Jaka temperatura w Białymstoku?

Taka szybka informacja. Gdyby ktoś potrzebował sprawdzić ile stopni jest właśnie w Białymstoku, czy też tę informację pobrać do jakiejś swojej aplikacji, którą tworzy, widżetu na pulpit czy gdziekolwiek indziej, gdzie może się ona przydać, to uprzejmie informuję, że mój blog może służyć za źródło.

http://muzungu.pl/met/ – pokazuje duży napis z temperaturą, odświeża się co 5 minut

http://muzungu.pl/met/?plain – żadnych formatowań, bez kodu HTML i brak odświeżania. Po prostu temperatura zapisana zwykłym tekstem.

http://muzungu.pl/met/?float – to co powyżej, tyle, że bez °C na końcu.

Informację o temperaturze pobieram z tej stacji meteorologicznej.

OK, właśnie udowodniłem, że jestem tak leniwy, że nawet nie chce mi się podchodzić do termometru za oknem 😉

 

Fedora 19 – nie będzie recenzji

Przy każdym kolejnym wydaniu systemu jaki używam pisałem mniejszą lub większą recenzję. Teraz tylko nadmienie, że jest już Fedora 19 i używam jej od dnia jej wydania (czyli już 2 tygodnie).

Nie mam niestety co o niej napisać. Instalacje kolejnych wersji tej dystrybucji Linuksa zaczynają chyba przypominać instalacje kolejnych wersji przeglądarek (nawet numeracja jest już podobnie wysoka). Wszystko działa, dodano kilka usprawnień, czasem całkiem przydatnych. Nic chyba specjalnie nie popsuli.

Jedyna oczekiwana przeze mnie grupa zmian to usprawnienia w pracy z wieloma oknami i w samym Nautilusie (przeglądarce plików). Do wydania 18 Fedory przeniesienie pliku z okna do okna przez przeciągnięcie było właściwie niemożliwe, póki okno było zmaksymalizowane. Teraz jest dość podobnie, jak ma to miejsce w Windows (przynajmniej jeśli chodzi o filozofię działania): chwytamy plik, kierujemy go do górnego lewego rogu ekranu (w tym momencie pokazują się nam wszystkie okna jak na zrzucie ekranu) i przenosimy plik do okna, w którym chcemy go otworzyć. Tak właśnie powinno to się odbywać (wcześniej musiałem okna umieszczać obok siebie ręcznie).

Zrzut ekranu z 2013-07-16 12:16:42I tyle. Wszystko pozostałe jest właściwie po staremu. A przynajmniej nic więcej chyba się nie zmieniło w obszarach, w których poruszam się w systemie.

Sprawa MegaUpload jak w filmie kryminalnym

Kim Dotcom mówi, że to rzeź na plikach (chodzi o skasowanie danych MegaUpload), LeaseWeb, firma która je przechowywała mówi, że zachowała się ok: że powiadamiała, że będą usuwać, a nikt się nie interesował i nie odpowiadał od ponad roku więc usunęli. Dotcom nadal grzmi.

Myślę, że Dotcom postępuje po prostu chytrze: zależało mu na skasowaniu plików, modlił się o to, a teraz udaje, że jest inaczej.

Bo może mi ktoś wyjaśnić, niby dlaczego Kim miałby żałować, że wykasowano pliki, które USA uważa za nielegalne i od których zaczął się cały proces? Nie ma narzędzia zbrodni, nie ma ofiary – nie ma przestępstwa.

Plus dla Red Hata

Choć sam nie mam nic przeciwko Gnome Shell i używam z przyjemnością, to chociaż jedna firma pokazuje, że liczy się ze swoimi klientami i nie ma zamiaru wzorem Microsoft czy Cannonical na siłę uczyć ich nowych nawyków

W Red Hat 7 domyślnie Gnome będzie działał w classic mode, a jeśli ktoś będzie chciał nowości, włączy sobie sam. Tak się robi soft do pracy, a nie eksperymenty na ludziach

źródło

Ale głupi ci dziennikarze

Wywiad USA ma dostęp do wszystkiego, co znajduje się na komputerach z Windowsem, na tabletach od Apple. Zastanawiam się czy któryś dziennikarz śmignie się zapytać polskich polityków czy nadal uważają, że zakup owych tabletów, by na nich czytać i przeglądać wszelkie rządowe dokumenty był dobrym ruchem i jeśli nie – co zamierzają z tym zrobić.

