Jak na zawołanie. Firefox będzie blokował notyfikacje jeszcze lepiej

Kilka dni temu pisałem jak pozbyć się wyskakujących próśb o pozwolenie na „wypychanie” przez stronę powiadomień do użytkowników, a wczoraj na blogu Nightly poinformowano, że Mozilla też widzi ten problem i jeszcze lepiej pozwoli zarządzać tym ustawieniem.

Reducing Notification Permission Prompt Spam in Firefox

W skrócie brane są pod uwagę dwie opcje: albo domyślnie ta chmurka będzie ukryta i pojawi się dopiero jak użytkownik świadomie kliknie odpowiednią ikonkę w pasku adresu, albo – jeśli dobrze rozumiem – Firefox będzie gromadzić zanonimizowane informację o tym jaką opcję osoby klikają na danej stronie i kolejnym osobom albo od razu ukryją tę chmurkę (jeśli wcześniejsi odwiedzający niemal zawsze ją odrzucali), albo wyświetlą jeśli algorytm uzna, że faktycznie poprzednie osoby uznały to za przydatne.

Dzięki, Firefoksie!

1

Czy pozwolić stronie na wysyłanie powiadomień? Nie

Te okienka wyświetlane przez przeglądarki nad stronami z pytaniem czy pozowolić stronie na wysyłanie powiadomień (fachowo przez web developerów nazywane Web Notifications) są takim mini rakiem sieci. Zamysł może i rozumiem, ale przez fakt, że API te jest nadużywane jeszcze kilka lat i pewnie będzie to wycofany i zapomniany standard.

O ile powiadomienie z kalendarza czy skrzynki pocztowej ma sens, teraz każdy sklep, każda strona z buzz newsami i inne tego typu witryny wdrożyło to. Oczywiście licząc, że zwiększą zasięg, a efekcie dodając tylko kolejne okienko – po okienku z informacją ciastkach, okienku z informacją o RODO, okienku „zapisz się na newslettera”, „polub nas na Facebooku”… – do zamknięcia by zacząć spokojnie czytać stronę.

Twórcy Firefoksa już to rozumieją i na szczęście jest możliwość zablokowania tego API.

Hamburger menu (w rogu przeglądarki) > Preferencje > Prywatność i bezpieczeństwo > Uprawnienia > Powiadomienia i tam zaznaczamy ptaszek „Blokowanie nowych próśb…”. Dotychczas przyznane uprawnienia dla kalendarza itp nie zostaną skasowane, ale jeśli chcesz, możesz to zrobić na tym samym ekranie ustawień.

Dzięki, Firefox. Nie będę za tym tęsknił, obywałem się bez tego przez większość życia w sieci i obędę nadal.

A jeśli ktoś chce też usunąć wszystkie modale „zapisz się… / polub nas…” jest dodatek do tego (nie usuwa od razu, ale kliknięcie go zamknie wszystko na raz)

3

Szanse na wygraną w Lotto inaczej

Wiadomo, że prawdopodobieństwo trafienia szóstki wynosi 1 do w przybliżeniu 14 milionów. To mało, ale spójrzmy na to nieco inaczej.

W całym 2018 roku 42 osoby trafiły szóstkę w Lotto.

Biorąc pod uwagę fakt, że jest nas 39 milionów, oznacza to, że w ubiegłym roku każdy Polak miał szansę na wygraną równą jak 1 do 900 tysięcy. To już o wiele lepiej.

Ale nie wszyscy Polacy przecież grają w Lotto. W każdym losowaniu bierze udział mniej więcej 2,8 miliona osób. Przyjmijmy, że jest to mniej więcej stała liczba, że zawsze grają ci sami. No dobrze, załóżmy, że z okazjonalnymi graczami jest to 3,5 miliona osób.

I to z tej ilości osób czterdzieści dwie zostało w ubiegłym roku milionerami.

To daje prawdopodobieństwo wygranej 1 do 83 tysięcy.

Nie jeden do czternastu milionów, a jeden do 83 tysięcy. Takie jest mniej więcej twoje prawdopodobieństwo, że wygrasz, jeśli będziesz przez rok brał udział w każdym losowaniu.

A na pewno wydasz na to 468 złotych. Masz więc do wyboru albo wrzucać trzy razy w tygodniu do skarbonki 3 złote i po roku mieć oszczędzone niecałe 500 złotych, albo wydawać to na kupony lotto i mieć szansę, że będziesz jednym/ą z 80 tysięcy osób, które zamienią to kilkumilionową wygraną.

0

60 procent Biedronia

Co, przeczytałeś tytuł i myślisz, że jakiś nowy sondaż był? Nie, to nie to.

Robert Biedroń w swoim programie ma, że chciałby aby w Polsce najniższa krajowa stanowiła 60 procent średniej pensji.

Ja poważnie nie wiem. Czy ja jestem za głupi by to zrozumieć jak to ma się udać, czy odwrotnie: za mądry by uwierzyć, że to się może udać?

Jak ktoś studiował biologię to ma całkiem nieźle przepracowane hasło sprzężenia zwrotnego i jak widzi taką zapowiedź to od razu mu się włącza „oj Robercik… to je*”

nie było takiego z Robertem w internetach, to macie z Andrzejem

No bo policzmy to sobie razem. Załóżmy, że w Polsce najniższa pensja to 1000 złotych, najwyższa to 7000 złotych, a średnia więc to 4000 złotych (dość naciągnięte założenia i nie tak prosto się liczy średnią ale pozwólcie na te uproszczenia, bo chce jedynie pokazać mechanizm, zadziała on tak samo przy prawdziwych danych), a waloryzacja najniższej pensji „po biedroniowsku” będzie odbywać się co roku.

Robert dochodzi do władzy tej jesieni i wprowadza prawo w życie. Pensja 1k PLN to tylko 25% średniej pensji 4k PLN, więc… podnosimy! Podnosimy ją więc do 60% z 4000 czyli do 2400 PLN.

Najsłabiej zarabiający Polacy zarabiają od 2020 roku 2,4k PLN (juhu!), najlepiej zarabiający wciąż 7k PLN i jest super. Najbiedniejsi doganiają najbogatszych.

Ale zaraz. Jaką mamy teraz średnią?

2400 + 7000 / 2 daje nam 4700 PLN.

Średnia oczywiście wzrosła. Czy nadal więc najniższa krajowa stanowi jej 60%? Sprawdźmy:

2400 / 4700 * 100 to jest… 51,1%! Skandal i Minister Finansów do dymisji!

Trzeba więc znów sprawić, że najniższa to 60 procent średniej więc od 2021 roku wprowadzamy dekret, że najniższa pensja to teraz 2820 PLN.

Pensja najniższa znów urosła ale co za tym idzie… znów oczywiście urosła średnia. Heloł panie Biedroń, jeśli jeszcze pan nie zaczął rozumieć, to proszę czytać z ruchu moich ust:

Średnia wynika z wartości najniższej i zmieniając wartość najniższą (i/lub najwyższą), zawsze zmieni się średnia. Uzależnienie wartości najniższej od średniej to jest sprzężenie zwrotne dodatnie, które zawsze – czy to w przypadku przyrody czy ekonomii – prowadzi do katastrofy.

Proszę dołożyć sobie do sztabu ekonomistę i nie obiecywać ludziom katastrofy zapakowanej w cukierkowy papierek. A międzyczasie proszę samemu sobie dokończyć symulację co się będzie działo w kolejnych latach. Można ją oczywiście wzbogacić w faktyczne zmiany pensji najwyższej (bo te oczywiście będą rosnąć).

0

Stawiam na Rydzyka

Jako, że ja uwielbiam głośno snuć proroctwa co się ma wydarzyć (już w dzień po brexitowym referendum pisałem, że obstawiam, że Wielka Brytania jednak w Unii zostanie) i choć przeważnie się mylę, to wygłoszę jeszcze raz:

W zapowiadanej olbrzymiej aferze PiS, która ma wybuchnąć jutro rano będzie chodzić o Rydzyka.

Taką aferę zapowiadają na twitterze Tomasz Lis, Giertych i Jarosław Kurski z Gazety Wyborczej. Ma to być najważniejszy dzień w historii PiS.

Wszyscy sugerują, że chodzi o Jarosława Kaczyńskiego, ale mi tu pasuje ojciec Tadeusz: on może się nazywać najbogatszym Polakiem, zdarza mu się łamać prawo oraz dzień wcześniej aresztowano Bartłomieja M. wywodzącego się z środowiska Radia Maryja.

Zobaczymy czy mam rację. Być może nie, ale wpis piszę, bym mógł ewentualnie pokazać, że już dzień wcześniej się domyślałem 😉

0

Szalony świat

Trzyletnia córka bawiła się sama na podwórku. Razem z innymi dziećmi, ale bez opieki kogoś dorosłego. Miałem na nią zerkać przez okno, ale właśnie się zorientowałem, że już chyba od pół godziny nie wyjrzałem ani razu.

Spojrzałem teraz, ale jej nie było. Był bardzo słoneczny, ciepły, letni dzień. Przez firankę widziałem inne dzieci, ale mojej córki nie było widać.

Wybiegłem szybko przed blok i zapytałem dzieciaki, czy ktoś wie gdzie ona jest. Widać było po ich minach, że też właśnie się zorientowały, że jej tutaj nie ma i właściwie nie wiadomo kiedy zniknęła.

Zacząłem ją wołać, ale bez rezultatu. Inne dzieciaki gdzieś sobie pobiegły. Zdenerwowanie rosło.

Pobiegłem na drugą stronę bloku i zawołałem ją jeszcze raz.

„Tato, pomóż mi”, usłyszałem z żywopłotu pod balkonami. Podszedłem i zobaczyłem moją córkę leżącą twarzą do ziemi w makabrycznie nienaturalnej pozycji, powywijaną między krzakami żywopłotu. Jej kręgosłup musiał być złamany i zastanawiałem się czy mogę ją w ogóle dotknąć.

