Trochę dziwię, że chyba ja pierwszy o tym piszę. Dowiedziałem się o tym kilka dni temu i spokojnie czekałem, aż ktoś to w Polsce repostuje. A do dziś nie widzę.

Do rzeczy. Microsoft zgotował świetną niespodziankę dla wszystkich, którzy ich systemu używać nie chcą lub nie lubią. Przygotowali obrazy systemów do zainstalowania jako wirtualne maszyny w VirtualBox. Każdy z trzech systemów posiada Internet  Explorera w jednej z trzech wersji: 9, 8 lub 7 (znamienne jest, że szóstkę już sobie odpuścili). Obrazy można pobrać i używać, z tego co zrozumiałem, za darmo.

Oczywiście Microsoft nie byłby sobą gdyby życia nie utrudnił :) Archiwa są w formacie .exe czyli teoretycznie trzeba Windowsa jakiegoś mieć. Na szczęście na OMG Ubuntu jest podany link do shellowego skryptu, który sam się zajmuje ściąganiem, rozpakowywaniem i instalacją. Szczegółowe informacje co i jak są w artykule.

Jest też dodatkowy minus: jeśli chcemy mieć wszystkie trzy przeglądarki, przygotować się należy na zajęcie przez nie przynajmniej 45 GB dysku.

Komentarzy: 4
zrzut_ekranu-1-2

Obecne wydania Google Chrome z gałęzi dev (najbardziej niestabilna z niestabilnych, żeby nie było) przynajmniej raz na dzień wykładają mi Linuksa. Gdy otwieram nową kartę, nagle znika wszystko, pojawia się na chwilę czarny ekran z napisami konsolowymi i po chwili ekran logowania do systemu. Czyli wykłada się nie tylko Chrome, a całe Gnome i zapewne także tak zwane „iksy”.

Z jednej strony fakt: korzystam z dev, więc nie mogę mieć pretensji.

Z drugiej jednak strony: cały czas pamiętam komiks, jaki się pojawił wraz z debiutem tej przeglądarki. Wyjaśniano tam, że każda karta to oddzielny sandbox i jeśli nawet na jakieś stronie zdarzy się awaria, cała przeglądarka nadal działa i inne strony są niezagrożone. Tutaj jednak widać, że tak nie jest. I przy okazji użytkownicy wersji stabilnej chyba nie zaprzeczą, że nigdy tak nie było: jak padała jedna zakładka (pojawiał się obrazek smutnej karty), padały wszystkie, choć sam Chrome nadal chodził.

I co dla mnie ważniejsze: gdzie ta legendarna stabilność samego Linuksa? Pamiętam, że faktycznie kiedyś tak było: jak jakiś program ulegał awarii, wszystko inne nadal działało jak należy. Teraz awaria przeglądarki pociąga awarię całego środowiska graficznego, a z punktu widzenia zwykłego użytkownika, jest to awaria całego systemu. Bo czym się różni takie wyjście z „iksów” od legendarnego niebieskiego ekranu z Windows? Z punktu widzenia stabilności: niczym. I w tym i w tym wypadku wszystko, czego nie zapisałem w programach ma utracone.

Rozumiem, że przez owe kilka lat Linux bardzo się zmienił. Iksy to już nie X11, a x.org. Do całego Gnome dochodzi tu także Compiz i wszystko ” muszę to przyznać ” lśni i wprawia w zachwyt. Nie jestem jednak pewien, czy godzę się tutaj na ten cały blask kosztem niestabilności.

Komentarzy: 9
11.04

Minął tydzień od kiedy używam najnowszego Ubuntu (z numerkiem 11.04). Jest to jedyny system jaki używam na co dzień, co więcej używam do bardzo intensywnie. Popracowałem, obejrzałem filmy, Banshee umilał mi muzyką czas spędzony przed ekranem. Mogę więc śmiało pozwolić sobie na recenzję tego systemu. I podejrzewam, że będzie o wiele lepsza niż to, co ludzi pisali o jedenastce tuż po zainstalowaniu.

Nie opisze bowiem tego co widziałem, ale tego jak mi się z tym systemem koegzystowało. Jakie są odczucia i jakie mam przemyślenia.

