W osiem lat zwiedzić świat

Z racji przygotowań do wylotu do Gruzji wyciągnąłem swój paszport, a w nim znalazłem (co jednak nie było niespodzianką) książeczki szczepień, jakie wykonałem sobie dwa lata temu przed wyjazdem do Rwandy. Szczepień było sześć, a przy każdym z nich na szczęście podana jest data do kiedy szczepienie będzie skuteczne. Niestety jedno szczepienie już się przeterminowało, ale wiele ważnych jest przez 10 lat (czyli od dziś jeszcze 8 lat). Zatem jeśli byłbym sknerą (a byłbym) to muszę wyrobić w osiem lat ze zwiedzaniem  świata, a wtedy oszczędzę na kolejnych szczepieniach 😉

Może „pochwalę” się jakie to szczepienia. Myślę, że przyda się to ludziom, którzy właśnie szperają w internecie szukając takiej informacji przed wyjazdem, jeśli nie do Rwandy, to do któregoś z innych krajów subsaharyjskich, jak Tanzania czy Kenia. Jeśli więc czytelniku, który to czytasz jesteś takim szperaczem, częstuj się tą wiedzą, ale pamiętaj, że musisz ją spożywać z ostrożnością. Nie jestem lekarzem i nie traktuj tej listy szczepionek jako ostatecznej i uniwersalnej. Najlepiej przed wyjazdem skonsultuj się z lekarzem lub przynajmniej zajrzyj na stronę Centrum Informacji Medycyny Podróży.

I tak: pierwsza książeczka zawiera następujące pozycje:

  • szczepienie przeciw polio, ważne przez dziesięć lat
  • szczepienie p. tężcowi i błonicy (podane w jednej strzykawce) ważne także 10 lat
  • szczepienie przeciw durowi brzusznemu ważne 3 lata (czyli kończy mi się w 2011)
  • szczepienie przeciw meningokokom ważne 3 lata
  • …i szczepienie przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu A (WZW A) ważne jeden rok (czyli już nie jestem odporny)

Druga książeczka choć zawiera tylko jedno szczepienie, jest ładniejsza, żółta, ma logo WHO i nazywa się Międzynarodowym Certyfikatem Szczepienia. Jedyne szczepienie jakie zawiera to szczepienie przeciw żółtej febrze, które jest ważne przez 10 lat. Jest to jedyne szczepienie jakie jest wymagane przez WHO w czasie podróży do różnych tropikalnych krajów (z tym wymaganiem jest pewien myk, który opiszę kiedy indziej).

Jak widzicie część szczepień brzmi dla Was (i dla mnie znajomo). Wszyscy bowiem w dzieciństwie byliśmy szczepieni na przykład przeciw durowi czy polio. Jednak powiem szczerze, że dopiero jak dostałem książeczkę przed wyjazdem do Rwandy uświadomiłem sobie, że szczepienia te nie były na całe życie. Szczepi się dzieci, bo one są najbardziej narażone na różnego typu zakażenia (na przykład dzieci często ranią się i mają kontakt z brudnym piaskiem co może skończyć się tężcem).

Jak także widzicie w książeczkach nic nie ma o malarii i słusznie. Powtórzę kolejny raz (dla googlających), że przeciw tej chorobie szczepionki nie ma. Jednak o malarii pisałem już wiele razy, w tym jak się jej ustrzec, zatem przejrzyjcie bloga 🙂 Pewnie coś się automatycznie pojawi pod spodem w powiązanych, więc nie linkuję.

No to sobie pochorowałem :)

Ale mnie trzepło 🙂

W poniedziałek z wielką ulgą wysłałem maila, że skończyłem stronę nad którą głowiłem się przez ostatnie ponad dwa miesiące i – choć wcześniej nic a nic na to nie wskazywało – w zaledwie trzy godziny wylądowałem w łóżku trzęsąc się i oblewając potem. Zdecydowanie choroba była odpychana koniecznością skończenia zadania, a gdy te zostało już skończone, zupełnie jakby ktoś przekłuł balon. Bum i leżę.

We wtorek jedyne co mi się udało to dodreptać (wciąż trzęsąc się) do sklepu spożywczego i apteki i wrócić do łóżka. Musiałem dziwnie wyglądać, bo w sklepie ekspedientki równie dziwnie na mnie patrzyły.