Obudziłem się. Koszmary senne wchodzą na zupełnie inny poziom przeraźliwości gdy zostajesz rodzicem.

0
Odnośnik

Znów to zrobili!

Chiny tak zmanipulowały ruch internetowy, że przechodził on w całości przez terytorium Chin. Przez mniej niż minutę cała globalna sieć dostawała informację „prześlij ten pakiet przez chińskie serwery, tak będzie najszybciej” i tak też przesyłała.

Minuta to nie dużo, ale trzeba pamiętać, że mowa o całym globalnym ruchu. Ile informacji wysyłanych jest w ciągu niecałej minuty na całym świecie?

Po co Chińczycy to robią (pamiętam, że jakieś 5-6 lat temu zrobili to samo przez kwadrans)? Aby to przeanalizować.

W ciągu tej krótkiej minuty poza klikaniem lajków i oglądaniem filmów z kotami na YouTube, część ruchu to były oczywiście także połączenia wykonane przez pracowników amerykańskiego wywiadu, wojska, emaile z Białego Domu i inne rzeczy, które bardzo Chińczyków mogą interesować.

Oczywiście takie tajne informacje podróżują w sieci zaszyfrowane. Ale raz, że kopia tych danych już na zawsze została zapewne w Chinach i jest tylko kwestią czasu kiedy zostaną rozszyfrowane. A dwa, nie wiadomo czy już nie są rozszyfrowane – jeśli Chińczycy potrafią łamać obecnie istniejące algorytmy kryptograficzne, na pewno się tym głośno nie pochwalą.

Źródło: https://internetintel.oracle.com/blog-single.html?id=China+Telecom%27s+Internet+Traffic+Misdirection

0

Życie w symulacji

Rodzi się pewna quasi-religia, a jednym z najbardziej rozpoznawalnych jej piewców jest ponoć Elon Musk. Mianowicie wiele osób zaczyna wierzyć, że wszyscy żyjemy w symulacji komputerowej.

Symulacja toczy się na komputerach działających gdzieś w dalekiej przyszłości, tak zaawansowanych, że świat w niej renderowany jest niemal niemożliwy do odróżnienia od faktycznej rzeczywistości. Dlatego nie wiemy, że żyjemy w symulacji.

Po co powstała? Wyznawcy twierdzą, że przenoszeni są do niej faktyczni, żywi ludzie z przyszłości i jest to rodzaj szkoły. Technologia w przyszłości jest bowiem tak zaawansowana, że ciężko jest ją ogarnąć ludzkim umysłem. Więc stworzono symulację prezentującą świat na przełomie XX i XXI wieku, w czasach gdy komputery i internet były względnie młode, a świat z ich udziałem da się jeszcze mniej więcej zrozumieć. I tacy uczniowie z przyszłości trafiają do nas by zobaczyć jak to się wszystko zaczęło.

Fajna koncepcja pobudzająca wyobraźnie, ale mi się chyba najbardziej podobają żarty  powstające wokół niej.

Dlaczego ludzie muszą codziennie spać mniej więcej jedną trzecią doby? Na świecie jest ponad 7 miliardów ludzi. Komputery przyszłości może i są potężne, ale jednak nie na tyle by nadążać z renderowaniem takiej ilości osób, więc jedna trzecia, zmiennie, musi oczekiwać w stanie stand by.

Wszedłeś do jakiegoś pokoju i od razu zapomniałeś po co tu przyszedłeś? Albo chciałeś coś powiedzieć ale czekałeś aż interlokutor na chwilę przerwie i gdy już przyszła twoja kolej, zupełnie nie pamiętasz co też miałeś na myśli? Nie przejmuj się, to zwykły wyciek pamięci w komputerze renderującym.

Masz deja vu lub zupełnie faktycznie zdarza ci się po raz kolejny ta sama sytuacja? Nie bądź zachłanny – wyrenderowano cię w końcu na maszynie, która ma skończony zbiór przewidzianych tobie wydarzeń.

I teraz na biegunie pojawia się ta góra lodowa:

Pomyśl, jeśli byś tworzył wirtualny świat takich rozmiarów jak nasza planeta i wiedział, że gdzieniegdzie musisz oszczędzić na detalach, bo zwyczajnie karta tego nie uciągnie, nie było by wygodnie walnąć raz na jakiś czas zwykłą prostokątną górę lodową, w miejscu gdzie przecież nie ma ludzi i szanse na jej odkrycie są znikome?

0

DuckDuckGo daje radę

Rok temu próbowałem się przesiąść (podmiana domyślnej wyszukiwarki z Google na właśnie DDG), ale nie wyszło. Za często uciekałem do Google.
 
A teraz jest całkiem ok. Jedyna wada, to że to właśnie jednak nie Google: najciężej jest z tym, że gdy wpisywałeś coś w G., wiedziałeś mniej więcej jakich wyników się spodziewać. Tu jest trochę inaczej. Szukasz czegoś z WordPressowego API, to jest ten link do Codexu, ale nie na tej pozycji co w Google. Jak wpiszesz nazwę produktu, to w Google wiesz, że ceneo będzie na samej górze. Tu jest najpierw strona producenta, potem o dziwo Skąpiec i Ceneo na trzecim miejscu. Trochę się jeszcze czuje jak turysta czy gość w tym miejscu, ale na dłuższą metę nie przeszkadza mi to.
 
Duży plus, że podciągnęli wyszukiwanie zlokalizowane na Polskę. To nie są już wyniki na świat, a właśnie dostosowane do polskiego kontekstu.
 
I drugi duży plus, że DDG dobrze sobie radzi z najnowszymi newsami, także z Polski. Tak jak w Google jeśli wyszukiwane hasło dotyczy jakiegoś aktualnego wydarzenia, na górze w pierwszej kolejności są wiadomości z serwisów informacyjnych.

1

Bierz 500 plus, szczególnie jeśli jesteś przeciwnikiem tego świadczenia

W ostatnich dniach już po raz kolejny przyszło mi tłumaczyć dlaczego rezygnacja z 500+ jest słabym sposobem protestu przeciw temu świadczeniu. Napiszę więc tutaj, by było gdzie odsyłać w przypadku kolejnych dyskusji.

TL;DR: gdy dają 500+ to bierz, bo to są twoje pieniądze, a nie rządu czy jakiejś parti. Jeśli jesteś przeciwny temu rozdawnictwu, protest swój wyraź podczas kolejnych wyborów nie głosując na tych, którzy 500+ popierają.

Koszt programu 500+ w 2018 roku ma wynieść 24,479 miliarda złotych. Pieniądze te będą pochodzić z podatków zebranych od obywateli.

Podatki mamy różne, mniej lub bardziej ukryte. Płacą je ci, którzy zarabiają pieniądze, ale i ci którzy nie zarabiają (są bezrobotni, nieletni, emeryci…) bezpośrednio lub pośrednio jak na przykład VAT doliczony do jedzenia, które przecież każdy musi jeść.

Takie ciągłe krążenie pieniądza między ludźmi gdy na każdym kroku przekazywana kwota jest zmniejszana o jakiś podatek ostatecznie doprowadziłoby do wyzerowania naszych kieszeni: wszystko trafiłoby w końcu do budżetu państwa jako podatek. Gdyby nie jedna rzecz, którą jest produkt krajowy.

Produkt krajowy to ogólnie suma wszystkiego co wytworzyliśmy poprzez prace, a co wcześniej nie istniało. I co teraz ma jakąś wartość pieniężną, a więc – skracając – są to nowe pieniądze na rynku.

Zatem za powstanie pieniądza, który będzie można opodatkować i ostatecznie trafi między innymi na 500+ odpowiedzialni są tylko ci, którzy pracują. Wszyscy inni niezależnie czy tego chcą czy nie, obracając pieniądzem przyczyniają się od zmniejszenia ilość pieniądza w kieszeniach ludzi, a zwiększenia w budżecie.

Osób pracujących w Polsce w 2017 roku (tylko takie dane znajduje) było 16,496 miliona. To one więc zrzucają się na 500 plus i wszelkie inne wydatki państwa/budżetowe.

Każdy pracujący więc co rok przeznacza 25 479 000 000 / 16 496 000 złotych czyli nieco ponad 1483 złotych. Jest to miesięcznie 124 złote.

Czyli jeśli masz żone lub męża i oboje pracujecie, co miesiąc z waszych podatków na 500+ idzie 247 złotych.

Czy wasi rodzice (dziadkowie waszych dzieci) też pracują? Zatem od każdego z nich też doliczcie po 124 złote co miesiąc do waszego wydatku na 500 plus.

Przykładowo, jeśli wszyscy dziadkowie pracują (czwórka dziadków) i nie macie rodzeństwa (czyli wydatek dziadków nie powinien być dzielony na dzieci waszego szwagra czy brata etc), to już na wasze 500 plus co miesiąc składa się 6 osób po 124 złote. Czyli razem 744 złote.

Tak, tyle wydajecie na ten program, a potem – mając dwoje dzieci – odbieracie z tego 500 złotych. Co miesiąc więc jesteście 244 złote w plecy.

Każdy powinien te obliczenia zrobić samemu licząc pracujące osoby w rodzinie łącznie z dziadkami i mnożąc przez 124 złote. Tyle wydajecie na 500 plus, czy tego chcecie czy nie. Teraz policzcie ile odbieracie. Nie mając dzieci lub dobrowolnie zrzekając się odbierania 500 złotych co miesiąc jesteście baaaardzo w plecy.

* * *

Wpis jest oczywiście uproszczony, ale mam nadzieję, że pokazałem to, co wszyscy przegapiają: program kosztuje olbrzymie pieniądze i kosztuje on nie rząd, a ciebie, ciebie i ciebie.

Ktoś może się oburzyć, że wliczyłem tylko osoby pracujące, ale taki jest fakt: osoby niepracujące nie przyczyniają się do bogacenia kraju. Są może inwestycją na przyszłość jak niepracujący licealiści, ale na dzień dziesiejszy ich wkład w system podatkowy wynosi zero.

