Instalacja Steam na Fedora Linux

Uwaga, po przeczytaniu tego wpisu Twoja produktywność może spaść gwałtownie. Wracaj więc lepiej do pracy i nie czytaj tego. Ja to piszę, bo mi się właśnie przez Steama ściąga gra Counter Strike i chwilę jeszcze to ściąganie potrwa.

Steam – platforma do kupowania, instalowania i uruchamiania gier – został wydany w ostatni weekend. Na stronie programu dostępna jest wersja na Ubuntu, ale twórcy Fedory już przygotowali odpowiednie pakiety i ich repozytorium.

Co trzeba zrobić? Uruchom konsolę, zaloguj się jako administrator (polecenie ‚su’). Wykonaj te trzy polecenia:

# cd /etc/yum.repos
# wget http://spot.fedorapeople.org/steam/steam.repo
# grep enabled steam.repo
enabled=1

Repozytorium jest dodane. Teraz aby zainstalować steam:

yum install steam

Od teraz steam dostępny jest jak każdy inny program w systemie:

Obszar roboczy 1_002

Po pierwszym uruchomieniu steam dociągnie sobie jeszcze około 175 MB danych, poprosi o zalogowanie się lub utworzenie konta i wypełnienie ankiety. Ankieta to de facto automatyczne zbieranie informacji o posiadanym sprzęcie i łączu, więc warto to zrobić – niech wiedzą czego używają linuksiarze i w przyszłych decyzjach o rozwoju platformy uwzględniają mój sprzęt.

Steam zaraz po uruchomieniu:

Zrzut ekranu z 2013-02-17 17:08:00Jak widać trwa promocja. Ja sobie kupiłem jak wyżej wspomniałem Counter Strike za jakieś 3 euro. Zapłata e-kartą z mBanku przebiegła bez problemu.

Ciekaw jestem czy komuś się uda odciągnąć mnie teraz od zabawy jakimś wordpressowym zleceniem 😉 Ale próbować zawsze można.

Konfiguracja Apache: adresy public_html bez tyldy ~ przed nazwą użytkownika

Kolejna  notatka dla samego siebie: jak sprawić by lokalnie zainstalowany serwer Apache na Linuksie pozwalał otwierać projekty z katalogu $HOME/public_html za pomocą adresu localhost/user/projekt, a nie localhost/~user/projekt ?

Do pliku konfiguracyjnego serwera (u mnie w Fedora 17 /etc/httpd/conf/httpd.conf, a w Fedora 18 /etc/httpd/conf.d/userdir.conf) dopisujemy:

RewriteEngine On
RewriteCond "/home/$1/public_html" -d
RewriteRule "^/([^/]+)/(.*)" "/home/$1/public_html/$2"

I tyle.

Instalacja node.js w Linux Fedora

Node.js jest coraz popularniejszy, a nawet jeśli ktoś nie chce mieć tego javascriptowego serwera u siebie w systemie, to prędzej czy później natrafi na takie zależności, że będzie musiał go i tak u siebie zainstalować. Ja trafiłem właśnie na to teraz: używam LessCSS jako sposobu pisania kodu CSS, a kompilator LessCSS > CSS można zainstalować – poprawcie mnie jeśli się mylę – tylko za pomocą npm, który działa właśnie jako moduł do node.js.

Problem polega na tym, że od jakiegoś czasu nie ma paczek RPM dla Fedory (Red Hat, CentOS) z node.js. Trzeba go instalować ręcznie, a oto opis jak zrobić to najłatwiej:

Pobieramy Linux bianaries dla naszego procesora z tej strony.

Rozpakowujemy paczkę, zmieniamy jej nazwę na ‚node’.

Wrzucamy w miejsce, gdzie chcemy aby program był zainstalowany. Ja na takie lokalne programy mam katalog /home/konrad/_Programy.

