Co ja zrobiłem dla Ukrainy (i co możesz zrobić i Ty)

Ostatnio wszyscy się prześcigają w pomysłach jakby tu dopiec Rosji albo wesprzeć Ukrainę. Dołączę do chóru.

Usłyszałem właśnie w radio, że rosyjscy mieszkańcy Krymu już szczerzą się z radości na myśl, że półwysep ten stanie się niezależnym państwem, chronionym przez Rosję, którego gospodarka będzie oparta na turystyce. Rzeczywiście: te same babuszki, u których wynajmowałem kwatery gdy byłem tam pierwszy czy drugi raz teraz wyległy wyszczerzone na ulicę wyglądając pieriestrojki.

Wszedłem więc w Google, wyszukałem krymskie kwatery i napisałem do kilku z nich z informacją, że rozważałem w te wakacje ponowne odwiedzenie i wynajęcie u nich noclegu, ale w takiej sytuacji muszę z planów zrezygnować.

Głupie? Może i głupie, ale jeśli im się naprawdę wydaje, że turyści będą jeździć nadal do nich, może warto im uświadomić, że mołdawskie naddniestrze odwiedzają obecnie tylko hardcorowcy, szukający wrażeń.

Iran. Co zwiedziłem, co warto zobaczyć, a czego nie warto

Oto wypis z miejsc jakie widzieliśmy z szybkim podsumowaniem. Pierowtnie miał to być po prostu kolejny podrozdział wpisu „Syntetycznie o Iranie”, ale okazał się tak długi, że postanowiłem wyodrębnić go jako oddzielny artykuł.

Zaczęliśmy oczywiście od Teheranu, który jak już pisałem nam się nie podobał. W skrócie jest tam straszny hałas, tłok i smród i niespecjalnie jest co zwiedzać. Pisałem, że Teheran ma świetny bazar, ale potem się okazało, że w każdym mieście jest taki bazar i wygląda tak samo. Tak więc jeśli ktoś wybiera się do Iranu, naprawdę polecam odpuścić sobie to miasto i może nawet zacząć od innego (właściwie każde większe miasto ma lotnisko, w tym niektóre międzynarodowe). Myśmy już następnego dnia rano wyruszyli dalej i nawet na koniec podróży nie wracaliśmy do stolicy (busy z innych miast jeżdżą czasem bezpośrednio na lotnisko w Teheranie).

Ulica w Teheranie, w tle góry

Ulica w Teheranie, w tle góry

Kolejnym etapem wartym odnotowania była droga do Yazd. Wspominam o niej bo jechaliśmy autobusem klasy VIP (oznacza to poczęstunek na pokładzie, klimatyzację i olbrzymią ilość miejsca w środku – przed swoim fotelem możesz spokojnie wyciągnąć nogi do przodu i nie dotkniesz fotela poprzedniego – a kosztuje niewiele więcej niż zwykły bus), a po drodze widoki poprawiają kiepskie wrażenie z Teheranu. Widoki to pustynia i góry.

Dalej jest miasto Yazd. Położone jest mniej więcej w centralnej części Iranu (w dół i nieco w prawo na mapie względem stolicy) i jest najlepszym etapem całej podróży. Starówka miasta jest wyraźnie inna od jego nowej części. Yazd było i jest miastem położonym na środku pustyni i na starówce to zdecydowanie widać. Wygląda właśnie tak jak marzyłem – malutkie gliniane domki i labirynt dróżek i dróg między nimi. Całość w gęstej, parterowej (z wyjątkiem meczetów i innych zabytków) zabudowie w kolorze piasku. Świetne! Świetne! Świetne! Jeśli jesteś w Iranie musisz tam być.

Jedna z uliczek starego miasta w Yazd

Jedna z uliczek starego miasta w Yazd

Kolejna uliczka w Yazd

Kolejna uliczka w Yazd

Meczet a-Jameh w Yazd

Meczet a-Jameh w Yazd

Zaratustriańska świątynia ognia w Yazd

Zaratustriańska świątynia ognia w Yazd

Kolejnego dnia wynajęliśmy sobie taksówkę by pozwiedzać pustynię dookoła miasta (pół dnia jeżdżenia i czekania kierowcy na nas kosztowało nas około 45 złotych od osoby). Odwiedziliśmy wioskę Czak Czak położoną w pustynnych górach i mającą zaratustriańską świątynię ognia przez którą po podłodze płynie mini rzeka z małego wodospadu (warte zobaczenia dla samych widoków z wioski na góry – zapiera dech w piersiach), a potem pojechaliśmy na drugą stronę miasta Yazd do Wież Milczenia, czyli miejsca gdzie na wysokich górach Zaratustrianie składali niegdyś zwłoki zmarłych (Zaratustrianie nie grzebią ciał tak jak inni w ziemi). Niestety miasto Yazd rozrosło się już tak bardzo, że wieże nie są już na pustyni., a w środku jednej z podmiejskich dzielnic, mimo wszystko jest to kolejna rzecz, którą będąc w Yazd i okolicy trzeba zobaczyć.

Te domki do Czak Czak

Te domki to Czak Czak

Widok z Czak Czak na pustynię. Najlepszy widok w całym Iranie

Widok z Czak Czak na pustynię. Najlepszy widok w całym Iranie

Pustynia w drodze z Czak Czak do Yazd

Pustynia w drodze z Czak Czak do Yazd

Wieża milczenia w okolicach Yazd

Wieża milczenia w okolicach Yazd

Tak wygląda widok z tej wierzy milczenia. Jak widać jest ona już prawie w mieście, otoczona jest z każdej strony blokowiskami

Tak wygląda widok z tej wieży milczenia. Jak widać jest ona już prawie w mieście, otoczona jest z każdej strony blokowiskami

A tak jest na samym szczycie wierzy milczenia. W tym dołku składane były ciała zaratustrian i czekały na rozszarpanie przez sępy

A tak jest na samym szczycie wieży milczenia. W tym dołku składane były ciała Zaratustrian i czekały na rozszarpanie przez sępy

Kolejne miasto to Sziraz, położony na południu kraju mniej więcej w linii prostej w dół względem Teheranu. To taka ładniejsza, bardziej bogata w zabytki i bardziej wyzwolona wersja Teheranu. Wygląd ludzi na ulicach wskazuje na ich sympatię do kultury zachodu, nie brak też zaczepiających cię pijaczków. To także w tym mieście doświadczyliśmy obalenia większości mitów jakie nosiliśmy w naszej świadomości odnośnie pobożności Irańczyków, abstynencji i stosunku do władzy i zachodu (ale kolejne miasta te obalone mity obalały nadal).

Zamek w Sziraz

Zamek w Sziraz

Jeden z ogordów w Sziraz

Jeden z ogordów w Sziraz

Sziraz nocą

Sziraz nocą

Sam Sziraz zwiedza się dość szybko, ale podróżni zatrzymują się tam głównie z powodu położonego w pobliżu Persepolis, czyli starożytnej, pierwszej stolicy Persji. Wygląda bardzo dobrze, do tego po drodze zwiedza się wykute w skale grobowce królów z – jeśli się teraz nie mylę – kilku tysięcy lat. Persepolis i grobowce zajmują u mnie drugie miejsce na mojej liście miejsc wartych zobaczenia w Iranie (na pierwszym jest Yazd i okolice).

Persepolis

Persepolis

Grobowce królów koło Persepolis.

Grobowce królów koło Persepolis.

Kolejne miasto to Buszehr. Odwiedziliśmy je tylko z jednego powodu – chcieliśmy zobaczyć zatokę perską, a to właśnie Buszehr jest najbliżej od Sziraz na mapie Iranu (co nie oznacza, że jest super blisko; Iran jest olbrzymi i do Buszehr jedzie się 5 godzin). Diagnoza: nie warto. Samo miasto nie ma żadnych zabytków, ani niczym się nie wyróżnia, wygląda jak jakaś kolejna dzielnica jednego z innych miast. Jedyny plusik to nadmorska promenada i kawałek plaży. A morze wygląda jak morze i tyle 🙂

Promenada w Bushehr

Promenada w Bushehr

Główna ulica w Bushehr, jest piątek więc dzień wolny

Główna ulica w Bushehr, jest piątek więc dzień wolny

Ostatnim miastem był Esfahan. Położony w połowie drogi między Sziraz i Teheranem, mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co Yazd ale bardziej na zachód i w bardziej chłodnym klimacie. Miasto ma to samo co ma Sziraz i Teheran, jednak jest to z jakiegoś powodu lepsze. Meczety są fajniejsze, bazar (ok, bazar jest taki sam), fajniejsze zabytkowe pałace, lepsze widoki i chyba więcej do zwiedzania. I ma jeszcze niezwykłe mosty (na rzece, która o tej porze roku była zupełnie wyschnięta), niepodobne do naszych europejskich. Ma też ormiańską dzielnicę z kościołami i wyraźnie luźniejszą atmosferą. Słowem: jest co zwiedzać i warto tego miasta nie ominąć.

Główny plac w Esfahan, ponoć drugi co do wielkości na świecie po Tienanmen

Główny plac w Esfahan, ponoć drugi co do wielkości na świecie po Tienanmen

Jeden ze słynnych esfahańskich mostów, rzeka pojawi się dopiero za kilka dni

Jeden ze słynnych esfahańskich mostów, rzeka pojawi się dopiero za kilka dni

Jalfa, ormiańska dzielnica w Esfahanie, pomnik biskupa i kościół w tle

Jalfa, ormiańska dzielnica w Esfahanie, pomnik biskupa i kościół w tle

Z Esfahan pojechaliśmy prosto na lotnisko w Teheranie.

