię usypiali, w kolejny ułamek sekundy później lekarz mówi ci, że właśnie miałeś operacje i że wszystko jest w porządku i żebyś się obudził. I tyle. Zamiast piekielnego bólu głowy odczuwasz ból jakiego nie da się opisać w miejscu mniej więcej gdzie cię kroili.

Ze mną było prawie identycznie. Obudziły mnie rozmowy jakichś ludzi (właściwie to obudził mnie huk jakiegoś dziwnego stukania), przez chwilę nie otwierając oczu nie mogłem skapować gdzie jestem i dlaczego właśnie spałem, zupełnie jak po zaliczonym zgonie (tyle, że wtedy jako dziecko oczywiście jeszcze nie wiedziałem jak to jest spić się tak, że nie pamięta się co się piło i dlaczego tak dużo i jak dużo i dlaczego do cholery budzę się w damskim swetrze, na który jeszcze mam nałożoną moją koszulkę). Jednak tak samo jak po zaliczonym zgonie w chwilę później zacząłem sobie wszystko przypominać. Maska tlenowa, dziesięć, dziewięć, osiem, siedem,… power off. Kurcze, naprawdę nie udało mi się doliczyć do końca?

OK. Zatem pamiętam, że mnie usypiali, że miałem operację, w między czasie słucham bezwiednie głosów dookoła, jeszcze nie otworzyłem oczu, czuję że leżę raczej twarzą w dół niż twarzą do góry, w głowie krąży mi pewnie jeszcze mnóstwo prochów którymi mnie nawalili, bo gdyby nagle ktoś krzyknął, że Konrad masz się w dwie sekundy zerwać na równe nogi! od tego zależy twoje życie! dostaniesz miliard złotych jeśli to zrobisz! – olałbym to kompletnie. Ja tu sobie jeszcze trochę poleżę. Nigdzie się nie spieszy. Są jakieś głosy, jest ciemno bo mam zakmnięte oczy, coś stuka jak cholera, taki metaliczny dźwięk, ale mam to wszystko kompletnie gdzieś. Jestem kwiatem lotosu po środka oceanu spokoju. I nagle:

Kurwa mać! Operacja jeszcze trwa! Te głosy to lekarze, dopiero teraz słysze poza stukaniem ciche „pik, pik” takiej maszyny do pokazywania pulsu! Wsłuchuję się w głosy lekarzy: dużo nie mówią. Raz na kilka sekund jednowyrazowo wydają polecenia. Proszą o jakieś instrumenty, proszą o jakąś czynność.

I te durne stukanie. Przy każdym uderzeniu kołysze się całe moje ciało, czuję to w moim błędniku. Nie czuję zupełnie żadnego bólu, prawdę mówiąc nie czuję w ogóle mojego ciała. Jest tylko mój mózg ułożony w przestrzeni płatem czołowym w kierunku podłogi i przyklejone do niego uszy. Uczy słyszą pikanie, glosy lekarzy i metaliczne stukanie. Podczas każdego stuknięcia mój mózg chwieje się nieco na boki. Stukanie jakby młotkiem w metalowe dłuto. Metal o metal.

Już rozumiem co się dzieje i nie podoba mi się. To znaczy chyba rozumiem, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy. Stukanie na sto procent ma ścisły związek ze stojącymi zapewne nade mną lekarzami i na pewno ostatnim uderzanym elementem w tej metalowej koładce jest mój zakrwawiony kręgosłup, wystający z krateru rozcięcia biegnącego przez całą długość pleców. Lekarz uderza młotkiem w oparte na moim kręgosłupie dłuto, a ja przy każdym takim uderzeniu cały się chwieję. Kurwa, nic nie czuję, ale sama świadomość sprawia, że przechodzą mi ciarki po plecach. Oczywiście ciarki przechodzą w przenośni, bo choć to niewiarygodne, naprawdę nie czuję nic poza kołysaniem. Świadomość jest jednak cholernie nieprzyjemna. Coś mniej więcej jak wtedy, kiedy siedzisz na fotelu dentystycznym w znieczuleniu miejscowym, a lekarz stomatolog mówi ci, że właśnie rozwierca kanał nerwowy twojego zęba. Nie czujesz nic, ale ta myśl o rozszarpywanym właśnie włóknie nerwu…

Muszę więc dać jakoś znać lekarzom, że ja się właśnie obudziłem. To znaczy nie wiem czy musze, ale chyba tak. Bo to przecież chyba nienormalne.

Próba otworzenia oczu kończy się zupełnym fiaskiem. Wygląda na to, że nie mam żadnej kontroli nad powiekami.

Poruszę więc palcem u ręki. Okazuje się że jednak nie jestem samym mózgiem. Gdy zaczynam myśleć o ręce, o palcu zaczynam być świadomy, że gdzieś ona jest i gdzieś są owe jej palce. Nie wiem dokładnie gdzie, czy obok, czy pode mną, czy przysunięta od ciała czy też wyprostowana w ramieniu, wskazująca na drzwi operacyjnej sali, ale wraca świadomość jej istnienia. Trzeba więc poruszyć choć jednym palcem i zacząć nim kiwać tak długo, aż ktoś to zauważy (ale co wtedy?).

…i to jest mniej więcej tak. Wybierz jakiś przedmiot znajdujący się obok ciebie. Myszkę komputerową, długopis, popielniczkę. Spójrz na ten przedmiot i przesuń go wzrokiem. Śmiało, naprawdę spróbuj to zrobić.

