Fedora 19 – nie będzie recenzji

Przy każdym kolejnym wydaniu systemu jaki używam pisałem mniejszą lub większą recenzję. Teraz tylko nadmienie, że jest już Fedora 19 i używam jej od dnia jej wydania (czyli już 2 tygodnie).

Nie mam niestety co o niej napisać. Instalacje kolejnych wersji tej dystrybucji Linuksa zaczynają chyba przypominać instalacje kolejnych wersji przeglądarek (nawet numeracja jest już podobnie wysoka). Wszystko działa, dodano kilka usprawnień, czasem całkiem przydatnych. Nic chyba specjalnie nie popsuli.

Jedyna oczekiwana przeze mnie grupa zmian to usprawnienia w pracy z wieloma oknami i w samym Nautilusie (przeglądarce plików). Do wydania 18 Fedory przeniesienie pliku z okna do okna przez przeciągnięcie było właściwie niemożliwe, póki okno było zmaksymalizowane. Teraz jest dość podobnie, jak ma to miejsce w Windows (przynajmniej jeśli chodzi o filozofię działania): chwytamy plik, kierujemy go do górnego lewego rogu ekranu (w tym momencie pokazują się nam wszystkie okna jak na zrzucie ekranu) i przenosimy plik do okna, w którym chcemy go otworzyć. Tak właśnie powinno to się odbywać (wcześniej musiałem okna umieszczać obok siebie ręcznie).

Zrzut ekranu z 2013-07-16 12:16:42I tyle. Wszystko pozostałe jest właściwie po staremu. A przynajmniej nic więcej chyba się nie zmieniło w obszarach, w których poruszam się w systemie.

Plus dla Red Hata

Choć sam nie mam nic przeciwko Gnome Shell i używam z przyjemnością, to chociaż jedna firma pokazuje, że liczy się ze swoimi klientami i nie ma zamiaru wzorem Microsoft czy Cannonical na siłę uczyć ich nowych nawyków

W Red Hat 7 domyślnie Gnome będzie działał w classic mode, a jeśli ktoś będzie chciał nowości, włączy sobie sam. Tak się robi soft do pracy, a nie eksperymenty na ludziach

źródło

Konfiguracja Apache: adresy public_html bez tyldy ~ przed nazwą użytkownika

Kolejna  notatka dla samego siebie: jak sprawić by lokalnie zainstalowany serwer Apache na Linuksie pozwalał otwierać projekty z katalogu $HOME/public_html za pomocą adresu localhost/user/projekt, a nie localhost/~user/projekt ?

Do pliku konfiguracyjnego serwera (u mnie w Fedora 17 /etc/httpd/conf/httpd.conf, a w Fedora 18 /etc/httpd/conf.d/userdir.conf) dopisujemy:

RewriteEngine On
RewriteCond "/home/$1/public_html" -d
RewriteRule "^/([^/]+)/(.*)" "/home/$1/public_html/$2"

I tyle.

Jak poprawić Gnome Shell by dało się go używać?

Nikt nie uczy się na błędach poprzedników. Tak przynajmniej jest w świecie środowisk graficznych, a w ostatnich latach nastała jakaś dziwna tendencja by te błędy popełniać. Czy to Linux, czy to Windows – wszyscy nagle postanowili wygląd systemu uprościć. Stały się może i one piękniejsze, ale w ocenie użytkowników: mniej używalne i niemożliwe do bardziej zaawansowanej konfiguracji.

Zaczęło się od środowiska KDE, które kiedyś zapierało dech możliwościami dostosowania, a gdy tylko pojawiło się w wersji 4.0 jego kariera praktycznie się skończyła. Ludzie nie potrafili zaakceptować faktu, że nagle z dnia na dzień nie mogą umieścić na pulpicie ikon. Twórcy się tłumaczyli, że to etap przejściowy, ale było już za późno. Po chwili pojawił się plazmoid pozwalający na to, a obecna wersja KDE 4.9 ma już takie same same możliwości dostosowania co trójka, ale nikt już właściwie KDE nie używa (oczywiście wiem, że przesadzam). Ci którzy przeszli wtedy na Ubuntu, wrócić już nie chcieli.

Potem przyszła kolej na środowisko Gnome, które zmieniło się w Gnome Shell, a właściwie równocześnie Ubuntu postanowiło rozwijać swoje własne Unity. Tu też zaczęło się od tych samych niewypałów: może i wyglądają ładniej, ale tylko wyglądają. To co kiedyś ustawiliśmy sobie po swojemu, teraz przestało istnieć. Panel z zegarkiem musi być zawsze na górze, a panel z ikonami – po lewej. I tu także – przynajmniej w Gnome Shell – zniknęła możliwość wyświetlania ikon na pulpicie.

Teraz ten sam fuck up zalicza Windows 8.

Czuję się jak w coraz płytszej kałuży. Najpierw udało mi się uciec z kiepskiego KDE 4 do Gnome 2 w Ubuntu. Potem te Gnome z Ubuntu zniknęło i właściwie nie było gdzie płynąć dalej: inne gnomowe dystrybucje zaczęły wdrażać Gnome Shell, który pod względem ilości funkcji konfiguracyjnych był tak samo kiepski jak Unity w Ubuntu. Do Windows po 10 latach z Linuksem wracać nie chciałem.

