Odzyskiwanie danych skasowanych z pendrive – jak to zrobić pod linuksem

W końcu się przytrafiło: zamiast skasować kilka katalogów z pendrive’a skasowało się wszystko 🙂 Nie do kosza, ale na „amen”.

Do skasowania doszło pod Windows, więc najpierw szukałem narzędzi dla tego systemu: bałem się, że wyjęcie pendrive może pogorszyć sytuację. Po sprawdzeniu dwóch, każdy się okazał programem typu „pokażemy ci co skasowałeś, ale za odzyskanie zapłać”. Dałem sobie zatem spokój i przepiąłem pendrive do mojego laptopa.

I teraz krótko jak postępujemy:

Instalujemy foremost, program do odzyskiwania danych:

$ sudo yum install foremost

Podpinamy pendrive i szukamy jego oznaczenia:

$ sudo fdisk -l

(u mnie wyszło, że pendrive ten to /dev/sdb2)

Odzyskujemy (chwilę to potrwa):

$ sudo foremost -i /dev/sdb2 -o ~/odzyskane

Utworzony na dysku katalog z odzyskanymi ma uprawnienia roota, więc poprawiamy to:

$ sudo chmod -R 777 ~/odzyskane

Wułala: w katalogu użytkownika zobaczysz katalog „odzyskane” a w nim wszystko co było na pendrive i nie zostało nadpisane

Co ja zrobiłem dla Ukrainy (i co możesz zrobić i Ty)

Ostatnio wszyscy się prześcigają w pomysłach jakby tu dopiec Rosji albo wesprzeć Ukrainę. Dołączę do chóru.

Usłyszałem właśnie w radio, że rosyjscy mieszkańcy Krymu już szczerzą się z radości na myśl, że półwysep ten stanie się niezależnym państwem, chronionym przez Rosję, którego gospodarka będzie oparta na turystyce. Rzeczywiście: te same babuszki, u których wynajmowałem kwatery gdy byłem tam pierwszy czy drugi raz teraz wyległy wyszczerzone na ulicę wyglądając pieriestrojki.

Wszedłem więc w Google, wyszukałem krymskie kwatery i napisałem do kilku z nich z informacją, że rozważałem w te wakacje ponowne odwiedzenie i wynajęcie u nich noclegu, ale w takiej sytuacji muszę z planów zrezygnować.

Głupie? Może i głupie, ale jeśli im się naprawdę wydaje, że turyści będą jeździć nadal do nich, może warto im uświadomić, że mołdawskie naddniestrze odwiedzają obecnie tylko hardcorowcy, szukający wrażeń.

Najtrudniejsze słowo przy opisie zleceń brzmi „proste”

Czytam właśnie kolejne zlecenie przesłane do mnie i kolejny raz występuje z nim słowo „proste”. Naczytałem się już w życiu jego odmian i użyć mnóstwo: „prosta strona”, „prosty plugin”, „proste ustawianie”, „prosty wybór”.

Z doświadczenia wiem, że jeśli się znaczenia tego słowa z klientem nie doprecyzuje, ktoś na koniec będzie niezadowolony: klient, albo wykonawca. Więc wyjaśnię.

Gdy klient przykładowo pisze w specyfikacji:

  • Proste wybieranie rozmiaru zdjęcia

To być może ma na myśli:

  • Aby zmienić rozmiar zdjęcia chcę złapać za jego brzeg i przeciągnąć i tyle, to jest właśnie proste a więc i tanie

Programista / webdeveloper natomiast to samo zdanie rozumie jako:

  • Aby zmienić rozmiar zdjęcia wpisz w pierwszy input jego wysokość w pikselach, a drugi input szerokość. I błagam nie każ mi sprawdzać czy wpisałeś tam liczbę czy jakiś przypadkowy ciąg znaków. Jeśli rozumiesz proste jako tanie, to to jest właśnie proste.

Drodzy klienci, którzy w przyszłości być może traficie na ten wpis, a potem do mnie: dajcie od razu znać, czy rozumiecie, że „proste w użytku” to coś na kompletnie drugim końcu skali wobec „prostego w wykonaniu” 😉

Kiedyś darłem koty z klientami, z którymi nie doprecyzowaliśmy tego słowa, potem widząc słowo proste od razu kasowałem maila ze zleceniem, ale może teraz nam się uda porozumieć?

Zwykły czytelniku, może też freelancerze: nie krępuj się zacytować tego wpisu w rozmowie ze swoim klientem, jeśli oczywiście zgadzasz się z powyższym 😉 Niech i Twoje nerwy nie cierpią.

