A więc już: mleko się rozlało i nic się już nie da z tym zrobić. Od dziś będziemy patrzeć jak Wedel zwija manatki, zwalnia pracowników, opuszcza biura i ostatni zgasi światło.
Taka wtopa przecież jest wprost niewybaczalna! Wedel wynajął dupną kancelarię prawną, która nie ma wyczucia, więc w ramach kary (nie dla kancelarii a dla Wedla) wszyscy przestaną jeść ptasie mleczko. Tak, to jest logiczne.
Szef Wedla powiedział papudze by ten chronił ich znaki towarowe, papuga nie za bardzo wiedział jak to robić lub nie chciał się wysilać, więc poszedł na łatwiznę: usiadł przed komputerem i napisał do kilku blogerów, by koło ptasiego mleczka postawili „er” w kółeczku.
I się zaczęło. Olgierd opisał sprawę, ta trafiła na Wykop, potem na Facebook (albo najpierw na Facebook, potem na Wykop) i to właściwie wszystko czego trzeba, by wyzwolić potężny bulwers konsumenta.
A jak wiadomo bulwers konsumenta jest stanowczy i ostateczny.
To już dwa lata od tego jak PZU ogłosiło upadłość pod naporem bulwersu. Bulwers oczywiście nie bez powodu: PZU odmówiło wypłacenia odszkodowania właścicielowi statku F. Chopin po tym jak temu się maszty połamały. Facebookowa ściana tego ubezpieczyciela musiała na wet na chwilę zniknąć, bo PZU nie radziło sobie z tysiącami głosów oburzenia i zapewnień, że nigdy się u nich nie ubezpieczą. Ciekaw jestem ilu z Was, którzy teraz to czytają wtedy też bojkotowało, a właśnie zaświtało im w głowie, że w PZU ostatnio ubezpieczyło samochód, dom, wycieczkę, whatever.
Osoby, które w przeciągu ostatniego roku kupiły coś Adidasa powinny właśnie przejść na inną stronę. Dla własnego zdrowia, lepiej nie czytajcie dalej, bo przypomnę Wam, jak rok temu bojkotowaliście tę firmę za zamalowanie graffitti na Służewcu. Tak jest, wtedy też obiecaliście, że Wasza noga w ich sklepach już nie postanie.
No cóż. PZU zbankrutowało, choć w tej innej, niefejsbukowej rzeczywistości kurs akcji od czasu bojkotu właściwie nie drgnął. Wystarczył jeden rok, by świecące pustkami sklepy Adidasa zostały zamknięte jeden po drugim, choć ta inna rzeczywistość mówi, że ludzi w nich jest tyle samo co było.
Ciekaw jestem ile czasu Wam potrzeba by wykończyć Wedla i jego Ptasie Mleczko.
Już pomijam fakt, że co drugi zbulwersowany fejsbukowicz do wczoraj podrzucał mi linki do filmów quasi-narodowościowych, a dziś deklaruje, że polskiego Wedla nie zje, a zamiast niego będzie jeść (der) Alpejskie Mleczko. Tak, to logiczne.
Disclaimer: nie lubię ptasiego mleczka (alpejskiego też, po prostu mi nie skamują). (Chyba) nigdy nie miałem nic z logiem Adidasa (a jeśli miałem to podróbkę z bazaru w latach ’90). Nigdy nic nie ubezpieczałem w PZU.
Im dłużej trwa rozwiązywanie linukowsego problemu, tym większym hakerem się czujesz, gdy uda się rozwiązać. O godzinie 4:00 wdusiłem przycisk „drukuj”, kartka została wydrukowana o 6:15.
Dla potomnych i dla siebie: rozwiązanie problemu jakie zadziałało znajduje się na forum Ubuntu tutaj.
Modyfikacje względem opisu na forum:
- nie „filters” a „filter”
- nie musiałem wgrywać ręcznie pliku ppd
Co ciekawe pod Ubuntu problemu z drukarką nie mam, mam pod Fedorą, a rozwiązanie opisują ubuntowcy. Niezbadane są wyroki linuksa.