W terminalu wydajemy polecenie:

PATH=$PATH:$HOME/_Programy/node/bin

(oczywiście zmień wyrażenie po $HOME na ścieżkę do twojego katalogu, pamiętaj o dodaniu /bin na końcu)

W katalogu domowym odnajdujemy ukryty plik .bash_profile i tam też dopisujemy te polecenie, a po nim:

export PATH

To wszystko. Od teraz node.js jest zainstalowany i działa. Można go wywołać poleceniem node, npm wywołamy poleceniem… npm.

Kupiłem sobie ultrabook Toshiba Z830

Gdyby kogoś interesował fakt, że zmieniłem komputer na którym pracuję, gdyby ktoś obecnie rozglądał się za ultrabookiem dla siebie lub zastanawia się jak linux radzi sobie z tego typu sprzętem – można czytać dalej. Uprzedzam, że wyszedł okropnie długi tekst, co z jednej strony pewnie sprawi, że wiele osób umrze z nudów, z drugiej jest dowodem na to jak przyjemnie mi się pracuje z nową klawiaturą w nowym komputerze (poważnie, jest rewelacyjnie), a po trzecie: hej, dawno nic nie pisałem tak na poważnie. Czas więc nadrobić zaległości.

Tak, mój wysłużony Acer Extensa leży już tylko na parapecie i zastanawiam się co z nim dalej zrobić. Tekst ten już piszę na ultrabooku Toshiba Satellite Z830. Gdyby ktoś nie wiedział co to jest ultrabook, to taki bardzo cienki (moja Nokia N8 leżąca obok jest grubsza niż ów komputer z zamkniętym ekranem), bardzo lekki (11 calowe tablety ważą mniej więcej tyle samo; w każdym bądź razie w plecaku nie czuć w ogóle, że go mam) i bardzo energooszczędny (bateria według zapewnień producenta wytrzymuje 8 godzin, w praktyce jest to do 5 i pół godziny, więc i tak jest świetnie) laptop.

Dlaczego zmieniłem? O tego typu sprzęcie marzę już od dawna, mniej więcej od momentu gdy mój poprzedni laptop włożyłem pierwszy raz do plecaka i pochodziłem z nim więcej niż godzinę. Dźwiganie prawie trzech kilo daje się prędzej czy później we znaki, a fakt działania przez 2 godziny bez ładowania w ogóle zniechęca do wynoszenia go z domu. Tak więc Acer – poza wyjazdami na WordCampy – służył właściwie jako stacjonarny komputer, który od czasu do czasu można przenieść do łóżka. Idea by kupić sobie laptop, wyjeżdżać z nim w podróże i od razu na miejscu opisywać przygody legła w gruzach jeszcze zanim miałem możliwość ją przetestować. Nigdy nie zdecydowałem się targać go ze sobą za granicę, a już po powrocie do domu z wyjazdu, opowiedzeniu „jak było” dziesięć razy dziesięciorgu znajomych nie chciało się tego pisać jeszcze raz. Dlatego tak mało na blogu piszę o tym gdzie byłem.

Tak więc z radością przyjąłem pojawienie się mniej więcej równy rok temu nowej kategorii sprzętu jakim są ultrabooki. Ze smutkiem – że nie chcą one współpracować z linuksami. Hybrydowa karta graficzna nie chciała dawać z siebie tego do czego została stworzona (dwa tryby pracy: oszczędny w energię lub super wydajny). Z zakupem więc zwlekałem.

Do czasu. Temat śledzę cały czas i wiem, że ten lub inny egzemplarz działa już mniej lub bardziej bez problemów pod linuksem. Pojawiły się jeszcze lżejsze modele, ceny nieco spadły. A mój Acer postanowił się definitywnie zestarzeć. Klawiatura coraz mniej mnie słuchała, wrócił stary problem z ekranem, który był naprawiany na gwarancji. Dodatkowo ekran już się nieco wypalił, a bateria jeśli wytrzyma półtorej godziny to jest to jej szczyt możliwości.