Jakiś czas temu z tych wszystkich kiepskich rozwiązań wybrałem Fedorę z Gnome Shell i przy niej jestem do dziś. I coś co chcę powiedzieć tym wpisem, to to że Gnome Shell może być już tak samo funkcjonalny jak starszy Gnome 2. Nie będzie tak samo wyglądał, ale właściwie wszystko czego zabrakło przy premierze jest też i teraz.

Ratunkiem są Gnome Extensions o których być może nie wszyscy wiedzą, więc proszę Państwa: zapraszam pod adres https://extensions.gnome.org/. Wchodzić należy spod Gnome Shell używając przeglądarki Firefox (inaczej nie zadziała możliwość instalacji tych rozszerzeń).

Jak widać jest tam już możliwości modyfikacji mnóstwo. Co więc na początek wybrać? Pozwólcie, że przedstawię mój zestaw rozszerzeń, z których korzystam lub korzystałem.

Brak opcji zamykania systemu w Gnome Shell

Jedna z większych głupot, jakiej dopuścili się twórcy nowej wersji: w menu Gnome brak jest opcji zamknięcia systemu, widać tylko możliwość wylogowania się. Dopiero po wylogowaniu system można zamknąć. Przez tę głupotę bardzo długo tak właśnie zamykałem komputer. Ktoś mi potem wyjaśnił, że można wcisnać Alt i opcja wylogowania zmieni się w opcję zamykania – jakim cudem miałem na to wpaść? Jak ma na to wpaść pani Halinka w biurze, której ktoś wdrożył Linuksa? Temu między innymi nikt go nie wdraża.

Rozwiązanie: https://extensions.gnome.org/extension/5/alternative-status-menu/ Po zainstalowaniu tego rozszerzenia opcja zamykania jest ciągle dostępna. Uff…

Jakie programy mam otwarte?

W Gnome zniknął pasek statusu i przy zmaksymalizowanym oknie programu (a tak przecież pracuje się najczęściej) nie widać co jeszcze działa w tle. Ile to już razy oddalenie okien (dotknięcie myszą lewego górnego ekranu okna) uświadomiło mi, że od dwóch godzin nadal mam uruchomiony RAMożerny Gimp czy Netbeans, a na Gadu Gadu (Pidgin) jakiś znajomy zagadał mnie pół godziny temu, a ja nic o tym nie wiem. Strasznie brakuje ciągle widocznej listy otwartych okien, przecieć miejsce na lewo od zegarka jest takie niezagospodarowane…

Rozwiązanie: https://extensions.gnome.org/extension/368/taskbar-with-desktop-button-to-minimizeunminimize-/ Okazuje się, że był ktoś kto pomyślał tak samo i rozwiązał ten problem! Rewelacja, teraz zawsze widzę co jest otwarte, jest nawet ikona pokazania pulpitu:

Brak ikon na pulpicie

Skoro już mowa o pokazywaniu pulpitu: pulpit zawsze jest pusty. Bardzo długo brakowało mi możliwości wyświetlania na nim ikon. Teraz już co prawda przyzwyczaiłem się by wszystkie pliki trzymać w katalogu domowym, a programy przypiąć sobie do lewego menu z programami, ale jeśli ktoś nadal nie może tego przeboleć: na pulpicie już jak najbardziej można wyświetlać ikony.

Rozwiązanie: https://extensions.gnome.org/extension/237/desktop-icons-switch/

Podgląd okien podczas przełączania przez Alt+Tab

Niestety twórcy Gnome Shell zmałpowali sposób podglądu przełączanych programów z Windows: przy przełączaniu alt+tab widzimy tylko ikony tych programów. Ja jednak uwielbiam od razu widzieć co dane okno zawiera – bardzo to pomaga gdy mamy kilka okien tego samego programu. Patrzenie na ikonki niewiele daje i trudno trafić do akurat tego, którego zawartości szukamy. W Compizie była fajna możliwość tasowania oknami niczym kartami do gry. Jest także obecnie i w Gnome!

Rozwiązanie: https://extensions.gnome.org/extension/97/coverflow-alt-tab/ Tak to wygląda:

Od razu widać co jest gdzie. Niestety rozszerzenie to nie działa stabilnie, ale wada nie jest zbyt uciążliwa. Mianowicie raz na kilkadziesiąt wciśnięć alt+tab wywala się środowisko gnome. Następuje jego szybki restart (około 3-4 sekund) i żadne okna nie są tracone. Jedyna więc wada to ten chwilowy przestój w pracy. Jest to do zniesienia, zwłaszcza, że rozszerzenie to bardzo ułatwia pracę.

Ikona menu dostępności jest niepotrzebna

Dużo miejsca wprawdzie nie zabiera i jeśli sobie jest to może być. Jeśli komuś ona przeszkadza, a zwłaszcza jeśli ktoś sobie uświadomi, że od dwóch lat nie kliknął w nią ani razu, może ją łatwo usunąć tym rozszerzeniem: https://extensions.gnome.org/extension/112/remove-accesibility/

Za mało ustawień systemu!

To prawda: standardowe opcje konfiguracyjne Gnome są mierniutkie. Tym którzy też tak uważają polecam te rozszerzenie: https://extensions.gnome.org/extension/341/settingscenter/ Doda ono kolejne opcje, w tym między innymi skrót do gnome-tweak-tool i kilku innych. Od tej pory ustawić sobie będzie można niemal wszystko.

