Dawno już nie chwaliłem się jaką to nową stronę wykonałem, część z Was pewnie już zapomniała, że to właśnie robieniem wordpressowych stron zarabiam na życie. Jako, że jedno z moich ostatnich dzieł zapiera dech w piersiach, to jest chyba dobra okazja by Wam o mojej działalności przypomnieć
Uwaga (vel reklama): jeśli ktoś też chce mieć taką stronę, a może nawet jeszcze lepszą, zapraszam do kontaktu!
Rozsiądźcie się wygodnie i podziwiajcie widoki, zarówno te programistyczne, te CSS-owe jak i te jak najbardziej naturalne, przyrodnicze. Bowiem zapraszam Was na stronę internetową o Biebrzy i Biebrzańskim Parku Narodowym.
Powyżej widzicie fragment strony głównej new.biebrza.com, ale do podziwiania jest tam o wiele więcej.
Strona pełni funkcję biznesową: ma sprzedawać wycieczki po Biebrzy i jej okolicach, oferować noclegi i reklamować wiele innych rzeczy, ludzi i instytucji, które z Biebrzą mają coś wspólnego. Jeśli ktoś szuka na przykład gdzie można nad Biebrzą dobrze zjeść, gdzie wypożyczyć kajak, samochód lub nawet przelecieć się balonem – wszystko to na pewno tam znajdzie. Jest nawet sklep internetowy z pamiątkami z nad Biebrzy (oparty na mojej wtyczce TradeMatik).
Pieniądze to oczywiście nie wszystko. Strona na pewno przyda się także innym, którzy Biebrzę wolą zwiedzać sprzed ekranów komputerowych. W szczególności polecam podstronę z informacjami o tej rzece i naprawdę imponującą galerię fotografii (poważnie, zajrzyjcie, bo niektóre zdjęcia zapierają dech w piersiach, aż się nie chce wierzyć, że to nasza rodzima rzeka, a nie Amazonka).
OK, dość marketingu, przejdźmy do tego, co najczęściej opisuję w takich przypadkach, czyli jak przebiegało tworzenie strony i co strona ma w bebechach
A mam się czym chwalić bo chyba nigdy dotąd nie wyciskałem aż tyle z WordPressa. Ba, nie zdziwię się, jeśli ktoś z Was nie będzie mógł uwierzyć, że to jest nadal WordPress i że nie musiałem tutaj w ogóle modyfikować jego źródeł (dzięki czemu klient może śmiało korzystać z nowszych wydań WordPressa nie bojąc się, że coś się przy aktualizacji popsuje).
Strona nie była tworzona z niczego. Firma Biebrza Eco-Travel posiadała witrynę od dawna (uchowała się jej stara wersja angielska więc każdy może porównać stan przed i po) i patrząc na ów stary design, zakładam, że był projektowany z 13 lat temu. Przynajmniej tak wtedy wyglądały moje strony internetowe
Strona zarabiała na siebie. Właściwie to mało powiedziane: była chyba głównym źródłem dochodów, bo to w internecie klienci znajdowali ofertę firmy i przez formularz na stronie składali zamówienia na wycieczki.
Dlaczego więc zmieniono silnik strony na WordPressa? Z dwóch powodów: stara strona trąciła już myszką, a co ważniejsze: nie było tam żadnego silnika strony. Gdy w ofercie firmy pojawiała się nowa wycieczka, informatyk (w ostatnim okresie działania starej strony to byłem ja) otrzymywał na maila plik Worda z opisem imprezy, zdjęcia z aparatu ( w rozdzielczości 2500×1200 pikseli i wadze po 3 MB) z prośbą o umieszczenie wycieczki na stronie. Wtedy łączyłem się przez FTP ze stroną, tworzyłem nowy dokument html, przekopiowywałem treść, przeskalowywałem w Gimpie zdjęcia, dodawałem „znak wodny”, dodawałem do opisu, otwierałem kilkadziesiąt już istniejących podstron zbiorczych (także w notatniku) i edytując ich kod html dodawałem odnośnik do nowej imprezy.To samo z wszelkimi innymi typami treści.