I ktoś może się przyczepić, że pieniądz nie trafia do budżetu tylko przez opodatkowanie wytówrców PKB, ale na przykład przez emitowanie obligacji skarbowych przez państwo czy dodruk pieniądza. Te pierwsze jednak to zadłużanie się u przyszłych pokoleń (obligacje trzeba będzie spłacić), a drugie chyba wszyscy wiedzą, że jest działaniem destrukcyjnym dla państwa.0

Zauważyliście, że Facebook stał się lepszy?

Zauważyliście? Mniej głupich wpisów na waszym wallu? Nieśmiesznych obrazków, o których udostępniający myślał, że są śmieszne? Żenujących mądrości, linków do artykułów, których udostępniający pewnie nawet nie  przeczytał, a wrzucił tylko by pokazać jaki on jest ho ho, bo patrzcie, artykuł po angielsku, w dodatku patrzcie z jakiej domeny!

Nie dziękujcie. Tak, odinstalowałem jakiś miesiąc temu mobilną aplikację facebooka i pojawiam się na nim teraz o wiele rzadziej. W weekend prawie w ogóle, w tygodniu z doskoku w ciągu dnia (pewnie zaraz wrzucę link do tego wpisu, o już jest) i jak dam radę to jeszcze przez chwilę wieczorem.

W efekcie, choć wciąż wiele czytam i grzebię w sieci telefonem to nie leci to z automatu na Facebook. Było ciężko przez pierwszych kilka dni, ale teraz już daję radę. Od wszystkiego można się odzwyczaić, a im bardziej coś jest uzależniające, tym bardziej szokowa powinna być według mie terapia. Odinstalowanie aplikacji z telefonu związuje ręcę. Oczywiście można spróbować odwiedzić Facebooka z mobilnej przeglądarki albo znów zainstalować aplikację, ale póki co udaje mi się skutecznie przed tym powstrzymywać.

Po co, zapytacie? Lubię pozbywać się internetowych nałogów. Przyznajcie sami, że na pewno są miejsca w sieci lub aktywności na telefonie, o których wiecie, że robicie lub odwiedzacie za często. Czujecie ten dyskomfort, ale mimo to kolejny raz wchodzicie na Facebook by kolejny raz zobaczyć na górze ten sam wpis, który wiedzieliście dziś już 8 razy, a pod nim znów ktoś na coś narzeka, ktoś inny czymś się chwali, jeszcze ktoś inny coś udostępnia…

I tak jak już półtorej roku temu kompletnie wyniosłem się z Wykopu (Jezu, jaki to jest syf – a przynajmniej był te półtorej roku temu, ale jakoś nie wierzę by coś się zmieniło), tak teraz postanowiłem ograniczyć bytność na fejsie. Ograniczyć, bo wciąż nie zniknąłem zupełnie: jak wspomniałem odwiedzam stronę wciąż z laptopa, do tego w telefonie wciąż jest Messenger. Ten ostatni jest chyba największym problemem, bo trzyma twoich znajomych jako zakładników.

Odpryskiem od mojej ucieczki z Facebooka ma być to, że wrócę do pisania na blogu. Jak może widzicie z ostatni miesiąc pojawiło się kilka nowych wpisów, po dłuższej ciszy. Może uda mi się utrzymać przynajmniej te małe ale jednak tempo.

Od kilku dni świat żyje aferą związaną z przekazaniem przez Facebook danych 50 milionów użytkowników firmie, która sterowała kampanią Donalda Trumpa. Amerykański kongres właśnie przepycha ustawę, wg której władze będą miały konto administratora w tego typu serwisach i będą widzieć wszystko o was bez potrzeby pytania o te dane kogokolwiek. Nie czujecie dyskomfortu?0

Pomysł na grę: traf do domu

Gra oparta o Google Street View. Określasz gdzie jest twój dom (lub pozwalasz geolokalizacji na to) i gra umieszcza cię losowo na mapie Google w widoku ulicy. Musisz trafić do swojego domu.

Na pierwszym poziomie losowa lokalizacja jest w obrębie twojego miasta. Potem powiatu, potem województwa, potem gdzieś w Polsce. Potem kontynent i tak dalej.

Żeby poziom kontynent był grywalny (powodzenia w klikaniu strzałki milion razy), możesz być przenoszony od razu do najbliższego skrzyżowania, jednak jeśli kierujesz się na przykład w złym kierunku, po jakimś czasie jest ci odbierana taka szansa (wraca znów po jakimś czasie). Do przemyślenia.

Jeśli wykonawca chce zmonetyzować taką grę, może się dogadać np z Biedronką i „losowa” lokalizacja startowa zawsze będzie pod sklepem tej sieci lub trzeba koło niej przejść lub jak się wejdzie na jej parking, dostajemy wyżej wspomniane opcje przewijania do skrzyżowań. Jak Biedronka nie będzie zainteresowana, to można znaleźć innego sponsora.

Niech ktoś zrobi taką grę, to chętnie zagram. Pomysł oddaję za darmo jeśli gra nie będzie dochodowa. Jeśli będzie monetyzowana, zapraszam do kontaktu w celach ustalenia podziału łupu 😉 Załóżmy, że jak ktoś nie chce się skontaktować, roszczę sobie prawa do 100% dochodu :>

TL;DR: coś jak GeoGuessr, ale z celem odnalezienia swojego domu0

W końcu Firefox jest taki jak powinien być (i jest lepszy od Chrome)

Wszyscy się teraz o tym rozpisują, więc i ja nie mogę odpuścić: wróciłem do Firefoksa po tułaniu się po różnych przeglądarkach i zostanę już na dobre. Nie ma bowiem powodów by dać się mniej lub bardziej szpiegować w innych przeglądarkach.

Dlaczego? Oto najważniejsze powody, przeczytaj i sam(a) zdecyduj czy nie warto Firefoksowi dać kolejnej szansy (lub go poznać jeśli od zawsze korzystaliście np z Chrome)

(Aha, najpierw uwaga. Mówię o wersji na komputery. Niestety na Androida Firefox wciąż jest ociążałą cegłą, której nawet przy dobrych chęciach używać się nie da)

Jest szybki

Firefox 57 to podsumowanie wielu prac przy silniku poczynionych w ostanich miesiącach. Nie jest to totalna wymiana silnika renderującego strony, ale krok po kroku przepisano każdy jego najważniejszy komponent. Efekt jest taki, że Firefox jest tak samo szybki jak Chrome. Nie będę podawał liczb, po prostu zainstaluj i sam się przekonaj.

Znika więc największa bolączka Mozilli, czyli udawanie, że jest dobrze z wydajnością. Takie podejście prawie ukatrupiło Firefoksa w ostatnich latach, gdy wszyscy się przesiedli na Chrome. Czy teraz wrócą? Są dwa powody, by to zrobić:

Używa tych samych rozszerzeń co Chrome

Trochę upraszczam w tym nagłówku, ale chodzi o to, że Firefox przeszedł teraz na tzw WebExtensions – rozszerzenia pisane wg pewnej specyfikacji. Wg tej samej specyfikacji pisane są rozszerzenia do Chrome czy Opery. Oznacza to, że teoretycznie rozszerzenia do Chrome będą od razu działać też w Firefoksie. Muszą tylko przez autora zostać opublikowane w „sklepie” Firefoksa (a zapewne już wkrótce pojawi się jakiś dodatek by instalować rozszerzenia bezpośrednio ze sklepu Chrome, tak jak to ma Opera).

Wiele osób postrzega to jako wadę, bo Firefox porzucił swój własny, oparty na XUL standard rozszerzeń. I po części ich rozumiem, bo XUL dawał o wiele większe możliwości niż WebExtensions.

Ale dla mnie te zrównanie w dół (tak, Firefox w tym wypadku nie staje się bezwględnie zły, a po prostu na tym samym poziomie co Chrome) to trade off, który trzeba było poczynić. Wszystkie przeglądarki używają HTML w tym samym standardzie, wszystkie używają tego samego CSS i JS i doskonale zdajemy sobie sprawę im bardziej ten standard będzie spójny, tym lepiej dla twórców witryn (i nas, użytkowników). I tak samo z roszerzeniami: posiadanie wielu standardów to niewygodne rozdrobnienie. Firefox zrównał w dół, bo to Chrome ma dominującą pozycję. Mam nadzieję, że teraz wszystkie przeglądarki razem będą rozwijać ten standard.

Podsumowując co najważniejsze: jeśli masz w Chrome swoje ulubione rozszerzenia, nie ma już technicznych przeszkód by nie działały one w Firefoksie.

Nie szpieguje!

Jest to dla mnie orgomnie ważne. Nie mam nic super ważnego do ukrycia, ale bardzo nie lubię tego uczucia, że siedzi nade mną jakiś algorytm, który patrzy na to, co robię. Nawet jeśli jest to kompletnie anonimowe to jednak zawsze działa zasada, że obiekt obserwowany zmienia się pod wpływem obserwacji. Mieliście kiedykolwiek tę myśl, że „oho, jestem już na pewno na jakimś radarze” gdy wpisywaliście w google „terroryzm przyczyny”? Czuliście dyskomfort płacąc kartą w aptece za jakiś lek (jeśli nie, to powinniście)? Zdarzało wam się polajkować artykuł na Financial Times tylko dlatego, że chcecie by facebookowe algorytmy, nawet jeśli nie patrzy na to żaden prawdziwy człowiek, zakwalifikowały was do tej „lepszej” grupy użytkowników?

Na tym właśnie polega zmienianie się pod wpływem obserwacji: nawet jeśli jesteście 100% przekonani, że żaden człowiek was nie widzi, mikromodyfikujecie swoje zachowanie, tylko po to by bezduszny algorytm lepiej o was myślał. I nie udawajcie, że tego nie robicie, każdy tak robi. Dla mnie jest to bardzo niewygodne uczucie.