Monitorowanie pracy procesora, zużytej pamięci, temperatury, prędkości sieci…

Gdy coś nie działa, lub zaczyna działać gorzej od razu chce się zerknąć w monitor systemu by sprawdzić co nawala. W poprzednich środowiskach bardzo lubiłem mieć te wszystkie mierniki wyciągnięte w postaci mini wykresów od razu na panelach. Tu także się da. Oto rozszerzenia:

Procesor i pamięć: https://extensions.gnome.org/extension/9/systemmonitor/ Co więcej kliknięcie w te wykresy spowoduje uruchomienie pełnego monitora systemu.

Przepustowość łącza: https://extensions.gnome.org/extension/104/netspeed/

Temperatura urządzenia: https://extensions.gnome.org/extension/82/cpu-temperature-indicator/

A gdy wszelkich rozpraszających powiadomień jest za dużo…

Są zapewne i tacy, którym minimalizm Gnome Shell jest nawet za mało minimalny. Nie chcą żadnego paska u góry, powiadomień na dole… Chcą mieć okno programu na cały ekran. To nawet zrozumiałe, jeśli ktoś właśnie wziął się do pracy i wszystko co potrzebuje to miejsce na ekranie.

Rozwiązanie: https://extensions.gnome.org/extension/393/distraction-free/ Rozszerzenie opisane jest co prawda jako nierozwijane, ale działa świetnie.

To wszystko. A właściwie więcej niż wszystko, bowiem teraz już nie ze wszystkich wymienionych wyżej korzystam. Wypisałem je jednak by pokazać Wam jak Gnome Shell upodobnić funkcjonalnie do jego starszej wersji, czyli Gnome 2.

A może ktoś z Was poleci mi coś jeszcze? 

Kupiłem sobie ultrabook Toshiba Z830

Gdyby kogoś interesował fakt, że zmieniłem komputer na którym pracuję, gdyby ktoś obecnie rozglądał się za ultrabookiem dla siebie lub zastanawia się jak linux radzi sobie z tego typu sprzętem – można czytać dalej. Uprzedzam, że wyszedł okropnie długi tekst, co z jednej strony pewnie sprawi, że wiele osób umrze z nudów, z drugiej jest dowodem na to jak przyjemnie mi się pracuje z nową klawiaturą w nowym komputerze (poważnie, jest rewelacyjnie), a po trzecie: hej, dawno nic nie pisałem tak na poważnie. Czas więc nadrobić zaległości.

Tak, mój wysłużony Acer Extensa leży już tylko na parapecie i zastanawiam się co z nim dalej zrobić. Tekst ten już piszę na ultrabooku Toshiba Satellite Z830. Gdyby ktoś nie wiedział co to jest ultrabook, to taki bardzo cienki (moja Nokia N8 leżąca obok jest grubsza niż ów komputer z zamkniętym ekranem), bardzo lekki (11 calowe tablety ważą mniej więcej tyle samo; w każdym bądź razie w plecaku nie czuć w ogóle, że go mam) i bardzo energooszczędny (bateria według zapewnień producenta wytrzymuje 8 godzin, w praktyce jest to do 5 i pół godziny, więc i tak jest świetnie) laptop.

Dlaczego zmieniłem? O tego typu sprzęcie marzę już od dawna, mniej więcej od momentu gdy mój poprzedni laptop włożyłem pierwszy raz do plecaka i pochodziłem z nim więcej niż godzinę. Dźwiganie prawie trzech kilo daje się prędzej czy później we znaki, a fakt działania przez 2 godziny bez ładowania w ogóle zniechęca do wynoszenia go z domu. Tak więc Acer – poza wyjazdami na WordCampy – służył właściwie jako stacjonarny komputer, który od czasu do czasu można przenieść do łóżka. Idea by kupić sobie laptop, wyjeżdżać z nim w podróże i od razu na miejscu opisywać przygody legła w gruzach jeszcze zanim miałem możliwość ją przetestować. Nigdy nie zdecydowałem się targać go ze sobą za granicę, a już po powrocie do domu z wyjazdu, opowiedzeniu „jak było” dziesięć razy dziesięciorgu znajomych nie chciało się tego pisać jeszcze raz. Dlatego tak mało na blogu piszę o tym gdzie byłem.

Tak więc z radością przyjąłem pojawienie się mniej więcej równy rok temu nowej kategorii sprzętu jakim są ultrabooki. Ze smutkiem – że nie chcą one współpracować z linuksami. Hybrydowa karta graficzna nie chciała dawać z siebie tego do czego została stworzona (dwa tryby pracy: oszczędny w energię lub super wydajny). Z zakupem więc zwlekałem.

Do czasu. Temat śledzę cały czas i wiem, że ten lub inny egzemplarz działa już mniej lub bardziej bez problemów pod linuksem. Pojawiły się jeszcze lżejsze modele, ceny nieco spadły. A mój Acer postanowił się definitywnie zestarzeć. Klawiatura coraz mniej mnie słuchała, wrócił stary problem z ekranem, który był naprawiany na gwarancji. Dodatkowo ekran już się nieco wypalił, a bateria jeśli wytrzyma półtorej godziny to jest to jej szczyt możliwości.

