Google: oglądaj reklamy, albo płać

Klaruje się nowa strategia Alphabet (Google) i zarazem koniec przyjemnych czasów dla internautów. Wszyscy już pewnie zauważyli, że od niedawna można pozbyć się reklam z mobilnej wersji Youtube płacąc za Youtube Premium (a przy okazji w darmowej wersji reklamy zrobiły się nieco bardziej uciążliwe: do tej pory niepomijalne reklamy trwały maksymalnie 5 sekund, teraz jest to trzy razy dłużej).
I dziś kolejny symptom nowej strategii. Jakiś czas temu Google już zapowiedziało, że blokery reklam w Chrome będą działać znacznie gorzej (teraz reklamę można zablokować jeszcze zanim pobrana zostanie z sieci, więc nie są wykonywane zbędne połączenia i zużywany transfer) ale już niedługo to nie będzie możliwe. Dziś uzupełnili tę informację: będzie to działać po staremu, ale tylko w przypadku „enterprise” użytkowników Chrome (czyli firm płacących Googlowi za support).
Nie oceniam czy to dobrze czy źle. Mieliśmy fajne czasy, ale się one powoli kończą wraz z rosnącym monopolem Google. Fajne czasy za to zaczynają się dla branży reklamowej.
No chyba, że ktoś używa Firefoksa. W nim nadal będzie można blokować reklamy po staremu. Zatem instalujcie bo to też może ostatni fajny moment otwartej sieci – prędzej czy później Google zacznie użytkownikom innych przeglądarek niż googlowy Chrome serwować gorsze wersje stron czy w ogóle blokować.

Google to restrict modern ad blocking Chrome extensions to enterprise users

0

Zmiany organizacyjne, nie ma mnie na Facebooku, zapraszam na bloga

Stało się (czy też jak to teraz jest modne, zakrzyknę: mamy to!). Postanowiłem nie używać Facebooka i zobaczyć co się stanie.

Jako datę początkową wybrałem sobie 1 kwietnia i zrobiłem to po cichu (dopiero teraz, po tygodniu, mówię to głośno pierwszy raz). W tym wpisie opiszę powody, jak się do tego przygotowałem, jak mi idzie i kilka innych spraw organizacyjnych.

Rozwód nie jest zupełny. Nazwałbym to miękkim rozstaniem. Nie skasowałem konta, wciąż używam Messengera (w wersji Lite na telefon, a na laptopie przez stronę messenger.com). Tam wciąż są moi znajomi i nie będę ich dla eksperymentu poświęcał.

Powody

Nie zacznę od prywatności. Najważniejszym powodem jest to, że lubię sobie robić takie eksperymenty na sobie: czy potrafię odstawić jakąś używkę, czy to jednak ona trzyma mnie w szachmacie? Robię tak z różnymi aspektami życia, poczynając od kawy, przez sposób pracy po spędzanie wolnego czasu i surfowanie po sieci. Teraz przyszła pora by sprawdzić czy dam radę nie tracić czasu na sprawdzanie 15 razy na dobę czy ktoś dodał jakieś nowe zdjęcie czy wpis (nope, nie dodał, 15ty raz widzę ten sam wpis o polityku/wakacjach/gejach/aborcji/szkole/… ale to nie przeszkodzi mi wejść kolejne 10 razy by zobaczyć znów to samo).

Tak oto przeszliśmy gładko nad drugim powodem – marnowaniem czasu na rzeczy, które będę na starość żałował, że zmarnowałem na nie czas – i można już przejść do trzeciego powodu:

Właśnie prywatności. Są dwie wielkie firmy żrące nasze dane, zwyczaje, zachowania, to co lubimy, a czego nie, z kim się całujemy, a z kim lepiej nie i jak moglibyśmy to byśmy mu w mordę dali. Ale z tych dwóch firm to właśnie Facebook jest arcy-do-szpiku-wierutnie chujem.

Tą pierwszą firmą jest oczywiście Google. I Facebook, i Google zapuścili wszędzie gdzie tylko mogą swoje macki. Oczywiście chcą wiedzieć o nas jak najwięcej, nie po to by nas zniszczyć przy jakiejś okazji, a „jedynie” by lepiej nas sprzedać reklamodawcom i dlatego panoszą się gdzie tylko mogliby nas zastać i podejrzeć: przyciski „lubię to” na stronach węszące po cichu gdzie przesuneliśmy myszkę, system operacyjny na telefon uczący się czy bardziej jesteśmy wierni żonie/mężowi w książce telefonicznej czy kochance/kochankowi w tinderze (żono, jeśli to czytasz, nie mam tindera, jak nie wierzysz, zapytaj google-a) i tak dalej, i tak wszędziej.

