Zauważyliście, że Facebook stał się lepszy?

Zauważyliście? Mniej głupich wpisów na waszym wallu? Nieśmiesznych obrazków, o których udostępniający myślał, że są śmieszne? Żenujących mądrości, linków do artykułów, których udostępniający pewnie nawet nie  przeczytał, a wrzucił tylko by pokazać jaki on jest ho ho, bo patrzcie, artykuł po angielsku, w dodatku patrzcie z jakiej domeny!

Nie dziękujcie. Tak, odinstalowałem jakiś miesiąc temu mobilną aplikację facebooka i pojawiam się na nim teraz o wiele rzadziej. W weekend prawie w ogóle, w tygodniu z doskoku w ciągu dnia (pewnie zaraz wrzucę link do tego wpisu, o już jest) i jak dam radę to jeszcze przez chwilę wieczorem.

W efekcie, choć wciąż wiele czytam i grzebię w sieci telefonem to nie leci to z automatu na Facebook. Było ciężko przez pierwszych kilka dni, ale teraz już daję radę. Od wszystkiego można się odzwyczaić, a im bardziej coś jest uzależniające, tym bardziej szokowa powinna być według mie terapia. Odinstalowanie aplikacji z telefonu związuje ręcę. Oczywiście można spróbować odwiedzić Facebooka z mobilnej przeglądarki albo znów zainstalować aplikację, ale póki co udaje mi się skutecznie przed tym powstrzymywać.

Po co, zapytacie? Lubię pozbywać się internetowych nałogów. Przyznajcie sami, że na pewno są miejsca w sieci lub aktywności na telefonie, o których wiecie, że robicie lub odwiedzacie za często. Czujecie ten dyskomfort, ale mimo to kolejny raz wchodzicie na Facebook by kolejny raz zobaczyć na górze ten sam wpis, który wiedzieliście dziś już 8 razy, a pod nim znów ktoś na coś narzeka, ktoś inny czymś się chwali, jeszcze ktoś inny coś udostępnia…

I tak jak już półtorej roku temu kompletnie wyniosłem się z Wykopu (Jezu, jaki to jest syf – a przynajmniej był te półtorej roku temu, ale jakoś nie wierzę by coś się zmieniło), tak teraz postanowiłem ograniczyć bytność na fejsie. Ograniczyć, bo wciąż nie zniknąłem zupełnie: jak wspomniałem odwiedzam stronę wciąż z laptopa, do tego w telefonie wciąż jest Messenger. Ten ostatni jest chyba największym problemem, bo trzyma twoich znajomych jako zakładników.

Odpryskiem od mojej ucieczki z Facebooka ma być to, że wrócę do pisania na blogu. Jak może widzicie z ostatni miesiąc pojawiło się kilka nowych wpisów, po dłuższej ciszy. Może uda mi się utrzymać przynajmniej te małe ale jednak tempo.

Od kilku dni świat żyje aferą związaną z przekazaniem przez Facebook danych 50 milionów użytkowników firmie, która sterowała kampanią Donalda Trumpa. Amerykański kongres właśnie przepycha ustawę, wg której władze będą miały konto administratora w tego typu serwisach i będą widzieć wszystko o was bez potrzeby pytania o te dane kogokolwiek. Nie czujecie dyskomfortu?

Pomysł na grę: traf do domu

Gra oparta o Google Street View. Określasz gdzie jest twój dom (lub pozwalasz geolokalizacji na to) i gra umieszcza cię losowo na mapie Google w widoku ulicy. Musisz trafić do swojego domu.

Na pierwszym poziomie losowa lokalizacja jest w obrębie twojego miasta. Potem powiatu, potem województwa, potem gdzieś w Polsce. Potem kontynent i tak dalej.

Żeby poziom kontynent był grywalny (powodzenia w klikaniu strzałki milion razy), możesz być przenoszony od razu do najbliższego skrzyżowania, jednak jeśli kierujesz się na przykład w złym kierunku, po jakimś czasie jest ci odbierana taka szansa (wraca znów po jakimś czasie). Do przemyślenia.