 

Pomysły na fajne filmy do obejrzenia

Jeśli kogoś z Was właśnie naszło pytanie, co by tu dziś wieczorem obejrzeć, to mam propozycje, raczej z różnych parafii, więc każdy znajdzie coś dla siebie:

Jabłka Adama – rewelacyjna komedia! Bardzo dawno już się nie popłakałem ze śmiechu, a podczas oglądania tego filmu przez łzy w oczach (ze śmiechu) musiałem film pauzować. Uprzedzam, że to czarny humor i uprzedzam, że to kino europejskie (jeśli się nie mylę to Dania).

Polowanie – w oryginale Jagten, także duński film. To już nie komedia, ale bardzo dobry i drażniący film obyczajowy. O tym jak pomówienie i nieporozumienie potrafi zniszczyć człowieka i o skazywaniu podejrzanego zanim sąd faktycznie wyda wyrok.

Drogówka – wielu już pewnie widziało, nowy film Smarzowskiego i chyba najlepszy jak do tej pory (a poprzednie też były świetne). Jeśli ktoś do tej pory widział tylko te zajawki specjalnie wypuszczone do sieci (filmiki, w których w śmieszny sposób policjanci dowodzą jak są skorumpowani) informuję, że to był tylko słodki lukier na grubej warstwie bardzo gorzkiego ciasta. Ciężko te ciasto się je, ale naprawdę warto.

Star Trek (ten z 2009 roku) oraz jego kontynuacja W ciemność. Star Trek. Nigdy nie byłem jakimś specjalnym fanem tych filmów, ale oba okazały się dobrym pakietem startowym, dla kogoś kto właśnie nie miał z nimi do tej pory do czynienia. Bardzo dobra, logiczna opowieść dziejąca się w przyszłości. Chyba tak właśnie powinno wyglądać science fiction, gdzie słowo science nie jest przypadkowe.

Sztanga i cash – znowu dobra komedia, taka w hollywódzkim stylu. Oparta na faktach, o czym co chwila przypominają napisy w trakcie filmu. Bo przypominać trzeba – historia jest tak niesamowita, że ciężko uwierzyć, że nie jest to wytwór wyobraźni scenarzysty.

Miłego wieczoru!

 

Kilka razy w roku piszę książkę

Oglądałem właśnie film „Capote”. Opowiada o tym jak ten słynny pisarz pracował nad jedną ze swoich książek „Z zimną krwią”. W pewnym momencie wypowiada słowa:

Naprawdę chciałbym już z tym skończyć. Siedzę nad tą książką już cztery lata.

Nie czytałem tej książki, ale według internetu ma ona między 500 a 600 stron. Chwała za tyle pracy.

Ale zastanowiłem się po ilu latach ja napisałbym równoważnik takiej książki. Jakby nie było kodując też piszę; inny to rodzaj literatury, ale też muszę wszystko od początku do końca sobie rozplanować, przewidzieć w którym momencie będą najważniejsze zwroty akcji, a co więcej być jednocześnie i pisarzem i korektorem: wystarczy zapomnieć o jakiejś kropce czy średniku i książka okazuje się totalną klapą.

Wziąłem do ręki tylko ostatnie moje dzieło, skórkę do WordPressa napisaną na zlecenie. Uruchomiłem w konsoli:

find . -name ‚*.php’ -o -name ‚*.css’ -o -name ‚*.js’ -o -name ‚*.less’ | xargs wc -l

Zlicza to linie we wszystkich napisanych przeze mnie plikach. Wynik: 19401.

Na jednej stronie A4 mieści się 57 linii pisanych czcionką 11tką. Nie wiem czy to dobre porównanie do faktycznie książek drukowanych, ale gdyby to wydrukować wyszłoby 340 stron.

To tylko jedna skórka, a tych piszę w roku kilka. Do tego wtyczki, czy pełne zlecenia na całe strony.

Tak teraz myślę, że mój kod bardziej to wiersze niż proza. Linijki rzadko zajmują całą szerokość karty i mało kto je rozumie. A już na pewno nikt poza mną ich nigdy nie przeczyta.

Płoną swiatła ramp

Najdroższe Google, najmilsze NSA,

ten wpis jest moimi przeprosinami i wielką prośbą abyście nie wpadali do mnie jutro rano znienacka. Nie teraz. Jutro wyjeżdżam na urlop, bardzo długo na niego czekałem, a właśnie zrobiłem w sieci coś bardzo niedobrego. Wy już dobrze wiecie co zrobiłem, więc wytłumaczę to tylko czytelnikom, którzy nie wiedzą o co chodzi.