Podczas gdy Google to wszystko robi, daje nam w zamian całą masę narzędzi za darmo (tzn za naszą prywatność, a nie za faktyczne pieniądze): dobry system operacyjny na telefony, bardzo dobrą wyszukiwarkę, dobrą pocztę elektroniczną, kalendarz, przeglądarkę, pakiet biurowy, statystyki stron, serwery CDN, DNS, mapy i dokłada do tego swoją wartość dodaną, której nie otrzymamy korzystając z tych wszystkich usług osobno, ale od różnych dostawców: wykorzystuje nasze dane nie tylko by sprzedać nas reklamodawcom, ale i by uczynić swój ekosystem inteligentniejszym. Gdy szukasz trasę w mapach do Warszawy, Google wie skąd wyruszasz. Gdy szukasz „post” w internecie, wie że jesteś programistą i wyniki odnośnie HTTP requests będą wyżej od wielkanocy.

To wszystko nadal jest złe i niewygodne, ale to jest jednak jakiś tradeoff: oddaj nam swoją prywatność, a dostaniesz coś w zamian. Ja się na to godzę lub nie.

A co daje nam Facebook? No właśnie, co? 🙂 Wall do scrollowania gdy nie masz nic ciekawszego do roboty. Wielki mi dzięki za wielkie mi coś.

Daje ci dostęp do znajomych? O nie, wręcz przeciwnie. Znajomych, mój drogi i moja droga, to Facebook trzyma jako zakładników byś nigdy nie skasował tam konta. Przekonasz się o tym, gdy spróbujesz to zrobić.

Zobaczysz wtedy, że jest to niemożliwe. Nie zmusisz się do skasowania konta i poświęcenia tych dziesiątek kontaktów, wśród których są tacy, do których piszesz codziennie i tych, których dodałeś bo pamiętasz go/ją z podstawówki i na tym wasza interakcja się skończyła.

Facebook nie daje nic. Wysysa z ciebie twoją prywatność, podsyła ci fake newsy, angażuje w troll-dyskusje, szturcha, że może ziemia faktycznie jest płaska i szkraba lepiej nie szczep, bo i tak twoje dziecko umrze, co za różnica czy na starość czy przed ząbkowaniem i ponad to wszystko dzieli nas wszystkich na wielu możliwych płaszczyznach. Znacie to uczucie, że poznajecie kogoś fajnego, rozmawiacie jak całkiem dobrzy kumple, któregoś dnia dodajcie się do znajomych na fejsie i przypał, bo dopiero wtedy się dowiadujesz, że on/ona jest socjalistycznym lewakiem albo prawicowym debilem szerującym memy wyśmiewające innych? Choć wolałbym aby ludzie tego nie robili (po co?!) to jako, że nie mogę tego sprawić, opuszczając Facebook przynajmniej nie będę tego oglądał. Od razu robi się słoneczniej.


Jak się do tego przygotowałem

Albo nie. Wiecie co, ten wpis już jest za długi 🙂 Więc podzielę go na serię wpisów i tu na razie skończę.

Jak was zaciekawiło co i jak piszę, to jakoś zacznijcie obserwować mój blog (dodajcie do czytnika RSS, do zakładek w przeglądarce,… w sumie to zaraz wrzucę link do tego na – o zgrozo, ale tam wciąż jesteście, a nie tu – fejsa i będę wrzucał do kolejnych wpisów).

W kolejnym wpisie/wpisach opiszę jak się pozbyć pamięci palców (po odstawieniu serwisu odruchowo na niego się wraca klepiąc „face” w pasek adresu i przyciskając enter) i co jeszcze zrobić by się nie chciało wracać.

Acha, pod wpisem jest takie serduszko co można kliknąć. To taki lokalny odpowiednik polajkowania, z tym że bez tracenia danych czy prywatności (nawet nie będę wiedział kto kliknął, będę wiedział tylko ile osób). Jest też formularz, w którym można komentując porozmawiać ze mną.