Dopiero w środę dreszcze i poty w miarę ustąpiły i zacząłem widzieć na oczy. Do teraz została mi lekka gorączka i kaszel i już będzie ok 🙂

* * *

Wam też, jak czytacie o tych moich dreszczach przyszła na myśl, że to może być malaria? 😉 Przyznam się, że we wtorek w nocy zacząłem sobie liczyć ile to czasu minęło od mojego ostatniego dnia w Afryce. Wyszło mi coś koło półtorej roku. Granicą ryzyka jest rok. Ale dlaczego nie miałbym być wyjątkiem? Objawy wypisz wymaluj jakby pasują. W łazience nawet sam sobie zajrzałem za powieki. Niestety lub stety nic nie zauważyłem. Nawet nie wiem czego miałemm szukać 🙂

A nawet jak nie malaria z Afryki to – nie wiem czy wspominałem – na malarię można zachorować także w Polsce. Ryzyko jest mikroskopijne ale jest. Lekarze uznają, że obszary zagrożone to te w promieniu 100km od lotnisk międzynarodowych. Do Warszawy mam 200km, ale dlaczego znowu nie miałbym być wyjątkiem? Gdzie ja trzymam te ciągle nie „zjedzone” malarone? Jak to było? Profilaktycznie jedna tabletka, a gdy jesteś chory – dwie?

* * *

Oczywiście pomimo tych wszystkich podejrzeń dobrze wiedziałem, że się sam wkręcam. Dopadło mnie jakieś zwykłe przeziębienie, ponoć jakiś wirus szaleje. To jak z totolotkiem: wiesz, że na wygraną masz mikroskopijne szanse, ale im dłużej o tym myślisz, tym bardziej wierzysz, że to możesz być właśnie ty. Ja piszę co chwila o malarii i polecam strony o malarii, im dłużej o tym myślę, zaczynam się rozglądać czy w Polsce na pewno jestem bezpieczny 🙂 Jestem, ale… 😉

* * *

Dobra, wracam do siebie, oczywiście kilkudniowe leżenie zaowocowało zapchaną skrzynką mailową i nagromadzeniem roboty, więc trzeba będzie to jakoś rozładować. W międzyczasie jednak jak obiecałem wyrzuce ten design i zainstaluje thematica.

p.s. stroną zrobioną się jeszcze nie chwalę, ale przyjdzie na to czas 🙂

Jakie są objawy malarii?

Pewnie już wiecie, że nie jadę do Syrii, a zamiast niej ostatecznie przesiadłem się do samolotu do Gruzji? Syrii sobie jednak nie odpuszczę i kiedyś także i tam dotrę. Także i Wam dotrzymam słowa i – choć plany się zmieniły i póki co sam znów nie zwiedzę kraju malarycznego – kontynuuję moje wakacyjne pisanie o malarii. Ostatnio było o sposobach jak można przed nią się zabezpieczyć, warto przeczytać. Dziś napiszę co nieco na temat tego jak możemy samemu rozpoznać czy to co nam się przytrafiło to jest właśnie malaria, czy też inna choroba przeciw której powinniśmy się byli zaszczepić (lub po prostu zwykła choroba, jak przeziębienie, bo i te się zdarza w tropikach).

Pierwsza ważna zasada: cokolwiek nam nie jest, ale czujemy, że coś jest nie tak, postarajmy się dotrzeć jak najszybciej do lekarza. Ja wiem, że mój blog jest niesamowity 😉 i uwierzycie we wszystko co napiszę 😉 ale poważnie: nie jestem lekarzem i żadne forum, wikipedia czy choćby ja lekarza Wam nie zastąpimy.

Tym bardziej, że objawy malarii są naprawdę różne i dość niespecyficzne.

Podstawowe objawy, jakie znamy chyba wszyscy po lekturze „W pustyni i w puszczy” to oczywiście dreszcze i wysoka temperatura (około 40 stopni). Staś nawet bez lekarza wiedział, że to czego musi szukać po takim widoku to chinina (która nota bene obecnie za bardzo by już się nie sprawdziła). Kolejnymi objawami, które pojawiają się po jakims czasie to poty i obniżenie temperatury.

Ciekawe i charakterystyczne – ale występujące tylko przy niektórych typach malarii – jest cykliczne pojawianie się objawów i ich zanikanie. W przypadku malarii trzeciaczki objawy pojawiają się co trzy dni, natomiast w przypadku malarii czwartaczki – co cztery. Niestety są także malarie, w których objawy nie ustępują przez cały czas jej trwania. Jednak jeśli jest tak, że chorujemy, potem mamy dwa lub trzy dni przerwy i znów chorujemy i znów ta sama przerwa – możemy być niemal pewni, że to malaria.

Jest jeszcze jeden objaw, o który nie zdąrzyłem zapytać, a który lekarze starali się u mnie sprawdzić gdy było podejrzenie, że mam malarię. Mianowicie po krótkim wywiadzie w gabinecie lekarskim w Rwandzie lekarz stanął przede mną i odchylił swoimi palcami moje dolne powieki, tak jak się to robi, gdy chcemy sprawdzić czy komuś nie wpadł do oka jakiś paproch. Czego tam szukał, niestety nie wiem 🙁 Może ktoś z Was potrafi mi to wyjaśnić? Podejrzewam, że mógł szukać pprzekrwienia oczu, ale to tylko moje gdybanie.