Jeśli wykonawca chce zmonetyzować taką grę, może się dogadać np z Biedronką i „losowa” lokalizacja startowa zawsze będzie pod sklepem tej sieci lub trzeba koło niej przejść lub jak się wejdzie na jej parking, dostajemy wyżej wspomniane opcje przewijania do skrzyżowań. Jak Biedronka nie będzie zainteresowana, to można znaleźć innego sponsora.

Niech ktoś zrobi taką grę, to chętnie zagram. Pomysł oddaję za darmo jeśli gra nie będzie dochodowa. Jeśli będzie monetyzowana, zapraszam do kontaktu w celach ustalenia podziału łupu 😉 Załóżmy, że jak ktoś nie chce się skontaktować, roszczę sobie prawa do 100% dochodu :>

TL;DR: coś jak GeoGuessr, ale z celem odnalezienia swojego domu

W końcu Firefox jest taki jak powinien być (i jest lepszy od Chrome)

Wszyscy się teraz o tym rozpisują, więc i ja nie mogę odpuścić: wróciłem do Firefoksa po tułaniu się po różnych przeglądarkach i zostanę już na dobre. Nie ma bowiem powodów by dać się mniej lub bardziej szpiegować w innych przeglądarkach.

Dlaczego? Oto najważniejsze powody, przeczytaj i sam(a) zdecyduj czy nie warto Firefoksowi dać kolejnej szansy (lub go poznać jeśli od zawsze korzystaliście np z Chrome)

(Aha, najpierw uwaga. Mówię o wersji na komputery. Niestety na Androida Firefox wciąż jest ociążałą cegłą, której nawet przy dobrych chęciach używać się nie da)

Jest szybki

Firefox 57 to podsumowanie wielu prac przy silniku poczynionych w ostanich miesiącach. Nie jest to totalna wymiana silnika renderującego strony, ale krok po kroku przepisano każdy jego najważniejszy komponent. Efekt jest taki, że Firefox jest tak samo szybki jak Chrome. Nie będę podawał liczb, po prostu zainstaluj i sam się przekonaj.

Znika więc największa bolączka Mozilli, czyli udawanie, że jest dobrze z wydajnością. Takie podejście prawie ukatrupiło Firefoksa w ostatnich latach, gdy wszyscy się przesiedli na Chrome. Czy teraz wrócą? Są dwa powody, by to zrobić:

Używa tych samych rozszerzeń co Chrome

Trochę upraszczam w tym nagłówku, ale chodzi o to, że Firefox przeszedł teraz na tzw WebExtensions – rozszerzenia pisane wg pewnej specyfikacji. Wg tej samej specyfikacji pisane są rozszerzenia do Chrome czy Opery. Oznacza to, że teoretycznie rozszerzenia do Chrome będą od razu działać też w Firefoksie. Muszą tylko przez autora zostać opublikowane w „sklepie” Firefoksa (a zapewne już wkrótce pojawi się jakiś dodatek by instalować rozszerzenia bezpośrednio ze sklepu Chrome, tak jak to ma Opera).

Wiele osób postrzega to jako wadę, bo Firefox porzucił swój własny, oparty na XUL standard rozszerzeń. I po części ich rozumiem, bo XUL dawał o wiele większe możliwości niż WebExtensions.

Ale dla mnie te zrównanie w dół (tak, Firefox w tym wypadku nie staje się bezwględnie zły, a po prostu na tym samym poziomie co Chrome) to trade off, który trzeba było poczynić. Wszystkie przeglądarki używają HTML w tym samym standardzie, wszystkie używają tego samego CSS i JS i doskonale zdajemy sobie sprawę im bardziej ten standard będzie spójny, tym lepiej dla twórców witryn (i nas, użytkowników). I tak samo z roszerzeniami: posiadanie wielu standardów to niewygodne rozdrobnienie. Firefox zrównał w dół, bo to Chrome ma dominującą pozycję. Mam nadzieję, że teraz wszystkie przeglądarki razem będą rozwijać ten standard.