Całość zajmowała godziny, była żmudna i kosztowała firmę sporo pieniędzy. Analizując kod strony widać było wyraźnie, że przede mną było wielu innych informatyków, którzy nie wytrzymywali takiego trybu pracy (moje wprawne oko wyłapało tam naleciałości z różnych programów od windowsowego notatnika przez DreamWeaver po Front Page i mnóstwo kodu wskazującego na wybieranie w MS Word opcji „zapisz jako stronę web”). To była tragedia do rozczytania, a żeby choćby poprawić jakąś literówkę musiałem spędzić sporo czasu na rozgrzebywaniu tych html-owych śmieci. To zniechęca do pracy, a co ważniejsze dla klienta: kosztuje dużo ze względu na czas potrzebny na to. Nie mówiąc już o zapewne kolejnych problemach z kolejnymi informatykami, którzy rezygnowali z tej żmudnej pracy i konieczności szukania następnego.
Po przejściu na WordPressa założenie było takie, że strona dostanie nowy wygląd (nawiązujący jednak do starego), nowe możliwości i typy treści, a co najważniejsze to już sam właściciel strony bez wymogu znajomości HTML sam będzie te treści dodawał, aktualizował i układał w sposób jaki będzie tego chciał. To niewątpliwe zalety, ale pojawiła się spora obawa:
Stara strona była bardzo dobrze zaindeksowana w wyszukiwarkach, a to z Google przychodziła większość klientów. Czy kompletna przebudowa strony, zmiana treści i zmiana odnośników do poszczególnych podstron nie sprawi, że nagle w jeden dzień firma przestanie zarabiać? Nie będę Was trzymał w niepewności: dzięki sztuczkom z .htaccess i naturalnej miłości pomiędzy WordPressem a zagadnieniami SEO (na stronie nie ma nawet zainstalowanej żadnej wtyczki do pozycjonowania witryny!) wszystko poszło wyśmienicie. Sprawdźcie sami wpisując w google słowo „biebrza”. Stara wersja strony znajdowała się na 3. pozycji w wynikach wyszukiwania (po oficjalnej stronie parku i artykule w wikipedii). Nowa znajduje się na tej samej. Podobnie jest z innymi frazami związanymi z tą branżą i okolicą.
Przy budowie strony silnie wykorzystałem rewelacyjną nowość wordpressa jaką są własne typy treści. Jeszcze dwa lata temu wszystko publikowane na stronie musiało by być zapewne albo „stroną” albo „wpisem blogowym” przyporządkowanymi do kategorii „wycieczki”, „noclegi”, „baza żywieniowa”… Biorąc pod uwagę, że każdy z tych typów danych powinien mieć różne pola je opisujące (na przykład wycieczki mają określony termin startu i zakończenia, czego na przykład nie ma restauracja, która z kolei może zostać przyporządkowana do kategorii „restauracje”, „bary” lub kolejnej, która ni jak nie odnosi się do wycieczek czy noclegów), byłby to koszmar.
Dzięki wykorzystaniu własnych typów treści, każda opcja na stronie ma swój własny formularz dodawania. Przy imprezie (wycieczce) można określić tak podstawowe rzeczy jak „termin”, „program”, „miejsce startu” czy „przewodnik”, po te bardziej wyszukane jak na przykład „noclegi w okolicy” (i tu klient może od razu metodą przeciągnij i upuść stworzyć dowiązania do elementów o typie treści „baza noclegowa”), „współrzędne geograficzne” (jak zapewne zobaczycie każda wycieczka ukazana jest też na automatycznie generowanej mapie). Podobnie przy „bazie noclegowej” można określić cenę za noc, ilość miejsc noclegowych, wybrać do jakiej kategorii należy dany obiekt lub na przykład ile metrów/kilometrów jest do plaży.
Możliwości jest tak wiele (sama strona to obecnie aż 18 custom post types i każdy ma od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu różnych pól formularza do uzupełnienia podczas edycji), że czasami ich edycja staje się szczerze mówiąc trudna. Z tego powodu wiele edycji wizualnych przenieśliśmy do front-endu – zalogowany właściciel strony może sam układać sobie pewne elementy na stronie od razu widząc jak to będzie wyglądało po edycji (nie musi nawet klikać przycisku zapisz).
Oto przykład jak układane są zdjęcia w galerii:
Wystarczy złapać myszką za zdjęcie i przemieścić je w nową pozycję. Po opuszczeniu zmiana zostanie zapamiętana.
Nie tylko zdjęcia można w ten sposób nosić. Przykładowo, pod każdą stroną jest sekcja „Sprawdź także”. Ją też można porządkować metodą przeciągnij i upuść i co najważniejsze – każda podstrona może mieć tu różne elementy i w różnej kolejności!
Taka wizualna wersja znanego zapewne części z Was pluginu widget logic
Tyle, że całość napisałem sam zgodnie z wytycznymi klienta.