Podsumowując coś o czym nie wspomniałem. Każde miasto z wymienionych wyżej jest olbrzymie. Jeśli dla kogoś Warszawa jest dużym miastem, zmieni zdanie po odwiedzeniu Teheranu, Yazdu, Szirazu czy Esfahanu. Każde z nich to co najmniej 1,5 miliona mieszkańców. A niska zabudowa sprawia, że ci wszyscy mieszkańcy zajmują jeszcze większą powierzchnię. Nastawcie się też na dobijający hałas i chaos.

Syntetycznie o Iranie

Tego się mogłem spodziewać: po powrocie do domu nie chce mi się już rozbijać wyjazdu na dziesięć oddzielnych wpisów 😉 Napiszę więc teraz wpis podsumowujący „jak było i co doradzam kolejnym podróżującym” (edit: po skończenia pisania tego wpisu okazał się tak długi, że dwa jego rozdziały wyciąłem i ukażą się później jako osobne wpisy). Nie będzie to jednak wpis ostatni: mam już szkic jednego dłuższego wpisu o jednej z przygód oraz standardowo już (tak jak to było w przypadku wyjazdu na Krym czy do Gruzji) wrzucę osobny wpis o cenach. Być może też wrzucę galerię zdjęć, lub zaproszę do takiej wrzuconej gdzieś indziej.

Tak więc zaczynam. Jest to podsumowanie Iranu z perspektywy dwunastodniowej podróży, podzielone na mini rozdziały. Od razu bardzo proszę o zadawanie pytań w komentarzach, jeśli o czymś chcecie wiedzieć więcej lub czegoś w ogóle nie poruszyłem.

Dojazd i wizy

To jest wstępna makabra. Zacznę od wiz: jeśli ktoś z Was chce pojechać do Iranu, polecam zacząć ubiegać się o wizę z co najmniej studniowym wyprzedzeniem. Opisywałem to już tu na blogu, ale fakt jest jeden: na pomysł wyjazdu do Iranu wpadliśmy pod koniec listopada i od razu zaczęliśmy ubieganie się o wizy. Paszport z wbitą wizą w nim miałem w ręku pod koniec lutego na dosłownie 4 dni przez lotem! Do ostatniej chwili więc nie byliśmy pewni czy polecimy. Sama procedura oficjalnie jest długa, ale do tego doszły jeszcze ciągłe opóźnienia na każdym etapie.

Wizę otrzymacie na pewno (jeśli nie byliście w Izraelu), ale możecie nie zdążyć z jej otrzymaniem przed odlotem samolotu.

Dojazd i powrót do kolejna makabra, zwłaszcza jeśli się mieszka z dala od lotniska. Samoloty Pegasus Airlines są kiepsko ze sobą skomunikowane, dojazd do Berlina trwa. W efekcie aby być w Iranie w sobotę, z domu wyszedłem w czwartek. Droga powrotna trwała tyle samo: ostatni dzień w Iranie spędziliśmy już na walizkach.

Podsumowując: trzeba być naprawdę upartym i zatwardziałym by wybrać się do Iranu.

Iran – ogólne wrażenie

Niestety Iran jest chyba pierwszym krajem, do którego wyjazd ogólnie oceniam in minus. Na wielkie, wielkie szczęście nie jest to wielki minus (właściwie remis plusów i minusów rozstrzygnięty w dogrywce), ale to chyba pierwszy raz, kiedy nie powiem „warto wrócić tutaj jeszcze kiedyś”. Może i warto, ale nie takim nakładem wysiłku i nie do Iranu w takiej sytuacji, w jakiej jest obecnie. Raz pojechać: oczywiście; polecam, jeśli ktoś zgodzi się na niedogodności, jakie tu opisuję. Powiedzieć komuś, że Iran musi koniecznie zobaczyć: raczej nie.

Podsumowując: bardzo dobrze, że Iran w końcu odwiedziłem, bo chodził mi od lat po głowie. I nie żałuję tej decyzji, jednak jeśli wiedziałbym jak w tym kraju jest, zapewne pojechałbym na ten urlop gdzie indziej, a Persję zostawił sobie na „kiedy indziej”.

Ceny i koszty

O cenach i kosztach będzie osobny, dokładny wpis, ale wstawiam tutaj krótkie info. I wstawiam już teraz na początku tego wpisu, by poprawić kiepski nastrój po poprzednich akapitach.

Ceny w Iranie bowiem bardzo pozytywnie nas zaskoczyły. Ni jak nie przystają do cen podanych w zeszłorocznym Lonely Planet (zarówno i w dół, i w górę), ale generalnie wyjazd wyszedł baaardzo tanio. Podejrzewam, że powody są dwa: Iran sam w sobie jest tani, a poza tym jadąc tam w marcu byliśmy poza sezonem, co mocno wpłynęło na ceny noclegów.

Konkretnie jak tanio? W Iranie nie działają europejskie karty płatnicze (embargo), więc już przed lotem trzeba było zabrać wszystkie pieniądze na cały wyjazd. Założyłem sobie więc, że w 12 dni wydam maksymalnie 1500 złotych, do tego wziąłem 500 złotych zapasu na wszelki wypadek.

Tymczasem w dwanaście dni na noclegi (nawet o połowę tańsze niż podawał LP), jedzenie (pod koniec gdy już widzieliśmy, że na pewno kasy starczy, każdego dnia jadaliśmy w drogich restauracjach), przejazdy między miastami, pamiątki, wejścia do muzeów (te okazały się nawet 10 razy droższe niż informował LP), wynajmowanie sobie prywatnych samochodów na wypad za miasto i jeżdżenie po mieście taksówkami gdzie tylko się dało, plus jeszcze danie się naciągnąć tu i tam wydaliśmy… 800 złotych od osoby. I podkreślam: nie żałowaliśmy sobie specjalnie na nic.

Podsumowując: cennik Iranu to największy plus wycieczki do tego kraju.

Jeden z meczetów w Iranie

Jeden z meczetów w Iranie

Ludzie

Pierwotnie był tu rozdział o ludziach, ale wyszedł tak długi, że ukaże się jako osobny wpis.

Język

Tu tylko krótko: ze znajomością języka angielskiego jest bardzo kiepsko. Nawet nie w każdym hotelu potrafiliśmy się dogadać inaczej niż gestami i pokazując liczby na palcach lub kalkulatorze. Ale da się żyć. Zawsze prędzej czy później wszyscy wiedzieli o co chodzi, a nieraz zdarzyło się, że obserwował nasze nieporadności ktoś, kto znał angielski i podszedł oferując pomoc jako tłumacz.

Co zwiedziłem, co warto zobaczyć, a czego nie warto

Pierwotnie był tu rozdział o tytule jak powyżej, ale wyszedł tak długi, że wyciąłem go i pojawi się wkrótce jako osobny wpis.

Widok na pustynię w okolicach Yazd z okna świątyni ognia, położonej w górach

Widok na pustynię w okolicach Yazd z okna świątyni ognia, położonej w górach

Bezpieczeństwo i policja

Nie wiem po co właściwie jest ten rozdział. A właściwie wiem 😉 Gdy wyjeżdżałem do Iranu, co chwila ktoś mnie pytał po co tam jadę, czy się nie boję. Nawet teraz po powrocie słyszę gratulacje odwagi. No cóż: to ja wszystkim tym chciałbym pogratulować odwagi wyjazdu do Warszawy, czy Bydgoszczy.

Bo to takie same ryzyko, przysięgam. Może i sam przed wyjazdem się nieco obawiałem (złodziei, dlatego nie wziąłem laptopa), ale po przyjeździe wszelkie obawy rozpłynęły się od razu (żałuję, że nie wziąłem laptopa). Telewizja nas karmi obrazem prześladowań chrześcijan w świecie islamskim, zamachami. A czy ktokolwiek się zastanowił ile z tych obrazków pokazywanych było z Iranu? Podpowiem: żaden. Prześladowania jeśli są, to są na półwyspie arabskim, zamachy w Iraku/Pakistanie. Ani amerykańska OSAC – jednostka CIA uprzedzająca podróżujących o zagrożeniach za granicą – nie wydała od lat żadnego zastrzeżenia wobec Iranu (jedynie ostrzeżenie dla amerykańskich obywateli z obywatelstwem irańskim, że w takim wypadku nie mają oni ochrony ze strony ambasady), ani polski MSZ nigdy w swojej historii nie przestrzegał przed Iranem. Obawa przed wyjazdem do Iranu, bo w Pakistanie są zamachy to trochę tak jakby ktoś przestrzegał Francuza by nie jechał do totalitarnego państwa polskiego, bo to przecież gdzieś mniej więcej tam, gdzie rządzi Łukaszenka.