Na facebooku tego wpisu nie komentujcie. To znaczy: róbcie jak chcecie, ale tam waszego komentarza jednak nie przeczytam 😉

12

DuckDuckGo daje radę

Rok temu próbowałem się przesiąść (podmiana domyślnej wyszukiwarki z Google na właśnie DDG), ale nie wyszło. Za często uciekałem do Google.
 
A teraz jest całkiem ok. Jedyna wada, to że to właśnie jednak nie Google: najciężej jest z tym, że gdy wpisywałeś coś w G., wiedziałeś mniej więcej jakich wyników się spodziewać. Tu jest trochę inaczej. Szukasz czegoś z WordPressowego API, to jest ten link do Codexu, ale nie na tej pozycji co w Google. Jak wpiszesz nazwę produktu, to w Google wiesz, że ceneo będzie na samej górze. Tu jest najpierw strona producenta, potem o dziwo Skąpiec i Ceneo na trzecim miejscu. Trochę się jeszcze czuje jak turysta czy gość w tym miejscu, ale na dłuższą metę nie przeszkadza mi to.
 
Duży plus, że podciągnęli wyszukiwanie zlokalizowane na Polskę. To nie są już wyniki na świat, a właśnie dostosowane do polskiego kontekstu.
 
I drugi duży plus, że DDG dobrze sobie radzi z najnowszymi newsami, także z Polski. Tak jak w Google jeśli wyszukiwane hasło dotyczy jakiegoś aktualnego wydarzenia, na górze w pierwszej kolejności są wiadomości z serwisów informacyjnych.

1

Streamingowany system operacyjny na komórkę

Raz na jakiś czas wpadam na pomysł jak może wyglądać przyszłość, ale jako, że nigdy tego nie zapisuję i rzadko o tym komukolwiek mówię, potem trudno mi jest kogoś przekonać, że „ja to wymyśliłem” 🙂 Pewnie mi nie uwierzycie, że jeszcze w czasach pierwszych telefonów komórkowych przewidziałem, że telefon będzie miał w sobie aparat fotograficzny. Choć w swoich wyobrażeniach widziałem jak ludzie przyszłości przykładają do ucha kompaktowe cyfrówki, nie wiem czemu tak widziałem, że będzie to wyglądało 🙂

Oczywiście nie każda moja przepowiednia się sprawdza i to właśnie z lęku, że się pomylę nikomu o tym nie mówiłem. Ale postanawiam to teraz zmienić. Bo kilka dni temu uderzyła mnie wizja telefonów przyszłości i nie mogę o tym przestać myśleć. Wydaje mi się to rewelacyjnym i rewolucyjnym pomysłem. I im dłużej myślę, tym bardziej jestem pewien, że takie coś któregoś dnia ujrzymy na rynku, choć nie wiem dokładnie kiedy.

Czy wiecie w jaki sposób uruchamia się obecnie wymagające dużych zasobów gry komputerowe na telefonach czy tabletach, które tych zasobów nie mają? Nazywa się to cloud gaming  i coraz pojawia się już tu i tam. Jeśli się nie mylę NVIDIA ostatnio zrobiła swoją jakby konsolę do gier działającą na tej zasadzie – ma dość słabe bebechy, ale można na niej grać w zaawansowane gry 3D.

Zasada jest taka: całość renderowania gry odbywa się w chmurze, z dala od  twojego komputera czy telefonu i odsyłana jest przez sieć klatka po klatce na twoje urządzenie. Ty klikasz przycisk, informacja o kliknięciu wysyłana jest na klaster obliczeniowy, który w ułamku sekundy oblicza rozprysk krwi twojego przeciwnika, zmianę kąta padania cienia przechylającej się postaci i wszystko inne co normalnie robi karta graficzna i kolejny ułamek sekundy taki wyrenderowany obraz wraca do ciebie przez sieć na telefon. Po kolejnym ułamku sekundy kolejny render z jeszcze większym rozpryskiem krwi i jeszcze bardziej pochyloną postacią jest wykonany i wysłany do ciebie. Twój telefon się nie nagrzewa, bo nie ma od czego – tak naprawdę jest małym telewizorkiem na którym widzisz film, tyle, że interaktywny, sterowany twoimi kliknięciami.

Imponujące, prawda? A to się już dzieje naprawdę i dziać się będzie coraz częściej.