Otóż właśnie czytałem o szybkowarach. Poważnie.

Czytałem  o szybkowarach, bo czytała o nich pewna pani mieszkająca w USA. W tym samym czasie w tym samym domu i tej samej sieci, ale z innego urządzenia jej mąż czytał o plecakach. Chwilę wcześniej informacji o szybkowarach i plecakach szukali oni w Google. Chwilę później pod ich drzwiami stała jednostka antyterrorystyczna.

Okazuje się, że czujniki Google ustawione są tak, że googlanie tych dwóch informacji włącza gdzieś tam czerwoną lampkę, a przynajmniej gdzieś na czyimś ekranie zaczyna migać – jak w kiepskim filmie sensacyjnym – wielki napis „terrorist detected!”.

Poważnie, to co wyżej opisałem faktycznie się wydarzyło. Pewne małżeństwo szukało jakichś informacji w google, a antyterroryści w supermagiczny sposób o tym wiedzieli. Czujecie to?

Zapewne zadajecie sobie pytanie co mają oba zwroty do terroryzmu. Też sobie zadałem to pytanie. OK, ja mniej więcej po zamachach w bostonie domyślam się czemu zestawianie z jakimś terrorystycznym terminem słowa „plecak” może budzić niepokój u wielkiego brata, ale czemu terminem terrorystycznym jest szybkowar?

Głupi ja, postanowiłem pogooglać. Tak – chwilę temu czytałem, że Google donosi o googlaniu i chwilę później sam googlam i to bardzo dogłębnie na dokładnie ten sam temat. Dogooglałem się do filmików z wybuchami, do artykułów naukowych. Po całych tych poszukiwaniach wiem już wszystko, ale pojawił się kac „co ja do cholery właśnie zrobiłem?”

Drogie Google, najmilsze NSA, pozwólcie więc, że przynajmniej na koniec powstrzymam innych przed błędem jaki właśnie popełniłem, a zrobię to wyjaśniając co ma szybkowar do terroryzmu.

Bez wgłębiania się w szczegóły: w szybkowarze wyprodukować można dwutlenek difluoru (szit! właśnie kolejny raz użyłem Google by sprawdzić czy to właśnie tak będzie po polsku), który w temperaturze pokojowej (a nawet bardzo bardzo nisko poniżej zera) rozpuszcza wszelkie substancje organiczne, w tym i ludzkie ciało.

Zestawienie więc wyszukiwania informacji o plecakach (które jak wiadomo są podstawowym narzędziem do roznoszenia terroryzmu) z urządzeniem do produkcji substancji rozpuszczającej ludzkie tkanki – nawet jeśli większość ludzi urządzenia tego używa do gotowania – zaczyna nabierać sensu.

Nabierać sensu zaczynają także wyznania Snowdena. Straszne.

Jaka temperatura w Białymstoku?

Taka szybka informacja. Gdyby ktoś potrzebował sprawdzić ile stopni jest właśnie w Białymstoku, czy też tę informację pobrać do jakiejś swojej aplikacji, którą tworzy, widżetu na pulpit czy gdziekolwiek indziej, gdzie może się ona przydać, to uprzejmie informuję, że mój blog może służyć za źródło.

http://muzungu.pl/met/ – pokazuje duży napis z temperaturą, odświeża się co 5 minut

http://muzungu.pl/met/?plain – żadnych formatowań, bez kodu HTML i brak odświeżania. Po prostu temperatura zapisana zwykłym tekstem.

http://muzungu.pl/met/?float – to co powyżej, tyle, że bez °C na końcu.

Informację o temperaturze pobieram z tej stacji meteorologicznej.

OK, właśnie udowodniłem, że jestem tak leniwy, że nawet nie chce mi się podchodzić do termometru za oknem 😉

 

Dolny Śląsk będzie miał swoją Wikipedię

Grzegorz Marczak tłumaczy czemu portal dla Dolnego Śląska musi kosztować 65 mln.

OK. Pytanie kolejne: czy DŚ musi koniecznie wydać 65 milionów na coś, co każdy już teraz znajdzie na Wikipedii i Google Maps?

Jeśli DŚ ma coś przeciwko Wikipedii i Google Maps (bo przecież niepolskie, szpiegujące i tworzone prez gimbazę), zmieniam pytanie: czy DŚ musi wydać 65 milionów na coś, co każdy znajdzie już teraz na encyklopedia.pwn.pl czy tworzonym z podatków GeoPortal.gov.pl

Już pomijam fakt, że za owe 65 milionów DŚ dostanie oczojebne wideobanery. Nie wiem jakie Wy tam macie do nich podejście we Wrocławiu, ale tu w Białymstoku ludzie skargi na nie piszą do Rady Miasta, a ja jak przechodzę wieczorem obok, ledwo się powstrzymuje by nie rzucić kamieniem. A we Wrocławiu miasto samo będzie oślepiać mieszkańców.