Tyle teoria, a ile praktyka? Przyznam, że jest jedno zaskoczenie: spodziewałem się, że Iran to państwo policyjne. Tymczasem policję widywałem bardzo rzadko i jeśli już coś robiła to kierowała (lub starała się kierować) ruchem na skrzyżowaniach. Pozytywnym zaskoczeniem są budki w turystycznych miejscach z napisem „Tourist Police”. Jak nam wyjaśniono tam jest policja, do której można się udać jak się jest turystą. Na pewno mówią po angielsku i jeśli zostaliśmy okradzeni, to pokażą nam zdjęcia znanych im złodziei abyśmy spróbowali rozpoznać kto to. Miły gest, którego nie widziałem w innych, często demokratycznych krajach.

Zamachowcy, dżihadowcy, hezbollah biegający po ulicach? Taki obraz Iranu nawet nie wiem jak skomentować 🙂 Ulica raczej przypomina ulicę w Indiach z tłumem zwykłych ludzi i kupców.

Broń atomowa? Jeśli Iran ją posiada lub nad nią pracuje to oczywiście nie robi tego na środku ulicy Teheranu czy Szirazu. Stany Zjednoczone i Francja też ją posiadają i co z tego? Czy z tego powodu czujesz się niepewnie pod wieżą Eiffla?

Co więcej, na autostradzie widziałem wyraźne drogowskazy po angielsku (wszystkie pisane są w farsi i po angielsku właśnie) wskazujące jak dojechać do Iranian Nuclear Facility Complex.

To może irańscy nacjonaliści, wrogo nastawieni do zachodu? Wręcz przeciwnie. W najgorszym wypadku nastawienia nie dało się wyczuć. W większości wypadków nastawienie było raczej prozachodnie a już na sto procent bardzo dobrze wypowiadali się o naszym podejściu do alkoholu i świeckości (ale o tym więcej niżej). Nawet jeśli pochodząc z innej kultury dziwnie się czasem zachowywaliśmy nikt nigdy nie zwrócił nam na to uwagi.

Złodzieje? Nikt nas nie okradł. I jak pisałem wcześniej nie kryłem się z aparatem w ręku, pieniądze zwyczajnie nosiłem w kieszeni i gdy wyciągałem, wyciągałem cały zwitek (przy czym oczywiście nie był to cały budżet wyprawy, a budżet jednego, dwóch dni). Strach przed kradzieżą był porównywalny do strachu przed kradzieżą w Złotych Tarasach w Warszawie czy innym średnio tłocznym miejscu.

Oszuści i naciągacze? Tak, ale o tym pisałem już wyżej. (edit: właściwie pisałem o tym w rozdziale o ludziach, który jest/będzie osobnym wpisem)

Podsumowując: przeżyłeś Warszawę to przeżyjesz i Teheran. A ryzyko, że zostaniesz porwany przez dżihadystów jest takie same ryzyko, że zostaniesz porwany przez aborygenów. (Dodam, że powszechnie jest znane, że we wschodnim Iranie zdarzały się porwania dla okupu przez przemytników narkotyków z Pakistanu, ale tych rejonów nie zwiedzaliśmy)

Islam i reżim

Tutaj spore zaskoczenie. Oczywiście Iran to państwo islamskie, wyznaniowe, którego prawo opiera się o koran. Tyle, że to tylko teoria, dość mocno oderwana od praktyki.

Esfahan, meczet Szacha

Esfahan, meczet Szacha

W rzeczywistości ludzie podchodzą w Iranie do islamu tylko nieco, ciut ciut poważniej niż Polacy podchodzą do chrześcijaństwa. Ale tylko ciut. De facto mają już dość „tych ajatollahów” i prawa, które im wszystkiego zakazuje. I śmiało to wyrażali w rozmowach z nami. Szczególnie taksówkarze, nawet nienagabywani mówili, że nienawidzą islamu (sic!) i ajatollahów, byle jakiej muzyki i ciągłych nakazów.

Z drugiej strony co chwila na ulicy można zobaczyć wielki billboard, albo malunek z siwym brodaczem w turbanie, podobnie wyglądający brodacz jest na każdym banknocie, a jeśli włączysz telewizor masz 99%szans, że też zobaczysz takiego brodacza, który opowiada coś pokornie słuchającemu go gospodarzowi programu.

Nic więc dziwnego, że ludzie mają tego po dziurki w nosie i że kilka lat temu próbowali się przeciw temu zbuntować. Wyobraźcie sobie, że w Polsce do władzy dochodzi Jarek i mówi, że na każdym banknocie będzie od teraz ajatollah Rydzyk 😉 Uwierzcie mi, poza zgrają irańskich moherów cała reszta ulicy reaguje tam tak samo na to, jak wy byście zareagowali na powyższy scenariusz.

Życie nocne, alkohol i rozrywki

To niestety totalna porażka dla turysty. Koniecznie, jeśli jedziecie do Iranu, weźcie ze sobą jakąś książkę, mnóstwo gier na komórkę, cokolwiek! Ja nie brałem specjalnie, wierząc, że i tak znajdzie się coś ciekawego do robienia. Sromotnie się pomyliłem.

Życie nocne w Iranie na pewno jakieś jest, ale nie udało nam się z niego skorzystać. Kilka razy wyszliśmy do lokalów z sziszą, ale to chyba nie dla mnie. Ile można siedzieć wdychając dym?

Tak samo alkohol w Iranie ma się całkiem dobrze, niestety turyści mają do niego utrudniony dostęp. Dość szybko nam to wyjaśniono, że jeśli Irańczyk chce kupić jakieś procenty, każdy wie gdzie i jak może się w nie zaopatrzyć. Niestety turyści nie mają tak łatwo. Nawet gdy już wiedzieliśmy i widzieliśmy (wspomniani pijacy w Sziraz), że alkohol jest dostępny, nigdy nie udało nam się dowiedzieć gdzie i jak go zdobyć. Taksówkarze, choć bardzo wylewni podczas przeklinania reżimu, to pytanie gdzie tu można kupić, zawsze kwitowali śmiechem.

OK, ostatecznie dowiedzieliśmy się o jednym miejscu gdzie właściwie oficjalnie można go kupić (ponoć jeden z hoteli w Esfahan ma prawo sprzedawać alkohol turystom), ale potwierdzić nie mogę, bo do hotelu nie dotarliśmy.

W każdym bądź razie większość wieczorów była mordęgą. Spędzaliśmy je w hotelu (no bo dokąd pójść) pstrykając po 5 kanałach telewizji, z których trzy pokazywały ajatollahów, a dwa pozostałe nazwaliśmy kanałami typu śpiewaj z hamasem (leci jakaś muzyczka religijna, pokazywane są meczety, na dole pojawiają się napisy jak w karaoke) lub gotuj z hamasem (smutny pan pokazuje jak zrobić kebaba z barana). Nuda do kwadratu! Nie dziwię się, że i Irańczykom to się nie podoba.

Kuchnia, czyli co zjeść

Kolejna niemal porażka 🙂 Niestety w Iranie króluje paskudny, śmierdzący kebab z baraniny. Gdy raz go spróbowałem przez kilka kolejnych dni właściwie żyłem tylko na ciasteczkach. Elwisowi smakował, ale Elwis to zje wszystko. ; ) Ludzie mi mówili, że baranina jest paskudna i teraz niestety się przekonałem, że mieli rację.

Owe kebaby królują wszędzie: co chwila jest jakiś mniejszy lub większy bar z tym paskudztwem, natomiast bardzo ciężko – bez znajomości języka – znaleźć jest jakiś lokal o lepszym standardzie. Pod koniec pobytu, gdy już zorientowaliśmy się, że jesteśmy o wiele poniżej zaplanowanego budżetu, zaczęliśmy odwiedzać najbardziej wyszukane restauracje z przewodnika Lonely Planet. W końcu bardzo dobrze zjadłem i przy tym nie wydałem zbyt wiele (maksymalna cena w high endowym lokalu wyniosła mniej więcej 30 złotych za osobę). W takich miejscach królowała (a przynajmniej myśmy trafiali wybierając coś losowo z menu) duszona jagnięcina z ryżem.

Zupa z alg i krewetek z ryżem w restauracji w Bushehr. Polecam!

Zupa z alg i krewetek z ryżem w restauracji w Bushehr. Polecam! Wygląda jak błoto, ale po ciągłych kebabach miałem łzy w oczach jak ją spróbowałem

Rozczarowaniem była dla mnie cena pistacji w sklepach. Około 30 złotych za kilogram to właściwie cena jak w Polsce, a miałem nadzieję, że tam dostanę je o wiele taniej.

Internet i jego cenzura

Brak publicznych sieci WiFi (telefon wykrywał sieci wiele, ale każda zabezpieczona). W hotelach dostęp do internetu był za dodatkową opłatą, raczej symboliczną (coś około 3 złotych za 2 dni pobytu).

Cenzura jest, ale tak dziurawa, że aż woła o politowanie. Nie zajęło mi więcej niż kilka minut by ze zwykłego telefonu bez zainstalowanego żadnego specjalnego oprogramowania połączyć się z Facebookiem – serwisem oficjalnie zakazanym w Iranie, a który widzieliśmy nieraz na ekranach różnych komputerów. Irańczycy korzystają, więc i my korzystaliśmy.

Czy bałem się korzystać? Nie. Widząc atmosferę w tym kraju zdałem sobie sprawę, że cenzura jest wprowadzona tylko na pokaz. Tak aby uspokoić Ajatollaha Hommeiniego, który z internetu zapewne sam nie korzysta. Więc ktoś dostał polecenie zablokowania tego, jakoś tam zablokował, ale już nikt nie patrzy czy ta blokada działa.