Inne ciekawe rozwiązanie to wspomniane już wyżej terminy imprez. Każda wycieczka może być zorganizowana wiele razy w roku w różnych datach. Pierwotnie chciałem by klient musiał dla każdego terminu dodać kolejną wycieczkę, którą od poprzedniej różniła by się tylko datą, ale okazało się, że w takim wypadku pracy byłoby więcej niż przy starej wersji strony. Przykładowo „Fotosafari” organizowane jest kilkadziesiąt razy w roku. Dodanie kilkudziesięciu wpisów różniących się jednym polem nie wygląda zbyt wydajnie. Kolejnym utrudnieniem tutaj był fakt, że firma chciała móc przy każdym terminie danej imprezy zaznaczyć, że wszystkie miejsca już zostały wykupione, a nawet nie określać terminu w ogóle – w takim wypadku przy zamawianiu klient sam określał kiedy chce przyjechać na wycieczkę. Cały ten miks miał być trzymany w jakiś sposób w WordPressie i dawać się łatwo zarządzać i porządkować. Udało się, co na przykład możecie zobaczyć na stronie wszystkich wycieczek – imprezy uporządkowane są datami (a gdyby ktoś chciał zmienić sposób porządkowania po długości trwania, nie ma problemu). Jeśli jakiś termin jest już niedostępny informuje o tym odpowiednia ikona. Tabela uwzględnia też imprezy bez określonego terminu i właściciel strony sam decyduje w której części tabeli umieścić taką wycieczkę. Sortować można także po grupie docelowej wycieczki i sposobie jej organizacji. Wypas
(btw. po części jak to zrobiłem opisałem w artykule na dev.wpzlecenia).
Powyższy opis jest długi, ale uwierzcie mi, że tylko poruszył malutki skrawek zadań programistycznych jakie przede mną stały. Dość powiedzieć, że całość prac trwała niemal 12 miesięcy! Przeniesienie 1800 subskrybentów newslettera do nowego – a jakże napisanego od podstaw przeze mnie – systemu opartego na wordpressie, sposoby wybierania elementów do zamieszczenia na stronie głównej, sposoby do wybierania i układania elementów na każdej podstronie (w tym i podstronach generowanych automatycznie jak na przykład na stronach kategorii), umieszczanie elementów na mapach google z podziałem na kategorie tych elementów i możliwością wyświetlania na mapie tylko części z nich, możliwość wyskalowania zdjęć do 12 predefiniowanych kadrów, różnych dla różnych fotografii, także różne atrybuty title dla każdego zdjęcia w zależności gdzie ono jest wyświetlane (inny podpis pojawia się na zdjęciu w galerii i jeszcze inny na tym samym zdjęciu ale przy wycieczce), ukłądanie zdjęć w różnej kolejności, automatyczne menu zakładkowe na górze strony generowane na podstawie kategorii do jakich mogą być przypisane wycieczki… uff. Nadal nie wymieniłem nawet połowy rzeczy
Ale chyba się udało, prawda?
Jestem już po miesiącu testowania tego systemu i mogę teraz uczciwie powiedzieć: to się opłaca. Nie wiem jak długo będzie się opłacało, ale póki wszystko nie runęło to ja spokojnie w tym uczestniczę i wypłacam pieniądze. Przez ostatni miesiąc wypłaciłem już 860zł i jedyne nad czym się zastanawiam to na jakiej jeszcze stronie zainstalować SeoPilot. 860 zł miesięcznie to spora suma, z pewnością są w Polsce osoby, które zarabiają mniej chodząc do pracy. Ja tymczasem wkleiłem po prostu kod na stronie i realizuję przelewy
Czym jest SeoPilot? Z punktu widzenia właściciela strony internetowej, jest to system, który po wklejeniu ich kodu na swojej stronie sprawia, że wyświetlane są reklamy, a Ty – jako właściciel takiej strony serwującej reklamy – zarabiasz za to kasę. I to kasę nie małą.
Za jedną zgłoszoną stronę do SeoPilota otrzymać można do tysiąca złotych co miesiąc, zależy to od tego jak wartościowa wg ludzi z tej firmy jest Twoja witryna. Co najważniejsze zarobki są z góry określone i pewne. Nawet jeśli SeoPilot nie będzie serwował na Twojej stronie żadnej reklamy i tak dostaniesz wynagrodzenie jakby reklamy były cały czas. Mam jedną stronę, na której do dziś nie widzę reklam, a zarobiła mi już ponad 200zł (dziennie zarabia 5 zł). Najlepiej zarabiający jest ten blog, który właśnie czytasz: za Muzungu.pl dziennie płacą mi 9zł co miesięcznie daje prawie 500zł.