Czy jednak dalej – tak jak wczoraj usłyszałem to w Panoramie na TVP2 – dziennikarze  bujając w obłokach  będą radośnie twierdzić, że wywiad USA szpieguje tylko swoich obywateli.

Sztuczki z touchpadem, czyli co można robić oprócz przesuwania palcem kursora?

Stawiam wniosek o niedodawanie fizycznych przycisków do prawo i lewokliku w najnowszych laptopach, wyposażonych z touchpad z funkcją multitouch. Bo wszystko można już zrobić na takim gładziku; sam przycisków nie dotykałem już od miesięcy. Zajmują tylko miejsce, które spokojnie można by wykorzystać albo na zmniejszenie rozmiarów komputera, albo na powiększenie gładzika.

Nie każdy wie jak wiele rzeczy można zrobić na touchpadzie, nawet takim zwykłym bez multidotyku. Wypiszę więc wszystkie znane mi „sztuczki”, a może dzięki temu ktoś z Was znajdzie coś dla siebie.

Zaznaczam, że opisuję touchpad z multidotykiem, działający pod Linuksem. Pod Windows nie wszystko musi działać.

Zaczynamy:

Przesunięcie kursora na ekranie – to oczywiście banał, ale jak wypisywać wszystko to wszystko 😉 Przykładamy palec do gładzika i przesuwamy. Proste

Kliknięcie elementu (odpowiednik lewokliku) – uderzamy raz w gładzik jednym palcem

Dubleclick – po prostu dwa razy uderzamy w gładzik

Wywołanie menu kontekstowego (odpowiednik prawokliku) – uderzamy raz w gładzik dwoma palcami

Kliknięcie środkowym przyciskiem myszy (odpowiednik np kliknięcia rolką, w przeglądarkach otwiera kliknięty element w nowej karcie) – uderzamy raz w gładzik trzema palcami

Przewinięcie strony w pionie (odpowiednik rolki w myszce) – przykładamy dwa palce i przesuwamy je od góry do dołu

Przewinięcie strony w poziomie (odpowiednik rolki w myszce używanej wraz z przyciskiem alt) – tak jak wyżej, tyle, że przesuwamy palce na boki

Przeniesienie elementu (odpowiednik kliknięcia na elemencie i przesunięcia elementu podczas trzymania klawisza myszy) – trudniejsze ale po przyzwyczajeniu działa idealnie. Uderzamy szybko dwa razy jednym palcem, jednak po drugim uderzeniu nie podnosimy już palca, a przesuwamy go na bok; element pod nim będzie „złapany” i przesunie się wraz z kursorem. Ciekawostka: jeśli zabraknie nam miejsca i np gładzik pod palcem się skończy, wystarczy położyć drugi palec na gładziku i podnieść pierwszy – element nadal będzie wykonywany. Przypomina to trochę moonwalk wykonywany palcami 😉

Ergo: mysz jest już zupełnie nie potrzebna. Przyciski pod gładzikiem też

Dopadła mnie nostalgia

Nagle przypomniał mi się adres pewnej strony – webesteem.pl – wszedłem i okazało się, że nadal działa i nadal wygląda jak przed laty. Kurcze, internet sprzed lat nie zniknął. On nadal jest, choć ja przestałem go odwiedzać. I w jednej chwili powróciły mi wspomnienia, które zaczęły się od modemu z numerem 0202122 (dobrze pamiętam?) i które kończyły mniej więcej na stronie wspomnianej wyżej. Pozwólcie, że wyleje je tu z siebie, napiszcie w komentarzach jak zaczęła się Wasza przygoda z siecią.