Infrastruktura drogowa

Świetna. Polska infrastruktura irańskiej nie dorównuje, ale też należy pamiętać, że wbrew wizerunkowi Iranu na zachodzie to w żadnym wypadku nie jest ubogi kraj. Mają ropę, mają gaz i mają kupę kasy na budowanie dróg. Wszystkie miasta połączone są ze sobą gładziutkimi autostradami. Na poboczach autostrad stoją ledowe znaki drogowe, które zmieniają swoją treść wraz ze zmianą warunków na drodze. Dużo jest radarów, ale każdy na 200 metrów przed nim ma słupek z błyskającym kogutem (takim jak ma policja), uprzedzającym, że zaraz będzie radar.

Ciekawostka: w miastach jest dużo kładek dla pieszych by przejść nad drogami. Sporym zaskoczeniem był fakt, że większość tych kładek ma ruchome schody! Nigdy nigdzie takich nie widziałem, a tam są pieniądze nie tylko na kładkę, ale i na ruchome schody w niej.

Pogoda w marcu

Świetna. Według weatherbase powinniśmy się spodziewać od 2 do 16 stopni. W rzeczywistości raczyliśmy się w upałach do 33 stopni, gdy przeciętna temperatura to było stopni 17-18. Jeśli ktoś szuka dobrej pory roku na wyjazd do Iranu to marzec może być dobrym pomysłem. Marzec to także znikoma ilość turystów (co osobiście, z uwagi na wieczorne nudy odbieram jako wadę; bardzo lubię bowiem pogadać sobie z kimś w hotelowym/hostelowym lobby).

Należy pamiętać, że Yazd położony na środku pustyni jest miastem o wiele cieplejszym niż pozostałe, szczególnie znajdujący się na północy, prawie w górach Teheran.

Każdy meczet a i wiele świeckich budynków są tak zdobione

Każdy meczet a i wiele świeckich budynków są tak zdobione

 

Jesteśmy w Teheranie

Co prawda trzydziestosiedmiogodzinna podróż z przesiadką między busami w Warszawie, czekaniem siedem godzin w Berlinie, lotem do Istambułu i tam czekaniem znów siedem godzin na lot do Teheranu powinna być opisana czymś więcej niż tym jednym zdaniem, ale wystarczy, że napiszę że odsypialiśmy ją do godziny czternastej.
Nocujemy w popularnym na Thorn Tree Forum hotelu Firouzeh, 11 euro za noc za dwie osoby z wliczonym śniadaniem. Jesteśmy poza sezonem więc innych trampów spoza Iranu można policzyć na palcach jednej dłoni. I to takiej, której ktoś trzy palce uciął. Reszta to jacyś panowie w średnim wieku, mniej lub bardziej tutejsi.
Po pobudce udaliśmy się wymienić pieniądze i zwiedzić kawałek Teheranu. Gdy patrzy się na Teheran na mapie, z tymi wszystkimi małymi uliczkami ułożonymi pod kątem prostym można nabrać mulnego wrażenia, że będzie to jakieś pustynne miasto, z drobną zabudową glinianych chatek. Tymczasem wyjście z hotelu wrzuca cię na ulicę pełną pędzących, trąbiących i ryczących silnikami samochodów i motorków. Wzdłuż ulic ciągnie się cała masa absurdalnych sklepików, z kołpakami do kół samochodów, narzędziami, biżuterią, butami, … I wszystkim innym. Przy czym nie jest to mozaika sklepów: jest cała ulica kołpakowa (przy tej jest wlaśnie nasz hotel), cała ulica butów i tak dalej.
Przechodzenie przez ulice jest takie jak się spodziewaliśmy. Na początku był szok – nikt tu oczywiście nie zatrzymuje się i najwidoczniej nie jedzie według przepisów (szczególnie motorki, które jeżdżą pod prąd a nawet chodnikami), więc trzeba powoli pokonywać kolejne sznury pojazdów, zatrzymywać się na środku ulicy i przede wszystkim dobrze się rozglądać czy nikt nie jedzie wlaśnie pod prąd z drugiej strony – jednak po kilku próbach człowiek  się przyzwyczaja i nawet wychodzi mu to całkiem w porządku. Takie wejście na ulicy to trochę jak rzucenie się w taniec pogo: trzeba wyczuć moment, wkroczyć i mieć nadzieję że wszystko będzie dobrze.
Bezpieczeństwo jest takie, jak się spodziewałem. Żadnego poczucia, że to ten straszny, terrorystyczny, nuklearny Iran. Ot, tłum na ulicy, który tylko zerka, że masz inny kolor skóry. Kilka razy usłyszeliśmy od przechodniów na nasz widok „welcome to Iran”, kilka razy próbowano nas zaczepić by coś sprzedać ale to wszystko. Nawet bardzo szybko przestałem nerwowo łapać sie za kieszeń w obawie, że ktoś mógł mi coś ukraść. Po kilku przecznicach aparat fotograficzny niosłem zwyczajnie w ręku. Nawet sobie pozwoliliśmy na drugi spacer, już po zapadnięciu zmroku. Bez strachu, poważnie.
Jeśli tego nie widać jeszcze w powyższych akapitach, to teraz napiszę to jasno: Teheran nie robi dobrego wrażenia. Nie jest strasznie źle, ale także nie zachwyca. Na pewno nie powiedziałbym żadnemu znajomemu „musisz to koniecznie zobaczyć”. Zabudowa która została wybudowana chyba w latach siedemdziesiątych i od tamtej pory nie była szczególnie remontowana, zbyt wielki, anonimowy tłum ludzi, olbrzymi hałas dróg i smród. Smród z zaskoczenia. Przez większość czasu jest ok, ale nagle wpadasz w chmurę zapachu kiszonej kapusty, jakiejś innej zgnilizny; nawet gdy nagle poczułem zapach bananów nie było to miłe.
Niedaleko hotelu jest historyczny, słynny po filmie „Operacja Argo” bazar. Całe szczęście, że tam sie wybraliśmy. Tłum, zapachy i hałas taki sam jak wszędzie indziej, ale niesamowita architektura. W pewnym momencie zaczęliśmy mieć wrażenie, ze całość jest tak naprawdę pod ziemią: łukowate sklepienia przypominają jakieś lochy. Bazar ma kilka pięter. Ciężko to niestety opisać, a i w filmie nie było tego widać. Mam nadzieję, że jak już wrócę do Polski i zgram zdjęcia z aparatu nie zapomne ich wam tu pokazać.
Ok, tyle na początek. Internet mam w telefonie dzięki wifi hotelu. Bardzo dużo rzeczy jest poblokowanych, ale z dużymi lukami do obejścia tego. Na przykład Facebook jest niedostępny, ale dzięki jego integracji z Skype, czat działa jak najbardziej. Google plus też jest zablokowany, jednak dostępny przez przeglądarkę Nokia Xpress (ta chyba tuneluje jakoś to wszystko przez serwery Nokii). Nie chce mi się jednak zgadywać co gdzie zadziała, wiec raczej odpuszczę sobie społecznościówki i pisał będę tylko na blogu. Oczywiście jeśli będziemy mieć Internet.
Jutro bowiem ruszamy juz dalej. Do Yazdu gdzie mam nadzieję, że obejrzymy pustynie i zabytki zaratustrianizmu. Nie ma co dłużej zostawać w Teheranie.

Jak nie odebrałem wizy z ambasady

Wczoraj wybrałem się do Warszawy do ambasady po odbiór wiz (mojej i kumpla z którym jadę). Naładowałem telefon przez noc, wstałem rano, wsiadłm do busa i zacząłem pisać blognotkę. Głównie chciałem przetestować jak telefon sprawdzi się jako mikro-laptop, na którym pisałbym wpisy na bieżąco w Iranie. Nie musiałbym wtedy brać mojego ultrabooka.

Oto co powstało w czasie jazdy do Warszawy:

Chyba za wcześnie w ostatnim wpisie pochwaliłem jazdę busami. Siedzę teraz w polskim busie, w drodze do warszawy i to co działo się przed wejściem przypominało to co widuje się w telewizji gdy pokazują sytuacje na dworcach kolejowych 🙂 wszyscy co prawda już siedzą grzecznie, ale stwierdzam ostatecznie: polski bus jest już super oblegany i wróżę ze niedługo pojawia się nowe połączenia. Bo wszystkie miejsca są zajęte.

Ale ja nie o tym. Jadę do Warszawy do ambasady Iranu i to już ostatnia formalność. Długo minęło od ostatniego irańskiego wpisu ale tyle niestety to trwało. Od kiedy irańskie ministerstwo przysłało nam pozwolenie na ubieganie się o wizy złożyliśmy wnioski. Trzeba było nieco odczekać przed złożeniem tak by przerwa miedzy wnioskiem a planowanym pobytem nie była zbyt duża (ubiegać się można najwcześniej na 60 dni przed pobytem jeśli dobrze pamiętam).

Teraz jadę wizę odebrać. Przypomina mi się Rwanda i tamtejsze podejście do terminów. Wniosek zlożylismy chyba 11 stycznia i dostaliśmy zapewnienie ze zostanie rozpatrzony po tygodniu. Od tamtej pory dzwoniliśmy mnóstwo razy i w końcu w ubiegłym tygodniu po jakichś 20 dniach czekania dostaliśmy odpowiedz ze Iran nas będzie chętnie gościł. I o ile wiem takie opóźnienie to norma.