Czy SeoPilot to nie jest jakiś przekręt? Jak zaznaczyłem w pierwszym akapicie sam miałem takie obawy. Nie oszukujmy się: w google adwords co miesiąc można liczyć na kilkadziesiąt złotych, w innych systemach jak adtaily do dziś (przez niemal dwa lata bytności) zarobiłem łącznie 100zł. Tymczasem pojawia się jakiś SeoPilot i z miejsca chce płacić kilkaset złotych co miesiąc. I to kilkaset złotych zupełnie pewnych, niezależnych od ilości reklamodawców, kliknięć w reklamy na stronie, Twojej odwiedzalności. Podejrzewałem więc, że kasa jest wirtualna i nigdy jej nie zobaczę.
Tymczasem jak wspomniałem, pieniądze te już faktycznie wypłaciłem. Oto dowody. Najpierw zrzut z panelu SeoPilot z informacją o moich wypłatach:
Po prawej stronie widać, że dwa razy dokonałem wypłaty (raz 490 zł, raz 380zł), po lewej: że wciąż na wypłacenie czeka 105 zł.
Czy pieniądze te do mnie dotarły? Oto zrzut ekranu z mojego konta bankowego:
Kwoty jak widać się zgadzają
Pieniądze jakie zarobiłem w SeoPilot faktycznie są wypłacane.
Zagwarantować, że tak będzie wiecznie nie mogę, ale póki to działa, spieszcie się zakładać konta i korzystać. Pieniądz nie śmierdzi
P.s. Właśnie pomyślałem, że system mam jednak pewną wadę – zdecydowanie mniej chce się pracować, gdy człowiek wie, że co miesiąc i tak dostanie kilkaset złotych za nic
Kolejne sieci komórkowe prześcigają się chwaląc się w reklamach jak szybki mają internet. Tymczasem 10 megabitów na sekundę to wcale nie jest szybki internet mobilny. A fakt, że sieć 4G potrafi obecnie wymieniać dane z przepustowością 70mbs powinien tak naprawdę chyba bardziej nas martwić niż cieszyć.
Kto bowiem wykorzystuje swoją komórkę do przesyłania dużych plików? Wszystko co potrzebujemy to sprawdzić pocztę, wczytać stronę i tyle.
Przeciętna strona waży obecnie około 1MB, otworzenie jej więc na komórkowym łączu 10Mbs powinno zająć około sekundę (10Mbs to około 1,2MBs, czyli w ciągu sekundy można przesłać 1,2 megabajta). Komu z Was na telefonie zajmuje to właśnie sekundę?
Otóż to. Prawdziwym problemem nie jest bandwith – przepustowość, jaką się chwalą Plusy i Playe w reklamach – a jest nim latency – czyli opóźnienie z jakim komórka łączy się faktycznie z serwerem i po jakim wraca do naszego telefonu odpowiedź z tego serwera (czyli strona, którą chcemy zobaczyć). A jakie jest latency chyba żaden z operatorów się nie chwali (bo jest fatalne).
Operatorzy, przestańcie więc ścigać się w megabajtach, a zacznijcie mówić i mikrosekundach. Zdecydowanie wolę ofertę 512kbs/0.1 sekundy opóźnienia od oferty 70Mbs/10 sekund opóżnienia. W tym pierwszym przypadku jednomegową stronę zobaczę szybciej.
Bo czym jest oferta 70Mbs w 4G? Tak naprawdę oznacza to, że jeśli masz w telefonie pakiet 500MB transferu i faktycznie chciałbyś skorzystać z tej przepustowości, już po minucie i 10 sekundach ściągania danych wyczerpiesz swój limit.
I kolejny „prawdziwy minutowy szał z przepustowością 70Mbs za free” dopiero za miesiąc
Nie brzmi już tak dobrze, prawda?
Nie będzie to nic specjalnie odkrywczego
Zdarzyło Wam się czytać jakąś ciekawą stronę na komputerze i stwierdzić, że chętnie dokończylibyście jej czytanie w łóżku na tablecie? Albo musicie już wyjść i fajnie by było doczytać resztę w autobusie na telefonie?
Mój sposób to kody QR.