(Niedługo nieco bardziej się rozpiszę o Fedorze, bowiem od miesiąca rozstałem się na dobre z Ubuntu i teraz siedzę właśnie „pod kapeluszem” / może się jednak jeszcze kiedyś przeproszę z Ubu, jak już Unity będzie dało się używać)
Czasem przychodzi mi do głowy jakiś ciekawy nowy pomysł. Oczywiście jak to zwykle bywa, pomysł wydaje mi się genialny, ale po kilku dniach sam uznaję, że genialny być nie może, że to się tylko mi tak wydaje. Dlatego postanowiłem pomysłem podzielić się z Wami, napiszcie co o tym myślicie.
Pomysł dotyczy Dropboksa. Pytanie kieruję raczej do osób, które już go używają, bo może też tak jak ja czują ten sam brak. Jeśli ktoś jednak Dropboksa jeszcze nie zna (nie wierzę) jest to w uproszczeniu usługa która pozwala przechowywać Twoje pliki w sieci i mieć do nich dostęp z każdego miejsca, gdzie jest dostęp do internetu.
Problemem jest jednak fakt, że nie zawsze internet jest, albo nie zawsze pobranie pliku z Dropboksa – zwłaszcza jeśli ma kilkaset megabajtów – wydaje się pomysłem ergonomicznym.
Do takich miejsc przenoszę pliki na pendrivie. To niestety mnie zmusza do dbania samemu o ich synchronizację.
W pierwszej kolejności pomyślałem, że Dropbox powinien wypuścić własny pendrive. Albo przynajmniej rozszerzyć swoją aplikację o moduł wykrywania podłączonego pendrive’a i jeśli znajdzie w nim katalog „Dropbox” to mógłby w tle synchronizować takie pliki. Pomysł całkiem ok, ale wydaje mi się, że mogłoby to być jeszcze prostsze.
Wyobraźcie sobie urządzenie, które wygląda jak pendrive (stick z gniazdem USB) i które nosisz przy swoich kluczach. Gdy wchodzisz do domu, urządzenie już w twojej kieszeni wykrywa znaną sobie sieć wi-fi i automatycznie uruchamia synchronizację z serwerem Dropboksa. I tyle.
W ten oto sposób na tym niby „pendrive” zawsze miałbyś aktyualną zawartość swojego Dropboksa.
Czy nie jest to fajny pomysł? Jedyny problem jaki widzę, że to konieczność ładowania baterii urządzenia – oczywiście mogłoby być ładowane przez USB. Jednak jako, że większość operacji wykonywana by była przez sieć, de facto urządzenie rzadko lądowałoby w tym porcie – jedynie gdy idziesz do znajomych i im chcesz zgrać jakiś plik. Na to też mam pomysł: urządzenie gdy będzie prawie rozładowane wyśle do serwera info o tym, a aplikacja Dropbox na twoim komputerze przypomni ci o konieczności doładowania.
Nie wiem czy rozsądnie robię pisząc o tym już teraz – przed kamerą zawsze się stresuję, na dodatek jestem teraz przeziębiony, a nagranie dopiero się odbędzie – ale co tam. Dziś (czwartek 10 XI) o 22.05 w TVP Polonia będzie jakiś reportaż na temat wolontariatu w Rwandzie. Dokładniej, będzie dotyczył wolontariatu skierowanego do rwandyjskich dzieci, ale i mnie poproszono o wypowiedź. Ma być ponoć krótko, góra minuta. Zobaczymy.
Jeśli ktoś przegapi, może potem obejrzeć to tutaj. No ja nie obejrzę – potrzebny jest silverlight, a ten jak wiadomo na Linuksie nie występuje. Pewnie zobaczę u kogoś znajomego.
Spróbujcie nie zwracać uwagi na to z kim Jarosław Gugała rozmawia, bo to zapewne wielu wam wypaczy ocenę dziennikarza. Zwróćcie uwagę jak rozmawia.
Wywiad jest bardzo długi, ale jeśli ktoś chce się zorientować jaki był jego przebieg, proszę przewinąć do 22 minuty na ostatnie 30 sekund wywiadu. Gwarantuję, że wtedy obejrzycie w całości.
Ciężko mi to opisać jakimikolwiek słowami. Na kilka dni przed wyborami (wywiad dotyczył Jarosława Kaczyńskiego i jego wtopy z Angelą Merkel i sugerowaniem jej niejasnych powodów awansu na kanclerza) Gugała pokazuje jak bardzo jadowity jest pewnych polityków i jawnie demonstruje swoje antypatie polityczne.