Chrome jest przeglądarką tworzoną przez firmę, która zarabia na reklamach i zależy jej by te reklamy jak najardziej dopasować do użytkownika. Każda zainstalowana przeglądarka Chrome ma swój unikalny indentyfikator, który wysyła wraz z informacją o waszej aktywności na serwery Google. Powyżej wspomniałem tylko o bezwiednym śledzeniu was, ale pamiętajcie też, że żyjemy w dobie, gdy amerykańskie firmy muszą współpracować z NSA gdy te je o to poprosi i nie mogą tego ujawniać (no i znowu właśnie trafiłem na jakiś radar, może i wy trafiacie czytając to).

Przełamanie monopolu

Ilu z was wie, że przeglądarka Opera to tak naparwdę kolejna wersja Chrome? Vivaldi tak samo, tak samo Brave (przeglądarka tworzona przez byłego głównego programistę Mozilli) i właściwie wszystkie inne przeglądarki. Niemal wszystkie używają teraz tego samego silnika wyświetlania stron pod nazwą Blink.

Niemal wszystkie, bo swoje własne silniki mają tylko właśnie Mozilla i Microsoft w przeglądarce Edge.

O ile spójność standardów sieciowych jest bardzo ważna, to powinny być one implementowane na więcej niż jednym silniku. Bo monopol zabije rozwój. Albo dokładniej: zahamuje rozwój sieci w takim kierunku, w jakim powinna się rozwijać dla użytkowników, a rozwijać się będzie w takim kierunku, w jakim chce autor monopolistycznego silnika. Gdyby w sieci został tylko silnik Blink dostarczany przez Google, któremu zależy na maksymalizacji przychodu z reklam, jak myślicie, jakie nowe standardy pojawiały by się w sieci? Byłyby to lepsze interakcje użytkownika w celu zdobywania przez niego informacji, czy zmiany w celu zdobywania informacji o tym użytkowniku przez reklamodawcę?

Mozilla jest organizacją non profit i faktycznie robi to co robi by tworzyć sieć lepszą użytkownikom. Podziękuj więc im i przesiądź się na Firefoksa. Jest za darmo, działa tak samo dobrze jak Chrome, nie śledzi cię, uBlock działa… po co więc zostawać na Chrome?

0

Masz kartę Mastercard? Płacąc w Empiku wspierasz Rwandę

Do 6 września za każdym razem gdy zapłacisz za cokolwiek w sklepie Empik (także online) kartą Mastercard lub Maestro, ta organizacja płatnicza przekaże 0,20 euro na jedzenie dziecku w Rwandzie. Jak twierdzą jest to równowartość jednego obiadu w tym kraju (i ja w sumie mogę się zgodzić, przy zbiorowym żywieniu jest to realna cena w tym kraju).

Co więcej posiłek będzie wyprodukowany z artykułów rolnych zakupionych na lokalnym rwandyjskim rynku, a więc nie tylko dzieci będą nakarmione ale i pieniądze zostaną w tym kraju.

Ja sam mam tylko wirtualną kartę tego wystawcy, więc zakupy wykonam ale pewnie tylko online (takie też się liczą).

Informację znalazłem na Cashless, które niestety standardowo nie linkuje do źródła. Ale ja to zrobię.

0

Spacer wieczorny

Może się starzeję i nie mam już ciekawszych rozrywek, a może zaczyna mi zależeć bardziej niż zależało. Faktem jest, że pierwszy raz ruszyłem się z domu na protest polityczny.

Mogę nawet uwierzyć w dobre intencje ministra Ziobry. Może i jestem naiwny, ale jak mówi, że polskie sądy działają nieskutecznie, to mogę się zgodzić, że on naprawdę tak myśli. Jestem podejrzliwy, że tak nie jest, ale przyjmuję taką możliwość.

Sam w sądzie byłem już kilka razy, w różnym charakterze (choć w tym negatywnym jeszcze nie byłem: zdarzyło mi się nie przyjąć mandatu i sprawa została skierowana do sądu, ale jeszcze przed rozprawą zreflektowałem się i wysłałem do sądu pismo, że jednak dobrowolnie poddaję się karze) i nie zauważyłem opieszałości. Sprawy, w których brałem udział trwały czasem nawet zero sekund: złożyłem pozew do sądu i ze zdziwieniem odebrałem zawiadomienie, że sąd wydał wyrok zaocznie (na moją korzyść). Czasem trwały dłużej, ale było to w miarę dla mnie zrozumiałe.

Ale rozumiem, że Ziobro ma poglądy jakie ma i reprezentuje ludzi o tych samych poglądach. Może są wśród nich tacy, którzy od lat nie mogą doczekać się wyroku za odebrane mienie, za dom pod budowę drogi, czy wreszcie wciąż wierzą, że komuna nie upadła, a dowodem na to ma być fakt, że byli zbrodniarze stalinowscy czy zwykli UBecy spokojnie sobie dogorywają teraz na emeryturach (lub w Szwecji, jeśli wiecie o kim mówię). I pewnie minister z prezesem wpadli na pomysł, że trzeba takich sędziów teraz przegonić i zastąpić skutecznymi.

Dlaczego przy tym zrozumieniu poszedłem jednak na błaszczykowy spacer? I to w deszczu?

Bo jeśli w konstytucji jest zapisane, że sędzia sądu najwyższego wybierany jest na 6-letnią kadencję, to nie można ustawą dopisać tam, że jednak można go wysłać w stan spoczynku. I kolejnego wybiera minister. Czy jeśli w konstytucji jest zapisane, że prezydent jest wybierany na kadencję 5-letnią, to zgodzilibyście, się by kolejna partia, która dochodzi do władzy też go wysyła w uśpienie i wybiera prezydenta swojego? Nie w wyborach, a decyzją jakiegoś ministra? Mam nadzieję, że teraz osoby, które tematem się nie interesują, bo kwestie sądowe to dla nich inna galaktyka, przez tę analogię zrozumiały co minister Ziobro z prezesem chcą zrobić.

Obecna ekipa rozpoczęła rządzenie złamaniem konstytucji i chyba zobaczyła, że jest za to bezkarna. Stąd pewnie teraz kolejny raz to robią. Bo przecież mogą, prawda? Do wyborów każdy o tym zapomni, tak jak już powoli zapominamy o co chodziło z tym całym zamieszaniem z trybunałem konstytucyjnym i sędziami dublerami (skoro zapomnieliśmy już kompletnie, że poprzednie zamieszanie rozpoczęła Platforma jeszcze za swojej kadencji…).

Gdy ludzie pod sądem w Białymstoku zaczęli skandować „Precz z kaczorem, dyktatorem” zrozumiałem, że oni już nie zapomną. A już szczególnie jeśli ich głos zostanie zlekceważony.

Pamiętacie protesty przeciw ACTA za czasów Platformy? Wtedy też na ulice wyszły tłumy by protestować przeciw Donaldowi Tuskowi. Jest jednak różnica: Platforma wtedy ustąpiła (wystraszyła się czy też posłuchała głosu wyborców, nazwijcie to jak chcecie) i dzięki temu część z tych ludzi poszła i w kolejnych wyborach samorządowych czy parlamentarnych znów na PO zagłosowała.

Tymczasem PiS protestujących z najlepszym wypadku lekceważy (i na przykład spokojnie wypoczywa sobie na Helu), jeśli nie nazywa zdradzieckimi mordami, gorszym sortem czy łże-elitami. Jarosław Kaczyński rozstaje się z coraz większą grupą Polaków. Kawałek po kawałeczku zmierza do stanu, w którym obrazi chyba każdego.

Prawdopodobnie te fatalne przepisy wejdą w życie. Jak zadziałają, to na razie nie ma większego znaczenia dla mnie.

Istotne jest, że tak jak już piszą prawicowi publicyści to już jest koniec PiSu. Zlekceważonych czy obrażonych ludzi nie da się już znów przekonać.

I jeszcze bardziej istotne jest, że te przepisy zostaną na czasy po PiSie. Wszyscy chcemy wierzyć, że te czasy to będą czasy Platformy czy Nowoczesnej. Ale zwróćcie uwagę jak cichutko w całej sprawie zachowuje się Kukiz otoczony ONRowskimi doberamanami.

Byłem wczoraj pod sądem by pokazać nie, że z PiSem się nie zgadzam, ale że nie zgadzam się na łamanie konstytucji. I dziś pewnie znów pójdę. Szczególnie, że zobaczyłem jak różni ludzie pod sąd przyszli. Nie wiem jak w innych miastach, ale  to nie był wiec KODu, nie było żadnej flagi czy emblematu partyjnego (byli politycy ale zachowali się w miarę skromnie). Faktycznie tak jak mówią w telewizji było sporo ludzi w wieku studenckim, jeszcze przed trzydziestką. Byli rodzice z dziećmi. Było to dla mnie wielkie „łał” zobaczyć to wszystko w Białymstoku – kolebce PiSu.

Też się przejdzcie na ten „spacer”. Sami zobaczcie nim wam ktoś powie jak to wygląda.

0

Streamingowany system operacyjny na komórkę

Raz na jakiś czas wpadam na pomysł jak może wyglądać przyszłość, ale jako, że nigdy tego nie zapisuję i rzadko o tym komukolwiek mówię, potem trudno mi jest kogoś przekonać, że „ja to wymyśliłem” 🙂 Pewnie mi nie uwierzycie, że jeszcze w czasach pierwszych telefonów komórkowych przewidziałem, że telefon będzie miał w sobie aparat fotograficzny. Choć w swoich wyobrażeniach widziałem jak ludzie przyszłości przykładają do ucha kompaktowe cyfrówki, nie wiem czemu tak widziałem, że będzie to wyglądało 🙂

Oczywiście nie każda moja przepowiednia się sprawdza i to właśnie z lęku, że się pomylę nikomu o tym nie mówiłem. Ale postanawiam to teraz zmienić. Bo kilka dni temu uderzyła mnie wizja telefonów przyszłości i nie mogę o tym przestać myśleć. Wydaje mi się to rewelacyjnym i rewolucyjnym pomysłem. I im dłużej myślę, tym bardziej jestem pewien, że takie coś któregoś dnia ujrzymy na rynku, choć nie wiem dokładnie kiedy.