Decyzja więc zapadła: czas na nowy sprzęt i musi to być ultrabook.

Bym mógł na nim pracować i bym mógł zabierać go na bliższe i dalsze spacery. Żadnych kompromisów w postaci netbooka czy tabletu na których praca nie jest możliwa (chyba, że ktoś pracuje jako przeglądacz forów i blogów). Potrzebny mi lekki i wydajny laptop.

Dlaczego Toshiba i właśnie ten model? Z ręką na sercu – nigdy chyba tak dokładnie nie wybierałem. Robiłem tabelki, porównania, niemalże casting na mój kolejny sprzęt. Wygrała Toshiba o dokładnym modelu Satellite Z830-10J. Nawet owo 10J zostało świadomie wybrane, w ostatnim etapie wygrało z 10K (jeśli dobrze pamiętam).

Postawiłem warunki graniczne:

  • musi działać pod linuksem w najgorszym wypadku jedynie nieznacznie gorzej niż pod windows
  • musi mieć matowy ekran (błyszczący ekran kompletnie nie nadaje się do pracy w terenie)
  • musi mieć podświetlaną klawiaturę, tak bym mógł swobodnie pracować na nim po ciemku (czy wspominałem już wam o moich problemach ze snem?)

Powyższe warunki brzegowe dość szybko przeczesały rynek. O ile jest już wiele modelów lubiących się z linuksem, o tyle tylko Toshiba i Lenovo zdecydowały się używać matowych ekranów, a tylko Toshiba ma podświetlaną klawiaturę.

Gdy zacząłem doczytywać o tym sprzęcie, coraz bardziej się przekonywałem do Toshiby. Wszędzie chyba chwalona niezawodność, rekordowa nawet wśród ultrabooków lekkość (1,1 kg), dobry touchpad i dobra klawiatura. Dodatkowo całe mnóstwo wszelkich portów (trzy razy USB w tym jeden w standardzie 3.0, czytnik kart, wyjście hdmi, wyjście vga, które bardzo potzebuję, bo podłączam sobie dodatkowy, stary monitor). Świetnie.

Pozostała kwestia modelu. Gdy to piszę z rynku zniknęły już Z830 (możecie je pewnie dostać już tylko z drugiej ręki lub z jakiegoś sklepu, w którym zalega) i zastępowane są przez Z930. Upgrade numerka oznacza nieco lepszy procesor i właściwie nic więcej, więc można traktować tę „recenzję” jako recenzję i Z830, i Z930.

Teraz pytanie czy Satellite, czy Portage. W Polsce właściwie dostępny jest tylko ten drugi. Różnica polega jednak jedynie na innej wersji systemu Windows (Portage ma ponoć lepszą) i innym dodanym oprogramowaniu. Jest to więc kwestia, która w ogóle mnie nie interesowała, skoro i tak Windows miał zostać zaraz usunięty. Biorę więc Satellite.

Teraz decyzja odnośnie ostatniego członu nazwy po kresce. To właśnie moment, gdy do arkusza kalkulacyjnego wrzuciłem wszystkie modele, wypisałem obok siebie wszystkie parametry oraz ceny. Główne różnice, właściwie jedyne to użyty procesor (10J ma Intel i5 1,6 GHz), ilość ramu (4GB) oraz obecność lub nie czytnika kart sim (nie ma). Ten model uplasował się na 4 miejscu wśród wszystkich jakie porównałem, a 3 lepsze były o wiele droższe (nawet o dodatkowe 2,5 tysiąca złotych). Stwierdziłem, że procesor i ram i tak są lepsze niż w poprzednim, a modem gprs zawsze mogę sobie dokupić, a nie dopłacać za niego 700 złotych.

Dopisek: w tym całym natłoku słów, zapomniałem wspomnieć ile faktycznie kosztował 🙂 2500 złotych.

Ważna informacja: 10J to model na rynek niemiecki (kupiłem go na allegro). Oznacza to obecność Windowsa po angielsku, francusku lub niemiecku oraz niemiecką klawiaturę QWERTZ.