Jeśli ktoś z Was wyjedzie do krajów malarycznych aby pracować na przykład w szkole gdzie jakimś cudem będzie miał dostęp do mikroskopu i sprzętu laboratoryjnego – i nie wiedzieć czemu nadal upiera się by nie udać się do lekarza – może spróbować sprawdzić samemu obecność pasożytów w swojej krwi. Robi się to tak zwaną metodą tak zwanej grubej kropli krwi. Bierzemy mianowicie kroplę własnej krwi obwodowej i rozsmarowujemy na szkle mikroskopijnym do średnicy monety; następnie barwimy ją metodą Giemsy. Jest to dość popularna metoda wśród akwarystów, barwnik Giemsy dostaniecie między innymi właśnie w sklepach akwarystycznych. Tak wybarwiony preparat umieszczamy pod mikroskopem. W erytrocytach powinny (lub nie) być widoczne pasożyty. Ale zdaję sobie sprawę, że taki sposób diagnozowania malarii dla większości jest jedynie abstrakcyjną ciekawostką 😉

* * *

Bardzo ważna sprawa: wystąpienie lub nie wystąpienie powyższych objawów nie jest w żaden sposób obligatoryjne. U różnych osób malaria będzie przebiegać nietypowo. Szczególnie różne odchylenia od standardowego sposobu przebiegu występują u osób stosujących profilaktykę antymalaryczną (do której gorąco zachęcam). W takim wypadku część objawów może być bardzo złagodzona. Podobnie afrykańscy lekarze sami przyznają, że diagnozowanie malarii u osoby białej i czarnej to nie jest to samo. Dopiero laboratoryjne badanie krwi daje niemal stu procentową pewność. Objawy wizualne to za mało.

* * *

I jeszcze jedna bardzo ważna zasada: jak już pisałem wielokrotnie, na malarię można zachorować nawet w rok po powrocie do Polski. Dzieje się tak dlatego, że zarodziec malarii jest zdolny do wytwarzania tak zwanych hipnozoitów, form przetrwalnikowych, które nie dają żadnych objawów przez bardzo długi okres czasu. Biorąc pod uwagę ten fakt oraz to, że wiele z powyżej opisanych objawów, może przypominać inne, typowe dla Polski choroby, przez przynajmniej rok uważajcie szczególnie na siebie i odwiedzając gabinet lekarza sami podpowiedzcie mu, że to mimo wszystko może być malaria.

Na koniec poraz kolejny przypomnę, że wiele informacji o tej chorobie możecie znaleźć w serwisach Centrum Informacji Medycyny Podróży oraz na stronie malaria.com.pl.

Malaria, niechciana pamiątka z wakacji

Pamiętacie moją serię artykułów o malarii, jaką pisałem ostatniej zimy? Wydaje mi się, że wakacje to lepsza pora na przestrzeganie przed zagrożeniami jakie nas mogą spotkać na wakacjach. Postaram się aby było ciekawie. Tamte wpisy zapewne mało kto już pamięta, a tymczasem na pewno jakaś część z Was właśnie pakuje paszporty, okulary słoneczne i rusza do ciepłych krajów (tak jakby dziś w Polsce wcale nie było ciepło).

Na początek mapka zapożyczona z Wikipedii pokazująca obszary, które malarią są zagrożone. Odnajdźcie na niej swój kraj docelowy. Jeśli jest nim, któryś z krajów „kolorowych” czytajcie dalej, aby się dowiedzieć, czy musicie się bać i jak zminimalizować ryzyko zarażenia się zarodźcem malarii.

(Pamiętajcie też, że na pewno rzetelniejsze informacje o malarii znajdziecie znajdziecie na takich stronach jak malaria.com.pl czy Centrum Informacji Medycyny Podróży, a już na pewno w gabinetach lekarzy medycyny tropikalnej)

Najpierw ta zła wiadomość: malaria bywa chorobą śmiertelną, przeciw której nie można się zaszczepić. Na szczęście tu właściwie się kończą złe wiadomości (jakkolwiek strasznie by nie zabrzmiały).

Prawda jest jednak na szczęście taka, że w przeciągu ostatnich dziesięciu lat stwierdzono tylko jedenaście przypadków „zaimportowania” malarii do Polski (liczba Polaków chorujących na miejscu w krajach tropikalnych nie jest mi znana, ale jestem pewien, że jest o wiele rzędów wartości większa). Malarię roznoszą komary widliszki, ale tylko statytycznie co trzechsetny kłując nas wstrzykuje nam zarodźca. Z tego właśnie powodu oraz także dlatego, że wielu turystów świadomie zabezpiecza się przed tą chorobą, tak rzadko słyszymy o jej przywiezieniu do Polski jako niechcianej pamiątki z wakacji.