I pomyślałem: skoro można w ten sposób na farmie super wydajnych serwerów renderować i wysyłać obraz gier, dlaczego nie można by w ten sam sposób wysyłać całego systemu operacyjnego?

Na twoim telefonie nic by nie było zainstalowane. Jedynie prosty system do komunikacji z siecią, obsługi klawiszy i nacisku, aparatu i mikrofonu. Mały procesor do wyświetlania odebranej z sieci grafiki i odgrywania dźwięków – głosu rozmówcy czy odgłosu zdychającej świni w angry birds 😉

Prawdopodobnie taki telefon nie musiałby być telefonem i nie miałby żadnego modułu do komunikacji z siecią komórkową: osoba dzwoniąca dzwoniła by bezpośrednio na serwer, skąd dźwięk byłby przekazywany przez wifi do twojego telefonu.

Wszystko właśnie działoby się na odległym serwerze: gdzieś w jakimś kontenerze miałbyś swój system operacyjny, swoje apki, swoje pliki, zdjęcia, dokumenty… Klaster by czekał na informacje o twoich „kliknięciach” i odsyłał na nowo wyrenderowany obraz jak to powinno wyglądać na twoim telefonie.

Ta rewolucja miałaby spore zalety:

  • Telefon – cienki klient, wypatroszony z drogich komponentów – byłby o wiele tańszy niż obecnie
  • Wypatroszenie z komponentów na pewno pozytywnie wpłynie na czas pracy na jednym ładowaniu. Tak naprawdę twój telefon tak jakby będzie cały czas podłączony kablem do sieci elektrycznej: gdzieś w odległej serwerowni (ok, wciąż będzie potrzebna bateria do pokazywania obrazu na ekranie czy łączności wifi, ale rozumiecie o co mi chodzi)
  • Brak fragmentacji systemów operacyjnych: jedna wersja dla wszystkich będzie zainstalowana i zawsze aktualizowana na serwerze, bez obaw, czy telefon ją udźwignie – telefon jest przecież tylko ekranikiem, który ma wyświetlić obraz odesłany w OGV czy innym MPEG.
  • Dlaczego w ogóle upieramy się by mówić, że jest to system na telefony komórkowe? Warstwa abstrakcji na serwerze może odsyłać obraz przeskalowany na telefon, tablet coś co będzie odpowiednikiem „komputera stacjonarnego w przyszłości” czy telewizor lub cokolwiek innego, co jeszcze pojawi się w przyszłości (gogle wirtualnej rzeczywistości?) Może tak właśnie spełni się w końcu sen o informatycznej konwergencji

Wady? Oczywiście, ale wydaje mi się, że istnieją one tylko na dzień dzisiejszy.

  • Przede wszystkim taki telefon by mógł żyć musi być połączony ciągle do sieci – WIFI albo mieć nieograniczony pakiet gigabajtów w sieci komórkowej. Na dzisiaj nie ma na to szans, ale jesteście pewni, że to nie nastąpi w przyszłości? Ja pamiętam jeszcze czasy gdy z zegarkiem w ręku pilnowałem by dziennie nie spędzić w internecie więcej niż 27 minut – 9 impulsów modemowych, na które pozwalali mi rodzice. W tamtych czasach gdyby ktoś powiedział, że w 10 minut ściągnie 3-gigowy film z internetu, byłby wyśmiany.
  • Nikt nie postawi nam farmy komputerów obliczeniowych za darmo, więc albo telefony stałyby się telefonami w abonamencie, albo wcale nie byłyby tańsze (jedynie produkcja byłaby tańsza, a my byśmy nadal płacili tyle samo by pokryć koszt infrastruktury), albo ktoś zdecydowałby się na zasponsorowanie tej farmy aby przeprowadzić na nas jeszcze dokładniejszy data-mining i profilowanie reklamowe (hello Google), albo ktoś zdecydowałby się na ten krok by wgryźć się obecnie zabetonowany świat dwóch producentów systemów mobilnych (hello Microsoft)
  • Oddać wszystko w ręce jakiejś zewnętrznej firmy i nie mieć nic na własnym komputerze to ostatni poziom zgody na pełną inwigilację. Ale to już tylko kwestia odpowiedniego gotowania żaby; prawdę mówiąc mało kto obecnie wie jak wiele oddaje w ręce Google, Facebooka czy Microsoftu.