- W przeglądarce na komputerze instalujemy dodatek do generowania kodów QR dla odwiedzanego właśnie adresu www. Jest ich mnóstwo, a gdyby ktoś chciał zdać się na mój wybór to użyłem tego dodatku dla Chrome.
- W telefonie / na tablecie instalujemy czytnik QR (na Nokii N8 mam QR Scanner Free, na tablecie Blackberry Playbook mam QR Scanner)
Co trzeba dalej robić, chyba nie muszę się rozpisywać
W przeglądarce generujemy kod QR, w telefonie / na tablecie skanujemy go wbudowanym aparatem. I czytamy mobilnie
Tak, wiem, że są specjalne aplikacje jak read it later czy evernote. Jeśli ktoś z nich korzysta, też można. Jednak powyższe rozwiązanie jest chyba bardziej uniwersalne (np na Nokię z Symbianem wciąż nie ma evernote), szybkie i dostępne wszędzie. Jedyny warunek aby smartfon/tablet miały aparat. Ale które teraz nie mają?
Gazety zastanawiają się czemu wydania elektroniczne przeznaczone na czytniki w tabletach słabo im się sprzedają.
Kupilem sobie wczoraj Wyborczą przez blackberry playbook.
Czytam jeden artykul: wygląda jak przed jakąkolwiek korektą. Literówki, ucięte i nie pasujące do kontekstu wyrazy.
Kolejny: tego nawet nie można nazwać błędem kerningu – akapity nachodzą na siebie, litery się zlewają. Da sie odczytać, ale wygląda jak śmieć.
Kolejny: artykuł kończy się „we wtorek. Dziewięć”. Przełączam na widok zdjecia całej strony gazetowej - a jakże, zOCRowali jedną kolumnę z trzech. Na zdjęciu ledwo, ale jednak widać, że „Dziewięć” to początek zdania „Dziewięć kopalni…”
Sprzedajecie kicz, to się nie dziwcie, że nikt go nie kupuje. Wyborczą kupiłem za 6 darmowych kredytów służących do sprawdzenia czy mi to przypadnie do gustu. Agoro, odpowiedzi możecie się domyśleć.
Toniecie z papierowym wydaniem, toniecie z elektronicznym. W tym pierwszym nic nie możecie już zrobić, w tym drugim toniecie na własne życzenie.
Po tym jak miałem dość niestabilności i niekonfigurowalności Ubuntu / Unity przesiadłem się na Fedorę.
Pierwsze wrażenie było zachwycające. Wszystko jest tak samo jak w starym dobrym Linuksie sprzed czasów Ubuntu. Działa, nie wywala się.
Niestety wraz ze starymi dobrymi wróciły stare niedobre. Zainstalowanie jakiegoś programu to przynajmniej wysiłek, jeśli nie katorga. Instalator, gdy poszukujemy w nim jakiegoś programu zwraca listę wyników tylko luźno związaną z tym, co szukaliśmy.
Przypomniałem sobie, że wciąż istnieją wyszukiwarki pakietów RPM, myślałem, że już odeszły w niepamięć. Przypomniałem sobie, że jakiś program może nie chcieć się zainstalować z powodu konfliktu z dziwnanazwa.so. Przypomniałem sobie, że jakiś program, choć dostępny w repozytorium, może w ogóle nie chcieć się zainstalować. Nawet nie podając powodu swojego kaprysu.
Obecnie męczę się z uruchomieniem Gadu Gadu w komunikatorze Empathy. A to z kolei przypomina mi stare dobre przegrzebywanie się przez wszelkie HOW TO (signum temporis polega jednak na tym, że manuale zostały zastąpione przez bug trackery).
Okazuje się, że Mark wcale nie jest taki zły ze swoimi pomysłami na Ubuntu. Myślałem, że te stare przypadłości zostały wyeliminowane generalnie w Linuksie. Okazuje się, że to tylko Ubuntu sobie z nimi poradziło.
Mam dylemat czy zostać przy Fedorze, czy wrócić do Ubuntu czy… jednak nie wrócić do Windowsa. Już 10 lat go nie używam, a podobno siódemka jest już prawdziwym systemem.
Proszę w komentarzach o listę wad Windows 7.
Im dłużej trwa rozwiązywanie linukowsego problemu, tym większym hakerem się czujesz, gdy uda się rozwiązać. O godzinie 4:00 wdusiłem przycisk „drukuj”, kartka została wydrukowana o 6:15.
Dla potomnych i dla siebie: rozwiązanie problemu jakie zadziałało znajduje się na forum Ubuntu tutaj.