Przyznam, że na 11.04 i nowy rewolucyjny interfejs czekałem z niecierpliwością. Jakiś miesiąc temu obejrzałem sobie przez kilka godzin Gnome 3 z interfejsem Shell. Nowy Ubuntu też korzysta z Gnome, jednak tu zamiast Shell mamy bardzo podobny Unity. Nieważne ” jak napisałem poużywałem Shella i spodobał mi się całkiem mocno. Pomyślałem więc, że Unity też mi się spodoba.

W czasie tygodniowej pracy odczucia mi się zmieniały diametralnie. Od początkowego zachwytu, przez potężny kryzys po ” nadal trwające ” pogodzenie się z tym, jakie Ubuntu teraz jest. Z jego wszystkimi wadami i zaletami.

Mark zapowiedział, że nowy interfejs Ubuntu stawia przede wszystkim na prostotę i wygodę użytkowania. Teraz stwierdzam, że był to zwykły marketingowy bełkot, mający na celu jedynie przykryć to o co twórcy Ubuntu tak naprawdę chodzi. Mark zachwycił się Apple. Wróć: Mark zachwycił się Stevem Jobsem i postanowił dać linuksowemu światu swój własny iSystem. „Nieważne co ludzie chcą, będą chcieli moje nowe Ubuntu”. Ma być ładne, ma błyszczeć, nie musi być za bardzo funkcjonalne.

Dziesięć lat temu, gdy przesiadałem się na Linuksa (wtedy jeszcze Mandrake) komputerowy świat był dość wyraźnie opisany. Windows to był system od wirusów. Maki to były komputery bardzo proste w obsłudze ale kosmicznie drogie. Linux był trudny w obsłudze, ale stabilny.

I miał to coś ulotnego: Dawał wybór. Pierwszym wyborem było przejście z płatnego/pirackiego Windows na darmową alternatywę. Można w nim było wybrać czy chcemy używać KDE, czy Gnome. Można było wybrać jakim programem sprawdzamy pocztę, a jakim przeglądamy strony internetowe, w jakim edytorze piszemy nasze CV. Konfigurowalność pulpitu była tym, czym w każdej dyskusji o wyższości jednego systemu nad drugim można było pokonać dowolnego windziarza czy makówkarza. Na każdym brzegu ekranu można było dodać pasek (ba, można było tych pasków dodać wiele), na każdym z nich umieścić dowolny aplet, dowolnie rozmieścić ikony uruchomiania ulubionych programów, od razu zerknąć na obciążenie procesora, szybkim ruchem myszy do lewego dolnego rogu ekranu zminimalizować wszystkie okna.

Ostatecznie kończyło się to setkami brzydkich screenshotów wykonanych przez kolejnych użytkowników systemu. Co drugi pulpit wyglądał jak panel sterowania statku kosmicznego w kiczowatym filmie S-F. Ale taki był Linux. Jeśli ktoś chciał mieć go niczym malucha po wiejskim tuningu, mógł mieć.

A jak jest w Unity? Paski są dwa i nie może być ich ani mniej, ani więcej. Ulubione programy można umieścić tylko na pasku lewym i nigdzie indziej. Pod nimi mamy ikony otwartych programów i nie ma znaczenia, że każdy odruchowo szukałby ich na dole ekranu.

Górny pasek ” chcesz tego czy nie ” jest kompletnie poza twoją kontrolą. Od prawej: wyłącz system, spójrz na swoje imię, zobacz godzinę, kopertkę, głośniczek i tyle. Choćbyś klikał prawym klawiszem myszy w nieskończoność, Unity będzie miało to gdzieś.

Do tego konfigurowalność wszystkiego, dosłownie wszystkiego jest mikroskopijna. Zachwycasz się ładną przezroczystością pod dokiem szybkiego wybierania programów? Good for you. Jeśli jednak któregoś dnia zdasz sobie sprawę, że ta przezroczystość bardziej przeszkadza (zwłaszcza jeśli pod spodem masz inne ikony) niż zachwyca, to sorry batory. Nie masz szans już tego zmienić.

Szybkość korzystania z systemu? Kilka przykładów.