Jak mowie, Rwanda mnie nauczyła ze tak to często bywa, wiec ani nie narzekam ani się nie dziwię.

Teoretycznie po wizy mógłbym wysłać kuriera. Praktycznie żadna firma kurierska nie chciała tego zrobić: albo wymagana jest wcześniejsza umowa, albo w ogóle odmawiają przewozu dokumentów. Kumpel wiec napisał mi upoważnienie do odbioru i jadę.

Mam kupiony przewodnik lonely planet. Kupiłem sobie tez pasek do spodni z ukryta kieszonka na pieniądze. Z uwagi na embargo nie ma możliwości wypłacenia na miejscu żadnych pieniędzy – ani kartą, ani na przykład przez western Union. Trzeba wiec od razu zabrać ze sobą cały planowany budżet. Ludzie mówią ze Iran jest bezpieczny, ale przezorny zawsze ubezpieczony 😉

Tak wiec dalszy plan:

  • wyjazd z polski 28 lutego
  • w Teheranie lądujemy 2 marca (zgadza się, podróż będzie trwać grubo ponad dobę)
  • na miejscu zapewne jedna noc w Teheranie, później jedziemy dalej. Zapewne na południe by złapać jak najlepsza temperaturę. Przed odlotem zapewne znów,chwila w stolicy
  • wylot 12 marca i na następny dzień w domu

Koniec wpisu z wczoraj. Takie oto coś udało mi się napisać w autobusie i muszę przyznać, że piało się całkiem wygodnie (Nokia Lumia 820, pisałem w pakiecie Office na ten telefon). Było wiele literówek, ale teraz, przed wklejeniem poprawiłem (tak, widzę, że nie wszystkie).

Jednak jest spory problem: gdy skończyłem pisać te kilka akapitów, telefon był rozgrzany niesamowicie, a wskaźnik rozładowania baterii wskazywał, że od naładowania (tuż przed wejściem do busa) wyczerpana jest już 1/4 pojemności! To chyba kompletnie dyskwalifikuje Windows Phone 8 + Nokia + mobilny Office jako narzędzie do pisania czegoś dłuższego. Aż nie mogłem uwierzyć.

Dotarłem do Warszawy, dotarłem do ambasady, zadzwoniłem domofonem.

I usłyszałem, że dziś jest święto i odebrać wizy nie mogę. Pan w domofonie nie dał się przekonać. Na nic zdały się tłumaczenia, że przyjechałem aż z Białegostoku. Na nic, że przed wyjazdem sprawdzałem na stronie ambasady czy dziś na pewno żadnego święta nie ma. Według strony nie ma, ale jak rozmówca mi powiedział, strona nie powinna być jedynym źródłem.

Przebłagać się nie dało, zwłaszcza, że usłyszałem, że nie ma już pracownika odpowiedzialnego za wydawanie wiz. Pozostało mi jedynie wrócić do Białegostoku z niczym. Wizy spróbuje odebrać z moim upoważnieniem napisanym szybko na kartce w Mc Donaldzie mój kolega, który mieszka w Warszawie. Zobaczymy czy się uda.

Nie był to jeszcze koniec pecha na ten dzień. Pamiętacie jak chwaliłem busy? W drogę powrotną udałem się Podlasie Express. Ten zatrzymuje się w kilku miejscach po drodze (PolskiBus jedzie bezpośrednio). Na pierwszym postoju w Ostrowii kierowca oświadczył, że musimy się uzbroić w cierpliwość. Zapiekły się koła w autobusie i nie pojedzie nigdzie dalej. Musimy czekać albo na następny autobus, albo na serwis naprawczy.

I to też nie koniec pecha na ten dzień. Chwilę po oświadczeniu kierowcy wspomniany wyżej telefon padł. Nie miałem ze sobą żadnej książki czy gazety, więc zniknęła ostatnia możliwa rozrywka. Siedziałem gapiąc się w fotel przede mną. Przez dwie godziny, aż przyjechał kolejny autobus i tam się wszyscy przesiedli.

Podsumowując: we wtorek spędziłem ponad 9 godzin w busach, chwilę w Warszawie, wyszedłem z domu o 9 rano, wróciłem o 10 w nocy. Nie załatwiłem kompletnie nic. Już na zawsze będę miał życie krótsze o ten jeden dzień.

 

To był najlepszy telefon, jaki dotąd miałem

Dziś odesłałem Nokię N8 i uważam, że powinienem poświęcić temu telefonowi chociaż mały wpis. Był to bowiem najlepszy telefon, z jakim się spotkałem, na pewno najlepsza Nokia. A dzięki współpracy z serwisem InfoNokia.pl miałem w swoich rękach na dłużej i krócej wiele modeli komórek tej firmy. Nawet nowsze od en ósemki Nokia N9 (faktycznie fajna nawigazja w systemie) i Lumia 800 (tę mam teraz) nie są takie fajne, jak ten, o którym jest ten wpis.

WP_000080_800

Fakt: najnowsze Lumie wyglądają lepiej niż N8, choć wzorowane są na designie, jaki ta właśnie zapoczątkowała. Niestety wygląd i nieco większy ekran to jedyne atuty obecnych produktów Nokii. N8 miała wszystko dopracowane, rozbudowane i ilość możliwości potrafiła wprawić w zdumienie.

Nawet się rozglądałem już na Allegro czy by nie kupić sobie na własność N8, ale jakość sprzedawanych tam aparatów woła o pomstę do nieba. Podrapane, porysowane… Aż dumny jestem z siebie, że sam potrafiłem tak zadbać o telefon. Jest co prawda kilka rysek, a jeden róg ma delikatne zgniecenie po upadku, ale trzeba się dobrze przyjrzeć by to zobaczyć.

Za czym tęsknię oddając N8? Przede wszystkim rewelacyjny aparat fotograficzny. Żaden obecnie model na rynku nie ma pełnych 12 megapikseli, żaden inny chyba nigdy nie miał, a N8 właśnie miała (tak, wiem, że PureView daje nawet kilkadziesiąt MPx, jednak nie na całej matrycy na raz). To i genialna optyka sprawiało, że nigdy nie potrzebowałem kupić sobie aparat fotograficzny (oto przykład zdjęcia). Wszelkie wyjazdy jakie tu opisywałem pstrykane były tym właśnie telefonem i nikt z Was chyba specjalnie nie zauważył, że zdjęciami coś jest nie tak. Bo i nie było. Pamiętam wypad na Krym. Inne osoby miały mniej lub bardziej zaawansowane lustrzanki. Po powrocie, gdy wymienialiśmy się zdjęciami to właśnie jakość moich wszystkich wprawiła w osłupienie i nie mogli uwierzyć, że małe pudełeczko w kieszeni potrafi złapać ostrą sylwetkę osoby z kilkuset metrów.

Inna krymska dygresja. Stałem na wysokiej skale tuż nad brzegiem morza. Do tafli wody było spokojnie ponad 100 metrów. Nagle zobaczyłem, że pod powierzchnią coś powoli płynie; myślałem, że właśnie zobaczyłem jakiegoś delfina lub inne duże morskie zwierze. Nie byłem jednak pewien, więc wyciągnąłem telefon z kieszeni i zrobiłem zdjęcie. Przybliżyłem je na ekranie i wtedy zobaczyłem, że to po prostu nurek w masce z rurką.

Taki to był aparat.

Co jeszcze? Ten telefon po prostu wydawał się mieć wszystko. I nawet więcej. Był aparat, była muzyka, była słynna nawigacja od Nokii, kamera tylnia, przednia, przyciemnianie ekranu przy słabym świetle tła. Telefon miał jednak też coś więcej, czego nie miał żaden inny.

Wszyscy zachwycali się umieszczonym w nim… portem HDMI. Niestety sam nigdy nie skorzystałem, bo nie mam kompatybilnego telewizora, ale wiele razy w sieci czytałem, że dzięki temu N8 mogła być konsolą do gier i dżojstkiem w jednym. Zazdrościłem tym wszystkim, którzy grali sobie za jego pomocą w Need For Speed na swoich 40 calowych telewizorach.

Na mnie natomiast największe łał robił wbudowany nadajnik FM. Nadajnik, nie odbiornik (odbiornik oczywiście też był). Dzięki temu swojej muzyki z telefonu mogłem słuchać nie tylko na słuchawkach czy wbudowanym głośniku (nota bene – bardzo dobrym). Wystarczyło znaleźć jakąś wieżę, zestroić telefon częstotliwościami z nią i już muzyka grała z tradycyjnych, dużych głośników sprzętu domowego. Wiele razy też tak słuchaliśmy muzyki w podróży zestrajając telefon z radiem samochodowym. Nadajnik FM był dla mnie dowodem, że Nokia naprawdę wypuszczając ten model telefonu postanowiła stworzyć dzieło doskonałe. Bez żadnych kompromisów.