Kiepsko panie dziennikarzu bo przez ten jeden szalony występ teraz już do końca zapamiętam jakie pan ma opinie o polityce i przez ten pryzmat będę słuchał pana programów.
Jeśli oczywiście jeszcze jakieś programy będą. Dobrze pamiętam jak Sławomir Jeneralski dobre 10 lat temu przeprowadził dokładnie taki sam wywiad z którymś z Kaczyńskich (chyba z Lechem, wtedy prezydentem Warszawy). Dokładnie tak samo. I teraz w żadnej telewizji go już nie ma.
Nienawidzę spamu. Nienawidzę domokrążców, którzy wpychają nogę między drzwi a framugę twojego domu by coś ci sprzedać. Nie znoszę tak samo telemarketerów dzwoniących do mnie po to bym dla ich firmy płacił jeszcze więcej niż płacę do tej pory.
Telemarketerzy tacy dzwonią do mnie tylko z dwóch źródeł. Z mBanku po to by mi wcisnąć jakiś kredyt czy kartę kredytową (obudźcie się panowie i panie – o wiele większy bank uznał, że jestem niewiarygodnym kredytobiorcą
) oraz T-mobile. Po co do mnie dzwonią z T-mobile zazwyczaj nie wiem, a jeśli już się dowiaduje to po tygodniu dzwonienia.
Wczoraj
Telefon z biura obsługi. Muszę odebrać, bo z doświadczenia wiem, że jeśli nie odbiorę i nie wklepią w swój system, że odebrałem, to będą dzwonić bez końca (na razie przetestowałem przetrzymanie ich dwa tygodnie, nadal dzwonili). Odbieram. W słuchawce słyszę melodyjkę T-mobile i automat mnie prosi, bym czekał na rozmowę. Po pięciu sekundach automat się rozłącza. I tyle.
Dzisiaj
Telefon z biura obsługi. Odbieram. Melodyjka i prośba o oczekiwanie na konsultanta. Czekam. Po pięciu sekundach połączenie zerwane przez dzwoniącego.
Jutro
Nie wiem co będzie jutro, ale w styczniu, gdy kończy mi się umowa zmieniam operatora. Oczywiście ich głupi system dzwonienia nie jest jedynym powodem, ale jak najbardziej ma tu duże znaczenie.
Co polecacie przy abonamencie faktycznym w okolicach 55 złotych brutto (tyle mam na papierze w T-mobile, ale praktycznie płacę około 80 złotych, głównie przez połączenia do Play i pakiet dodatkowego internetu)?
Jupi! Polska kinematografia doczeka się w przyszłym roku (dlaczego tak późno, ja się pytam?) kolejnej szmiro – kalki. Koncept: zrób film taki jak wszystkie inne, z dowcipami, które szwagier opowiadał widzom już piętnaście razy przy rodzinnym obiadku. Bo Polak przecież kocha tylko to co już zna. Ten kto widział „Ciacho” i posikał się ze śmiechu słuchając dowcipów starszych od facebooka („i mamy tu piękne połączenie muzyki z prostytucją: coś tu kurwa nie gra”) tym razem się chyba zesra ze szczęścia
„Janek, zjesz jajecznicę?” „Właaaaśnie… Janek!”
Pytanie za sto punktów: trailer filmu został zerżnięty z:
a) Ocean’s Eleven
b) Ocean’s Twelve
c) Ocean’s Thirteen
Ale, że będzi to hitem, który dla Olafa Lubaszenko przyniesie milionowe zyski, wątpliwości nie mam. Żyjemy w końcu w kraju disco polo.
Jak zwykle informuje o kolejnym filmie o Rwandzie w telewizji. Dziś (czwartek) o 21.40 zobaczymy chyba najsłynniejszy film o ludobójstwie w tym kraju. Oparty na faktach. „Hotel Rwanda”
Bo na mnie siedemnastu. Tak przynajmniej wyszło po wypełnieniu ankiety (jeśli można to nazwać ankietą w tradycyjnym tego słowa znaczeniu – jest to dość interaktywna „zabawa”) na stronie Slavery Footprint.
Przy okazji człowiek się przekonuje, że niewolnictwo faktycznie jeszcze istnieje.
Wrzućcie w komentarzu swój wynik.