Jeśli chcesz zobaczyć pulpit by szybko otworzyć jakiś plik znajdujący się na nim, musisz zapomnieć o słowie szybko. Minimalizuj wszystkie okna jedno po drugim. Jeśli masz ich otwartych kilkanaście, oznacza to, że pulpit zobaczysz po jakiejś połowie minuty.

(A bardzo łatwo jest dojść w Unity do *nastu otwartych programów. Boczny panel z listą otwartych okien domyślnie się chowa, a wraz ze sobą chowa informacje o tym jakie programy masz po głównym oknem. W ciągu ostatniego tygodnia kilka razy zdarzyło mi się otworzyć ten sam folder kilka razy bo zapomniałem, że pod spodem przecież już mam otwarty ten sam katalog)

Spójrz na zrzut ekranu. Wyobraź sobie, że chcesz szybko zamknąć okno znajdujące się w tle. Kiedyś po prostu kliknąłbyś w |x| je zamykający. Teraz musisz kliknąć najpierw na oknie, a potem je zamknąć. Drobiazg, ale po tygodniu sprawia ze zamykasz z trzaskiem pokrywę laptopa i idziesz na spacer bo masz już dość Marka i jego ‘wiem od ciebie lepiej jak powinieneś pracować na własnym komputerze’. Poważnie wczoraj miałem taki kryzys, że musiałem po prostu wyjść na powietrze by nie roztrzaskać komputera o ścianę.

O tym jak genialne dotychczas było potrójne menu w Ubuntu człowiek się przekonuje dopiero, gdy już go nie ma. Wszystko było ładnie jak na dłoni. Od razu wiedziałeś jakie masz programy zainstalowane, pogrupowane w szybko dostępne grupy programów. Teraz zdarzyło się, że dwa razy instalowałem Gimpa, bo zapomniałem, że już jest zainstalowany. Nigdzie nie widać co tak naprawdę jest już w systemie, a czego nie ma (ok, widać, ale sposób przeglądania tego jest tragiczny).

Czy jednak Unity ma przed sobą jakąś przyszłość? Niestety muszę stwierdzić, że tak. W sieci widzę sporo wciąż pozytywnych o nim opinii, więc nie jest aż takie zapewne złe. Dla mnie jest kiepskie, cienkie, wydłuża czas mojej pracy z komputerem, jednak będę go nadal używać.

Ale to już nie jest Linux, jaki wybrałem na początku.

Komentarzy: 20

Mam Was! Złapaliście się na kolejny chwytliwy tytuł w stylu „liczebnik ” słowo ‘najlepszych’ ” dopełnienie” („40 najlepszych tapet na pulpit”, „30 najlepszych skórek do telefonu” i tak dalej). Skoro już się złapaliście, to czytajcie dalej, ale z góry uprzedzam, że nie ma żadnej dobrej gry na Linuksa. A już na pewno nie ma ich siedemdziesiąt.

Ten wpis będzie o jednej grze i na dodatek, nie na Linuksa, nie na Windowsa, ani inną konkretną platformę. Bo gra Warlight, o której tutaj mowa, jest grą przeglądarkową.

Czym jest Warlight? To taka gra, że jak raz usiądziesz, to się nagle orientujesz, że grasz w nią już dwunastą godzinę, nie przejmujesz się tym i grasz dalej, a gdy w końcu ją wyłączasz, padasz do łóżka i odchorowujesz to przez kilka dni. Prawdę mówiąc nie jestem pewien, czy to właśnie akurat przez grę wylądowałem w sierpniu tego roku gorączkowałem i nie potrafiłem się zebrać od wtorku do piątku, ale tak to sobie wmawiam i postanowiłem nigdy więcej do niej nie wrócić.

Niestety ” właśnie wróciłem.

Być może część z Was widziała już tę grę w innych wersjach. Zasady są dość proste. Warlight to szybka, strategoczna gra turowa. Twoim zadaniem jest opanowanie całego świata. Początkowo zajmujesz na planszy kilka krajów, ostatecznie musisz zająć całą planszę pokonując tym samym wszystkich przeciwników.