Podsumowując co najważniejsze: jeśli masz w Chrome swoje ulubione rozszerzenia, nie ma już technicznych przeszkód by nie działały one w Firefoksie.

Nie szpieguje!

Jest to dla mnie orgomnie ważne. Nie mam nic super ważnego do ukrycia, ale bardzo nie lubię tego uczucia, że siedzi nade mną jakiś algorytm, który patrzy na to, co robię. Nawet jeśli jest to kompletnie anonimowe to jednak zawsze działa zasada, że obiekt obserwowany zmienia się pod wpływem obserwacji. Mieliście kiedykolwiek tę myśl, że „oho, jestem już na pewno na jakimś radarze” gdy wpisywaliście w google „terroryzm przyczyny”? Czuliście dyskomfort płacąc kartą w aptece za jakiś lek (jeśli nie, to powinniście)? Zdarzało wam się polajkować artykuł na Financial Times tylko dlatego, że chcecie by facebookowe algorytmy, nawet jeśli nie patrzy na to żaden prawdziwy człowiek, zakwalifikowały was do tej „lepszej” grupy użytkowników?

Na tym właśnie polega zmienianie się pod wpływem obserwacji: nawet jeśli jesteście 100% przekonani, że żaden człowiek was nie widzi, mikromodyfikujecie swoje zachowanie, tylko po to by bezduszny algorytm lepiej o was myślał. I nie udawajcie, że tego nie robicie, każdy tak robi. Dla mnie jest to bardzo niewygodne uczucie.

Chrome jest przeglądarką tworzoną przez firmę, która zarabia na reklamach i zależy jej by te reklamy jak najardziej dopasować do użytkownika. Każda zainstalowana przeglądarka Chrome ma swój unikalny indentyfikator, który wysyła wraz z informacją o waszej aktywności na serwery Google. Powyżej wspomniałem tylko o bezwiednym śledzeniu was, ale pamiętajcie też, że żyjemy w dobie, gdy amerykańskie firmy muszą współpracować z NSA gdy te je o to poprosi i nie mogą tego ujawniać (no i znowu właśnie trafiłem na jakiś radar, może i wy trafiacie czytając to).

Przełamanie monopolu

Ilu z was wie, że przeglądarka Opera to tak naparwdę kolejna wersja Chrome? Vivaldi tak samo, tak samo Brave (przeglądarka tworzona przez byłego głównego programistę Mozilli) i właściwie wszystkie inne przeglądarki. Niemal wszystkie używają teraz tego samego silnika wyświetlania stron pod nazwą Blink.

Niemal wszystkie, bo swoje własne silniki mają tylko właśnie Mozilla i Microsoft w przeglądarce Edge.

O ile spójność standardów sieciowych jest bardzo ważna, to powinny być one implementowane na więcej niż jednym silniku. Bo monopol zabije rozwój. Albo dokładniej: zahamuje rozwój sieci w takim kierunku, w jakim powinna się rozwijać dla użytkowników, a rozwijać się będzie w takim kierunku, w jakim chce autor monopolistycznego silnika. Gdyby w sieci został tylko silnik Blink dostarczany przez Google, któremu zależy na maksymalizacji przychodu z reklam, jak myślicie, jakie nowe standardy pojawiały by się w sieci? Byłyby to lepsze interakcje użytkownika w celu zdobywania przez niego informacji, czy zmiany w celu zdobywania informacji o tym użytkowniku przez reklamodawcę?

Mozilla jest organizacją non profit i faktycznie robi to co robi by tworzyć sieć lepszą użytkownikom. Podziękuj więc im i przesiądź się na Firefoksa. Jest za darmo, działa tak samo dobrze jak Chrome, nie śledzi cię, uBlock działa… po co więc zostawać na Chrome?