Czy wiecie w jaki sposób uruchamia się obecnie wymagające dużych zasobów gry komputerowe na telefonach czy tabletach, które tych zasobów nie mają? Nazywa się to cloud gaming  i coraz pojawia się już tu i tam. Jeśli się nie mylę NVIDIA ostatnio zrobiła swoją jakby konsolę do gier działającą na tej zasadzie – ma dość słabe bebechy, ale można na niej grać w zaawansowane gry 3D.

Zasada jest taka: całość renderowania gry odbywa się w chmurze, z dala od  twojego komputera czy telefonu i odsyłana jest przez sieć klatka po klatce na twoje urządzenie. Ty klikasz przycisk, informacja o kliknięciu wysyłana jest na klaster obliczeniowy, który w ułamku sekundy oblicza rozprysk krwi twojego przeciwnika, zmianę kąta padania cienia przechylającej się postaci i wszystko inne co normalnie robi karta graficzna i kolejny ułamek sekundy taki wyrenderowany obraz wraca do ciebie przez sieć na telefon. Po kolejnym ułamku sekundy kolejny render z jeszcze większym rozpryskiem krwi i jeszcze bardziej pochyloną postacią jest wykonany i wysłany do ciebie. Twój telefon się nie nagrzewa, bo nie ma od czego – tak naprawdę jest małym telewizorkiem na którym widzisz film, tyle, że interaktywny, sterowany twoimi kliknięciami.

Imponujące, prawda? A to się już dzieje naprawdę i dziać się będzie coraz częściej.

I pomyślałem: skoro można w ten sposób na farmie super wydajnych serwerów renderować i wysyłać obraz gier, dlaczego nie można by w ten sam sposób wysyłać całego systemu operacyjnego?

Na twoim telefonie nic by nie było zainstalowane. Jedynie prosty system do komunikacji z siecią, obsługi klawiszy i nacisku, aparatu i mikrofonu. Mały procesor do wyświetlania odebranej z sieci grafiki i odgrywania dźwięków – głosu rozmówcy czy odgłosu zdychającej świni w angry birds 😉

Prawdopodobnie taki telefon nie musiałby być telefonem i nie miałby żadnego modułu do komunikacji z siecią komórkową: osoba dzwoniąca dzwoniła by bezpośrednio na serwer, skąd dźwięk byłby przekazywany przez wifi do twojego telefonu.

Wszystko właśnie działoby się na odległym serwerze: gdzieś w jakimś kontenerze miałbyś swój system operacyjny, swoje apki, swoje pliki, zdjęcia, dokumenty… Klaster by czekał na informacje o twoich „kliknięciach” i odsyłał na nowo wyrenderowany obraz jak to powinno wyglądać na twoim telefonie.

Ta rewolucja miałaby spore zalety:

  • Telefon – cienki klient, wypatroszony z drogich komponentów – byłby o wiele tańszy niż obecnie
  • Wypatroszenie z komponentów na pewno pozytywnie wpłynie na czas pracy na jednym ładowaniu. Tak naprawdę twój telefon tak jakby będzie cały czas podłączony kablem do sieci elektrycznej: gdzieś w odległej serwerowni (ok, wciąż będzie potrzebna bateria do pokazywania obrazu na ekranie czy łączności wifi, ale rozumiecie o co mi chodzi)
  • Brak fragmentacji systemów operacyjnych: jedna wersja dla wszystkich będzie zainstalowana i zawsze aktualizowana na serwerze, bez obaw, czy telefon ją udźwignie – telefon jest przecież tylko ekranikiem, który ma wyświetlić obraz odesłany w OGV czy innym MPEG.
  • Dlaczego w ogóle upieramy się by mówić, że jest to system na telefony komórkowe? Warstwa abstrakcji na serwerze może odsyłać obraz przeskalowany na telefon, tablet coś co będzie odpowiednikiem „komputera stacjonarnego w przyszłości” czy telewizor lub cokolwiek innego, co jeszcze pojawi się w przyszłości (gogle wirtualnej rzeczywistości?) Może tak właśnie spełni się w końcu sen o informatycznej konwergencji

Wady? Oczywiście, ale wydaje mi się, że istnieją one tylko na dzień dzisiejszy.

  • Przede wszystkim taki telefon by mógł żyć musi być połączony ciągle do sieci – WIFI albo mieć nieograniczony pakiet gigabajtów w sieci komórkowej. Na dzisiaj nie ma na to szans, ale jesteście pewni, że to nie nastąpi w przyszłości? Ja pamiętam jeszcze czasy gdy z zegarkiem w ręku pilnowałem by dziennie nie spędzić w internecie więcej niż 27 minut – 9 impulsów modemowych, na które pozwalali mi rodzice. W tamtych czasach gdyby ktoś powiedział, że w 10 minut ściągnie 3-gigowy film z internetu, byłby wyśmiany.
  • Nikt nie postawi nam farmy komputerów obliczeniowych za darmo, więc albo telefony stałyby się telefonami w abonamencie, albo wcale nie byłyby tańsze (jedynie produkcja byłaby tańsza, a my byśmy nadal płacili tyle samo by pokryć koszt infrastruktury), albo ktoś zdecydowałby się na zasponsorowanie tej farmy aby przeprowadzić na nas jeszcze dokładniejszy data-mining i profilowanie reklamowe (hello Google), albo ktoś zdecydowałby się na ten krok by wgryźć się obecnie zabetonowany świat dwóch producentów systemów mobilnych (hello Microsoft)
  • Oddać wszystko w ręce jakiejś zewnętrznej firmy i nie mieć nic na własnym komputerze to ostatni poziom zgody na pełną inwigilację. Ale to już tylko kwestia odpowiedniego gotowania żaby; prawdę mówiąc mało kto obecnie wie jak wiele oddaje w ręce Google, Facebooka czy Microsoftu.

Wada, o której pewnie pomyśleliście, a która nie istnieje: opóźnienie. Wysłanie informacji o wciśniętym przycisku, renderowanie efektu na odległym serwerze i odesłanie obrazu z powrotem powinno zająć zauważalną ilość czasu. Tymczasem jednak w przypadku tak renderowanych gier właściwie opóźnień nie ma: kule świszczą, gracze biegają, a wszystko działa stosunkowo płynnie.

Ja uważam, że taki „streamingowany” system operacyjny to tylko kwestia czasu. Google ma już wszystko by móc to zrobić: swoje systemy operacyjne, które cierpią na fragmentację, swoje centra danych do cloud computingu i marketingową potrzebę wiedzy wszystkiego o nas. Microsoft też ma swoją chmurę i swój system i ma wielki strach przed marginalizacją w przyszłości. Może ktoś inny?

A jakie jest wasze zdanie?

0

Odkurzacz, a sprawa Orange

Pod tym przewrotnym tytułem kryje się kolejny rozdział naszego pomarańczowego serialu.

We wtorek zgłosiłem dyspozycję do Orange (telefonicznie, ale także na prośbę Urzędu Komunikacji Elektronicznej – w skrócie UKE –  emailem z wstawieniem ich adresu w pole „do wiadomości”) o wykreślenie mnie z baz tej firmy. Dostałem potwierdzenie, że w ciągu 48 godzin zniknę z tych baz.

48 godzin minęło dziś o 10:00 rano. Jest 15:00 i odbieram taki telefon:

(Ciach, tu było nagranie mojej rozmowy z orange-spamerką, ale postanowiłem je usunąć. Nawet jeśli to spam-telefon, to nie sądzę, że jest fair publikować to na blogu. Jedynie streszczę nagranie.

No więc odebrałem telefon, pani się przedstawiła i zapytała czy chcę zamienić moją neostradę – nieuważnym czytelnikom przypomnę, że ja nie mam neostrady w Orange – na światłowód w Orange.

Zapytałem czy chce ona kupić ode mnie odkurzacz, bo akurat mam na sprzedanie.

Pani zignorowała moje pytanie i jeszcze raz zapytała o światłowód.

Zapytałem znów o odkurzacz.

Poodbijaliśmy tak te pytania bez odpowiedzi kilka razy, aż w końcu powiedziałem pani, że jest już 14 osobą, która dzwoni w tej sprawie.

Moim zamierzeniem było zapytać panią 14 razy czy chce kupić odkurzacz, ale nie udało się: pani poddała się po moich 7 pytaniach i rozłączyła się. Widać nawet w Orange ludzie nie lubią jak się ich w kółko męczy tym samym pytaniem.

W między czasie podziękowałem pani za ten telefon, bo sprawę załatwiam z UKE i dzięki temu telefonowi – nagranemu – mam dowód, że moja prośba o usunięcie z baz Orange nie została załatwiona i mam zamiar postarać się by Orange zapłaciło odszkodowanie na rzecz schroniska czy domu dziecka)

Gwoli blogdziennikarskiej rzetelności: plik jest edytowany, wyciąłem moment kiedy pani sie przedstawia (ona jest tu najmniej winna) oraz gdy pani podaje dokładny mój adres. Jak słychać cała sprawa nauczyła mnie przynajmniej dobrej obsługi Audacity 🙂

Odnośnie odkurzacza, poważnie mam do sprzedania, więc jeśli ktoś coś…0

Jak wygląda składanie reklamacji w Orange?

Witaj drogi czytelniku! Myślisz, że wymyślałem mówiąc, że każdy telefon do Orange gdy coś chcemy (zamówić, zmienić zamówienie lub zareklamować) kończy się niepowodzeniem? No to posłuchaj sam.