Każda runda składa się z dwóch tur. W pierwszej turze na zajmowanych przez siebie już polach rozmieszczasz dodatkowe jednostki (im więcej planszy już opanowałeś, tym więcej dostajesz nowych jednostek na turę). W drugiej turze przemieszczamy jednostki pomiędzy polami: albo pomiędzy swoimi już posiadanymi terenami, albo próbujemy zaatakować miejsca należące do przeciwnika. Jeśli nam się to drugie uda, zwiększamy swoje terytorium. I tak aż będziemy władać całym światem.

Brzmi prosto, banalnie, jednak szybko się przekonacie, że zwycięstwo wymaga nieco strategicznego myślenia i przewidywania posunięć przeciwnika (nigdy nie wiemy czy pole, które będziemy atakować chwilę przed atakiem nie zostanie wzmocnione przez jednostki przeciwnika). Jeśli jednak w którejść chwili stwierdzimy, że osiągnęliśmy już mistrzostwo w tej grze, zawsze można zacząć od nowa ze zmodyfikowanymi zasadami. Gry są bowiem ” szczególnie w trybie treningu ” kompletnie modyfikowalne. Możemy ustalić nie tylko ilość przeciwników, ale także grupować ich w drużyny, zmieniać widoczność pól przeciwnika (tak zwana „mgła”) na kilka sposobów czy modyfikować przebieg samych tur (na przykład zmieniając ilość tur ataku w rundzie). Dododatkowo szybko zauważycie, że wcale nie trzeba grać na domyślnych planszach przedstawiających cały świat, Europę lub USA. W grze dostępnych jest obecnie około pięćdziesięciu plansz (w tym plansze przedstawiające Polskę, Warszawę czy Gdańsk), a jeśli ktoś się naprawdę wciągnie może dodać kolejne w formacie SVG. Sam nawet zacząłem tworzyć mapkę Białegostoku :)

Warlight z planszą przedstawiającą Warszawę w trakcie jednej z pierwszych tur gry

Warlight z planszą przedstawiającą Warszawę w trakcie jednej z pierwszych tur gry

Wady? Poza pewnymi wadami interfejsu, nie wpływającymi jednak na grywalność, jest jedna (poza powodowaniem zawrotów głowy, gorączki, potów i uzależnienia ;) ). Mianowicie kompletnie nieudany tryb multiplayer. Zaplanowano go z myślą o graczach, którzy nad jedną partią chcą spędzić kilka dni. Każda runda trwa dobę, dopiero po tym czasie możemy przystąpić znów do gry. Jak dotąd nie udało mi się z nikim w ten sposób zagrać, bo każdy kto odkrywa, że nie jest to gra „na żywo”, a raczej korespondencyjnie, rezygnuje z wyzwania. I przyznam, że nie dziwię się takiemu zachowaniu.

Czy już wspomniałem o kosztach? Słusznie, wisienkę z tortu warto zostawić na sam koniec. Gra jest bowiem kompletnie darmowa. Nawet rejestracja nie jest konieczna (ale warto to zrobić jeśli ktoś chce zachować swoje wyniki by móc przejść do kolejnych etapów). Co więcej w grze nie ma także płatnych ułatwiaczy, jakie często spotykamy w grach przeglądarkowych.

Podsumowując z pewną delikatną obawą o Wasze zdrowie, wszystkim z Was grę szczerze polecam. :) Napiszcie co o niej sądzicie i czy udało Wam się choć raz wygrać w trybie Insane (pojawia się gdy gramy zalogowani w module Challenge Levels po pokonaniu trybów ‘Europe’ i ‘Crazy’). U mnie to już ostatnia rzecz, której nie potrafię przejść.

Komentarzy: 5

Opowiem Wam taką krótką historię:

Na sylwestrze 2009/2010 zjawia się sporo osób, a wśród nich trzy mają ze sobą laptopy. Przypadek, bo nikt się nie umawiał, kto ma wziąć komputer z muzyką, więc tak wyszło.

Ale ja nie o tym. Najciekawsze jest, że na dwóch z trzech laptopów jest Ubuntu 9.10, trzeci to Mac, ale właściciel Maka świetnie sobie radzi na pozostałych laptopach bo jego poprzednim systemem było BSD. Żaden z trzech właścicieli laptopów nie jest informatykiem.