Decyzja więc zapadła: czas na nowy sprzęt i musi to być ultrabook.

Bym mógł na nim pracować i bym mógł zabierać go na bliższe i dalsze spacery. Żadnych kompromisów w postaci netbooka czy tabletu na których praca nie jest możliwa (chyba, że ktoś pracuje jako przeglądacz forów i blogów). Potrzebny mi lekki i wydajny laptop.

Dlaczego Toshiba i właśnie ten model? Z ręką na sercu – nigdy chyba tak dokładnie nie wybierałem. Robiłem tabelki, porównania, niemalże casting na mój kolejny sprzęt. Wygrała Toshiba o dokładnym modelu Satellite Z830-10J. Nawet owo 10J zostało świadomie wybrane, w ostatnim etapie wygrało z 10K (jeśli dobrze pamiętam).

Postawiłem warunki graniczne:

  • musi działać pod linuksem w najgorszym wypadku jedynie nieznacznie gorzej niż pod windows
  • musi mieć matowy ekran (błyszczący ekran kompletnie nie nadaje się do pracy w terenie)
  • musi mieć podświetlaną klawiaturę, tak bym mógł swobodnie pracować na nim po ciemku (czy wspominałem już wam o moich problemach ze snem?)

Powyższe warunki brzegowe dość szybko przeczesały rynek. O ile jest już wiele modelów lubiących się z linuksem, o tyle tylko Toshiba i Lenovo zdecydowały się używać matowych ekranów, a tylko Toshiba ma podświetlaną klawiaturę.

Gdy zacząłem doczytywać o tym sprzęcie, coraz bardziej się przekonywałem do Toshiby. Wszędzie chyba chwalona niezawodność, rekordowa nawet wśród ultrabooków lekkość (1,1 kg), dobry touchpad i dobra klawiatura. Dodatkowo całe mnóstwo wszelkich portów (trzy razy USB w tym jeden w standardzie 3.0, czytnik kart, wyjście hdmi, wyjście vga, które bardzo potzebuję, bo podłączam sobie dodatkowy, stary monitor). Świetnie.

Pozostała kwestia modelu. Gdy to piszę z rynku zniknęły już Z830 (możecie je pewnie dostać już tylko z drugiej ręki lub z jakiegoś sklepu, w którym zalega) i zastępowane są przez Z930. Upgrade numerka oznacza nieco lepszy procesor i właściwie nic więcej, więc można traktować tę „recenzję” jako recenzję i Z830, i Z930.

Teraz pytanie czy Satellite, czy Portage. W Polsce właściwie dostępny jest tylko ten drugi. Różnica polega jednak jedynie na innej wersji systemu Windows (Portage ma ponoć lepszą) i innym dodanym oprogramowaniu. Jest to więc kwestia, która w ogóle mnie nie interesowała, skoro i tak Windows miał zostać zaraz usunięty. Biorę więc Satellite.

Teraz decyzja odnośnie ostatniego członu nazwy po kresce. To właśnie moment, gdy do arkusza kalkulacyjnego wrzuciłem wszystkie modele, wypisałem obok siebie wszystkie parametry oraz ceny. Główne różnice, właściwie jedyne to użyty procesor (10J ma Intel i5 1,6 GHz), ilość ramu (4GB) oraz obecność lub nie czytnika kart sim (nie ma). Ten model uplasował się na 4 miejscu wśród wszystkich jakie porównałem, a 3 lepsze były o wiele droższe (nawet o dodatkowe 2,5 tysiąca złotych). Stwierdziłem, że procesor i ram i tak są lepsze niż w poprzednim, a modem gprs zawsze mogę sobie dokupić, a nie dopłacać za niego 700 złotych.

Dopisek: w tym całym natłoku słów, zapomniałem wspomnieć ile faktycznie kosztował 🙂 2500 złotych.

Ważna informacja: 10J to model na rynek niemiecki (kupiłem go na allegro). Oznacza to obecność Windowsa po angielsku, francusku lub niemiecku oraz niemiecką klawiaturę QWERTZ.

Obrazek ma dowodzić jak cienki jest to laptop. Portret z HTC

Obrazek ma dowodzić jak cienki jest to laptop. Portret z HTC

Wersja Windowsa jak już wspomniałem mnie nie interesuje (choć zawsze można i tak ją sobie legalnie spolszczyć). Niemiecka klawiatura bardziej mnie zastanawiała. W zakresie podstawowego alfabetu różni się od naszej tylko jednym: tam gdzie jest Y, jest Z i odwrotnie. Inaczej ułożone są także znaki pomiędzy alfabetem, a enterem (wszelkie {, }, > itd). To ma znaczenie jeśli ktoś jest webdeveloperem – tych znaków używa sie tak samo często jak zwykłych liter.

Zdecydowałem się jednak wziąć tego niemca. Podstawowa sprawa: było o tysiąc złotych taniej niż dokładnie ten sam model z polską klawiaturą QWERTY! Ponadto mimo, że klawisze widzę niemieckie, zarówno w windows jak i linux można sobie ustawić klawiaturę polską. Jeśli ktoś pisze bezwzrokowo, będzie szczęśliwy. Po prostu na prawo od klawisza z „P” widzi klawisz z niemieckim U-umlaut, ale gdy uderzy w ten klawisz, ma tam standardowy nawias kwadratowy.