Streamingowany system operacyjny na komórkę

Raz na jakiś czas wpadam na pomysł jak może wyglądać przyszłość, ale jako, że nigdy tego nie zapisuję i rzadko o tym komukolwiek mówię, potem trudno mi jest kogoś przekonać, że „ja to wymyśliłem” 🙂 Pewnie mi nie uwierzycie, że jeszcze w czasach pierwszych telefonów komórkowych przewidziałem, że telefon będzie miał w sobie aparat fotograficzny. Choć w swoich wyobrażeniach widziałem jak ludzie przyszłości przykładają do ucha kompaktowe cyfrówki, nie wiem czemu tak widziałem, że będzie to wyglądało 🙂

Oczywiście nie każda moja przepowiednia się sprawdza i to właśnie z lęku, że się pomylę nikomu o tym nie mówiłem. Ale postanawiam to teraz zmienić. Bo kilka dni temu uderzyła mnie wizja telefonów przyszłości i nie mogę o tym przestać myśleć. Wydaje mi się to rewelacyjnym i rewolucyjnym pomysłem. I im dłużej myślę, tym bardziej jestem pewien, że takie coś któregoś dnia ujrzymy na rynku, choć nie wiem dokładnie kiedy.

Czy wiecie w jaki sposób uruchamia się obecnie wymagające dużych zasobów gry komputerowe na telefonach czy tabletach, które tych zasobów nie mają? Nazywa się to cloud gaming  i coraz pojawia się już tu i tam. Jeśli się nie mylę NVIDIA ostatnio zrobiła swoją jakby konsolę do gier działającą na tej zasadzie – ma dość słabe bebechy, ale można na niej grać w zaawansowane gry 3D.

Zasada jest taka: całość renderowania gry odbywa się w chmurze, z dala od  twojego komputera czy telefonu i odsyłana jest przez sieć klatka po klatce na twoje urządzenie. Ty klikasz przycisk, informacja o kliknięciu wysyłana jest na klaster obliczeniowy, który w ułamku sekundy oblicza rozprysk krwi twojego przeciwnika, zmianę kąta padania cienia przechylającej się postaci i wszystko inne co normalnie robi karta graficzna i kolejny ułamek sekundy taki wyrenderowany obraz wraca do ciebie przez sieć na telefon. Po kolejnym ułamku sekundy kolejny render z jeszcze większym rozpryskiem krwi i jeszcze bardziej pochyloną postacią jest wykonany i wysłany do ciebie. Twój telefon się nie nagrzewa, bo nie ma od czego – tak naprawdę jest małym telewizorkiem na którym widzisz film, tyle, że interaktywny, sterowany twoimi kliknięciami.

Imponujące, prawda? A to się już dzieje naprawdę i dziać się będzie coraz częściej.

I pomyślałem: skoro można w ten sposób na farmie super wydajnych serwerów renderować i wysyłać obraz gier, dlaczego nie można by w ten sam sposób wysyłać całego systemu operacyjnego?

Na twoim telefonie nic by nie było zainstalowane. Jedynie prosty system do komunikacji z siecią, obsługi klawiszy i nacisku, aparatu i mikrofonu. Mały procesor do wyświetlania odebranej z sieci grafiki i odgrywania dźwięków – głosu rozmówcy czy odgłosu zdychającej świni w angry birds 😉

Prawdopodobnie taki telefon nie musiałby być telefonem i nie miałby żadnego modułu do komunikacji z siecią komórkową: osoba dzwoniąca dzwoniła by bezpośrednio na serwer, skąd dźwięk byłby przekazywany przez wifi do twojego telefonu.

Wszystko właśnie działoby się na odległym serwerze: gdzieś w jakimś kontenerze miałbyś swój system operacyjny, swoje apki, swoje pliki, zdjęcia, dokumenty… Klaster by czekał na informacje o twoich „kliknięciach” i odsyłał na nowo wyrenderowany obraz jak to powinno wyglądać na twoim telefonie.