Jeszcze parę lat temu byłoby to nie do pomyślenia. Jak ktoś mnie odwiedzał w domu, musiałem tłumaczyć czym jest ten Linux i dlaczego to nie jest Windows. A teraz…

Coś się naprawdę już chyba zmieniło :)

Komentarzy: 3

Zawsze sobie powtarzam, że tym razem uda mi się oprzeć chęci zainstalowania nowego wydania linuksa zaraz po jego publikacji. I zawsze przegrywam, bo już po góra kilku dniach wypalam płytkę lub włączam menedżer aktualizacji i… wywalam się wraz z systemem na jakimś jego nowym błędzie, który dopiero przez takie sieroty jak ja zostanie udokumentowany i za kilka tygodni doczeka się poprawki lub opisu w sieci jak z tym problemem sobie poradzić.

Po części było i tym razem tak samo. Identycznie jak w przypadku poprzednich wydań nie wytrzymałem i zaraz ściągnąłem sobie obraz iso dystrybucji. Tyle, że tym razem postanowiłem przechytrzyć bestię i najpierw spróbować instalacji na innym dysku twardym (czego jak czego, ale dysków u mnie ci w domu dostatek, teraz mam ich 5, a bywa więcej).

O dziwo instalacja przebiegła bez najmniejszych problemów. Zdecydowałem się także więc na instalację na dysku, z którego korzystam najczęściej. Chciałem zainstalować na czysto, bo czułem, że obecna instalacja ma w sobie sporo już błędów (między innymi w międzyczasie zmieniłem procesor i płytę główną i choć Ubuntu ruszył po tym zabiegu bez problemu, to czuć było, że nie do końca rozumie się z zastanym sprzętem).

I ta instalacja poszła jak z płatka. Sformatowałem /, zaznaczyłem by nie formatował /home i tyle.

Opisów na sieci nowości w Ubuntu 9.10 jest już mnóstwo, więc ja powtarzać się nie będę (zwłaszcza, że jak zwykle nowość to nowy wygląd graficzny i nowe numerki przy pakietach). Zauważyłem za to dwie ciekawostki:

Podczas drugiej instalacji, tej już na zwykłym dysku tym razem czytałem co mi instalator pisze w czasie kopiowania pakietów. O takie sobie ekrany:

inst

Niby nic niezwykłego, ale zwróciłem uwagę, że podane adresy do stron są podkreślone. A co się stanie jeśli je klikniemy? Przecież to w końcu tylko instalator, czyżby potrafił połączyć się z siecią i jakoś wyświetlić podlinkowaną stronę? W lynx-ie?

Pomyślałem sobie huk: jak coś zwalę zacznę instalację od nowa. I kliknąłem.

I oto po kilkunastosekundowym młuceniu płytą CD ujrzałem okno Firefoksa :)

Screenshot

Heh, instalator więc jest już tak naprawdę działającym systemem :) Jak widać można sobie w czasie instalacji poserfować po internecie. Ja wszedłem na flakera, zrobiłem zrzut ekranu (klawisz print screen działa jak się można tego spodziewać), zrzut zapisałem na wirtualnym dysku, jaki instalator tworzy w pamięci RAM, wszedłem na pocztę i wysłałem sobie ten zrzut by móc go Wam właśnie teraz pokazać.

Drugiej ciekawej nowości nie mogę Wam pokazać. Na pewno wiecie, że w Gnome w Ubuntu jak czasem coś klikniemy to system wydaje taki bębenkowy dźwięk. Stuknięcia.

Czy mi się wydaje, a może to już wcześniej było? Otóż dźwięki te są w stereo. Jak klikamy coś po lewej stronie ekranu ” słychać to po lewej. Analogicznie po środku i po prawej. Wcześniej albo tak nie było, albo nie zwróciłem uwagi.

Mała rzecz, a cieszy :)

Szkoda tylko, że jak zwykle w linuksowym świecie, jeśli ktoś chce rewolucji przychodzących ze zmianą systemu, musi zmienić dystrybucję. Bo nowy Ubuntu to jak dla mnie to samo, co stary Ubuntu (tyle, że działa faktycznie nieco szybciej, ale podejrzewam, że to po prostu poprzedni działał wolno przez problemy ze sprzętem i po drugie teraz na format plików wybrałem nowszy ext4). Żadnych rewolucji nie ma.