Wada, o której pewnie pomyśleliście, a która nie istnieje: opóźnienie. Wysłanie informacji o wciśniętym przycisku, renderowanie efektu na odległym serwerze i odesłanie obrazu z powrotem powinno zająć zauważalną ilość czasu. Tymczasem jednak w przypadku tak renderowanych gier właściwie opóźnień nie ma: kule świszczą, gracze biegają, a wszystko działa stosunkowo płynnie.

Ja uważam, że taki „streamingowany” system operacyjny to tylko kwestia czasu. Google ma już wszystko by móc to zrobić: swoje systemy operacyjne, które cierpią na fragmentację, swoje centra danych do cloud computingu i marketingową potrzebę wiedzy wszystkiego o nas. Microsoft też ma swoją chmurę i swój system i ma wielki strach przed marginalizacją w przyszłości. Może ktoś inny?

A jakie jest wasze zdanie?

0

+1 od Googla już dostępne także na stronach

Nie jest to na pewno żadne zaskoczenie, a naturalny ruch. +1 od Google (usługa działająca niemal tak samo jak „like” od Facebooka) po pojawieniu się przy wynikach wyszukiwania, pojawiła się teraz także w postaci przycisku na stronach www. Każdy może sobie dodać do swojego bloga czy witryny. Wystarczy skopiować kod z tej strony.

Czy warto? Myślę, że tak. Jeśli komuś zależy na lepszej pozycji w wynikach wyszukiwania Google, +1 jest dla niego. Zasada bowiem jest taka, że osoby wyszukujące treści przez Google, jako pierwsze wyniki będą widzieć te, które zostaną „zaplusowane” (rekomendowane) przez jego znajomych. Z przyciskiem na stronie szansa na taką rekomendację jest bezsprzecznie większa.

Na wordpress.org nie ma jeszcze wtyczki dodającej taki przycisk do naszych WordPressów, ale myślę, że to kwestia godzin 🙂 Przyznam, że  korciło mnie by na szybko napisać taką (tak jak to zrobiłem z Uznaj.pl). Tym razem pozwolę się wykazać innym 😉 Podpowiem tylko, że ten mój mały tutorial na pewno się przyda. Tam wyjaśniałem jak dodać przycisk Wykopu, na pewno uda Wam się to interpolować na nową usługę od G.0

Opieranie się na chmurze coraz bardziej płatne

Dość ciekawa, ale i nieprzyjemna wiadomość: Google zamyka niektóre swoje API, inne będą płatne w niektórych okolicznościach. Na przykład jeśli stworzyłeś fajną aplikację do tłumaczenia tekstów opierającą się na Google Translate, od grudnia przestanie ona działać. Jeśli na stronie masz mapę Google i olbrzymi ruch – od października będziesz musiał za to płacić.

Nikt nie obiecywał, że życie w chmurze będzie darmowe, ale niesmak jakiś i tak jest. Czy warto bowiem rzucić się na jakieś kolejne cool API od Googla mając świadomość, że za jakiś czas stworzony przez ciebie program może przestać działać?0

e-duchy

Ty razem będzie nieco weselej, choć znów o anomaliach komputerowych. Co więcej – o anomaliach nie z tego świata. Próbując je rozgryźć czuję się tak, jak chyba czują się osoby, przed którymi nagle talerzyk zaczyna się obracać i które nagle widzą ślady stóp demona odciśnięte w talku rozsypanym na schodach (o tak, widziałem obie części „Paranormal Activity”) 🙂

Po zainstalowaniu Unity zauważyłem dziwną przypadłość: gdy korzystałem z przeglądarki Google Chrome czasem nie działało mi scrollowanie stron rolką myszki. Szybko zauważyłem, że wystarczy przesunąć myszkę w inną pozycję i przewijanie działało jak należy.

Wkrótce zauważyłem też, że  także w niektórych miejscach nie dało się kliknąć w odnośniki na stronie. Przewinięcie strony tak by odnośnik był już w innym punkcie x/y ekranu sprawiało że jednak był klikalny.

Co więcej zauważyłem, że nieklikalność nie dotyczy tylko stron internetowych, ale generalnie ekranu. Nie mogłem kliknąć różnych przycisków w innych programach, ale przesunięcie okna programu odblokowywało tę funkcję.