Dla pewności zadzwoniłem też przed zakupem do oficjalnego serwisu Toshiby, gdzie powiedziano mi, że wymiana klawiatury to koszt do 300 złotych. Zatem w najgorszym wypadku, jeśli bym nie dał rady wytrzymać moge wymienić, a i tak będzie taniej o 700 złotych niż w polskim sklepie. Od razu powiem, że używam już tydzień i da się pracować. Nie jest super wygodnie, ale jeszcze dam tej klawiaturze kilka tygodni i jeśli nadal nie będę trafiał w nawiasy okrągłe (są przesunięte w lewo, nawias otwierający to ósemka z shiftem), to wymienię.

Postanowiłem też dać szansę Windowsowi. Pomyślałem sobie, że skoro dostaję go zupełnie legalnie to przynajmniej przez tydzień zobaczę jak się pod nim pracuje. Niestety, choć naprawdę chciałem spędzić z nim siedem dni, Windows 7 zniknął z dysku już po 3 dniach.

Pomijam kwestię upierdliwego wyskakiwania wszelkich głupich chmurek w prawym dolnym rogu; pomijam masę preinstalowanego softu od producenta komputerów, z których przynajmniej jeden wszystko co robił to wyświetlał mi „ofertę dnia” (niech ktoś jeszcze spróbuje się śmiać z Ubuntu, że w najnowszej wersji będzie miał nieinwazyjnie zintegrowane wyszukiwanie ze sklepem amazon). Dostarczony program antywirusowy najpierw trzy razy na jedno uruchomienie błagał mnie bym go aktywował, a gdy aktywowałem, trzy razy błagał mnie bym go kupił, bo za 30 dni przestanie działać. Kurwicy można dostać; pomyśleć, że miliony ludzi specjalnie płaci za system, który tak się zachowuje (z punktu widzenia 12 lat z linuksem coraz rzadziej rozgraniczam soft od systemu jako takiego, a patrzę na dystrybucyjną całość).

To jednak sprawy które można sobie odinstalować lub przekonfigurować. Ostatecznie o jak najszybszej ucieczce z Windows zdecydowała próba pracy nad stronami www. Współczuję wszystkim, którzy zajmują się webdeveloperką pod windows i jeszcze nie wiedzą jak łatwe to jest w linuksie.

Bo w Linuksie jest tak: Musisz zmienić coś na zdalnym serwerze ftp? Po prostu w menedżerze plików (Nautilus, odpowiednik Explorator Windows) montujesz sobie takie miejsce, zapamiętujesz w zakładkach i pracujesz jakby to był katalog lokalny. Otwierasz pliki, edytujesz, zapisujesz, a wszystko zupełnie transparentnie przegrywane jest na zdalny serwer. Tak samo tworzysz, usuwasz inne pliki, katalogi.

W Windows natomiast potrzebny jest program do ftp. Łączysz się, ściągasz plik, edytujesz, wgrywasz ręcznie i sprawdzasz jak działa. Jak nie działa jak należy, powtarzasz powyższe jeszcze raz. Tragedia.

Doradzono mi program NetDrive, który pozwala podobnie jak to jest w linuksie zamontować katalogi pod windows. Program ten jednak sprawił, że uciekłem natychmiast z windows. Edycja pliku z tak zamontowanego katalogu skończyła się jego utratą! Na serwer przegrała się tylko połowa pliku. Musiałem się ratować kopią zapasową.

Windows to nie jest miejsce do pracy dla ludzi takich jak ja. (A od wersji Windows 8 nie będzie to miejsce do pracy dla kogokolwiek).

Zgrałem więc na pendrive całą partycję recovery z instalką windowsa (na wypadek gdybym jednak musiał kiedyś do niego wrócić lub gdybym ultrabook komuś sprzedawał) i na dysku SSD pojawiła się stara, poczciwa Fedora. Też z jakimiś niedogodnościami, ale niedogodnościami, które znam. Może i ultrabook będzie działał gorzej, ale przynajmniej nie będzie mi kasował mojej wielogodzinnej pracy.

O dziwo pod Fedorą sprzęt zachowuje się w wielu kwestiach lepiej niż z Windows. Poważnie tego się nie spodziewałem, ale tak jest. Pierwsza rzecz, którą zauważyłem to multitouch gładzika. Pod windows przewijanie stron czy dokumentów dwoma palcami działało jakoś z oporami. Raz zadziała, raz nie, kolejny raz coś się przytnie. Nawet myślałem, że to musi tak być – sprawdzałem to w sklepach w wielu innych ultrabookach i zawsze było to takie szarpane.

Natomiast pod Linuksem wszystko odbywa się tak płynnie, jak zwykłe przewijanie rolką. Co ciekawe działa od razu przewijanie pionowe i poziome. W windows pomiędzy przewijaniem poziomym i pionowym trzeba na chwile palce oderwać od gładzika. W linuksie można przesuwać zupełnie swobodnie, poruszać dokumenty po skosie… Fajny drobiazg (choć fakt, że drobiazg).