A rewolucji mi się chce, więc już się rozglądam za kolejną dystrybucją. Podejrzewam, że kolejne co mnie ucieszy to Google Chrome OS :)

Komentarzy: 3

Dokładnie rok temu w Rwandzie pisałem, abyście się nie martwili, że od kiedy wylądowałem, nie dałem znaku życia. Jeśli nie pamiętacie dlaczego zniknąłem, klik w link aby sobie przypomnieć ;)

* * *

W ramach wolnej chwili i reakcji na całonocne przemyślenia co by tu zrobić, by mi system działał szybciej, wygrzebałem skądś zapasowy mini dysk (8GB) i zainstalowałem na nim na czysto system. Był to Xubuntu 9.04, czyli najnowszy stabilny.

Podkreślam, że stabilny bo po pół godzinie używania system się całkowicie zawiesił. Zareagował jedynie na przycisk restartu.

* * *

Losowe zdjęcie sprzed roku:

(Kliknij aby powiększyć)

Wydaje mi się, że to zdjęcie było już rok temu na tamtym blogu. No ale takie się teraz wylosowało.

Zdjęcie przedstawia budkę telefoniczną. Tak, ten stołek to budka telefoniczna. Jeśli ktoś che zadzwonić (chłopak w białej koszuli) podchodzi do telefonisty (chłopak w kurtce). Telefonista podaje mu telefon, a dzwoniący dzwoni. Potem się sprawdza na ekraniku ile kosztowała rozmowa i przechodzimy do zapłaty.

* * *

Czekam na odzew od Was co Wy na takie dodawanie zdjęć i wspominanie starych wpisów. Czytacie je, czy mam sobie darować? :)

Dodaj komentarz

Użytkownicy komputerów dzielą się na różne sposoby, na różne grupy. Jeśli by się przyjrzeć podziałowi z uwagi na używane systemy, można wyszczególnić kilka gatunków:

Zadowoleni użytkownicy systemu WindowsVindovsus alacris, mało geekowa grupa skupiająca wśród siebie sekretarki, urzędników w szarych garniturach z lat siedemdziesiątych oraz wiele innych osób, dla których komputery nie mają większego znaczenia.W większości wypadków nawet nie wiedzą, że należą do użytkowników jakiegokolwiek systemu. Jeśli się dowiedzą, często są zaskoczeni, bo myśleli, że ich system operacyjny nazywa się Microsoft Office. Gatunek mniej lub bardziej pogardzany przez inne.

W gatunku tym wyróżnia się podgatunek Fanboye systemu Windows (Vindovsus alacris amentiae). Mniej liczny, wiecznie skonfliktowany z Aptenodytes sp. oraz Malus sp., liczne tendecje do trolowania.

Niezadowoleni użytkownicy Windowsów - Vindovsus vulgaris, grupa znacznie liczniejsza od poprzedniej, ale także zróżnicowana. Jest to najliczniejszy gatunek na świecie, dlatego też ciężko jest scharakteryzować ich w jednym opisie. Gatunek dość inteligentny, na tyle inteligentny, że wie, że jeśli się ma Windowsa, nie ma się z czego cieszyć. Osobniki tego gatunku systemu Windows używają bo muszą, używają bo boją się innych rozwiązań, bądź o innych rozwiązaniach nigdy nie słyszeli. Gatunek tolerowany przez inne gatunki, choć często wypominana jest mu hipokryzja.

Zadowoleni użytkownicy systemu Mac OS XMalus vulgaris, grupa bardzo monolityczna i przewidywalna. Gatunek uważający się za lepszy od pozostałych, a przez to wiecznie skonfilktowany z innymi. Gdyby gatunek ten był rybą, jako pierwszy łapał by się na błystki. Z uwagi na swoje upodobanie do designu kosztem funkcjonalności, chęć posiadania komputera z jabłkiem bez względu na koszt, uważany jest za nieudane dzieło ewolucji. Malus vulgaris (ze względu na fakt występowania tylko w odmianie fanboy nazywany także Malus vulgaris amentiae) zostawi pod tym wpisem blogowym najwięcej komentarzy. Zwroty „jesteś żenujący”, „nie używałeś Mac-a więc się nie wypowiadaj” pojawią się przynajmniej raz.