Oczywiście szyderczo się ucieszyłem bo tak oto znalazłem kolejny dowód na to, że Unity jest do bani 😉 (nie kończcie jednak czytania wpisu w tym miejscu)

Po restarcie komputera, albo po ponownym zalogowaniu się wszystko było OK. Prawdę mówiąc wadę tę zauważyłem ledwo kilka razy przez ostatni tydzień, przeważnie po długim siedzeniu przed komputerem.

Dziś przed chwilą znów mnie to dopadło. Najpierw uruchomiłem monitor zadań by zabijać w nim aplikację po aplikacji aż dojdę, która to tak broi. Szybko jednak wpadłem inny pomysł.

Które dokładnie obszary ekranu są nieklikalne? I czy układają się w jakiś logiczny wzór?

Uruchomiłem Gimpa, rozpostarłem „płótno” na jak największy obszar ekranu, chwyciłem za pędzel i zacząłem klikać. Klik, robi się plamka. Przesuwam myszkę i znów klik – kolejna czarna kropa. Przesuwam i klik -jest! Nic się nie pojawiło. Mamy martwy punkt.

Klikanie trochę potrwało i tak oto wytropiłem całkiem duży, poziomy obszar bez kropek:

Krawędzie są nierówne, bo kliknięcie i przypadkowe przesunięcie myszy powodowało, że jednak w martwym obszarze udawało się narysować coś  (ważne było aby zacząć rysować poza martwym polem).

U góry widzicie mniejsze kropki. Zlokalizowałem tam bowiem mniejszy obszar nieklikalny, jednak tak mały, że duży pędzel w całości go by przykrył. Na ekranie było zresztą więcej takich miejsc, jednak zabrakło mi cierpliwości by je „wypaćkać” 🙂

Cóż to za duch w komputerze i czy próbuje mi coś przekazać? 😉 Czyżby z zaświatów stara, odinstalowana wersja Ubuntu próbowała mnie ostrzec przed używaniem nowej?

Postanowiłem wrócić do pierwotnego pomysłu i wyłączać program po programie. I sprawdzać czy problem nadal występuje. Dość szybko w ten sposób namierzyłem winnego: gdy wyłączyłem Google Chrome, wszystko zaczęło działać jak należy.

Używam Chrome z gałęzi dev (czyli bardziej rozwojowa niż beta). Ma ktoś pomysł co oni tam kombinują? 🙂 Może faktycznie jakieś przesłanie? Czy po prostu nowe funkcje, które póki co szkodzą, a nie działają? Czekam na pomysły w komentarzach!0

Według mnie Google specjalnie opóźnia wydanie Chrome OS

Są już dobre trzy miesiące (przynajmniej) od planowanej premiery systemu Chrome OS i jakoś nic się nie zanosi na to, by Google podało przynajmniej szacunkową datę prawdziwej premiery. Co prawda rozesłał do testerów swoje laptopy z tym systemem ale na tym się skończyło. I znów mamy ciszę.

Wydaje mi się, że system jest gotowy, ale Google specjalnie opóźnia jego premierę by nie stał się  niewypałem.

Żeby jakiś produkt stał się hitem nie wystarczy go wprowadzić na rynek. Rynek musi być na niego gotowy. Android nie jest pierwszym systemem operacyjnym na telefony komórkowe, a mimo to to dopiero on odniósł sukces. iPod nie był pierwszym odtwarzaczem muzyki.

Tak samo Chrome OS nie jest pierwszym systemem operacyjnym, który pracuje w niemal stu procentach w internecie. Od pięciu lat mamy już przecież Ulteo. I nikt Ulteo nie używa. Google nie chce bym ich OS skończył podobnie.

Kluczowym elementem, jaki jest potrzebny, aby chmurowy system odniósł sukces jest oczywiście internet. Musi być szybki, musi być tani, a najlepiej darmowy i musi być wszędzie. Teraz internet taki nie jest. Wszystko idzie w kierunku popularyzacji darmowego internetu Wi Fi w miastach, jednak nadal takiej sieci jest wciąż za mało. Według mnie Google czeka aż ta sytuacja się zmieni i wtedy wprowadzi na rynek swój produkt.

Bo wyobraźcie sobie, że w grudniu 2010 pojawił się Chrome OS. Czy kupilibyście laptop, z którego korzystać możecie tylko w domu (bo tu macie internet), a gdy ruszycie się z nim gdzieś dalej i chcecie otworzyć jakiś plik, albo nerwowo musicie szukać hotspota, albo łączycie się przez modem G4? Kto chciałby aby operator komórkowy pobierał od nas opłatę za to, że musimy szybko sprawdzić jakiś nasz arkusz kalkulacyjny? Pakiety komórkowe są wciąż za skromne na takie korzystanie z komputera.