Pod windowsem nie działała kombinacja Fn+3/4. Podpisy klawiatury sugerowały, że w ten sposób można zciszyć lub zgłośnić dźwięk, ale nie działało. Nawet podejrzewałem, że to awaria klawiszy, bo dziwne jest by toshiba wypuściła taki bubel. Pod linuksem jednak się okazało, że wszystko z przyciskami jest w porządku. O proszę.

Lepiej też działa przyciemnianie ekranu. W windows przyciemnić można tylko do pewnego stopnia. W linuksie – aż do zupełnego wyłączenia obrazu.

Jest jeszcze kilka innych kwestii, które okazały się pozytywnie mnie zaskoczyć. Są też wady.

Nie działa przycisk wyłączania i włączania podświetlania klawiatury. W Windows Fn+z powoduje zmianę pracy trzech trybów: podświetlanie włączone, wyłączone lub włączane na 15 sekund i przygaszanie po nieużywaniu. W Linuksie to nie działa. Na szczęście można sobie w BIOSie wybrać któryś z tych trybów, nawet ustawić długość podświetlania czasowego (tak więc ustawiłem sobie 5-sekundowe podświetlanie i jest ok). Nie można jednak tego zmieniać podczas gdy system już działa. Kiepsko, ale da się żyć.

Nie działają też przyciski wyłączania gładzika. Pomaga w tym jednak mały programik o nazwie Jupiter (który generalnie służy zmianom ustawień sprzętu tak by oszczędzić jak najbardziej baterię lub pracować na kablu super wydajnie).

Nie gaśnie też dioda anteny wifi. Wyłączyć moduł wifi oczywiście się da, ale dioda cały czas sugeruje, że praca nadal trwa.

To chyba jedyne mankamenty jakie zauważyłem po tych 4 dniach z linuksem. Wszystko inne dziala jak na każdym innym sprzęcie.

Dużym plusem jest to, że wydajność baterii wcale nie spadła. Obawiałem się, że skróci się czas pracy, ale po zastosowaniu wszelkich znalezionych w sieci sugestii i ustawień oraz programu Jupiter, nadal jest to około 5,5 godziny przy oszczędnej pracy (nie przemęczanie procesora, mocno przyciemniony ekran, rozłączanie od sieci wifi, gdy z niej nie korzystamy itp). Usypianie komputera (wybudza się z niego w sekundę) lub w ogóle wyłączanie (start systemu do pełnej używalności to 16 sekund) może sprawić, że baterię naładować będzie trzeba dopiero na następny dzień.

To chyba wszystko. Z zakupu jestem baaaardzo zadowolony. Laptop wygląda świetnie. Waży tyle, co nic. Działa idealnie z małymi minusami, o jakich wspomniałem wyżej. No może jeszcze jeden minus: 13,3 cala ekranu to jednak trochę mało, zwłaszcza jak się przesiadło z piętnastu. Wszystkie strony internetowe z dłuższym tekstem muszę sobie powiększać (ctrl+’+’) bo literki są maciupkie. Ale da się żyć.

Wiem, że mój następny komputer to będzie także wybór według dokładnie tych samych kryteriów (strach pomyśleć jak lekkie i długo działające będą one za kilka lat). Ultrabook to rewelacyjna opcja dla tych, którzy szukają sprzętu do pracy, do rozrywki i do podróży.

Fedora 16 – stary (nie)dobry Linux

Po tym jak miałem dość niestabilności i niekonfigurowalności Ubuntu / Unity przesiadłem się na Fedorę.

Pierwsze wrażenie było zachwycające. Wszystko jest tak samo jak w starym dobrym Linuksie sprzed czasów Ubuntu. Działa, nie wywala się.

Niestety wraz ze starymi dobrymi wróciły stare niedobre. Zainstalowanie jakiegoś programu to przynajmniej wysiłek, jeśli nie katorga. Instalator, gdy poszukujemy w nim jakiegoś programu zwraca listę wyników tylko luźno związaną z tym, co szukaliśmy.

Przypomniałem sobie, że wciąż istnieją wyszukiwarki pakietów RPM, myślałem, że już odeszły w niepamięć. Przypomniałem sobie, że jakiś program może nie chcieć się zainstalować z powodu konfliktu z dziwnanazwa.so. Przypomniałem sobie, że jakiś program, choć dostępny w repozytorium, może w ogóle nie chcieć się zainstalować. Nawet nie podając powodu swojego kaprysu.

Obecnie męczę się z uruchomieniem Gadu Gadu w komunikatorze Empathy. A to z kolei przypomina mi stare dobre przegrzebywanie się przez wszelkie HOW TO (signum temporis polega jednak na tym, że manuale zostały zastąpione przez bug trackery).

Okazuje się, że Mark wcale nie jest taki zły ze swoimi pomysłami na Ubuntu. Myślałem, że te stare przypadłości zostały wyeliminowane generalnie w Linuksie. Okazuje się, że to tylko Ubuntu sobie z nimi poradziło.

Mam dylemat czy zostać przy Fedorze, czy wrócić do Ubuntu czy… jednak nie wrócić do Windowsa. Już 10 lat go nie używam, a podobno siódemka jest już prawdziwym systemem.

Proszę w komentarzach o listę wad Windows 7.

Testowanie stron w Internet Explorerze pod Linuksem

Trochę dziwię, że chyba ja pierwszy o tym piszę. Dowiedziałem się o tym kilka dni temu i spokojnie czekałem, aż ktoś to w Polsce repostuje. A do dziś nie widzę.