Modyfikacje względem opisu na forum:
- nie „filters” a „filter”
- nie musiałem wgrywać ręcznie pliku ppd
Co ciekawe pod Ubuntu problemu z drukarką nie mam, mam pod Fedorą, a rozwiązanie opisują ubuntowcy. Niezbadane są wyroki linuksa.
(Niedługo nieco bardziej się rozpiszę o Fedorze, bowiem od miesiąca rozstałem się na dobre z Ubuntu i teraz siedzę właśnie „pod kapeluszem” / może się jednak jeszcze kiedyś przeproszę z Ubu, jak już Unity będzie dało się używać)
Muzungu.pl stanie się z powrotem blogiem prywatnym, o tym co u mnie słychać i co ja sobie myślę na różne tematy. Do tej pory mieszałem tu właśnie takie wpisy z moimi poradami odnośnie WordPressa. Z rozmów z Wami wiem, że nie wszystkich ten drugi temat interesuje.
Na szczęście będzie lepiej, a wszystko za sprawą nowego serwisu, jaki uruchomiłem
Dziś w nocy oficjalnie wystartował dev.wpzlecenia – wortal w którym będziemy pisać o WordPressie, wszelkiego rodzaju poradniki, nieco aktualności…
Zatem wszystkich tych, którzy interesują się WP (a może chcieliby zacząć się interesować) zapraszam pod nowy adres. Zapraszam też do pisania! Nie chcę by ta strona była tylko moja, ale wszystkich, którzy mają coś wordpressowego do powiedzenia.
Na Muzungu czasem jednak wrzucę informacje o skończonych stronach, nadal tu też będą moje wtyczki. Jednak nie będzie już żadnych porad, a co więcej – te które już są wkrótce przeniosę właśnie na dev.wpzlecenia.
WordPressowcy – wspomnijcie na swoich blogach, facebookach, twitterach czy gdzie tam jeszcze bywacie o starcie nowego serwisu
Będę bardzo wdzięczny!
Trochę dziwię, że chyba ja pierwszy o tym piszę. Dowiedziałem się o tym kilka dni temu i spokojnie czekałem, aż ktoś to w Polsce repostuje. A do dziś nie widzę.
Do rzeczy. Microsoft zgotował świetną niespodziankę dla wszystkich, którzy ich systemu używać nie chcą lub nie lubią. Przygotowali obrazy systemów do zainstalowania jako wirtualne maszyny w VirtualBox. Każdy z trzech systemów posiada Internet Explorera w jednej z trzech wersji: 9, 8 lub 7 (znamienne jest, że szóstkę już sobie odpuścili). Obrazy można pobrać i używać, z tego co zrozumiałem, za darmo.
Oczywiście Microsoft nie byłby sobą gdyby życia nie utrudnił
Archiwa są w formacie .exe czyli teoretycznie trzeba Windowsa jakiegoś mieć. Na szczęście na OMG Ubuntu jest podany link do shellowego skryptu, który sam się zajmuje ściąganiem, rozpakowywaniem i instalacją. Szczegółowe informacje co i jak są w artykule.
Jest też dodatkowy minus: jeśli chcemy mieć wszystkie trzy przeglądarki, przygotować się należy na zajęcie przez nie przynajmniej 45 GB dysku.
Oj będę się z tego śmiał
Szczerze to już się śmieję. Wtopa na całego.
Nie lubię Facebooka i powodem tego jest to, że nie rozumiem jak on działa. Za grzyba nie wychodzi mi tam jakakolwiek komunikacja z innymi ludźmi. Coś tam czasem polubię, kiedyś grałem w Farmville, czasem skomentuję czyjś status i to wszystko.
Najbardziej mnie irytuje jednak, że nikt tam nie odpowiada na moje statusy. Kilka razy próbowałem coś napisać, ale na próżno – zero reakcji ze strony znajomych. Też mi wielcy znajomi!
W efekcie ostatnio nic tam nawet nie próbowałem pisać.
A dziś przypadkiem kursor mi się przesunął nad pewną ikonkę:
I oto mam odpowiedź czemu nikt nie komentuje tam moich wypowiedzi
To chyba tyle, jeśli chodzi o moje obeznanie z tym serwisem
Nie wiem kiedy to się tak ustawiło, nie wiem czy ja to zrobiłem, czy samo się (a może tak jest domyślnie).
I prawdę mówiąc nie specjalnie mnie to już interesuje. Od środy używam Google Plus i tam mi marnowanie czasu innym użytkownikom jako tako idzie