Jeśli by uwierzyć w to co wyżej napisałem (bo wcale nie muszę mieć racji) zupełnie inaczej wygląda wpadka Google sprzed jakiegoś czasu, gdy okazało się, że ich samochody Google Maps skanowały eter w poszukiwaniu otwartych sieci radiowych. Może to  był research w jak wielu miejscach internet jest, a w jak wielu go wciąż nie ma?

0

Nadal się zachwycam Diigo

Mój zachwyt na Diigo, o którym już pisałem ani trochę nie opada. Bardzo, ale to bardzo mi się podoba, że ile razy tam nie zajrzę, widzę nowe funkcję tego serwisu grupującego zakładki. I za każdym razem pierwsze co przychodzi mi do głowy to „rewelacja, aż dziwne, że wcześniej nikt na to nie wpadł”.

Problem z serwisem zakładkowym jest jednak taki, że prawdę mówiąc rzadko się do niego wraca by coś znaleźć. Nawet jeśli znajdę w sieci jakiś rewelacyjny tutorial i dodam go do Diigo, to gdy chcę znów do niego zajrzeć, nie szukam go w Diigo a ponownie w Google.

I temu dziś jestem w takim rewelacyjnym nastroju 🙂 Zauważyłem, że jeśli coś guglam, Diigo po cichu sprawdza czy mam to już dodane do zakładek i wyświetla mi o tym informację na stronie Google:

Rewelacja 🙂

Żeby uzyskać taki efekt, musisz mieć konto w Diigo i musisz mieć dodatek „zakładkujący” tego serwisu. Nie wiem jak jest z przeglądarkami, ale na pewno działa w Chrome.0

Czy Chrome OS przyda się dla programistów?

Wszelkie netbooki mają jedną wielką zaletę: są malutkie i aż się prosi by zabierać je ze sobą w świat. Jak do tej pory żadnego nie kupiłem, bo wiem, że nie uruchomię na nich mojego ulubionego netbeans (środowisko programistyczne, bardzo pomagające w tworzeniu kodu). Zawsze mógłbym ostatecznie zabrać się za edycję jakimś prostym notatnikiem, ale jednak mimo to na zakup się nie zdecydowałem. Po prostu netbooki z definicji nie nadają się do takich zadań. 

Tym samym w ogóle nie rozważam zakupu najnowszej zabawki (jeszcze nie dostępnej na rynku) z zainstalowanym systemem Chrome OS. Nie dość, że to kolejny netbook, to na dodatek bez żadnych aplikacji instalowanych na komputerze. Wszystkie programy muszą być uruchamiane z sieci. W tej chwili w sklepie z aplikacjami dla Chrome nie ma żadnego sensownego notatnika, a edycja kodu za pomocą Google Docs to chyba jednak nie to. To tak jakby pisać aplikację PHP za pomocą Microsoft Word 🙂 Niby można, ale…

Okazuje się jednak, że Google  chce także pomóc programistom. Pojawiła się dziś informacja, że ich platforma do hostowania kodu jaką jest Google Code uzyskała nową funkcję, jaką jest edycja zamieszczonego tam kodu. Niby drobiazg, ale brzmi całkiem dobrze:  wrzucając kod na tę platformę mamy od razu dostępny z każdego miejsca na świecie katalog z naszym kodem, możemy go edytować i od razu nie musimy się martwić o syste kontroli wersji – w każdej chwili możemy wrócić do poprzednich zmian. 

Brakuje na pewno możliwości tworzenia projektów prywatnych (a może za słabo znam Google Code?). Większość kodu jaki piszę, wykonuję na zlecenie konkretnej osoby. Ten kod nie może być dostępny do przeglądania dla każdego. Brakuje mi też możliwości wysłania skończonego zadania na serwer klienta i zainstalowanie tam (ale to być może rozwiąże webowy klient FTP jakim jest net2ftp).

Czyżbym więc któregoś dnia kupił sobie zabawkę z Chrome OS? A jakie jest Wasze zdanie? Czy na takim komputerku będzie dało się wydajnie pracować także  jako programista lub twórca stron internetowych?

0