W jaki sposób można sie choroby ustrzec? Załóżmy, że porada typu „nie jedź do krajów malarycznych” nie wchodzi w grę (i słusznie). Zatem podstawowe rzeczy jakie musisz zrobić to:

Po pierwsze dowiedz się o tej chorobie jak najwięcej. Tutaj u mnie na blogu, w gabinetach lekarzy medycyny tropikalnej (zwłaszcza tam) czy na wspomnianych wyżej dwóch stronach. Poznanie wroga to już połowa sukcesu.

Po drugie jadąc do krajów tropikalnych zabierz ze sobą leki przeciwmalaryczne. Nazw specjalnie nie będę wymieniał, bo różne leki stosuje się w różnych częściach świata. Leki jak sama nazwa wskazuje służą do leczenia, gdy już jesteśmy chorzy, ale normalną praktyką, zalecaną jest ich branie w czasie całego pobytu w krajach zagrożonych malarią. W takim wypadku nabywamy coś w rodzaju odporności: gdy do naszej krwii trafi zarodziec malarii, lek zwalczający jego już będzie tam na niego czekał.

Po trzecie (notujecie to sobie? 😉 ) repelenty. Najlepiej jest je kupić w miejscowej aptece w kraju docelowym, ale także w Polsce wypatrujcie środków zawierających w składzie DEET. To substancja uważana obecnie za najbardziej nielubianą przez komary i mogę to potwierdzić na bazie własnych doświadczeń. Najlepszy (bo najtańszy i skuteczny) jest preparat firmy Bros, ale możecie oczywiście kupić także inne.

Po czwarte unikajcie tak zwanych szarych godzin. Komary najaktywniejsze są podobnie jak i w Polsce, o zachodzie i wschodzie słońca. Te momenty przeznaczcie raczej na śniadanie i kolację wewnątrz budynków niż na zwiedzanie.

Po piąte i chyba ostatnie (a może ktoś z Was w komentarzach coś dopowie na bazie własnych doświadczeń?) moskitiery. W hotelach zwróćcie uwagę czy takie znajdują się nad łóżkiem (najczęściej tak właśnie będzie), a jeśli ich nie zauważycie, zapytajcie o nie obsługę. Jestem niemal pewien, że nie będzie z tym problemu. Możecie też na wszelki wypadek kupić swoją własną, ale zdecydowanie w kraju do którego jedziecie! W Polsce moskitiera kosztuje nawet 80zł podczas gdy w krajach Afryki nie będzie kosztowała drożej niż kilka dolarów. Zwyczajnie szkoda pieniędzy.

I tyle na poczatek (bo jak wspomniałem przez wakacje ukazywać się będą kolejne antymalaryczne wpisy tutaj). Pięć słów: wiedza, leki, repelenty (spraye), szare godziny, moskitiery. Te kilka prostych zasad sprawi, że jedyne wspomnienia z Waszych wakacyjnych wyjazdów do ciepłych krajów nie będą miały nic wspólnego z malarią.

P.s. Pochwalcie się gdzie jedziecie w komentarzach 🙂 Ja też w tym roku wybieram się do kraju, który delikatnie zahacza o kolorowe obszary na powyższej mapie, więc na pewno opiszę tutaj także swoje przygotowania do „wyprawy” 🙂

Na co się zaszczepić przed wyjazdem do Afryki?

Ostatnio nieco postraszyłem Was, że jak do tej pory nie ma szczepionki przeciw malarii (co jest niestety prawdą), choć badania trwają i przynoszą dobre prognozy. Musicie jednak pamiętać – i podejrzewam, że większość z Was o tym wie – że malaria nie jest jedyną chorobą jaka nam w Afryce grozi, jednak na większość z nich na szczęście szczepionki istnieją.

Przed wyjazdem do Afryki musimy (to znaczy nie musimy, ale o tym niżej) zaszczepić na szereg chorób. Dokładnej listy nie potrafię Wam podać, bo jest ona na pewno specyficzna dla konkretnego regionu geograficznego. Po raz kolejny polecam tutaj stronę Centrum Informacji Medycyny Podróży, a szczególnie ich dział Pytań i Odpowiedzi.

Na pewno wśród szczepień, które warto wykonać będzie szczepienie przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu A (WZW A). Choroba ta jest bardzo częsta w obszarach okołorównikowych i ryzyko jej zarażeniem jest duże. Pamiętajcie też o innych chorobach zaliczanych wraz z WZW A do grupy tak zwanych chorób brudnych rąk (łączy je właśnie fakt, że można zarazić się nimi wskutek spożywania posiłków w warunkach odbiegających od standardów sanitarnych), jak na przykład dur brzuszny.

Istotne jest także szczepienie przeciw żółtej febrze. Do wielu afrykańskich krajów nie można wjechać (a mówiąc ściślej: z nich wyjechać) nie mając potwierdzenia, że jesteśmy przeciw tej chorobie zaszczepieni, jest to wymóg WHO.

I jeszcze kilka niuansów, o których warto pamiętać.