Choć jestem już dość stary, to z komputerami mam do czynienia od dość niedawna. Pierwszy dostałem jak poszedłem na studia, w roku 1999 roku. Rakieta średniego zasięgu: dysk twardy 6,4 GB, procesor chyba celeron 266MHz, 64 MB ramu i karta graficzna 2 MB ram. Miała być czteromegowa, ale jak się okazało w sklepie albo mnie oszukali, albo się pomylili, a ja dopiero po latach zorientowałem się. Cóż, pierwszy komputer.

Pierwszy komputer nie miał modemu, a tym bardziej karty sieciowej, ale miał za to od razu zainstalowanego windowsa, grę quake, grę abbys word i jeszcze kilka innych. Wszystko pirackie, choć o to nie prosiłem. Po latach przeczytałem w Porannym, że sklep, w którym kupiłem mój zestaw został zamknięty po nalocie policji. Widać ktoś zamiast usiąść i grać w bonusowego quake-a poszedł to zgłosić.

Pierwszy raz wszedłem w internet na studiach, w kawiarence internetowej. Kawiarenka oczywiście już nie istnieje, ale dobrze pamiętam, że pierwszą stroną, jaką odwiedziłem było Yahoo. Kupiłem szybko w empiku jakiś kieszonkowy przewodnik po internecie i odwiedzałem kolejne wymienione w nim strony.

Uzależniłem się od kawiarenek dość mocno, a miejscem w którym byłem najczęściej to był czat. Pamiętam, że w czasie jednej z takich wizyt usłyszałem od znajomych, że na świecie jest już taki internet, za który nie trzeba płacić za każdą minutę, a w miarę niską opłatę miesięczną. Nie mogłem uwierzyć.

W kawiarence internetowej spróbowałem pierwszy raz wejść w Usenet. Bez rezultatu. Wpisałem w pasek adresu przeglądarki pl.sci.cośtam, a ta stwierdziła, że nie można wyświetlić strony. Prawdę mówiąc nie mam się chyba teraz czego wstydzić, bo podejrzewam, że ten wpis czyta już też takie pokolenie, które nie wie co tu jest wstydliwego. Drogie dzieci, nie tak się wchodzi w Usenet 😉

Jakoś w międzyczasie dokupiłem do swojego domowego komputera modem, przez co rodzice zaczęli o wiele rzadziej rozmawiać przez telefon, za to o wiele więcej za niego płacić. Pamiętam, że sam siebie limitowałem. Na ścianie wisiała kartka, na której notowałem ile minut już siedziałem w sieci (drogie dzieci, kiedyś za internet płaciło się za każdą minutę) i starałem się nie przekraczać miesięcznego limitu.

Takie limitowanie rozwinęło we mnie żyłkę archiwisty. Strony szybko („szybko”… dobre sobie) ściągałem na dysk, zapisywałem i czytałem po rozłączeniu. Wtedy ponownie podszedłem do usenetu i tym razem już z powodzeniem. Już wiedziałem, że usenet wymaga czytnika wiadomości i – co było najfajniejsze – wystarczyło połączyć się, zsynchronizować i rozłączyć.

Tak oto pobrałem między innymi chyba całe archiwum grupy pl.comp.www, przeczytałem na nim z tysiąc wiadomości (może i trzy tysiące, trwało to wiele dni) i zanim odważyłem się coś napisać, poszedłem szukać kursu tworzenia stron. Tu specjalne podziękowania dla Pawła Wimmera.

Long story short, świat ujrzał moją pierwszą stronę o mojej pasji – mrowisko.of.pl. Już teraz nie działa, traktowała o mrówkach. Ale przyznać muszę, że wtedy jeszcze bardzo wielką zasługę w jej powstaniu miał Microsoft Front Page.