Obrazek ma dowodzić jak cienki jest to laptop. Portret z HTC

Obrazek ma dowodzić jak cienki jest to laptop. Portret z HTC

Wersja Windowsa jak już wspomniałem mnie nie interesuje (choć zawsze można i tak ją sobie legalnie spolszczyć). Niemiecka klawiatura bardziej mnie zastanawiała. W zakresie podstawowego alfabetu różni się od naszej tylko jednym: tam gdzie jest Y, jest Z i odwrotnie. Inaczej ułożone są także znaki pomiędzy alfabetem, a enterem (wszelkie {, }, > itd). To ma znaczenie jeśli ktoś jest webdeveloperem – tych znaków używa sie tak samo często jak zwykłych liter.

Zdecydowałem się jednak wziąć tego niemca. Podstawowa sprawa: było o tysiąc złotych taniej niż dokładnie ten sam model z polską klawiaturą QWERTY! Ponadto mimo, że klawisze widzę niemieckie, zarówno w windows jak i linux można sobie ustawić klawiaturę polską. Jeśli ktoś pisze bezwzrokowo, będzie szczęśliwy. Po prostu na prawo od klawisza z „P” widzi klawisz z niemieckim U-umlaut, ale gdy uderzy w ten klawisz, ma tam standardowy nawias kwadratowy.

Dla pewności zadzwoniłem też przed zakupem do oficjalnego serwisu Toshiby, gdzie powiedziano mi, że wymiana klawiatury to koszt do 300 złotych. Zatem w najgorszym wypadku, jeśli bym nie dał rady wytrzymać moge wymienić, a i tak będzie taniej o 700 złotych niż w polskim sklepie. Od razu powiem, że używam już tydzień i da się pracować. Nie jest super wygodnie, ale jeszcze dam tej klawiaturze kilka tygodni i jeśli nadal nie będę trafiał w nawiasy okrągłe (są przesunięte w lewo, nawias otwierający to ósemka z shiftem), to wymienię.

Postanowiłem też dać szansę Windowsowi. Pomyślałem sobie, że skoro dostaję go zupełnie legalnie to przynajmniej przez tydzień zobaczę jak się pod nim pracuje. Niestety, choć naprawdę chciałem spędzić z nim siedem dni, Windows 7 zniknął z dysku już po 3 dniach.

Pomijam kwestię upierdliwego wyskakiwania wszelkich głupich chmurek w prawym dolnym rogu; pomijam masę preinstalowanego softu od producenta komputerów, z których przynajmniej jeden wszystko co robił to wyświetlał mi „ofertę dnia” (niech ktoś jeszcze spróbuje się śmiać z Ubuntu, że w najnowszej wersji będzie miał nieinwazyjnie zintegrowane wyszukiwanie ze sklepem amazon). Dostarczony program antywirusowy najpierw trzy razy na jedno uruchomienie błagał mnie bym go aktywował, a gdy aktywowałem, trzy razy błagał mnie bym go kupił, bo za 30 dni przestanie działać. Kurwicy można dostać; pomyśleć, że miliony ludzi specjalnie płaci za system, który tak się zachowuje (z punktu widzenia 12 lat z linuksem coraz rzadziej rozgraniczam soft od systemu jako takiego, a patrzę na dystrybucyjną całość).

To jednak sprawy które można sobie odinstalować lub przekonfigurować. Ostatecznie o jak najszybszej ucieczce z Windows zdecydowała próba pracy nad stronami www. Współczuję wszystkim, którzy zajmują się webdeveloperką pod windows i jeszcze nie wiedzą jak łatwe to jest w linuksie.