Zadowoleni użytkownicy LinuksaAptenodytes vulgaris, gatunek równie liczny jak Malus vulgaris,  często zrzeszający geeków lub użytkowników Ubuntu. Chętnie udziela się ” zachwalając swój system ” w internetowych dyskusjach dotyczących systemów operacyjnych. Zresztą system zachwala także przy każdej innej okazji. Gdyby ryby łowiło się na hasło „open source ssie”, a Aptenodytes vulgaris był rybą, łowiłby się jako pierwszy. Złowiony nadal by uważał, że jest górą. Domaga się uwolnienia kodu wszystkiego, od kodu innych systemów operacyjnych, przez kod DNA po kod Leonarda da Vinci. Wszystkie osobniki zgodnie twierdzą w dyskusjach, że w Linuksie wszystko się da zrobić, a gdy przychodzi im realnie zmierzyć się z jakimś zadaniem, po cichu przełączają się windowsową partycję.

Niezadowoleni użytkownicy Linuksa - Aptenodytes rarum, gatunek bardzo rzadki, nielicznie występujący w przyrodzie. Przy oznaczaniu często mylony z Vindovsus alacris amentiae, z uwagi na częste opinie, że osobniki tego gatunku nie istnieją, a są to jedynie mimikryczne odmiany trolujących fanboi Windowsa. Zmieniają dystrybucje raz na pół roku, uważają, że Linux zabrnął w ślepą uliczkę, a wzrastająca jego popularność bardziej szkodzi niż pomaga ze względu na zwiększający się procentowy udział newbies wśród Aptenodytes vulgaris. Gatunek nieszanowany przez inne, zwłaszcza przez Zadowolonych użytkowników Linuksa; oskarżany przez nich o kryptyczne uwielbienie dla systemów Windows.

A Ty czytelniku? Do którego gatunku należysz? :) A może jeszcze jakiś? Ja się zaliczam do tego ostaniego.

Komentarzy: 2

Tak się Wam może wydawać, bo ostatnio tylko i wyłącznie piszę o tym jaki on jest wolny. To prawda, jest wolny (ostatni hit: po kliknięciu w Wyłącz komputer zaczyna się wyłączać dopiero po 15 sekundach lub wcale), ale ma kilka fajnych opcji.

Podoba mi się rozwiązanie zegarka w tym systemie. Kliknięcie w zegarek pokazuje kalendarz, mapkę świata i można sobie dodać więcej niż jedną lokalizację.

aplet zegarkaBardzo przydatne. Jak wspominałem dorabiam sobie grzebiąc ludziom w stronach (głównie w wordpressie) i z oczywistych względów unikam brania zleceń od Polaków (bo Polscy zleceniodawcy wykonania stron to zwykłe ciule szukające frajerów co za 500 złotych zrobią im sklep internetowy, wypozycjonowany na pierwszym miejscu i do tego we flashu). Gnome’owy aplecik z zegarkiem więc bardzo mi się przydaje. Na obrazku powyżej widzicie więc, że właśnie skończyłem rozmowę o zleceniu z Olgą, bo choć u mnie jest po południu to ona idzie już spać. Dalej pogadamy sobie jutro :)

* * *

Jak się domyślacie wróciłem z weekendu. Wyjazd niestety nie potoczył się tak jak wszyscy by chcieli (jak to powiedział Bruce Willis w Pulp Fiction: „jest daleko od ok”), ale teraz łatamy rany celnie zadane i czekamy kiedy znów ruszą dla nas dni. Ale zaczyna znów być w porzo.

* * *

Ale humor mam i tak bardzo dobry, bo przed chwilą dowiedziałem się, że w przyszłym tygodniu mam się stawić na podpisanie umowy o pracę :)

Chwilę potem zadzwoniła do mnie moja dziewczyna, że też właśnie dostała pracę, więc humor w ogóle mam wyrąbisty. Wygląda na to, że schodzimy z tarczy :)

Komentarzy: 2