Na pewno spotkacie się z informacjami, że należy się zaszczepić na choroby, przeciw którym już przecież byliście szczepieni (jak na przykład wymieniony wyżej dur brzuszny czy polio). Niestety muszę Was rozczarować, ale w dzieciństwie nie powiedziano nam całej prawdy: szczepieni przeciw tym chorobom byliśmy faktycznie, ale szczepienia te nie dają odporności na całe życie. Większość z czytających to osób z pewnością już od dawna ponownie jest podatnych na zakażenie, dlatego przed wyjazdem do Afryki tak naprawdę wiele szczepień po prostu odnawiamy.

I kolejna kwestia: musimy się szczepić, czy nie musimy? Poza wspomnianą żółtą febrą wszystkie inne szczepienia są zalecane. Jednak postarajcie się tego zalecenia nie zignorować: jeśli jedziecie choćby nawet do Egiptu czy Tunezji tak naprawdę wjeżdżacie do zupełnie innego obszaru z innymi chorobami niż w Polsce i – co gorsze – innymi warunkami leczenia. Na choroby brudnych rąk jest bardzo łatwo zachorować, więc lepiej dmuchać na zimne. Zwłaszcza, że nawet jeśli się zaszczepimy, to i tak pozostaje cała lista innych badziewi, na które nadal będziemy narażeni 🙁

Jeśli ktoś z Was przypadkiem wybiera się Rwandy to polecam mój wpis na starym blogu odnośnie przygotowań do takiego wyjazdu.

Bill Gates: szczepionka przeciw malarii gotowa w trzy lata

Ciekaw jestem na ile jest to wishfull thinking, a na ile prawda. Bill Gates (oczywiście, że jako zagorzały linuksiarz gościa nienawidzę)  w wywiadzie dla BBC oświadczył, że szczepionka przeciw malarii powinna być gotowa w trzy lata, a kolejna jej generacja, zapewniająca pełną odporność w 5 do 10 lat.

Coś może być jednak na rzeczy. Bill po wycofaniu się z prac dla Microsoft zaangażował się w badania nad szczepionką w ramach Fundacji Billa i Mellisy Gates, więc na pewno śledzi informacje, a być może wie też więcej niż wiemy my. Co chwila serwisy informacyjne donoszą o nowych odkryciach w tej dziedzinie, ale ostatnie sprzed kilku dni jest dość interesujące. Okazało się, że ludzie są zdolni do wytwarzania przeciwciał, które wyssane przez komara z naszych ciał spowodują, że możliwość przekazania zarodźca przez takiego komara następnej osobie będzie zablokowana.

Co więcej inny rodzaj szczepionki testowany jest już na ludziach (zabrzmiało okropnie więc napiszę innymi słowami: prace nad szczepionką są już tak zaawansowane i przeszły pomyślnie testy na zwierzętach, że dopuszczono ją do testów w warunkach klinicznych) od wakacji ostatniego roku.

To dobre informacje, szczególnie, jeśli by zestawić je z szokującymi statystykami. Ponad 125 milionów kobiet narażonych jest rocznie na zarażenie malarią, na malarię umiera 2000 dzieci  dziennie.

W Polsce oczywiście problem malarii brzmi jak abstrakcja z księżyca, jednak i my jesteśmy zagrożeni tą chorobą niemal przy każdym wyjeździe  do ciepłych krajów (a wakacje coraz bliżej). Pisałem o tym już wcześniej informując jak przeciw malarii można się zabezpieczyć i gdzie można dowiedzieć się więcej o profilaktyce antymalarycznej. Bo fakt, że szczepionki jeszcze nie ma wcale nie oznacza, że choroby tej nie można się ustrzec. Podstawowym sposobem jest profilaktyczne stosowanie leków przeciwmalarycznych (różnych w zależności od regionu, w który jedziemy). Więcej informacji na ten temat można znaleźć na stronach Centrum Informacji Medycyny Podróży, na stronie Malaria.com.pl czy w gabinetach lekarskich lekarzy specjalistów medycyny tropikalnej (listę poradni można znaleźć pod wyżej wymienionymi adresami)

Zieloni chyba nie lubią dzieci z Afryki

Pamięta tu jeszcze ktoś jak prawie dwa lata temu załamywałem ręce nad protestami „ekologów” przeciw nowemu pomysłowi na walkę z malarią? Ja pamiętam. Okazuje się, że zieloni nadal nie robią nic, by zaprzeczyć powszechnemu twierdzeniu, że zwierzę jest dla nich ważniejsze niż człowiek. Tak jak się obawiano na światowym szaleństwie pod tytułem „globalne ocieplenie” ucierpiała w dużej mierze Afryka i walka z malarią, która jest tam problemem o kilka rzędów wielkości większym niż nasza nieśmiała (bo jakaś schowana, ja do tej pory jej nie widziałem) świńska grypa.