Od czasu ostatniego wpisu o Orange (ubiegły tydzień):

  • wczoraj odebrałem telefon z pytaniem czy chce ich światłowód. Przypominam nieuważnym czytelnikom, że od jakiegoś czasu nie jestem klientem Orange i mam solenne zapewnienie z biura prasowego Orange, że takie telefony już sie nie powtórzą (powtarzają się)
  • dziś rano odebrałem kolejny telefonz  pytaniem czy chce ich światłowód

W czasie dzisiejszej porannej rozmowy zapytałem panią:

– A co mam zrobić, aby te telefony w końcu ustały?

– Proszę zadzwonić pod numer 801 234 567 i złożyć reklamację.

A więc dzwonię. Czy może to być w jakiś sposób trudne? Czy coś możę pójść nie tak? Ja proszę by nie dzwoniono do mnie, firma mówi, że już dzwonić nie będzie. Banał, prawda?

No to sami posłuchajcie jak Orange z banalnej rozmowy może zrobić cyrk wariatów by na koniec wrzucić cię do czarnej dziury (przewińcie pierwsze 17 sekund):

(Ciach. W tym miejcu było nagranie, ale postanowiłem je usunąć, nie sądzę by pan do którego się dodzwoniłem chciał by ludzie słuchali go w internecie, choć schrzanił sprawę. Więc jedynie streszczę co było:

Dodzwoniłem się i powiedziałem, że chcę aby usunięto moje dane z rejestrów Orange. Powiedziałem, że mam już dość słuchania o światłowodzie na co pan… próbował mi ten światłowód polecić. Trochę się z nim posprzeczałem – ale dość kulturalnie – na co odpuścił. Zebrał moje dane upewniając się, że jestem klientem biznesowym i powiedział, że musi mnie przełączyć na obsługę.

Po przełączeniu „na obsługę” automat zapytał mnie o numer telefonu. Gdy raz podałem numer, stwierdził, że jest nieprawidłowy. Gdy podałem jeszcze raz, stwierdził, że to numer klienta biznesowego, a dodzwoniłem się na obsługę dla zwykłych ludzi i… rozłączył mnie. To był koniec tej reklamacji, tak to działa w Orange za każdym razem gdy chcesz coś załatwić)

Uwagi, bo nie wszystko się nagrało (wybieranie tonalne się najwidoczniej nie nagrywa):

Pod sam koniec nagrania, zanim automat mówi „twój numer jest nieprawidłowy” podaję numer telefony skojarzony z moją (nieistniejącą już) usługą, ale kończę go krzyżykiem. Potem podaję jeszcze raz ten sam numer bez krzyżyka i wtedy automat mówi, że dodzwoniłem się nie tam gdzie trzeba i mnie rozłącza bez pardonu. 5 minut czasu stracone na nic.

Czytelniku, czy chcesz być klientem takiej firmy?

Przy okazji: jest tu jakiś prawnik, który chciałby pomóc? Ja poważnie chętnie pójdę skończyć ten cyrk w sądzie. Nie chcę z tego żadnych pieniędzy dla siebie, wystarczy mi satysfakcja (i tak jak mówię na nagraniu, chciałbym by jednak Orange to drogo kosztowało na rzecz jakiejś fundacji czy domu dziecka).0

Przełom w Rwandzie i w Kościele

„…ludzie uciekali do świątyń z nadzieją na schronienie za plecami księdza. A ci tymczasem zawiedli. Nie wpuszczali za drzwi kościoła, jeśli wpuszczali, nie dawali żadnej nadziei na ochronę i przeżycie. I przeraża mnie stwierdzeniem: sami donosili do Hutu, że w ich kościele są pasożyty, które trzeba zabić. Sami chwytali za pistolety i rozstrzeliwali ludzi.”

To cytat z mojego dawnego wpisu o tym, jak wyglądał udział Kościoła w ludobojstwie w Rwandzie. Jeśli ktoś nie czytał tamtego wpisu, bardzo zachęcam by jednak poświęcił na to trochę czasu. Uprzedzam, tekst jest długi i bolesny. Znajdziecie go tutaj (ctrl i klawisz plus powiększą tę mikroskopijną czcionkę).

Przypominam ten cytat bo wczoraj był wyjątkowy dzień. Konferencja Episkopatu w Rwandzie zrobiła to, co powinna była zrobić: przeprosiła za udział Kościoła Katolickiego w ludobójstwie w Rwandzie. Bez żadnego „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”, bo tu nikt chyba wobec Kościoła nie zawinił, a był to drastycznie przykry przykład kompletnej kompromitacji (nawet słowo kompromitacja jest za słabe, jeśli się weźmie pod uwagę, że mówimy o na przykłąd księżach zabijających kobiety i dzieci).

To bardzo dobry gest, szkoda, że tak późno.

Zastanawiam się czy skończy się na geście, czy też wciąż żyjący księża, którzy uciekli po tym co zrobili do francuskich parafii wrócą do Rwandy i odpowiedzą przed sądem.

 0

Nieeeeee! Orange jednak jest gorszy od kiły! To dno!

Kurwa mać!

Sorry, to chyba pierwsze przekleństwo na tym blogu, ale nie wyrabiam już.

Tym razem będzie krótko.

Dla tych, którzy nie śledzą, szybkie streszczenie:

  • mój wpis sprzed tygodnia o tym, że w Orange to co usłyszysz od ich pracowników się nie sprawdzi. Do tego, choć nie jestem już ich klientem, odebrałem pięć lub więcej telefonów tak jakbym był ich klientem i czy chce ich jebany światłowód. I że nie da się od tego uwolnić.
  • wpis sprzed dwóch dni, że dowalili mi fakturę na 250zł i że po poprzednim wpisie skontaktowała się ze mną osoba z Orange obiecując, że faktura zostanie skorygowana i że już naprawdę znikam z ich baz jako klient. I że to już naprawdę koniec moich udręk z tą firmą.

A teraz to:

20 minut temu odbieram takiego smsa:

15039655_1337983292893208_7221691032116283711_o

Co do k…? Jakie zgłoszenie? Przecież wszystko miało być załatwione?!

I w 5 minut po smsie dzwoni telefon z Orange. Pomyślałem sobie, że dzwonią szybko wyjaśnić pomyłkowy sms.

Co usłyszałem? Posłuchajcie sami!

Ja p.i.e.r.d.o.l.ę.

0

Prawie wyleczony z Orange – epilog

Aktualizacja: cofam wszelkie dobre słowo o Orange, jakie się pojawia poniżej we wpisie. Okazuje się, że zostałem okłamany przez tę firmę: nadal dzwonią i proponują światłowód (zobacz nowsze wpisy).

W poprzednim wpisie stwierdziłem, że Orange jest gorsze od kiły, bo z kiły można się przynajmniej wyleczyć a z Orange nie. Okazuje się, że i z tego ostatniego można jak się narobi trochę szumu.

Ale po kolei. Najpierw chciałem Wam opisać jak wyglądał dzień, w którym opublikowałem poprzedni wpis; miał to być dowód że miałem rację. Bo zdarzyło się trochę ciekawych rzeczy. Jeszcze ciekawsze zdarzyły się w drugiej połowie dnia.

Gdy tylko opublikowałem wpis, przeszedłem do sprawdzania emaili. A tam faktura wysłana przez nich dosłownie dzień wcześniej. Na kwotę 250 złotych.

To zdecydowanie więcej niż płaciłem normalnie (około 81 złotych) i od razu sobie przypomniałem pożegnanie z T-mobile. Tylko, że tu jest jeszcze ciekawiej, bo ja przecież klientem Orange nie jestem już od jakiegoś czasu.

Zadzwoniłem więc na ich infolinię dla klientów biznesowych.

Przez pierwsze pół minuty musiałem wysłuchać nagranego z automatu czegoś w stylu „nie działa ci nasza telewizja? upewnij się, że …, potem sprawdź czy podłączyłeś …”. Genialne, prawda? Pomyślcie jak to cudownie działa z punktu widzenia PR: nie wiadomo kto dzwoni, może ktoś, kto chce zostać klientem. A ty mu na start serwujesz informację, że mamy coś tak zwalone, że trąbimy o tym nawet komuś, kto dzwoni zareklamować fakturę i nie ma pojęcia co to za telewizja. Ale informację przyjąłem i przekazuję Wam dalej: pamiętajcie, że z telewizją w Orange są kłopoty.

Pominę szybko przebijanie się przez selekcję tematów („jeśli dzwonisz w sprawie… wciśnij …”). Tu zawsze polegam i ostatecznie łączę się z konsultantem wciskając zero – jakoś tak jest, że mojego tematu nigdy nie ma tam gdzie trzeba.

Po połączeniu z konsultantem przedstawiłem sprawę, pani otworzyła moją fakturę i powiedziała, że jak najbardziej mam płacić. Faktura jest tak duża z dwóch powodów:

  • miesięczny okres wypowiedzenia to nie 30 dni od daty złożenia, a 30 dni od tej daty a potem jeszcze aż do końca pełnego miesiąca kalendarzowego.
  • jako, że skończyła się moja umowa promocyjna, w tym okresie wypowiedzenia nie mam już co liczyć na niższy abonament (81 to ten niższy) i muszę płacić drogo.

Odpowiedziałem, że ja się z tym nie zgadzam bo:

  • złożyłem wypowiedzenie dokładnie w ostatni dzień trwania umowy między nimi, a mną i jak mnie poinstruowano, mam miesięczny okres, a nie „miesięczny okres z gwiazdką, czytaj drobnym drukiem”
  • skoro mi się skończyła umowa podstawowa (ta promocyjna na 81 zł) to ja nie zaakceptowałem, żadnej nowej umowy wg której mam płacić drogo. Składając wypowiedzenie mówię firmie, że się nie zgadzam na nowe propozycje (w tym wypadku droższe)

Tu pani natychmiast przyznała mi rację i powiedziała, że piszemy reklamację. Że tu faktycznie musi być jakaś pomyłka, bo ona widzi, że składałem wypowiedzenie i że już klientem być nie powinienem, a pewnie winny jest system, bo było jakieś przejście ze starego systemu fakturowego na nowy i nie wszystko się pewnie zmigrowało…

Od razu wtrącenie: po kilku rozmowach, jakie przeprowadziłem z różnymi osobami już po omawianym tu telefonie na infolinię trochę się skłaniam do tego, że w pierwszym przypadku Orange mogło mieć rację co do tego „miesięcznego” okresu wypowiedzenia. No ale, tu właśnie konsultantka przyznała mi rację (zgaduję, że raczej w obawie bym nie dał jej niskiej oceny po rozmowie: popchnąć klienta dalej i niech mu się wydaje, że sprawa została satysfakcjonująco załatwiona). I wcześniej jak składałem wypowiedzenie, nie było mowy, że będę ich klientem dłużej niż faktyczny miesiąc.