Do rzeczy. Microsoft zgotował świetną niespodziankę dla wszystkich, którzy ich systemu używać nie chcą lub nie lubią. Przygotowali obrazy systemów do zainstalowania jako wirtualne maszyny w VirtualBox. Każdy z trzech systemów posiada Internet  Explorera w jednej z trzech wersji: 9, 8 lub 7 (znamienne jest, że szóstkę już sobie odpuścili). Obrazy można pobrać i używać, z tego co zrozumiałem, za darmo.

Oczywiście Microsoft nie byłby sobą gdyby życia nie utrudnił 🙂 Archiwa są w formacie .exe czyli teoretycznie trzeba Windowsa jakiegoś mieć. Na szczęście na OMG Ubuntu jest podany link do shellowego skryptu, który sam się zajmuje ściąganiem, rozpakowywaniem i instalacją. Szczegółowe informacje co i jak są w artykule.

Jest też dodatkowy minus: jeśli chcemy mieć wszystkie trzy przeglądarki, przygotować się należy na zajęcie przez nie przynajmniej 45 GB dysku.

To jak to jest z tą stabilnością?

Obecne wydania Google Chrome z gałęzi dev (najbardziej niestabilna z niestabilnych, żeby nie było) przynajmniej raz na dzień wykładają mi Linuksa. Gdy otwieram nową kartę, nagle znika wszystko, pojawia się na chwilę czarny ekran z napisami konsolowymi i po chwili ekran logowania do systemu. Czyli wykłada się nie tylko Chrome, a całe Gnome i zapewne także tak zwane „iksy”.

Z jednej strony fakt: korzystam z dev, więc nie mogę mieć pretensji.

Z drugiej jednak strony: cały czas pamiętam komiks, jaki się pojawił wraz z debiutem tej przeglądarki. Wyjaśniano tam, że każda karta to oddzielny sandbox i jeśli nawet na jakieś stronie zdarzy się awaria, cała przeglądarka nadal działa i inne strony są niezagrożone. Tutaj jednak widać, że tak nie jest. I przy okazji użytkownicy wersji stabilnej chyba nie zaprzeczą, że nigdy tak nie było: jak padała jedna zakładka (pojawiał się obrazek smutnej karty), padały wszystkie, choć sam Chrome nadal chodził.

I co dla mnie ważniejsze: gdzie ta legendarna stabilność samego Linuksa? Pamiętam, że faktycznie kiedyś tak było: jak jakiś program ulegał awarii, wszystko inne nadal działało jak należy. Teraz awaria przeglądarki pociąga awarię całego środowiska graficznego, a z punktu widzenia zwykłego użytkownika, jest to awaria całego systemu. Bo czym się różni takie wyjście z „iksów” od legendarnego niebieskiego ekranu z Windows? Z punktu widzenia stabilności: niczym. I w tym i w tym wypadku wszystko, czego nie zapisałem w programach ma utracone.

Rozumiem, że przez owe kilka lat Linux bardzo się zmienił. Iksy to już nie X11, a x.org. Do całego Gnome dochodzi tu także Compiz i wszystko – muszę to przyznać – lśni i wprawia w zachwyt. Nie jestem jednak pewien, czy godzę się tutaj na ten cały blask kosztem niestabilności.

Ubuntu 11.04 – to już nie jest Linux

Minął tydzień od kiedy używam najnowszego Ubuntu (z numerkiem 11.04). Jest to jedyny system jaki używam na co dzień, co więcej używam do bardzo intensywnie. Popracowałem, obejrzałem filmy, Banshee umilał mi muzyką czas spędzony przed ekranem. Mogę więc śmiało pozwolić sobie na recenzję tego systemu. I podejrzewam, że będzie o wiele lepsza niż to, co ludzi pisali o jedenastce tuż po zainstalowaniu.

Nie opisze bowiem tego co widziałem, ale tego jak mi się z tym systemem koegzystowało. Jakie są odczucia i jakie mam przemyślenia.

Przyznam, że na 11.04 i nowy rewolucyjny interfejs czekałem z niecierpliwością. Jakiś miesiąc temu obejrzałem sobie przez kilka godzin Gnome 3 z interfejsem Shell. Nowy Ubuntu też korzysta z Gnome, jednak tu zamiast Shell mamy bardzo podobny Unity. Nieważne – jak napisałem poużywałem Shella i spodobał mi się całkiem mocno. Pomyślałem więc, że Unity też mi się spodoba.

W czasie tygodniowej pracy odczucia mi się zmieniały diametralnie. Od początkowego zachwytu, przez potężny kryzys po – nadal trwające – pogodzenie się z tym, jakie Ubuntu teraz jest. Z jego wszystkimi wadami i zaletami.

Mark zapowiedział, że nowy interfejs Ubuntu stawia przede wszystkim na prostotę i wygodę użytkowania. Teraz stwierdzam, że był to zwykły marketingowy bełkot, mający na celu jedynie przykryć to o co twórcy Ubuntu tak naprawdę chodzi. Mark zachwycił się Apple. Wróć: Mark zachwycił się Stevem Jobsem i postanowił dać linuksowemu światu swój własny iSystem. „Nieważne co ludzie chcą, będą chcieli moje nowe Ubuntu”. Ma być ładne, ma błyszczeć, nie musi być za bardzo funkcjonalne.