Zaczęło się może niewinnie, choć według mnie instrumentalnie: w słynnym czwartym raporcie IPCC na temat zmian globalnego klimatu straszono nas, że jednym ze skutków globalnego ocieplenia będzie zawędrowanie malarii i innych chorób tropikalnych także do Europy (co ciekawe jednym z takich skutków miał być też wzrost prostytucji, ale nie pytajcie mnie jak to wydedukowano). Tak to eksperci z IPCC (a raczej „eksperci”, bo jak wiadomo wyciekły ostatnio informacje na temat tego, jak ów raport powstawał) postanowili skupić na swoim klimatycznym problemie także ludzi zaangażowanych w przedsięwzięcia medyczne jak i religijne (zapewne po to by organizacje katolicke spojrzały przychylniejszym wzrokiem na problem globalnego ocieplenia, umieszczono w owym raporcie nieszczęsne prostytutki).

Powyższe być może i by brzmiało jak jak moje przesadne wieszanie psów na zielonych, ale mam prawo być nieco wkurzony 🙁 Informacjom o zwiększonym ryzyku zachorowań na malarię w Europie zaprzeczył ostatnio sam szef IPCC – Rejendra Kumar Pachauri (nomen omen, kolejarz z wykształcenia) – zwlaszcza gdy został przyparty do muru, po tym jak rypła się cała sprawa z naginaniem faktów podczas tworzenia raportu.

I tak oto na kolejnym polu zieloni wyciągnęli dla siebie jeszcze więcej, nie bacząc na konsekwencje. Problem malarii został potraktowany instrumentalnie jako straszak, a cała heca dla zwalczania malarii zamiast pomóc – zaszkodziła. W ostatnio opublikowanym dorocznym liście Billa Gatesa (jako prezesa Fundacji, a nie Microsoftu) zauważył on, że zwiększone nakłady na finansowanie akcji ekologicznych udały się właśnie dzięki zmniejszeniu finansowania inicjatyw zdrowotnych, w tym badań nad szczepionką przeciw malarii. Krótka kołderka okazała się zbyt krótko, co zresztą było do przewidzenia: w większości krajów (jeśli nie we wszystkich, na pewno tak jest w Polsce) finansowanie wszelkich akcji pomocowych i rozwojowych, czy to ekologicznych czy też zdrowotnych odbywa się z tej samej puli pieniędzy w budżecie. Idę o zakład, że w ubiegłym roku drastycznie wzrosła w Polskiej Pomocy ilość wniosków o dofinansowanie akcji związanych z walką z globalnym ociepleniem.

I co dalej? I nic. Ekolodzy nadal będą twierdzić, że robi się coraz cieplej (co zresztą jest chyba prawdą, bo dziś w nocy było -33 stopnie, a teraz jest już tylko -21, a jutro ma być jeszcze „cieplej”), będą robić dobrą minę do złej gry. Badania nad szczepionką przeciw malarii na pewno zostały spowolnione i tyle. Bez pośredni związek między ekologiczną farsą a owym spowolnieniem jest trudny do udowodnienia, zatem ekolodzy będą spać spokojnie. Fakt faktem, że w Afryce nadal statystycznie co 30 sekund umiera jedna osoba na malarię. Szkoda.

* * *

To nie jest mój pierwszy wpis o malarii i jeśli ktoś chce o niej poczytać więcej, zapraszam do lektury artykułu niemalże pod tytułem „wszystko co wiem o malarii”. Lub też na stronę Centrum Informacji Medycyny Podróży, zwłaszcza jeśli ktoś już teraz planuje wyjazd na wakacje do ciepłych krajów. Malaria w Polsce nam nie grozi (choć… ale może o tym innym razem), jednak jeśli ktoś wybiera się do ciepłych (pamiętajcie: coraz bardziej ciepłych) krajów, już teraz powinien myśleć i szczepieniach przeciw chorobom tropikalnym i lekach antymalarycznych (szczepionki przeciw malarii jak wyżej wspomniałem nie ma i jeszcze jakiś czas nie będzie, ale można stosować inną profilaktykę: tabletki, repelenty, moskitiery czy odpowiednie zachowanie minimalizujące ryzyko zachorowania na malarię).

Nieco o malarii

Temperatura za oknem spadła poniżej zera – czas więc napisać co nieco na jakiś abstrakcyjny temat. Takim tematem na pewno jest Afryka, afrykański upał i malaria, o której wspominałem już dwa tygodnie temu 🙂

Wbrew pozorom jednak pisanie w środku zimy o podróżach (i związanych z nimi problemach) do ciepłych krajów nie jest wcale takie od rzeczy. Każdy moment roku jest dobry na wypad do Afryki czy w inne okolice okołorównikowe. Tak, wiem, że ciężko to sobie teraz wyobrazić, ale naprawde choć u nas w Polsce jest tak zimno, że niedługo połowa z nas będzie chodzić w dwóch parach skarpet (na koniec tygodnia zapowiadane jest minu dwadzieścia) ludzie na równiku mimo, że jest grudzień nie mają zbyt wielkiego pojęcia co to znaczy mróz, śnieg czy poranne skrobanie szyb w samochodach 🙂