Nie udało się? Oczywiście, że się nie udało, ale właśnie poczułeś dokładnie to samo, co wtedy poczuł mój mózg. Byłeś świadomy, że popielniczka jest obok ciebie, spróbowałeś przesunąć ją wzrokiem i poczułeś z tego powodu irytację. Ja poczułem dokładnie to samo, jeśli chodzi o mój palec u ręki.

(Podejrzewam, że tak samo czuł się ów człowiek, który obudził się niedawno po 24-letniej śpiączce, mówił, że słyszał glosy lekarzy, próbowal im dać znać, że jest świadomy wszystkiego co go otacza, krzyczał wewnątrz siebie z całej siły płuc. Ciarki mi przechodzą po plecach, bo chyba wiem jak się czuł. Z tym że ja czułem to tylko przez kilka minut, on natomiast przez kilka tysięcy dni)

Nie mogę więc dać lekarzom znać, że się obudziłem, nie potrafię otworzyć oczu, nie mogę poruszyć palcem, a z głosów lekarzy wynika, że operacja wcale nie dobiega do końca. Jestem więc zupełnie bezradny i jedno co mogę robić to… nic nie robić. Szczęście, że nic nie czuję.

Będą jaja, jak się w końcu obudzę – w sensie, obudzę tak jak każdy pacjent obudzić się powinien – i opowiem innym dzieciakom o swoim przeżyciu. Nikt mi kurka pieczona nie uwierzy.

Właśnie: nikt mi nie uwierzy. Muszę mieć jakiś dowód na to, że się obudziłem i od razu przychodzi mi do głowy dowód oczywisty. Czuję bujanie, słyszę metaliczne stuki w czasie każdego bujnięcia i słyszę rozmowę lekarzy. Trzeba zapamiętać fragment takiej rozmowy. Używają bardzo trudnych słów, więc zapamiętam choć jedno.

OK, mam. To na pewno nazwa jakiegoś przyrządu. Lekarz kogoś o niego poprosił. Nazwa jest skomplikowana, więc muszę ją dobrze zapamiętać. Z niczym mi się nie kojarzy więc będę ją sobie po prostu powtarzać w głowie, a na pewno mi zostanie.

Powtarzam nazwę. Powtarzam nazwę. Powtarzam nazwę. Powtarzam nazwę.

I nagle nie wiem o co chodzi, ale ktoś drze się jak dowódca oddziału w czasie bombardowania bazy. Tyle, że nie krzyczy rozkazu do ewakuacji, a zamiast tego wywrzaskuje moje imie i każe mi poruszyć palcami u nóg. Próbuję nimi poruszyć, ale jest to tak jakbym przesuwał popielniczkę siłą woli, jednak po chwili się udaje. Czuję to, a bombardowany dowódca się uspokaja. Po chwili wrzeszczy, że zaraz zrobią mi zdjęcie rentgenowskie; czuję jak ludzie podnoszą mnie za kończyny, wrzeszczę z bólu (Tak mi się przynajmniej wydaje, że wrzeszczę, bo raczej był to byle jaki charkot z rozepchanego przez tracheotomiczną rurkę gardła), ląduję na plecach, słyszę jak wszyscy wychodzą i zostaję zupełnie sam.

Zatem dałem się nabrać kolejny raz na numer z odliczaniem i w dodatku nabrałem siebie sam. Powtarzając nazwę uśpiłem się po raz kolejny. Kolejna mantra, ale (cholera!) nie pamiętam co to było za słowo… No fak.

No nic. Zaraz, chyba mi właśnie robią zdjęcie rentgenowskie, skoro wszyscy sobie poszli i słyszę nad sobą charakterystyczny szczęk aparatu do prześwietleń? Chyba powinienem więc wstrzymać na chwilę oddech, by zdjęcie nie było poruszone? Wstrzymuję odde…

Budzę się na oddziale. Za jakiś czas opowiem wszystkim o tym, że się obudziłem w czasie operacji. Dzieciaki będą mnie słuchać z fascynacją, lekarze nie powiedzą nic na ten temat. Za czternaście lat przed kolejną operacją w rozmowie z anestozjologiem zażartuję, że tym razem proszę o mocniejsze uśpienie, bo poprzednim razem się obudziłem. Anestozjolog nie odpowie nic na ten temat, a mnie po raz kolejny obudzi w czasie operacji odgłos metalicznnego stukania. Tym razem jednak będę wiedział już nieco więcej, nie będę próbował niczym ruszyć, będę sobie tak leżał totalnie nawalony tymi wszystkimi prochami i czekał aż znów zasnę.

I tak leżąc po raz kolejny będę lekko przysypiał i budził się znów i znów przyspiał i w końcu zaskoczy mnie uczucie mrowienia w palcach, co będzie znaczyło, że ja jednak zaczynam czuć moje ciało, ale zanim wpadnę w panikę usłyszę kobiecy głos mówiący abym się obudził, poczuję poklepywanie po policzkach, mówiący że właśnie miałem operację i żebym się obudził, i żebym poruszył palcami u nóg. Poruszę tymi cholernymi palcami, ale choć będę chciał powiedzieć, że nie śpię już od jakiegoś czasu, to nie będę dał rady tego zrobić. I potem znów zasnę i obudzę się na oddziale.

I tak w kółko. Mam nadzieję, że nie będę miał już nigdy więcej operacji.

0