Czy N8 miała jakieś wady? Po kontakcie z wieloma innymi telefonami tego producenta stwierdzam, że zdecydowanie nie. Wielu mówi, że Symbian był porażką, a ja odpowiadam, że się mylą. Zgoda, że może sklep z aplikacjami nie był tak wypchany programami jak jego androidowy odpowiednik. Co jednak z tego, skoro większość softu na androida to śmieci, których nikt nie instaluje? Ponadto moment gdy przesiadłem się z Symbiana na Lumię z Windows Phone sprawił wrażenie jakby firma Nokia była człowiekiem, który przeżył właśnie wylew krwi do mózgu i musiał się wszystkiego uczyć od nowa. Windows Phone 7 to jakiś niemowlak pod względem możliwości w porównaniu z Symbianem.

OK, była jedna wada. Nafaszerowanie telefonu wszystkim co najlepsze było pod względem marketingowym złym ruchem. Nokia stworzyła telefon doskonały, ale ze względu na jego wysoką cenę nie potrafiła go sprzedać. Kolejne komponenty, doskonały aparat muszą kosztować, ale nikt nie był chętny do ich zakupu. Nie dziwię się: też nigdy bym nie rozważał tego telefonu gdybym nie miał z nim nigdy wcześniej styczności. Jeśli ktoś miał do wyboru te kilka lat temu tańszy HTC z Androidem, szpanerski i też chyba tańszy iPhone oraz kosztujący ogromną kasę N8, o którym właściwie nic nie wiedział, wybór był prosty.

Dopiero teraz, gdy poużywałem tego telefonu chyba przez 2 lata wiem, że jest mi strasznie szkoda się z nim żegnać. Na pewno będę śledził oferty jego sprzedaży i jeśli będę potrzebował jakiś kupić, biorę na pewno (pod warunkiem dobrej jakości). To samo i Wam polecam!

Wyjazd do Iranu, etap „niepewny” już za mną

Ten oto wpis jest taką zapowiedzią mojego kolejnego wyjazdu, zapowiedzią z zaskoczenia. Bo oto dowiadujecie się mimochodem, że jadę do Iranu i zanim przetrawicię tę informację, ja już przechodzę dalej do opisu jak wygląda załatwianie formalności i ile kosztuje.

Wjechać do Iranu bowiem teraz nie jest aż tak super łatwo. Nie jest też trudno, ale trzeba zrobić nieco więcej rzeczy niż kupić bilety i spakować paszport. Potrzebna jest wiza, do dostania w amabasadzie Iranu w Polsce. Aby dostać wizę, trzeba mieć pozwolenie z irańskiego MSZ na wjazd. Aby dostać pozwolenie, trzeba wiedzieć kiedy się jedzie i co się będzie zwiedzać. Trzeba więc mieć już w jakiś sposób bilety lotnicze.

Na początku wszystko jest więc bardzo niepewne. Czy kupować bilet lotniczy zanim dostanie się pozwolenie? Taka opcja pozwala kupić bilety tanio w terminie który sobie wybierzemy, ale co jeśli MSZ nie wyda nam pozwolenia? W drugą stronę można spróbować kupić bilety gdy już mamy pozwolenie, ale wtedy narażamy się na niekorzystne ceny przelotów. Te jak wiadomo potrafią się zmieniać z dnia na dzień i połączenie które sobie sprawdzimy przed aplikacją wizową po jej zakończeniu może być nawet kilka razy droższe.

Wpis ten jest opisem jak to wszystko ładnie zgrać by zbyt dużo nie przepłacić i nie ryzykować dużych strat gdy wizy nie otrzymamy.

Primo: rezerwacja biletu

Na szczęście istnieje świeta linia lotnicza Pegasus Airlines. Świetna bo lata z Berlina, więc blisko Polski, świetna bo stosunkowo tania (Berlin – Teheran w cenie 850 złotych w obie strony) i świetna bo pomaga rozwiązać powyższy dylemat – umożliwia zaklepanie sobie znalezionej ceny na czas starania się o pozwolenie MSZ (za dopłatą).

Tak więc udajemy się na stronę Pegasusa, wynajdujemy dogodne połączenie i rozpoczynamy proces kupowania biletu. Bardzo szybko pojawia się w tym procesie opcja rezerwacji ceny biletu i korzystamy z niej. Jest kilka opcji na ile czasu chcemy zarezerwować, najdłuższa to kilkanaście dni (chyba 14) i kosztuje 6 euro, czyli na dzień dzisiejszy 24 złote.

Tak więc zarezerwowałem sobie przeloty w terminach 1 marca (na miejscu dzień później) – 12 marca. Wydatek jak do tej pory: 24 złote.

Secundo: załatwienie numeru pozwolenia

Bezpośrednio w MSZ Iranu numer pozwolenia załatwić jest bardzo trudno: trzeba znać język perski i… i dalej już nie sprawdzałem co jeszcze bo to pierwsze mnie dyskawlifikuje. 😉 Trzeba to zrobić za pośrednictwem jakiegoś biura podróży z Iranu.

Ja to zrobiłem w biurze Touran Zamin. Kosztuje 35 euro (około 150 złotych), co jest normalną ceną, tyle to mniej więcej kosztuje. Wybrałem akurat te bo ma bardzo dobrą opinię w sieci i załatwia sprawy bardzo szybko, co ma znaczenie, biorąc pod uwagę, że inne biura potrafią robić to tak długo że zdąży przepaść wyżej wymieniona rezerwacja biletu.

Aplikacja w Touran Zamin przebiega sprawnie. Zaczynamy od wypełnienia formularza online i przesłania zeskanowanej strony zdjęciowej z paszportu. Zrobiłem to w niedzielę wieczorem, a w poniedziałek rano miałem od nich maila z prośbą o wpłatę. Przelew robimy na prywatne konto jakiejś osoby w Szwajcarii – albo przez zwykły przelew bankowy, albo szybciej przez MoneyBookers. Nie powinno to nas dziwić – Iran ma teraz embargo i stąd takie obejścia. Same biuro prosi nas byśmy nigdzie w przelewie nie wspominali za co płacimy.

Przelałem MoneyBookers, po chwili biuro potwierdziło, że kasa już jest i idą z moim wnioskiem do MSZ.

Tydzień później, w poniedziałek (czyli dzisiaj) rano znalazłem maila z tego biura, że mam zgodę na wjazd oraz podano mi numer tej zgody (authorization code).

I tyle. Co dalej?

Tak więc wszystko co niepewne jest już za mną. Mam zaklepany bilet, wizę dostanę na pewno. Koszt tej niepewności to łącznie 175 złotych. Pieniądze te by przepadły, gdybym zgody nie dostał, ale jest więc wszystko gra 🙂

Co dalej? Myślałem, żeby opisać to w następnym wpisie, ale zakładam, że teraz już wszystko pójdzie jak z płatka, więc tylko wypunktuje. Jeśli będą jakieś komplikacje, dopiero wtedy wrzucę o tym coś na blogaska.

  • Idę na stronę linii lotniczych by dokończyć proces kupowania biletu (850 złotych)
  • Jadę do Warszawy do ambasady złożyć wniosek o wizę (50 euro)
  • Kupuję przewodnik po Iranie (kilkadziesiąt złotych na Allegro)
  • Kupuję bilet w PolskiBus do Berlina (pewnie około 50 złotych z Białegostoku, jeszcze nie ma puli biletów na marzec), fajnie, że bus ten jedzie bezpośrednio na lotnisko

Uważajcie na terminy

O kilku już wspomniałem, ale tu zbiorę wszystkie liczby dni, które trzeba brać pod uwagę przy planowaniu terminu wyjazdu:

  • zamrozić cenę biletu lotniczego możemy sobie na maksymalnie 14 dni
  • czas oczekiwania na pozwolenie z MSZ Iranu u mnie zajął równo 7 dni i kilka godzin, według informacji z tego biura miało to zająć od 7 do 10 dni roboczych
  • od momentu nadania mi numeru pozwolenia muszę odczekać co najmniej 3 dni zanim pojadę po niego do ambasady
  • numer ten jest ważny przez 3 miesiące, w tym czasie mogę go odebrać i złożyć wniosek o wizę
  • wizę dostajemy na maksymalnie 30 dni, na miejscu jest możliwość przedłużenia jej o kolejny miesiąc

Sporo formalności, prawda? 🙂 Ale mam nadzieję, że będzie warto. Na koniec zdjęcie Persepolis z flickr żeby Wam pokazać co ja tam jadę oglądać:

 

 

Też byłem na Blog Forum Gdańsk

Relację z WordCampu już zamieściłem, teraz czas na opisanie tego, co działo się zaraz po jego zakończeniu. Czyli relację z Blog Forum Gdańsk 2012.

Trafiłem tam właściwie przypadkiem. O BFG wiedziałem od kilku lat, głównie z artykułu na SpidersWeb, gdzie Przemek Pająk tłumaczył dlaczego tam nie pojedzie (było coś o snobizmie i chyba macaniu po jajkach mizianiu po majciorach) i przyznam, że jeśli ktoś tak dowiaduje sie o tym wydarzeniu, to kiepska reklama zniechęca do głębszego zainteresowania. Teraz jednak zostałem poproszony o wygłoszenie tam swojej prelekcji.

Zgodziłem się, bo przemawianie przed tłumem mnie stresuje. Brzmi dziwnie, ale w tym roku postanowiłem sobie, że zwalczę ten lęk, a walczyć będę rzucając się na głęboką wodę. I tak po zgłoszeniu się do wystąpienia na WordCamp Gdańsk 2012 postanowiłem, że nie odmówię też występu na tej drugiej, większej imprezie.