Bo w Linuksie jest tak: Musisz zmienić coś na zdalnym serwerze ftp? Po prostu w menedżerze plików (Nautilus, odpowiednik Explorator Windows) montujesz sobie takie miejsce, zapamiętujesz w zakładkach i pracujesz jakby to był katalog lokalny. Otwierasz pliki, edytujesz, zapisujesz, a wszystko zupełnie transparentnie przegrywane jest na zdalny serwer. Tak samo tworzysz, usuwasz inne pliki, katalogi.

W Windows natomiast potrzebny jest program do ftp. Łączysz się, ściągasz plik, edytujesz, wgrywasz ręcznie i sprawdzasz jak działa. Jak nie działa jak należy, powtarzasz powyższe jeszcze raz. Tragedia.

Doradzono mi program NetDrive, który pozwala podobnie jak to jest w linuksie zamontować katalogi pod windows. Program ten jednak sprawił, że uciekłem natychmiast z windows. Edycja pliku z tak zamontowanego katalogu skończyła się jego utratą! Na serwer przegrała się tylko połowa pliku. Musiałem się ratować kopią zapasową.

Windows to nie jest miejsce do pracy dla ludzi takich jak ja. (A od wersji Windows 8 nie będzie to miejsce do pracy dla kogokolwiek).

Zgrałem więc na pendrive całą partycję recovery z instalką windowsa (na wypadek gdybym jednak musiał kiedyś do niego wrócić lub gdybym ultrabook komuś sprzedawał) i na dysku SSD pojawiła się stara, poczciwa Fedora. Też z jakimiś niedogodnościami, ale niedogodnościami, które znam. Może i ultrabook będzie działał gorzej, ale przynajmniej nie będzie mi kasował mojej wielogodzinnej pracy.

O dziwo pod Fedorą sprzęt zachowuje się w wielu kwestiach lepiej niż z Windows. Poważnie tego się nie spodziewałem, ale tak jest. Pierwsza rzecz, którą zauważyłem to multitouch gładzika. Pod windows przewijanie stron czy dokumentów dwoma palcami działało jakoś z oporami. Raz zadziała, raz nie, kolejny raz coś się przytnie. Nawet myślałem, że to musi tak być – sprawdzałem to w sklepach w wielu innych ultrabookach i zawsze było to takie szarpane.

Natomiast pod Linuksem wszystko odbywa się tak płynnie, jak zwykłe przewijanie rolką. Co ciekawe działa od razu przewijanie pionowe i poziome. W windows pomiędzy przewijaniem poziomym i pionowym trzeba na chwile palce oderwać od gładzika. W linuksie można przesuwać zupełnie swobodnie, poruszać dokumenty po skosie… Fajny drobiazg (choć fakt, że drobiazg).

Pod windowsem nie działała kombinacja Fn+3/4. Podpisy klawiatury sugerowały, że w ten sposób można zciszyć lub zgłośnić dźwięk, ale nie działało. Nawet podejrzewałem, że to awaria klawiszy, bo dziwne jest by toshiba wypuściła taki bubel. Pod linuksem jednak się okazało, że wszystko z przyciskami jest w porządku. O proszę.

Lepiej też działa przyciemnianie ekranu. W windows przyciemnić można tylko do pewnego stopnia. W linuksie – aż do zupełnego wyłączenia obrazu.

Jest jeszcze kilka innych kwestii, które okazały się pozytywnie mnie zaskoczyć. Są też wady.

Nie działa przycisk wyłączania i włączania podświetlania klawiatury. W Windows Fn+z powoduje zmianę pracy trzech trybów: podświetlanie włączone, wyłączone lub włączane na 15 sekund i przygaszanie po nieużywaniu. W Linuksie to nie działa. Na szczęście można sobie w BIOSie wybrać któryś z tych trybów, nawet ustawić długość podświetlania czasowego (tak więc ustawiłem sobie 5-sekundowe podświetlanie i jest ok). Nie można jednak tego zmieniać podczas gdy system już działa. Kiepsko, ale da się żyć.