Ta rewolucja miałaby spore zalety:

  • Telefon – cienki klient, wypatroszony z drogich komponentów – byłby o wiele tańszy niż obecnie
  • Wypatroszenie z komponentów na pewno pozytywnie wpłynie na czas pracy na jednym ładowaniu. Tak naprawdę twój telefon tak jakby będzie cały czas podłączony kablem do sieci elektrycznej: gdzieś w odległej serwerowni (ok, wciąż będzie potrzebna bateria do pokazywania obrazu na ekranie czy łączności wifi, ale rozumiecie o co mi chodzi)
  • Brak fragmentacji systemów operacyjnych: jedna wersja dla wszystkich będzie zainstalowana i zawsze aktualizowana na serwerze, bez obaw, czy telefon ją udźwignie – telefon jest przecież tylko ekranikiem, który ma wyświetlić obraz odesłany w OGV czy innym MPEG.
  • Dlaczego w ogóle upieramy się by mówić, że jest to system na telefony komórkowe? Warstwa abstrakcji na serwerze może odsyłać obraz przeskalowany na telefon, tablet coś co będzie odpowiednikiem „komputera stacjonarnego w przyszłości” czy telewizor lub cokolwiek innego, co jeszcze pojawi się w przyszłości (gogle wirtualnej rzeczywistości?) Może tak właśnie spełni się w końcu sen o informatycznej konwergencji

Wady? Oczywiście, ale wydaje mi się, że istnieją one tylko na dzień dzisiejszy.

  • Przede wszystkim taki telefon by mógł żyć musi być połączony ciągle do sieci – WIFI albo mieć nieograniczony pakiet gigabajtów w sieci komórkowej. Na dzisiaj nie ma na to szans, ale jesteście pewni, że to nie nastąpi w przyszłości? Ja pamiętam jeszcze czasy gdy z zegarkiem w ręku pilnowałem by dziennie nie spędzić w internecie więcej niż 27 minut – 9 impulsów modemowych, na które pozwalali mi rodzice. W tamtych czasach gdyby ktoś powiedział, że w 10 minut ściągnie 3-gigowy film z internetu, byłby wyśmiany.
  • Nikt nie postawi nam farmy komputerów obliczeniowych za darmo, więc albo telefony stałyby się telefonami w abonamencie, albo wcale nie byłyby tańsze (jedynie produkcja byłaby tańsza, a my byśmy nadal płacili tyle samo by pokryć koszt infrastruktury), albo ktoś zdecydowałby się na zasponsorowanie tej farmy aby przeprowadzić na nas jeszcze dokładniejszy data-mining i profilowanie reklamowe (hello Google), albo ktoś zdecydowałby się na ten krok by wgryźć się obecnie zabetonowany świat dwóch producentów systemów mobilnych (hello Microsoft)
  • Oddać wszystko w ręce jakiejś zewnętrznej firmy i nie mieć nic na własnym komputerze to ostatni poziom zgody na pełną inwigilację. Ale to już tylko kwestia odpowiedniego gotowania żaby; prawdę mówiąc mało kto obecnie wie jak wiele oddaje w ręce Google, Facebooka czy Microsoftu.

Wada, o której pewnie pomyśleliście, a która nie istnieje: opóźnienie. Wysłanie informacji o wciśniętym przycisku, renderowanie efektu na odległym serwerze i odesłanie obrazu z powrotem powinno zająć zauważalną ilość czasu. Tymczasem jednak w przypadku tak renderowanych gier właściwie opóźnień nie ma: kule świszczą, gracze biegają, a wszystko działa stosunkowo płynnie.

Ja uważam, że taki „streamingowany” system operacyjny to tylko kwestia czasu. Google ma już wszystko by móc to zrobić: swoje systemy operacyjne, które cierpią na fragmentację, swoje centra danych do cloud computingu i marketingową potrzebę wiedzy wszystkiego o nas. Microsoft też ma swoją chmurę i swój system i ma wielki strach przed marginalizacją w przyszłości. Może ktoś inny?