Moim zdaniem właśnie zimą wypad do Afryki jest najbardziej uzasadniony (szczerze dziwi mnie to, że właśnie latem większość z nas patrząc na oferty turystyczne zastanawia się czy z polskiego upału uciec w upał tunezyjski lub tanzański). Ale ja nie o tym. Miałem zamiar przestrzegać wyjeżdżających przed potencjalnymi chorobami. Nawet jeśli mało kto teraz wybiera się do Afryki, wpis ten na pewno spokojnie doczeka sobie lata i wtedy zostanie przeczytany przez nieco więcej osób. 🙂

* * *

Przeglądam na GoldenLine fora podróżnicze, przeglądam w usenecie grupę pl.rec.turystyka.tramping i często zdarzają się pytania o malarię, jaki lek brać. Odpowiedź jaka najczęściej pada ściśle wynika z doświadczeń odpowiadającego: brał lek XYZ, przeżył więc na pewno lek ten jest najlepszy.

Jak się łatwo domyśleć, to że dana osoba brała jakiś lek i nie zachorowała wcale nie oznacza, że i w naszym przypadku lek ten także zadziała. Trzeba tutaj uważać z tego typu poradami z co najmniej dwóch powodów:

Po pierwsze można w ogóle nie brać żadnego leku i nie zachorować. Nie oznacza to jednak, że malaria w miejscu gdzie pojechaliśmy nie występuje, a znaczy po prostu że mieliśmy szczęście. Tak samo jest w przypadku źle dobranego leku. Możemy nieświadomie wybrać lek nie działający i mieć szczęście i nie zachorować. Jeśli jednak spotkamy na swojej drodze nieodpowiedniego komara, bardzo szybko internetowa porada okaże się niewiel warta.

Druga sprawa o której wiele osób zapomina, lub zwyczajnie nie wie: świat tropikalny jest podzielony na cztery strefy malaryczne, a podział ten jest związany z wykształconą przez zarodźca malarią na konkretne składniki leków. Zarodziec malarii w Meksyku na pewno będzie odporny na leki jakie są polecane do Afryki czy Azji. Dlatego też nie warto wierzyć w internecie w porady „byłem na równiku i lek XYZ zapewnił mi odporność przez wiele miesięcy”. Jak wiadomo równik ma ponad 40 tysięcy kilometrów długości.

* * *

Może więc się warto zaszczepić przeciw malarii? Tu akurat odpowiedź jest prosta: nie. Nie, bo szczepinki nie ma, niestety.

Nie zapomnijcie jednak o szczepieniach przeciw innym chorobom. Lista jest długa, a na jej czele wirusowe zapalenie wątroby (WZW) typu A oraz B. Do tego dochodzą inne szczepienia jak dur brzuszny czy tężec. Nazwy tych szczepień na pewno brzmią dla Was choć trochę znajomo. Owszem, bo wszyscy byliśmy na te choroby szczepieni we wczesnym dzieciństwie, jednak trzeba pamiętać, że szczepienia te nie dały nam dożywotniej odporności. Większość z Was jest już znów podatna na zarażenie tężcem przy skaleczeniu, jednak nie zaraż się bo ten patogen jest obecnie dość rzadki w Polsce. Jednak nie w Afryce. Przypomina mi się tutaj rwandyjski przepis zakazujący pod groźbą mandatu chodzenia boso. Wprowadzono go właśnie z uwagi na tężec. Rwandy nie stać na szczepienia, więc ryzyko zachorowania wśród mieszkańców na tą chorobę jest bardzo wysokie. Stosuje się więc profilaktykę zastępczą.

* * *

Wracając do malarii, gdzie szukać porad i pomocy? Zdecydowanie nie na forach intenetowych i zdecydowanie w gabinetach lekarskich. Ludzie odpowiadający na forach nie zdają sobie sprawy z odpowiedzialności jaka na nich spoczywa. Z lekarzem jest inaczej.

Dobrym kompromisem jest strona internetowa www.malaria.com.pl czy Centrum Informacji Medycyny Podróży. Jest tam całkiem sporo informacji o tej chorobie, fajna mapka z zaznaczonymi strefami malarycznymi, ale przede wszystkim przydatna wyszukiwarka przychodni, w których można dowiedzieć się więcej o tej chorobie i zdobyć receptę na leki przeciwmalaryczne.

Ponadto: zabierzcie ze sobą repelenty przeciw komarom. Osobiście polecam marki BROS z uwagi na cenę (około 6 złotych, co jest niczym w porównaniu z reklamowanymi Raidami itp) i na zawarty w nich związek DEET uznawany za najskuteczniejszy odstraszacz komarów (co potwierdzam). Raczej unikajcie preparatów opartych na ziołach.