Nie działają też przyciski wyłączania gładzika. Pomaga w tym jednak mały programik o nazwie Jupiter (który generalnie służy zmianom ustawień sprzętu tak by oszczędzić jak najbardziej baterię lub pracować na kablu super wydajnie).

Nie gaśnie też dioda anteny wifi. Wyłączyć moduł wifi oczywiście się da, ale dioda cały czas sugeruje, że praca nadal trwa.

To chyba jedyne mankamenty jakie zauważyłem po tych 4 dniach z linuksem. Wszystko inne dziala jak na każdym innym sprzęcie.

Dużym plusem jest to, że wydajność baterii wcale nie spadła. Obawiałem się, że skróci się czas pracy, ale po zastosowaniu wszelkich znalezionych w sieci sugestii i ustawień oraz programu Jupiter, nadal jest to około 5,5 godziny przy oszczędnej pracy (nie przemęczanie procesora, mocno przyciemniony ekran, rozłączanie od sieci wifi, gdy z niej nie korzystamy itp). Usypianie komputera (wybudza się z niego w sekundę) lub w ogóle wyłączanie (start systemu do pełnej używalności to 16 sekund) może sprawić, że baterię naładować będzie trzeba dopiero na następny dzień.

To chyba wszystko. Z zakupu jestem baaaardzo zadowolony. Laptop wygląda świetnie. Waży tyle, co nic. Działa idealnie z małymi minusami, o jakich wspomniałem wyżej. No może jeszcze jeden minus: 13,3 cala ekranu to jednak trochę mało, zwłaszcza jak się przesiadło z piętnastu. Wszystkie strony internetowe z dłuższym tekstem muszę sobie powiększać (ctrl+’+’) bo literki są maciupkie. Ale da się żyć.

Wiem, że mój następny komputer to będzie także wybór według dokładnie tych samych kryteriów (strach pomyśleć jak lekkie i długo działające będą one za kilka lat). Ultrabook to rewelacyjna opcja dla tych, którzy szukają sprzętu do pracy, do rozrywki i do podróży.

Wróciłem do Firefoksa

Jako, że przynajmniej kilka razy na tym blogu wychwalałem wyższość Chrome nad Firefoksem, powinienem przyznać się, że jednak wróciłem do Firefoksa. Używam go już z dwa miesiące i nie zamierzam – przynajmniej na razie – zmieniać przeglądarki.

Skąd ta zmiana? Powód jest jeden: pamięć RAM. Jakiś czas temu ktoś w Google wpadł na to, że Chrome weźmie tyle pamięci, ile znajdzie i już po starcie zajmuje pół gigabajta. Po dłuższej pracy to są nawet 2 GB.

Może i by mi to nie przeszkadzało, gdyby nie fakt, że  ostatnio coraz więcej firm i programistów myśli tak samo. Dwa gigabajty dla chrome, 1 gigabajt dla edytora Netbeans. Ja się na to nie godzę. I o ile rozumiem dlaczego Netbeans potrzebuje tak wiele pamięci (w końcu to potężne, rozbudowane IDE do programowania) to nie chcę by i przeglądarka tyle żarła.

Kilka razy się załapałem na tym, że mając w komputerze 3 GB ramu i włączonego Chrome zajmującego już dwa gigabajty, odpalałem Netbeans. A to oznaczało rzężenie dyskiem w poszukiwaniu miejsca, gdzie by te nadmiary pamięci upchnąć. Jako, że Netbeans używać muszę (i lubię), Chrome powiedziałem „pa pa”.

Było ciężko przez kilka pierwszych dni (przyzwyczajenia do skrótów i zachowań, o których pisałem już wcześniej) ale teraz, po dwóch prawie miesiącach Firefox leży już w moich dłoniach, wygląda i działa niemal tak jak chce, a nawet zajmuje mniej miejsca na ekranie.