Setny raz o Asanie

I będę o niej pisał jeszcze milion razy. Do momentu aż wszyscy zaczną jej używać, lub innego narzędzia do panowania nad zadaniami. Po prostu jest genialna, co udowodnia mi właśnie kolejny raz i udowodni na pewno jeszcze w wielu przypadkach.

Uwaga, to nie będzie wpis o tworzeniu stron. OK, jako przykład podam swój własny przypadek, a że ten polega na realizacji wordpressowego zlecenia, to nie ma znaczenia. Asanę używam i każdy może używać do zapanowania nad dowolnym problemem. Przygotowujesz się do wyjazdu na wakacje i nagle zdajesz sobie sprawę jak wiele jeszcze rzeczy musisz załatwić zanim stawisz się na lotnisku? Wróciłeś właśnie z urlopu i na biurku masz milion notatek od współpracowników z zadaniami, przez co jedyny pomysł jaki przychodzi ci do głowy, to rozłożyć ręce i płakać? W najbliższym tygodniu masz dwie klasówki, każda z czterech działów, do tego jeszcze wypracowanie do napisania, i kilka prac domowych? Oto jak ja to rozwiązuję.

Pod koniec czerwca dostałem zlecenie na całkiem sporą stronę dla pewnego znanego zespołu muzycznego (szczegóły wkrótce). Termin wykonania to koniec lipca. Prawie niemożliwe do wykonania (strona naprawdę spora), ale się zgodziłem.

W ostatnią środę – 17 lipca – wpadłem w panikę. Końca prac nie widać, a zostały niecałe dwa tygodnie.

Wziąłem kartkę A4, narysowałem na niej kalendarz pozostałych dni. W każde pole wpisałem kolejne elementy, które trzeba jeszcze wykonać, zaznaczyłem w jakim dniu zacznę, w jakim skończę. Prawdę mówiąc wyszła mi tragedia, bo upchałem wszystko na styk wykorzystując nawet weekendy na pracę. Ponad dwadzieścia elementów do wykonania, z czego 1/3 to elementy duże, zajmujące więcej niż dzień pracy. A dni trzynaście.

Zacząłem pisać maila do zespołu, że niestety nie uda się dotrzymać terminu. Przerwałem jednak i postanowiłem wrzucić wszystko w Asanę. Pooznaczać daty, przypisać wszystkie zadania dla mnie (tak bym rano na maila dostawał powiadomienia co dziś mam zrobić). I co ważne otagowałem każde zadanie: duże, wielodniowe dostały tag ‚big’, średnie, kilkugodzinne to ‚medium’, a zadanka do zrobienia w parę chwil – ‚small’.

Efekt? Od środy minęły 4 dni, a na liście zadań, z ponad 20tu zostały… cztery!

todo

(Powyższy zrzut ekranu wykonałem 22 lipca, zobaczcie jak wiele zadań zrobiłem przed czasem)

Nie, to nie Asana wykonała za mnie te zadania, ale to ona zmobilizowała mnie do pracy. Przez cztery dni co rano dostawałem listę rzeczy, które muszę jeszcze zrobić.

Nikomu nie chce się z rana brać do pracy (bo oczywiście najpierw kwejk, potem facebook, kawka, albo w innej kolejności…). Ale rzut oka na listę zadań, przefiltrowanie by pokazało tylko te najmniejsze – przecież jeśli mam zrobić coś, co zajmie mi góra pół godziny, mogę się przemóc i zrobić to przed facebookiem.

Piętnaście minut i zrobione! Odhaczam zadanie w Asanie, ono się ładnie przesuwa i robi szare. Teraz, skoro już mam otwarty edytor i wszystko inne, można śmiało zrobić coś ‚medium’. Co tam medium, spróbujmy ‚big’.

I tak dzień po dniu, w cztery dni siedemnaście problemów, które jeszcze w środę wydawały mi się niemożliwe do pokonania po prostu zniknęło.

Niekoniecznie namawiam Was na Asanę; po prostu namawiam Was na jakikolwiek system GTD. Takie coś naprawdę pomaga i sprawia, że coś, co wydaje się niemożliwe do zrobienia w wyznaczonym czasie, kończymy na długo przed terminem. Nawet jeśli nie chcecie korzystać z narzędzi online, wystarczy poczciwa stara metoda: kartka, długopis i robimy listę.