Dziesięć lat temu, gdy przesiadałem się na Linuksa (wtedy jeszcze Mandrake) komputerowy świat był dość wyraźnie opisany. Windows to był system od wirusów. Maki to były komputery bardzo proste w obsłudze ale kosmicznie drogie. Linux był trudny w obsłudze, ale stabilny.

I miał to coś ulotnego: Dawał wybór. Pierwszym wyborem było przejście z płatnego/pirackiego Windows na darmową alternatywę. Można w nim było wybrać czy chcemy używać KDE, czy Gnome. Można było wybrać jakim programem sprawdzamy pocztę, a jakim przeglądamy strony internetowe, w jakim edytorze piszemy nasze CV. Konfigurowalność pulpitu była tym, czym w każdej dyskusji o wyższości jednego systemu nad drugim można było pokonać dowolnego windziarza czy makówkarza. Na każdym brzegu ekranu można było dodać pasek (ba, można było tych pasków dodać wiele), na każdym z nich umieścić dowolny aplet, dowolnie rozmieścić ikony uruchomiania ulubionych programów, od razu zerknąć na obciążenie procesora, szybkim ruchem myszy do lewego dolnego rogu ekranu zminimalizować wszystkie okna.

Ostatecznie kończyło się to setkami brzydkich screenshotów wykonanych przez kolejnych użytkowników systemu. Co drugi pulpit wyglądał jak panel sterowania statku kosmicznego w kiczowatym filmie S-F. Ale taki był Linux. Jeśli ktoś chciał mieć go niczym malucha po wiejskim tuningu, mógł mieć.

A jak jest w Unity? Paski są dwa i nie może być ich ani mniej, ani więcej. Ulubione programy można umieścić tylko na pasku lewym i nigdzie indziej. Pod nimi mamy ikony otwartych programów i nie ma znaczenia, że każdy odruchowo szukałby ich na dole ekranu.

Górny pasek – chcesz tego czy nie – jest kompletnie poza twoją kontrolą. Od prawej: wyłącz system, spójrz na swoje imię, zobacz godzinę, kopertkę, głośniczek i tyle. Choćbyś klikał prawym klawiszem myszy w nieskończoność, Unity będzie miało to gdzieś.

Do tego konfigurowalność wszystkiego, dosłownie wszystkiego jest mikroskopijna. Zachwycasz się ładną przezroczystością pod dokiem szybkiego wybierania programów? Good for you. Jeśli jednak któregoś dnia zdasz sobie sprawę, że ta przezroczystość bardziej przeszkadza (zwłaszcza jeśli pod spodem masz inne ikony) niż zachwyca, to sorry batory. Nie masz szans już tego zmienić.

Szybkość korzystania z systemu? Kilka przykładów.

Jeśli chcesz zobaczyć pulpit by szybko otworzyć jakiś plik znajdujący się na nim, musisz zapomnieć o słowie szybko. Minimalizuj wszystkie okna jedno po drugim. Jeśli masz ich otwartych kilkanaście, oznacza to, że pulpit zobaczysz po jakiejś połowie minuty.

(A bardzo łatwo jest dojść w Unity do *nastu otwartych programów. Boczny panel z listą otwartych okien domyślnie się chowa, a wraz ze sobą chowa informacje o tym jakie programy masz po głównym oknem. W ciągu ostatniego tygodnia kilka razy zdarzyło mi się otworzyć ten sam folder kilka razy bo zapomniałem, że pod spodem przecież już mam otwarty ten sam katalog)

Spójrz na zrzut ekranu. Wyobraź sobie, że chcesz szybko zamknąć okno znajdujące się w tle. Kiedyś po prostu kliknąłbyś w |x| je zamykający. Teraz musisz kliknąć najpierw na oknie, a potem je zamknąć. Drobiazg, ale po tygodniu sprawia ze zamykasz z trzaskiem pokrywę laptopa i idziesz na spacer bo masz już dość Marka i jego ‚wiem od ciebie lepiej jak powinieneś pracować na własnym komputerze’. Poważnie wczoraj miałem taki kryzys, że musiałem po prostu wyjść na powietrze by nie roztrzaskać komputera o ścianę.

O tym jak genialne dotychczas było potrójne menu w Ubuntu człowiek się przekonuje dopiero, gdy już go nie ma. Wszystko było ładnie jak na dłoni. Od razu wiedziałeś jakie masz programy zainstalowane, pogrupowane w szybko dostępne grupy programów. Teraz zdarzyło się, że dwa razy instalowałem Gimpa, bo zapomniałem, że już jest zainstalowany. Nigdzie nie widać co tak naprawdę jest już w systemie, a czego nie ma (ok, widać, ale sposób przeglądania tego jest tragiczny).

Czy jednak Unity ma przed sobą jakąś przyszłość? Niestety muszę stwierdzić, że tak. W sieci widzę sporo wciąż pozytywnych o nim opinii, więc nie jest aż takie zapewne złe. Dla mnie jest kiepskie, cienkie, wydłuża czas mojej pracy z komputerem, jednak będę go nadal używać.

Ale to już nie jest Linux, jaki wybrałem na początku.