Jak było? Cóż, przeczytałem już chyba wszystkie inne relacje uczestników jakie znalazłem, mam więc od kogo kraść przemyślenia 😉 Wśród osób, które były tak jak ja na WordCampie i BFG króluje niechęć do porównywania tych dwóch wydarzeń. I ja się z tym zgadzam. To tak trochę jak spróbować porównać na przykład ślub i wesele. Niby jest jakiś wspólny mianownik, ale nikt chyba nigdy nie zastanawiał się co z tych dwóch rzeczy wypadło lepiej. Tu wspólnym mianownikiem było miasto i czas. Wszystko inne było… inne.

Skupię się od teraz na samym BFG i do Campa już raczej nie będę wracał.

Pierwsze co zwraca uwagę u prelegenta tego wydarzenia to troska jaką jest otoczony. Na samym wstępie zaproponowano mi sfinansowanie przyjazdu (a gdyby Białystok miał lotnisko, dostałbym bilet na samolot) oraz nocleg w całkiem dobrym hotelu. Właściwie to chyba nawet za dużo jak na kogoś, kto ma opowiadać o tym jak się konfiguruje WordPressa. Jednak nie odmówiłem (jedynie dojazd do Gdańska opłaciłem z własnej kieszeni, bo i tak przecież najpierw wybierałem się na WordCamp – szit, miałem już o nim tu nie wspominać).

Drugie wrażenie – świetny kontakt z organizatorami. Co prawda nie wiem kto tam był szefem wszystkich szefów (wiem, że za większość płaciło miasto Gdańsk, które BFG traktuje jak okazję do wypromowania się), ale osoby którym byłem przydzielony wywiązały się ze swoich obowiązków bardzo dobrze. W tym miejscu bardzo dziękuję za pomoc w odnalezieniu się we wszystkim Agnieszce z BFG (jeśli to czyta) 🙂

Dalej: hotel. Jak być może wiecie jestem fanem hosteli i rzadko bywam w czymś lepszym, ale Scandic w Gdańsku to bardzo dobre miejsce. Znajduje się zaraz przy dworcu głównym (wystarczy przejść przejściem podziemnym) i jest tak wypasiony, że nawet ja sam zobaczyłem słomę w swoich butach 😉 Gdybym chadzał w garniturach, to może…

Tu dodam, że z hotelu i do hotelu jeździł wynajęty bus do przewozu uczestników i prelegentów. Jednak jako że lubię sobie pospać, udało mi się nim zabrać tylko raz z Forum. Na miejsce dojeżdżałem tramwajami, co chyba nie było dobrym pomysłem. Wprawdzie organizatorzy w mailu do prelegentów wylistowali trzy linie, którymi można dojechać, jednak tu zdarzył się mały problem. Jedna z nich jeździ tylko w dni robocze (Forum było w weekend), drugiej nie znalazłem, a trzecia – ponieważ w dniu imprezy akurat rozpoczął się remont torów – wysadziła mnie trzy kilometry od miejsca zdarzenia. Ale nie narzekam, wrzuciłem sobie radio w telefonie i przynajmniej posłuchałem lokalnej stacji podczas dłuższego spaceru.

No i właśnie samo miejsce zdarzenia. Blog Forum Gdańsk odbywało się na stadionie PGE Arena – tym samym, który dopiero co został wybudowany na Euro 2012. Robi wrażenie, zwłaszcza na kimś takim jak ja, kto specjalnie stadionów nie zwiedza. Na samą murawę nie wchodziłem, ale widownia i wszystkie sale, cała infrastruktura pod nią zlokalizowane, są imponujące. Olbrzymia przestrzeń na jakiej całość się odbywała według wielu działała na niekorzyść. Całość to był wielki hall połączony z restauracją, jedna sala obok niego oraz trzy sale piętro niżej. Jeżeli chciało się odwiedzić wszystkie prelekcje, które nas interesowały, podobno trzeba było się nabiegać. Podobno, bo ja tam nigdzie się nie spieszyłem. Na początku próbowałem z harmonogramem w ręku odwiedzać te wystąpienia, które byłyby potencjalnie interesujące. Szybko jednak okazało się to niemożliwe – z powodu przedłużonych wystąpień (nawet ja nie zmieściłem się ze swoim w czasie) i braku buforu między nimi harmonogram szybko przestał obowiązywać. Tak więc na luzaku chodziłem sobie od sali do sali i patrzyłem czy dzieje się tam coś ciekawego. Jeśli tak, zostawałem.

W powyższym akapicie od opisywania miejsca przeszedłem do wystąpień, więc chwilę się na nich zatrzymam. Oczywiście tradycyjnie wszystkiego nie widziałem – dojechałem na PGE Arenę każdego dnia później i po swoim wystąpieniu też musiałem od razu biec na pociąg, więc być może ominęło mnie coś super. Wśród tego co jednak widziałem, niewiele było rzeczy, które mnie interesowały. Na pewno rozczarowały mnie wystąpienia przewidziane jako główne, te z udziałem mniejszych i większych gwiazd. Wszyscy narzekali, że ile razy można słuchać jak Kominek z Hatalską dyskutują kolejny raz czy z prowadzenia bloga da się żyć. Cóż, ja tę dyskusję słuchałem pierwszy raz, a i tak zanudziła mnie na śmierć. 😉

Ach, i tu od razu uwaga do Kominka, jeśli przypadkiem to czyta. 😉 Kominek powiedział, że według niego ledwo garstka kilkunastu blogerów w Polsce utrzymuje się z blogowania. Kominku, jesteś więc bardzo oderwany od rzeczywistości, bo nawet tak skromny bloger jak ja zarabia na swoim blogu – bezpośrednio i pośrednio. A tylko pomyśleć jaki tłum jest ode mnie popularniejszy i bardziej poczytny i jak to spienięża.

Próbowałem też nie nudzić się na wywiadzie z prezydentem miasta Gdańsk, ale jako, że całość właściwie skupiła się na tym jaka ulica w Gdańsku jest właśnie remontowana i jaki plac porządkowany – kogoś z Białegostoku niespecjalnie to interesuje. Motywem tego wystąpienia miał być blog jako czynnik sprawczy takich zmian i sposób kontaktu z władzami i to do mnie dotarło. Jako ktoś z Białegostoku mogę polecić naszemu prezydentowi by zobaczył tę rozmowę na Youtube i być może sam poszedł z ślady prezydenta Pawła Adamowicza.

O wiele przyjemniejsze były wstąpienia na najmniejszej sali, czyli w szatni. W ogóle pomysł taki  uważam za świetny. Prawdziwa szatnia piłkarska miała swój urok i bardzo się ucieszyłem gdy zobaczyłem, że moja prelekcja też tam ma być. Żadna wielka sala, ale mały pokoik, w którym przy popularniejszych wystąpieniach ludzie stojący na zewnątrz wyciągali szyję by zobaczyć co dzieje się w środku. To właśnie w szatni odbyły się dwa wystąpienia, które spodobały mi (i patrząc na reakcję innych wiem, że nie tylko mi) się najbardziej. Pierwszego dnia Dorota Kamińska z Pozytywnej Kuchni wtłoczyła w salę dużo humoru pokazując ciekawe wideo blogi kulinarne. Sporo było śmiechu i polecam wszystkim odnaleźć to wystąpienie na YouTube (gdy to piszę, jeszcze go nie ma, ale pojawiają się już inne). Drugiego dnia największe wrażenie na wszystkich zrobił Piotr Konieczny z Niebezpiecznika. Co prawda kompletnie nie mówił o tym co zapowiadał w harmonogramie tytuł prelekcji – miało być o bezpieczeństwie bloga, a de facto było o bezpieczeństwie w ogóle – ale na sali co chwila było słychać łał! zachwytu. Bardzo ciekawa odskocznia od głównego nurtu forum.

Monika Mikowska  w sali - szatni

Monika Mikowska w sali – szatni

Moim osobistym rozczarowaniem byli niestety ludzie. Powinienem się chyba był tego spodziewać w miejscu, w którym przewijało się podobno 300 osób, ale atmosfery nie było tam żadnej. Nie była to też atmosfera z jakichś targów wystawienniczych. To było takie dziwne zoo, w którym ktoś w jednej klatce zebrał wszystkie zwierzęta, dodał do nich zwykłych ludzi i rozwinął czerwony dywan. Nawet było trochę komicznie. Wielcy blogerzy chcąc tego lub nie byli wyalienowani i na świeczniku (przy bliższym poznaniu okazywali się normalnymi ludźmi, ale szepty wokół nich nie pozwalały im w ukryć się w tłumie). Zresztą co tam wielcy blogerzy – najweselsza była grupa wszelkich szafiarek i hipsterów. Zupełnie czym innym jest spotkać taką osobę pojedynczo gdzieś na ulicy, a czym innym gdy są w stadzie. No ale nic, nie będę się nad tym specjalnie rozwodził; takie to już czasy, że młodzi ludzie wyglądają właśnie tak, a nie inaczej. Zresztą, chyba się już starzeję 😉

W każdym bądź razie duża przestrzeń, trzystuosobowy tłum i ubiór pod tytułem nie podchodź do mnie bo mnie zasłonisz nie sprzyjały wytworzeniu dobrej atmosfery i na PGE Arena właściwie jeśli z kimś rozmawiałem, to był to ktoś kogo znałem już wcześniej osobiście. Liczyłem na osobiste poznanie z kilkoma osobami, których blogi czytam od lat, jednak to się nie udało.