Stron było jeszcze kilka, z tych ważniejszych muszę wspomnieć o VivaMozilla.civ.pl (też już jej oczywiście nie ma). Strona ważna z wielu powodów. Po pierwsze była to dość ważna strona fanowska – jak na tamte czasy. Mozilla dopiero raczkowała, a stronę moją, obok mozillapl.org (miałem ich koszulkę ze zlotu fanów Mozilli w Poznaniu!) polecali wszyscy w sieci. Uznanie było tak duże, że jeśli ktoś w Mozilli wszedł w menu Pomoc, tam wszedł w O autorach i doczekał do podziękowań (lista autorów przewijała się jak napisy końcowe w filmie) byłem tam wymieniony z imienia i nazwiska! Moje nazwisko w Mozilli. Fakt, że to była wersja 0.9 tego programu, że to było wieki temu i nikt nawet nie słyszał o Firebirdzie (potem przemianowanym na Firefoksa). ale zawsze coś. Pamiętam, że na VivaMozilla na górze miałem taki licznik, który wskazywał, że użytkowników Mozilli w Polsce jest już 40 tysięcy. Takie to były czasy.

VivaMozilla to też moja pierwsza strona napisana w PHP i to z autorskim systemem CMS, stworzonym przeze mnie. Głównym powodem stworzenia go był fakt, że nie umiałem zainstalować żadnego gotowego i że gotowe wymagały bazy danych MySQL, czego moje konto nie zapewniało – takie to były czasy. Napisałem więc system, który gromadził newsy w plikach tekstowych na serwerze. System któregoś dnia został zhakowany przez Turków, po kilku dniach znów został zhakowany, a ja strzeliłem focha, wrzuciłem newsa, że ja tu hobbistycznie żyły wypruwam i jak oni mnie tak, to ja stronę zamykam. I zamknąłem.

Równolegle bardzo intensywnie udzielałem się w Usenecie. Drogie dzieci, Usenet to takie miejsce, w którym wszyscy mogli zapytać o wszystko innych, wszyscy starali się nie dać sprowokować trollom, wszyscy pisali mniej lub bardziej anonimowo i mieli internetowych znajomych. Tak, coś jak Facebook, tylko ze zgaszonym światłem.

Aż dotarłem do grupy pl.pregierz – miejscu, o którym się mówiło, że jak się raz tam wejdzie to nie można wyjść. To prawda. Wiele osób próbowało przestać tam pisać, ale po kilku miesiącach wracali. pl.pregierz bardzo rzucał się na mózg. To było tak, że gdy jakaś ekspedientka w sklepie krzywo na ciebie spojrzała, już z myślach układałeś sobie „piętnuję sklep ABC za zatrudnianie leniwych, starych bab…” i po powrocie do domu tekst ten wrzucałeś na pręgierz. I zaczynała się dyskusja albo i nie.

pl.pregierz bardzo szybko z miejsca narzekania ogólnego zmienił się w miejsce sporów politycznych. Prawica mówiła lewicy (przepraszam, lewakom) jak ma żyć, a ci im odpowiadali by spier*lali. Takie to było miejsce i taki język. Upadek totalny zaczął się od zjawienia się na pręgierzu moona – jakiegoś już starszawego prawicowca, który nie wahał się wyjaśnić ci, że jeśli nie głosujesz na Giertycha, to jesteś chu*em.

I wtedy pojechałem do Afryki, do Rwandy i wszystko się zmieniło. Udało mi się wyjść z pręgierza i nigdy już tam nie wróciłem. Udało mi się zobaczyć, że poza internetem jest fajniej, a jak się weszło w jakieś internetowe bagno, da się z niego wyjść. Temu tak łatwo udało mi się opuścić wykop.pl – obecnie bardzo przypomina to, co kiedyś działo się na pręgierzu.

Strony jednak robię dalej. Jak wiecie już nie na autorskim CMSie 😉 a na solidnym WordPressie. Mam kilka swoich, co jakiś czas powstaje też kolejna robiona któremuś z moich klientów. Tylko usenet – niegdyś bardzo ważny (nie tylko pregierz odwiedzałem, ale wiele grup naukowych i tchnicznych), a teraz jak zaglądam wiejący pustkami – zastąpiłem Google Plusem i trochę facebookiem.

Kurcze, to tylko 13 lat, a czuję się jakbym opowiadał historie sprzed dziesięcioleci.