A jakie jest wasze zdanie?

Odzyskiwanie danych skasowanych z pendrive – jak to zrobić pod linuksem

W końcu się przytrafiło: zamiast skasować kilka katalogów z pendrive’a skasowało się wszystko 🙂 Nie do kosza, ale na „amen”.

Do skasowania doszło pod Windows, więc najpierw szukałem narzędzi dla tego systemu: bałem się, że wyjęcie pendrive może pogorszyć sytuację. Po sprawdzeniu dwóch, każdy się okazał programem typu „pokażemy ci co skasowałeś, ale za odzyskanie zapłać”. Dałem sobie zatem spokój i przepiąłem pendrive do mojego laptopa.

I teraz krótko jak postępujemy:

Instalujemy foremost, program do odzyskiwania danych:

$ sudo yum install foremost

Podpinamy pendrive i szukamy jego oznaczenia:

$ sudo fdisk -l

(u mnie wyszło, że pendrive ten to /dev/sdb2)

Odzyskujemy (chwilę to potrwa):

$ sudo foremost -i /dev/sdb2 -o ~/odzyskane

Utworzony na dysku katalog z odzyskanymi ma uprawnienia roota, więc poprawiamy to:

$ sudo chmod -R 777 ~/odzyskane

Wułala: w katalogu użytkownika zobaczysz katalog „odzyskane” a w nim wszystko co było na pendrive i nie zostało nadpisane

Najtrudniejsze słowo przy opisie zleceń brzmi „proste”

Czytam właśnie kolejne zlecenie przesłane do mnie i kolejny raz występuje z nim słowo „proste”. Naczytałem się już w życiu jego odmian i użyć mnóstwo: „prosta strona”, „prosty plugin”, „proste ustawianie”, „prosty wybór”.

Z doświadczenia wiem, że jeśli się znaczenia tego słowa z klientem nie doprecyzuje, ktoś na koniec będzie niezadowolony: klient, albo wykonawca. Więc wyjaśnię.

Gdy klient przykładowo pisze w specyfikacji:

  • Proste wybieranie rozmiaru zdjęcia

To być może ma na myśli:

  • Aby zmienić rozmiar zdjęcia chcę złapać za jego brzeg i przeciągnąć i tyle, to jest właśnie proste a więc i tanie

Programista / webdeveloper natomiast to samo zdanie rozumie jako:

  • Aby zmienić rozmiar zdjęcia wpisz w pierwszy input jego wysokość w pikselach, a drugi input szerokość. I błagam nie każ mi sprawdzać czy wpisałeś tam liczbę czy jakiś przypadkowy ciąg znaków. Jeśli rozumiesz proste jako tanie, to to jest właśnie proste.

Drodzy klienci, którzy w przyszłości być może traficie na ten wpis, a potem do mnie: dajcie od razu znać, czy rozumiecie, że „proste w użytku” to coś na kompletnie drugim końcu skali wobec „prostego w wykonaniu” 😉

Kiedyś darłem koty z klientami, z którymi nie doprecyzowaliśmy tego słowa, potem widząc słowo proste od razu kasowałem maila ze zleceniem, ale może teraz nam się uda porozumieć?

Zwykły czytelniku, może też freelancerze: nie krępuj się zacytować tego wpisu w rozmowie ze swoim klientem, jeśli oczywiście zgadzasz się z powyższym 😉 Niech i Twoje nerwy nie cierpią.

 

Kilka razy w roku piszę książkę

Oglądałem właśnie film „Capote”. Opowiada o tym jak ten słynny pisarz pracował nad jedną ze swoich książek „Z zimną krwią”. W pewnym momencie wypowiada słowa:

Naprawdę chciałbym już z tym skończyć. Siedzę nad tą książką już cztery lata.

Nie czytałem tej książki, ale według internetu ma ona między 500 a 600 stron. Chwała za tyle pracy.