Poza tym zadbajcie o moskitierę, jeśli nie nad łożkiem (która jest nieźle wkurzająca nad ranem, gdy opada nam na głowę i budzi przed czasem) to przynajmniej w oknie. W pokoju w którym zamieszkacie sprawdźcie od razu jakość moskitiery w oknie. Na 100% będzie dziurawa, więc warto mieć ze sobą zwykłą taśmę klejącą by pozaklejać owe dziury 🙂

I na koniec: nie panikować. Jak ugryzie Was komar (a ugryzie na pewno) nie oznacza to jeszcze końca świata. Statystycznie jeden na 300 komarów roznosi malarię (to się jednak różni w zależności od regionu świata), więc strach jednak ma trochę większe oczy niż powinien.

* * *

A już na zupełny koniec polecam się ubezpieczyć. Trochę to kosztuję, ale byłoby zupełną głupotą nie zrobienie tego. Wypadk się zdarzają, szczególnie w podróży.

Przypomina mi się tutaj historia sprzed roku opisana na wspomnianej wyżej grupie dyskusyjnej. Turysta który wyjechał do Turcji nie pomyślał o ubezpieczeniu. Niby nie jest to tak daleko, podróż nie miała trwać długo więc można sobie odpuścić. Pech jednak sprawił, że turysta uległ poparzeniom od kuchenki gazowej. To sprawiło, że wylądował w szpitalu płacąc kilkaset złotych za dzień pobytu. Jakby tego było mało, poparzenia okazały się tak duże, ze odpadał zwykły powrót i trzeba było wynająć śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. W przypadku interwencji LPR poza granicami kraju to poszkodowany (lub ubezpieczyciel) otrzymuje rachunek, a w tym wypadku wyniósł on ponad… 30 tysięcy złotych.

* * *

To tyle na razie o malarii. Podobny wpis zamieszczę jeszcze na starym blogu Konrad Jest w Rwandzie, bo choć nie prowadzę go już aktywnie to widzę w statystykach, że wciąż wiele osób trafia na niego z google pytając o malarię. Jeśli ktoś z Was ma jakieś pytania, śmiało zamieszczajcie je w komentarzach. Ale nie pytajcie który środek leczniczy wybrać – nie mam odwagi decydować o Waszym życiu 🙂

Malaria już mi nie grozi (raczej)

Wiecie, że to już ponad rok od kiedy wróciłem w Rwandy? Wiem, że nie wiecie, to znaczy teraz jak to napisałem pewnie  sobie przypomnieliście, że faktycznie rok temu mniej więcej płakałem na poprzednim blogu  jaka to Polska jest zimna, ludzie nieludzcy a problemy zachodniego świata abstrakcyjne.

Ja jednak sobie dokładnie wszystko liczę i wszystko dobrze pamiętam. To 13 listopada rok temu zakończył się mój pobyt w Rwandzie.

To z kolei oznacza, że jestem teoretycznie wolny od malarii. Wspominałem już o tym wiele razy w czasie pobytu w Afryce, ale nie wszyscy wiedzą, że malaria może się objawić jeszcze przez rok po zarażeniu. Tak więc jeśli ktoś z Was w te wakacje odwiedzał Egipt, Indie czy inne kraje tropikalne i jeśli właśnie odczuwa dreszcze, ma poty i wysoką gorączkę (lub któryś z innych objawów, więcej informacji znajdziecie na przykład tutaj), to wcale nie musi oznaczać, że złapał świńską grypę 😉 To może wciąż być pamiątka z wakacji.

No ale dla mnie to już nie grozi. Teoretycznie, bo podejrzewam, że zarodźce malarii raczej luźno podchodzą do naszego ludzkiego kalendarza i wyciągają kopyt (czy może lepiej: nie wyciągają witek) w równe 365 dni po wprowadzeniu się do naszego organizmu. Póki co czuje się jednak dobrze, malarii już się nie boję, grypy zresztą także 🙂

* * *

Co jeszcze u mnie?

Nadal większość czasu spędzam na robieniu stron internetowych. Wpadam niestety w lekką panikę, bo kończą mi się stałe zlecenia i od połowy grudnia prawdopodobnie nie będę miał już co robić. Jeśli ktoś z Was więc szuka pomocy z WordPressem lub ogólnie tworzeniem stron, zapraszam do działu kontakt 😉

W tym tygodniu trochę pozwiedzam. Jutro mam kontrolę pooperacyjną w Zakopanem, ale jako, że już po prostu nie znoszę tego miasta i nie mógłbym tak po prostu przejechać całą Polskę, posiedzieć w szpitalnej poczekalni, dać się obmacać i znów przejechać całą Polskę, jadę (a właściwie jedziemy) na mini urlop. W Zakopanem spędzimy tylko kilka godzin, a zaraz potem jedziemy dalej do Łukasza do Żywca na kilka dni. Na pewno będzie fajnie 😉