To jest właśnie moment na rejestrację na Copy.com

[copycom] to nowy serwis, który od wczoraj sieje zamieszanie w sieci. Działa i w dużym stopniu wygląda tak samo jako DropBox (czyli miejsce na przechowywanie plików online i synchronizowanie ich ze swoimi komputerami), ale dzięki przestrzeni jaką można zdobyć przez polecanie [copycom] swoim znajomym nagle wszyscy o tym piszą. Piszę więc i [copycom txt=’polecam także i ja’].

Dlaczego? Na starcie dają 5 GB miejsca w chmurze (a jeśli skorzystacie z któregoś z odnośników w tym wpisie, dostaniecie 10 GB). Dodatkowo za tweetnięcie jest 2 GB więcej. I co najważniejsze: za skuteczne polecenie serwisu (skuteczne czyli zakończone rejestracją i instalacją aplikacji na komputerze) [copycom txt=’dostajemy 5 GB za każdą kolejną osobę’]. Nie ma górnego limitu.

Pomyślałem więc sobie, że niewiele tracę. To jest właśnie chwila, kiedy na polecaniu można dostać najwięcej. Polecanie DropBoksa już się nie opłaca, bo kto miał zainstalować ten zainstalował. [copycom] jak na razie niemal nikt jeszcze nie ma.

Tak więc polecam Wam i coś czuję, że szybko uzbieram tyle przestrzeni, że z chmurą zsynchronizuję cały swój dysk w laptopie 🙂 [copycom txt=’Rejestrujcie się’] i polecajcie dalej – ci, którzy zrobią to za miesiąc nie będą mieli już ta łatwo.

Ważna informacja dla linuksiarzy: poza aplikacjami na Windows i Mac jest też [copycom txt=’appka na Linuksa’]. Rozpakowujemy do dowolnego katalogu (ja mam u siebie specjalnie na to katalog „Programy” w katalogu użytkownika), klikamy dwa razy na plik CopyAgent, loguejmy się i to wszystko . Podobnie jak DropBox program będzie siedział w zasobniku, uruchamiał się wraz ze startem systemu i utworzy sobie własny katalog o domyślnej nazwie Copy. Żadnych apt getów czy innych sudo yum install.

Uwaga: komentarze z linkami rejestracyjnymi nie przejdą moderacji!

Pisz Tu – moja nowa wtyczka do publikowania wpisów za opłatą

Branża SEO co chwila dopytywała się jak uruchomić katalog artykułów precell i pobierać opłatę za umieszczenie w nim takiego wpisu. Kolejna grupa wordpressowiczów co jakiś czas pytała o wtyczkę, dzięki której będą mogli zrobić na przykład serwis ogłoszeniowy, gdzie publikacja ogłoszenia jest płatna. No więc wtyczkę taką zrobiłem. Oto:

Pisz Tu (pisztu.com)

Wtyczka robi, to co w temacie: osoba odwiedzająca może dodać wpis, ale tylko jeśli za to zapłaci. Autor strony zarabia na każdym wpisie, może też zarabiać na każdym URLu w treści wpisu i na przypisaniu wpisu do więcej niż jednej kategorii.

pisz tu - publikowanie wpisów za opłatąWtyczkę już podczas tworzenia przedyskutowałem z „grupą docelową”, dzięki czemu jest w niej kilka dodatkowych pomysłów już na starcie. Właściciel witryny sam decyduje co się dzieje po opłaceniu: wpis ma się pojawić od razu, czy jeszcze czekać na moderację. Można ustalić, by po x dniach wpis znikał. Można sprawić by autor wpisu na x dni przed takim zniknięciem dostał maila z propozycją przedłużenia. Wpis można publikować w WordPressie nie tylko jako ‚wpis’, ale na przykład stronę czy jakikolwiek inny samemu dodany własny typ wpisu (custom post type). Można dodać regulamin i wtedy przed publikacją wymagana jest jego akceptacja.

Słowem wypas. Wtyczka jest płatna, ale biorąc pod uwagę fakt, że służy zarabianiu na pewno szybko się zwróci.

P.s. Moja ważniejsza wtyczka, czyli TradeMatik doczekał się kilka dni temu aktualizacji do wersji 1.3.