Ale zastanowiłem się po ilu latach ja napisałbym równoważnik takiej książki. Jakby nie było kodując też piszę; inny to rodzaj literatury, ale też muszę wszystko od początku do końca sobie rozplanować, przewidzieć w którym momencie będą najważniejsze zwroty akcji, a co więcej być jednocześnie i pisarzem i korektorem: wystarczy zapomnieć o jakiejś kropce czy średniku i książka okazuje się totalną klapą.

Wziąłem do ręki tylko ostatnie moje dzieło, skórkę do WordPressa napisaną na zlecenie. Uruchomiłem w konsoli:

find . -name ‚*.php’ -o -name ‚*.css’ -o -name ‚*.js’ -o -name ‚*.less’ | xargs wc -l

Zlicza to linie we wszystkich napisanych przeze mnie plikach. Wynik: 19401.

Na jednej stronie A4 mieści się 57 linii pisanych czcionką 11tką. Nie wiem czy to dobre porównanie do faktycznie książek drukowanych, ale gdyby to wydrukować wyszłoby 340 stron.

To tylko jedna skórka, a tych piszę w roku kilka. Do tego wtyczki, czy pełne zlecenia na całe strony.

Tak teraz myślę, że mój kod bardziej to wiersze niż proza. Linijki rzadko zajmują całą szerokość karty i mało kto je rozumie. A już na pewno nikt poza mną ich nigdy nie przeczyta.

Jaka temperatura w Białymstoku?

Taka szybka informacja. Gdyby ktoś potrzebował sprawdzić ile stopni jest właśnie w Białymstoku, czy też tę informację pobrać do jakiejś swojej aplikacji, którą tworzy, widżetu na pulpit czy gdziekolwiek indziej, gdzie może się ona przydać, to uprzejmie informuję, że mój blog może służyć za źródło.

http://muzungu.pl/met/ – pokazuje duży napis z temperaturą, odświeża się co 5 minut

http://muzungu.pl/met/?plain – żadnych formatowań, bez kodu HTML i brak odświeżania. Po prostu temperatura zapisana zwykłym tekstem.

http://muzungu.pl/met/?float – to co powyżej, tyle, że bez °C na końcu.

Informację o temperaturze pobieram z tej stacji meteorologicznej.

OK, właśnie udowodniłem, że jestem tak leniwy, że nawet nie chce mi się podchodzić do termometru za oknem 😉

 

Fedora 19 – nie będzie recenzji

Przy każdym kolejnym wydaniu systemu jaki używam pisałem mniejszą lub większą recenzję. Teraz tylko nadmienie, że jest już Fedora 19 i używam jej od dnia jej wydania (czyli już 2 tygodnie).

Nie mam niestety co o niej napisać. Instalacje kolejnych wersji tej dystrybucji Linuksa zaczynają chyba przypominać instalacje kolejnych wersji przeglądarek (nawet numeracja jest już podobnie wysoka). Wszystko działa, dodano kilka usprawnień, czasem całkiem przydatnych. Nic chyba specjalnie nie popsuli.

Jedyna oczekiwana przeze mnie grupa zmian to usprawnienia w pracy z wieloma oknami i w samym Nautilusie (przeglądarce plików). Do wydania 18 Fedory przeniesienie pliku z okna do okna przez przeciągnięcie było właściwie niemożliwe, póki okno było zmaksymalizowane. Teraz jest dość podobnie, jak ma to miejsce w Windows (przynajmniej jeśli chodzi o filozofię działania): chwytamy plik, kierujemy go do górnego lewego rogu ekranu (w tym momencie pokazują się nam wszystkie okna jak na zrzucie ekranu) i przenosimy plik do okna, w którym chcemy go otworzyć. Tak właśnie powinno to się odbywać (wcześniej musiałem okna umieszczać obok siebie ręcznie).

Zrzut ekranu z 2013-07-16 12:16:42I tyle. Wszystko pozostałe jest właściwie po staremu. A przynajmniej nic więcej chyba się nie zmieniło w obszarach, w których poruszam się w systemie.