Wszyscy polubili Chrome za zintegrowanie paska tytułu z paskiem paneli. Ja w Firefoksie zintegrowałem na jednym pasku i tytuł, i panele i menu. Chrome tego nie potrafi. Oto jak to wygląda:

Pasek zakładek chowa się (a raczej otwiera, bo domyślnie jest schowany) tą gwiazdką.

Gdyby ktoś też tak chciał, to:

  • wszystko w jednym pasku umieściłem przez zwykłe Dostosuj w Firefoksie
  • chowanie paska zakładek osiągamy przez dodatek Hide BookmarksBar
  • dodatkowo, czego nie widać na zrzucie, pozbyłem się drażniącego okienka pobierania plików zastępując je dodatkiem Download StatusBar, który podobnie jak w Chrome pobierane pliki pokazuje na pasku na dole  okna (węższym niż w Chrome)
  • pasek tytułu w Gnome 3 w Fedorze usunąłem linukowym mini-programem maximus.

I jest tak jak ja chce 🙂

Tak więc Firefoksie, masz jeszcze przyszłość. Przynajmniej u mnie.

Fedora 16 – stary (nie)dobry Linux

Po tym jak miałem dość niestabilności i niekonfigurowalności Ubuntu / Unity przesiadłem się na Fedorę.

Pierwsze wrażenie było zachwycające. Wszystko jest tak samo jak w starym dobrym Linuksie sprzed czasów Ubuntu. Działa, nie wywala się.

Niestety wraz ze starymi dobrymi wróciły stare niedobre. Zainstalowanie jakiegoś programu to przynajmniej wysiłek, jeśli nie katorga. Instalator, gdy poszukujemy w nim jakiegoś programu zwraca listę wyników tylko luźno związaną z tym, co szukaliśmy.

Przypomniałem sobie, że wciąż istnieją wyszukiwarki pakietów RPM, myślałem, że już odeszły w niepamięć. Przypomniałem sobie, że jakiś program może nie chcieć się zainstalować z powodu konfliktu z dziwnanazwa.so. Przypomniałem sobie, że jakiś program, choć dostępny w repozytorium, może w ogóle nie chcieć się zainstalować. Nawet nie podając powodu swojego kaprysu.

Obecnie męczę się z uruchomieniem Gadu Gadu w komunikatorze Empathy. A to z kolei przypomina mi stare dobre przegrzebywanie się przez wszelkie HOW TO (signum temporis polega jednak na tym, że manuale zostały zastąpione przez bug trackery).

Okazuje się, że Mark wcale nie jest taki zły ze swoimi pomysłami na Ubuntu. Myślałem, że te stare przypadłości zostały wyeliminowane generalnie w Linuksie. Okazuje się, że to tylko Ubuntu sobie z nimi poradziło.

Mam dylemat czy zostać przy Fedorze, czy wrócić do Ubuntu czy… jednak nie wrócić do Windowsa. Już 10 lat go nie używam, a podobno siódemka jest już prawdziwym systemem.

Proszę w komentarzach o listę wad Windows 7.

Fedora i drukarka Samsung ML-1660

Im dłużej trwa rozwiązywanie linukowsego problemu, tym większym hakerem się czujesz, gdy uda się rozwiązać. O godzinie 4:00 wdusiłem przycisk „drukuj”, kartka została wydrukowana o 6:15.

Dla potomnych i dla siebie: rozwiązanie problemu jakie zadziałało znajduje się na forum Ubuntu tutaj.

Modyfikacje względem opisu na forum:

  • nie „filters” a „filter”
  • nie musiałem wgrywać ręcznie pliku ppd

Co ciekawe pod Ubuntu problemu z drukarką nie mam, mam pod Fedorą, a rozwiązanie opisują ubuntowcy. Niezbadane są wyroki linuksa.

(Niedługo nieco bardziej się rozpiszę o Fedorze, bowiem od miesiąca rozstałem się na dobre z Ubuntu i teraz siedzę właśnie „pod kapeluszem” / może się jednak jeszcze kiedyś przeproszę z Ubu, jak już Unity będzie dało się używać)