Wracając do rozmowy, nie uwierzycie ale… w między czasie konsultantka mnie zapytała czy nie chcę ich światłowodu 🙂 Jako, że rozmowa była dość luźna powiedziałem jak wygląda sprawa (że jestem nękany przez nich tym światłowodem do znudzenia) i spytałem, czy oni naprawdę nie widzą w żadnym zapisie rozmów ze mną, że mam ich już cholernie dość.

Nie dostałem odpowiedzi czy widzą, czy nie, ale usłyszałem, że „wie pan, światłowód to jest teraz taki temat, że normalnie… że musimy o to pytać. I dzwonić”. Na pytanie co mam więc zrobić, pani poprosiła mnie bym uzbroił się w cierpliwość, bo jak już zniknę ich bazy to wtedy dopiero przestaną dzwonić.

Przypomniałem sobie w czasie rozmowy, że cały czas mam ich modem neostrady (miesięczna opłata za wypożyczenie 8zł) i co mam z nim zrobić. Pani powiedziała, żebym odniósł do salonu i oddał tylko koniecznie wziął pokwitowanie.

Po rozmowie (i znów wystawieniu piątkowej oceny firmie Orange, bo pani przecież prosiła – i w sumie ma rację, bo przecież rozmowa przebiegła po mojej myśli) udałem się więc z modemem do salonu.

…i z tego salonu do domu z modemem wróciłem. Bo oni widzą w systemie, że jestem ich klientem i póki jestem klientem modemu ode mnie przyjąć nie mogą.

I tu właśnie miałem pisać wpis by jeszcze raz pokazać jak zrypaną firmą jest firma Orange. Kobieta z infolinii wysyła mnie do salonu (gwoli ścisłości zaproponowała też, że przyjedzie ich technik za co od razu podziękowałem – technicy Orange nigdy nie przyjeżdżają w umówionym terminie), salon wysyła mnie z powrotem do domu gdzie mam czekać aż mnie wygumkują z tabelek. Rozumiecie? To teraz pomnóżcie to sobie razy kilka, bo takie fuck upy zdarzały się co chwila gdy tylko przyszło mi coś załatwić w tej firmie.

W międzyczasie jednak, w świecie wirtualnym toczyły się także inne wydarzenia: mój wpis trafił na twittera i facebooka, gdzie został podlinkowany do rzecznika Orange, nawet się okazało, że mamy z rzecznikiem wspólnych znajomych (w jakiejś dalszej relacji).

To chyba sprawiło, że wieczorem odebrałem telefon od Orange. Dzwoniła Pani, zaznaczyła, że ma do mnie kontakt z biura prasowego i że nagrywa tę rozmowę (na co odparłem zgodnie z prawdą, że też nagrywam, taki nawyk właśnie spowodowany przez Orange), i że chce pomóc rozwiązać te wszystkie problemy (głównie z wysoką kwotą za fakturę). Rozmowa była krótka, dowiedziałem się, że musi pogadać z kimś decyzyjnym co ze mną zrobią i jeszcze raz zadzwoni.

Jak powiedziała, tak zrobiła. Chyba następnego dnia (albo później tego samego, nie pamiętam) zadzwoniła jeszcze raz mówiąc, że wprawdzie Orange się ze mną nie zgadza i te 250 złotych powinienem zapłacić, ale w drodze wyjątku chcą się jednak ze mną zgodzić i kwota będzie tylko za faktyczne 30 dni okresu wypowiedzenia i to w wysokości z umowy.

I że uwaga, uwaga: od razu w czasie tej rozmowy oznaczają mnie w swoim systemie jako klienta z zakończoną umową. I że mogę już odnieść modem naprawdę.

Akurat zaczynał się długi weekend, więc postanowiłem odczekać do poniedziałku z tym modemem. Ale potwierdzam: byłem wczoraj w salonie i wróciłem z pokwitowaniem odbioru modemu!

Dodatkowo od czasu poprzedniego wpisu nie odebrałem ani jednego telefonu z propozycją światłowodu.

Czekam już jedynie na skorygowaną fakturę i wygląda na to, że faktycznie etap życia pod nazwą Orange mam już za sobą. Naprawdę czuję ulgę.

Jaki z tego morał? Nie wiem. Nie chciałem by na górze tego bloga nadal straszył wpis z porównaniem Orange do kiły i zarazem chciałem dopisać tę historyjkę do końca. Temu też piszę ten wpis.

Orange nie polecam. Ostatnia pani dzwoniąca na prośbę biura prasowego aż tak bardzo mnie nie kupiła, nie zmieniam zdania o tej firmie. No może nie będę nazywał ich kiłą, ale z pewnością syf mają w obsłudze klienta okropny (co potwierdzają także znani mi byli pracownicy tej firmy).

Ale doceniam, że na sam koniec postanowili działać. Po moim wpisie o T-mobile nie było żadnej reakcji ze strony operatora (ale nie rozpaczam z tego powodu).  Widać, że Orange pomimo skopanego systemu CRM (czy też jak wynika z informacji od Was skopanego stosu różnie posklejanego oprogramowania) chce jednak spełnić oczekiwania klienta.0

Nawet kiła jest lepsza od Orange

Z kiły można się wyleczyć, ale od Orange się nie uwolnisz.

Szukałem internetu do firmy, padło na Neostradę (żaden świadomy wybór, po prostu w ówczesnej lokalizacji nie było nic innego). W rozmowie z konsultantem zamówiłem więc z instalacją za dwa dni o 12:00.

Jest już dwa dni później i jest 13:30, więc dzwonię na infolinię.

„Aaaale pan u nas nic nie zamawiał, nie mamy w systemie. Zresztą najpierw musimy panu kurierem wysłać router, a potem przyjdzie instalator.”

Zamawiam więc jeszcze raz i czekam na kuriera.

Mija tydzień. Oczywiście nie ma kuriera, więc dzwonię jeszcze raz.

„Na pewno wysłaliśmy. Tu jest numer listu przewozowego, proszę sobie zapisać.” Zapisuję.

Gdy sprawdzam w internecie śledzenie przesyłki, widze, że to jest coś, co zostało nadane do województwa opolskiego (ja jestem w podlaskim). Konsultant nie chciał załapać negatywnej oceny (po każdej rozmowie dostaję smsa z prośbą o ocenienie) więc musiał coś skłamać.

Po dwóch tygodniach bojów w końcu mam neostradę.

(Tu robimy szybki przeskok o dwa lata, pomijając kilka podobnych bojów na infolinii, reklamację zawyżonych rachunków – wg internetu to standardowa praktyka Orange, które ma nadzieję, że ludzie się nie zorientują – i co chwila nie działający router).

Jestem już w nowej lokalizacji, gdzie nareszcie mogę wybrać innego operatora niż Orange i akurat umowa z tym ostatnim mi się kończy. Bez wahania rezygnuję i przenoszę się do nowego dostawcy.

Mija tydzień.

Telefon #1
Orange: „Dzień dobry, jest już możliwość instalacji w pana firmie nowego łącza światłowodowego…”
Ja: „Tydzień temu zrezygnowałem z waszej firmy”
Orange: „To nie chce pan nowego łącza światłowodowego?”

Kolejne kilka dni później.

Telefon #2
Orange: „Widzę, że zrezygnował pan z naszych usług. Czy to decyzja ostateczna?”
Ja: „Ostateczna”

Kilka dni spokoju.

Telefon #3:
Orange: „Dzień dobry, jest już możliwość instalacji w pana firmie nowego łącza światłowodowego…”
Ja: „Nie jestem już waszym klientem od pół miesiąca”

Telefon #4:
Orange: „Dzień dobry, dzwonię bo jest możliwość zmiany obecnej neostrady na łącze światłowodowe”
Ja: „Nie chcę”
Orange: „A można wiedzieć czemu? Przecież obecne łącze jest o wiele wolniejsze”
Ja: „Nie chcę dlatego, że macie tam śmietnik. Nawet pani nie wie, że owe obecne łącze zostało już zlikwidowane 3 tygodnie temu, prawda?”
Orange: „No faktycznie, nic tu takiego nie widzę”
Ja: „Proszę więc zanotować w systemie, że nie jestem waszym klientem i nie chcę być”

Telefon #5:
Orange: „Dzień dobry, właśnie w pana lokalizacji rozpoczynamy podłączanie łącza światłowodowego. Czy nie chce pan zmienić obecnej neostrady na nowe łącze?”
Ja: „Przecież mówiłem już pana koleżankom, że nie mam neostrady”
Orange: „Oooo, a co się stało”
(Tu opowiadam dość grzecznie jak to się zaczęło od ściemniania o wysłanym ruterze i o całym pierdzielniku gdzie nikt w tej firmie nie wie co się dzieje)
Orange: „Uh, w sumie rozumiem. Ale jest pan obrażony tak już na zawsze, czy może kiedyś zmieni pan zdanie”
Ja: „Nie no. Jak za 2 lata znów wpadnę z lokalizacją firmy, w miejscie gdzie jest tylko Orange, to wtedy pewnie będę znów musiał”

Tydzień później, dzień dzisiejszy:

Telefon #6
Orange: „Dzwonię w sprawie pana firmy pod adresem (tu pada prawidłowy adres), chcemy założyć u pana neostradę”
Ja: „A czy widzi pani w komputerze historię naszej korespondencji? Poprzednie telefony?”
Orange: „Nie, nic tu nie ma, dzwonimy pierwszy raz.”


Czytelniku tego bloga: przenigdy nie korzystaj z usług firmy Orange. Jeśli czytałeś już wcześniej w sieci o legendarnym już rozgardiaszu jaki panuje w tej firmie, to wszystko prawda. Oni nie mają żadnego systemu CRM, jeśli konsultant coś ci obieca przez telefon, możesz mieć 99% pewność, że tak nie będzie. Uczciwie przyznam, że w przypadku jednego mojego telefonu, sprawa została raz załatwiona bez opóźnienia i dopominania się. Ale: raz. Poza tym nic nigdy nie było załatwione bez ponownych telefonów i składania dyspozycji od nowa, bo „nie widzę w systemie by pan dzwonił już w tej sprawie”. Dopiero podanie numeru zgłoszenia, który nauczyłem się notować sprawiało, że po tym następowało „A rzeczywiście, jest. Ale wie pan co, musimy zrobić nową dyspozycję”

Do tego choć mam na papierze z pieczątką (z rezygnacją poszedłem do salonu, bo wiedziałem, że przez telefon ona zaginie) potwierdzenie, że już półtorej miesiąca nie jestem ich klientem, cały czas dostaje takie telefony jak powyżej.


Dyrektorze z Orange z jakiegokolwiek szczebla: mam nadzieję, że ktoś ci podeśle link do tego wpisu. Wiedz, że masz totalnie skopany system. Albo wasz CRM nie działa, albo wasz system motywacji pracowników nie działa. Naprawdę jest przykro słuchać nie tylko wspomnianych wyżej kłamstw (konsultanci się boją, że w smsie po rozmowie wystawię im słabą ocenę) albo naprawdę żebrzącego proszenia (sic!) abym w smsie nie wystawiał im słabej oceny, bo oni widzą, że składałem dyspozycję tydzień temu, która gdzieś przepadła ale to przecież nie ich wina tylko kolegi ze zmiany tydzień temu.

Ale tak poważnie: naprawdę macie tak zjebany system, że od 6 tygodni nie ma odnotowanego, że nie jestem waszym klientem, czy jednak „pieprzyć to, widzę, że gośc jest wkurwiony, ale wynik musi być. Dzwonimy i udajemy, że wszystko jest ok”?

No to macie wynik. Ten wpis jest wynikiem. Wasza opinia w internecie jest wynikiem.


Kiedyś napisałem negatywny wpis o T-mobile, bo jak się z nimi żegnałem wysłali mi ostatni rachunek dwa razy. Jakiż ja byłem naiwny i głupi, że uznałem coś takiego za bałagan w systemie!

T-mobile, przepraszam.

W różnych firmach, dużych korporacjach zdażają się fuck-upy i ja to rozumiem, że coś czasem może nie zadziałać i gdzieś jakaś cyferka przeskoczy. Ale przepaść pomiędzy „coś czasem może nie zadziałać”, a Orange jest aż niewyobrażalnie ogromna. Gdybym tego nie doświadczył, nie uwierzyłbym, że jakakolwiek firma może działać tak źle.


Uwaga, w tej sprawie jest epilog, przeczytaj go tutaj.0

Wyniki mojej ankiety wyborczej

Na blogu cicho, a ja muszę gdzieś zamieścić wyniki ankiety odnośnie zbliżających się wyborów. Można więc blog choć na chwilę ożywić.

Tydzień temu zadałem na moich profilach na Facebooku, Google+ i Wykopie trzy pytania: na kogo masz zamiar głosować w drugiej turze, czy masz zamiar iść oraz na kogo głosowałeś w turze pierwszej. Odpowiedziało ponad 160 osób.

Jaki wniosek? Przede wszystkim zacznę od tego, że wyniki nie są miarodajne, nawet pomijając to jak mała grupa ludzi odpowiedziała. Skąd to wiem?

Oto wyniki odpowiedzi na pytanie na kogo głosowaliście w turze pierwszej (na wszystkich wykresach przedstawiony jest procent odpowiedzi):

wyniki-1-tury

Wynik kompletnie odmienny od tego oficjalnego, zatem grupa odpowiadających nie była próbką odzwierciedlającą całe społeczeństwo.

To tyle słowem długiego wstępu, teraz bawimy się dalej.

Oto wyniki odpowiedzi na najważniejsze pytanie, aczkolwiek jeszcze raz: daleko tej odpowiedzi do tego, co można by się spodziewać w niedzielę.

Na kogo macie zamiar zagłosować w drugiej turze?

wyniki-2-tury

No. Niby ma wygrać Andrzej Duda. Czy wygra, zobaczymy.

Czy można z tej kiepskiej ankiety dowiedzieć się czegokolwiek na poważnie? Można spróbować. Bardzo dużo z odpowiadających głosowało w 1. turze na Pawła Kukiza. O jego głosy zabiegają obaj kandydaci.

Oto jak wygląda odpowiedź na pytanie: „Jeśli głosowałeś w 1. turze na Pawła Kukiza, na kogo zagłosujesz w turze drugiej?”

na-kogo-wyborcy-kukiza

Większość wyborców przepływa znów na Dudę, bardzo dużo ma zamiar te wybory zbojkotować.

I to tyle. Jeśli ktoś jeszcze chce sobie powyciągać jakieś dane, tutaj jest arkusz z pełnymi wynikami.

0

Odzyskiwanie danych skasowanych z pendrive – jak to zrobić pod linuksem

W końcu się przytrafiło: zamiast skasować kilka katalogów z pendrive’a skasowało się wszystko 🙂 Nie do kosza, ale na „amen”.

Do skasowania doszło pod Windows, więc najpierw szukałem narzędzi dla tego systemu: bałem się, że wyjęcie pendrive może pogorszyć sytuację. Po sprawdzeniu dwóch, każdy się okazał programem typu „pokażemy ci co skasowałeś, ale za odzyskanie zapłać”. Dałem sobie zatem spokój i przepiąłem pendrive do mojego laptopa.

I teraz krótko jak postępujemy:

Instalujemy foremost, program do odzyskiwania danych:

$ sudo yum install foremost

Podpinamy pendrive i szukamy jego oznaczenia:

$ sudo fdisk -l

(u mnie wyszło, że pendrive ten to /dev/sdb2)

Odzyskujemy (chwilę to potrwa):

$ sudo foremost -i /dev/sdb2 -o ~/odzyskane

Utworzony na dysku katalog z odzyskanymi ma uprawnienia roota, więc poprawiamy to:

$ sudo chmod -R 777 ~/odzyskane

Wułala: w katalogu użytkownika zobaczysz katalog „odzyskane” a w nim wszystko co było na pendrive i nie zostało nadpisane0

Co ja zrobiłem dla Ukrainy (i co możesz zrobić i Ty)

Ostatnio wszyscy się prześcigają w pomysłach jakby tu dopiec Rosji albo wesprzeć Ukrainę. Dołączę do chóru.

Usłyszałem właśnie w radio, że rosyjscy mieszkańcy Krymu już szczerzą się z radości na myśl, że półwysep ten stanie się niezależnym państwem, chronionym przez Rosję, którego gospodarka będzie oparta na turystyce. Rzeczywiście: te same babuszki, u których wynajmowałem kwatery gdy byłem tam pierwszy czy drugi raz teraz wyległy wyszczerzone na ulicę wyglądając pieriestrojki.

Wszedłem więc w Google, wyszukałem krymskie kwatery i napisałem do kilku z nich z informacją, że rozważałem w te wakacje ponowne odwiedzenie i wynajęcie u nich noclegu, ale w takiej sytuacji muszę z planów zrezygnować.

Głupie? Może i głupie, ale jeśli im się naprawdę wydaje, że turyści będą jeździć nadal do nich, może warto im uświadomić, że mołdawskie naddniestrze odwiedzają obecnie tylko hardcorowcy, szukający wrażeń.

0

Najtrudniejsze słowo przy opisie zleceń brzmi „proste”

Czytam właśnie kolejne zlecenie przesłane do mnie i kolejny raz występuje z nim słowo „proste”. Naczytałem się już w życiu jego odmian i użyć mnóstwo: „prosta strona”, „prosty plugin”, „proste ustawianie”, „prosty wybór”.

Z doświadczenia wiem, że jeśli się znaczenia tego słowa z klientem nie doprecyzuje, ktoś na koniec będzie niezadowolony: klient, albo wykonawca. Więc wyjaśnię.

Gdy klient przykładowo pisze w specyfikacji:

  • Proste wybieranie rozmiaru zdjęcia

To być może ma na myśli:

  • Aby zmienić rozmiar zdjęcia chcę złapać za jego brzeg i przeciągnąć i tyle, to jest właśnie proste a więc i tanie

Programista / webdeveloper natomiast to samo zdanie rozumie jako:

  • Aby zmienić rozmiar zdjęcia wpisz w pierwszy input jego wysokość w pikselach, a drugi input szerokość. I błagam nie każ mi sprawdzać czy wpisałeś tam liczbę czy jakiś przypadkowy ciąg znaków. Jeśli rozumiesz proste jako tanie, to to jest właśnie proste.

Drodzy klienci, którzy w przyszłości być może traficie na ten wpis, a potem do mnie: dajcie od razu znać, czy rozumiecie, że „proste w użytku” to coś na kompletnie drugim końcu skali wobec „prostego w wykonaniu” 😉

Kiedyś darłem koty z klientami, z którymi nie doprecyzowaliśmy tego słowa, potem widząc słowo proste od razu kasowałem maila ze zleceniem, ale może teraz nam się uda porozumieć?

Zwykły czytelniku, może też freelancerze: nie krępuj się zacytować tego wpisu w rozmowie ze swoim klientem, jeśli oczywiście zgadzasz się z powyższym 😉 Niech i Twoje nerwy nie cierpią.

 0