Gdy jednak ten tłum się zmniejszył, upakował się w mniejszej przestrzeni i wlało się w niego „odrobinę” alkoholu, sytuacja zmieniła się znacząco. Mówię tutaj o tym, co zaczęło się jako middle party w klubie Dobry Dźwięk, a skończyło – przynajmniej dla mnie – jako test cierpliwości obsługi hotelowej. Middle party było kolejnym potwierdzeniem profesjonalizmu i rozmachu organizatorów. Trzypiętrowy klub wynajęty tylko dla uczestników BFG, open bar czyli alkohol i jedzenie bez ograniczeń oraz koncert na żywo Smolika i jego ekipy. Łał. Dziwnym trafem, gdy tylko w klubie alkohol przestał być darmowy, klub opustoszał, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Spora część ludzi przeniosła się wtedy do hotelu, gdzie krążyliśmy między imprezą w hotelowym lobby a imprezą w pokoju jednej z blogerek. To właśnie tu te wszystkie wyżej wspomniane papugi, pawie i pawiany okazały się bardziej ludzkie niż na forum ogólnym. Bardzo dobrze, że tak się stało, bo na następny dzień atmosfera była już przyjemniejsza. Co prawda głowa bolała strasznie, ale nic tam 😉

Opisałem już chyba wszystko co najważniejsze, czas więc przejść do podsumowania. O swoim występie pisać nie będę, bo go jeszcze nie widziałem, a że zaraz po wystąpieniu musiałem biec na pociąg (organizatorzy byli tak mili, że wynajęli mi taksówkę na dworzec), nie udało mi się zebrać jakiegokolwiek feedbacku od słuchających mnie. W każdym bądź razie było kilkanaście osób słuchających, co sprawiło, że się nie stresowałem specjalnie. Na szczęście dopiero potem dowiedziałem się, że przez internet oglądało mnie na żywo zapewne kilka tysięcy, jeśli nie kilkanaście tysięcy osób.

Czy wybiorę się jeszcze na Blog Forum Gdańsk? Bardzo bym chciał, ale nie wiem czy nie jestem za słabym blogerem, aby się tam załapać (była ostra selekcja i dostałem się tylko temu, że byłem nie uczestnikiem, a prelegentem). Przedsięwzięcie to było olbrzymie i naprawdę robił wrażenie ten cały rozmach. Gratuluję miastu Gdańsk pomysłu na taki rodzaj promocji. Wszyscy uczestnicy na pewno odnieśli mniejsze lub większe wrażenie, że Gdańsk jest cool, skoro zamiast robić kolejny festyn z okazji dnia truskawki, robi coś tak nowoczesnego. Co więcej ci uczestnicy i prelegenci wrócili do domów i dalej blogują o tym. Sami pomyślcie ile osób usłyszało nazwę miasta Gdańsk w kontekście blogowania i internetu, a ile słyszało o – dajmy na to – Lublinie bo jego urząd miasta zamówił filmik promocyjny, który wrzucił na YT. Tak się to właśnie powinno robić.

Jak znaleźć noclegi na Ukrainie, Litwie, w Gruzji…

A właściwie bardziej generalnie: jak znaleźć noclegi na wschód od Polski?

Pytacie o to czasem w komentarzach, widzę też takie pytania często na forach podróżniczych. Ktoś prosi o podanie adresu strony, na której można zarezerwować nocleg w Kijowie czy Lwowie. To jest kompletnie złe podejście.

Przyznaję, że gdy pierwszy raz wybierałem się do wschodnich, postradzieckich krajów, też miałem jakieś obawy. Teraz jednak jechałbym w ciemno bez żadnego wcześniejszego szukania.

Tam jest zupełnie inna mentalność i zupełnie inne podejście do turystów. Jeszcze chyba długo internet nie  będzie pierwszym miejscem przez które  kontaktują się podróżni z właścicielami kwater. Pierwszym miejscem jest zawsze… dworzec. I nie ma znaczenia czy jest to stolica Ukrainy czy pomniejsze miasto na Kaukazie.

Każde miasto na wschodzie (z tych które odwiedziłem), które ma dworzec – kolejowy czy autobusowy – ma na nim też babuszki które czekają na ciebie i jak tylko zobaczą (a rozpoznają cię od razu po dużym plecaku czy walizce) w mniejszej czy większej liczbie okrążą cię i zaczną namawiać na kwatiry.

Jest to dość podobne do tego co znamy w Polsce z Zakopanego. Z małą różnicą na korzyść wschodu: w górach gdy podejdzie do ciebie jeden góral, reszta już raczej trzyma się z boku. Na Ukrainie czy Litwie działa w tym momencie konkurencja: kilka babuszek będzie się przekrzykiwać, każda albo oferując lepszą cenę, albo zachwalając, że od niej jest bliżej do centrum lub lepsze są warunki. Wtedy spokojnie stoimy i słuchamy i wybieramy.

Jeśli wybór okaże się kiepski (zdażyło się nam w ten sposób trafić na ogródki działkowe gdzie mieliśmy spać z jakimiś menelami w altance) grzecznie dziękujemy i wracamy na dworzec. I cała zabawa zaczyna się od nowa. Mam jednak nadzieję, że akapit ten was nie wystraszy 🙂 Taki przypadek miałem jeden raz w życiu i wcale nie wspominam go jakoś kiepsko – cała sytuacja działa się ciepły, letni dzień, mieliśmy sporo czasu i była kupa śmiechu.

Co jeśli jednak nie ma dworca lub nie ma nikogo na dworcu?

W takim wypadku odnajdujemy najbliższy bazar i mówimy do którejś przekupki (uwaga, to na pewno jest z błędami, nauczyłem się tego na wschodzie i wiem tylko jak mniej więcej powiedzieć): Izwienicje, wskażycie mienia kuda eto budzie: ja haczu adnu kamnatu (ew. kwatiru) z adnu krawatu. To według mojej najlepszej wiedzy oznacza mniej więcej: Przepraszam, powiedzcie mi gdzie to będzie: szukam jeden pokój z jednym łóżkiem. Od tej chwili możecie liczyć na burzę mózgów przekupek i na pewno dostaniecie kilka pomysłów lub od razu propozycji.

Inna, droższa opcja: zapytać taksówkarza. Niestety w tym wariancie usłyszycie by wsiadać i was zawiezie, a to oczywiście będzie dodatkowo kosztować.

A oto moje referencje na bazie których zdobyłem powyższe doświadczenia:

Miejsca gdzie właśnie pytając na dworcach znalazłem nocleg:

  • Sewastopol na Krymie (spora konkurencja wśród oferentów więc można wybierać)
  • Ałuszta na Krymie (jak wyżej)
  • Sighaghi w Gruzji (to nawet nie był dworzec a po prostu miejsce gdzie zatrzymują się marszrutki, także spora konkurencja)
  • Kazbegi w Gruzji (też duży wybór, ale miasto jest dość drogie więc  i noclegi były drogawe)
  • Kijów na Ukrainie, lotnisko Żuliany

Miejsca gdzie widziałem, że na dworcu można znaleźć nocleg ale nie korzystałem:

  • Wilno na Litwie
  • Lwów na Ukrainie
  • Grodno na Białorusi
  • Mckcheta w Gruzji
  • Simferopol na Krymie

Miejsca gdzie inaczej znalazłem nocleg:

  • Ureki nad morzem w Gruzji (strasznie mała mieścina bez dworców, więc zapytałem taksówkarza)
  • Duisi w Gruzji (wioseczka w górach, w której mieszka pewnie maksymalnie tysiąc osób, nocleg znaleźliśmy pytając ludzi na ulicy)
  • Gori w Gruzji (trafiłem do tego miasta w dziwny sposób z pominięciem dworca więc pytałem ludzi i zaprowadzili mnie pod same drzwi chyba najtańszego nocclegu jaki miałem w Gruzji u bardzo miłego małżeństwa)

Miejsca gdzie byłem a nie udało mi się znaleźć noclegu pytając na miejscu:

  • brak, ale nie wykluczam, że gdzieś taka anomalia może występować. W końcu byłe ZSRR to całkiem spora ilość miast i miasteczek

Jeśli ktoś z was ma jakieś doświadczenia w tej materii, piszcie śmiało w komentarzach. Nie chciałbym aby całość wyglądała jak jeden głos jednej osoby i co ona tam wie.

Jeśli ktoś nadal ma obawy, odwróćcie sytuację. My w Polsce mamy dość podobną mentalność jak ludzie na wschodzie. Wyobraźcie sobie, że jesteście przypadkiem na dworcu w waszym rodzinnym mieście i zaczepia was ktoś z pytaniem gdzie tu może przenocować. Co robicie?

Strona z pasji, która w tydzień zaliczyła 25 tysięcy odwiedzin

Gdy uruchamiam swój nowy blog czy serwis, spodziewam się zazwyczaj około 100, może tysiąca wejść w pierwszym tygodniu. Moja najnowsza strona zaliczyła jednak w pierwszym tygodniu dwadzieścia pięć tysięcy odsłon. To był chyba strzał w dziesiątkę.

Też tak macie, że w głowie siedzi milion pomysłów na kolejne strony, z tego kilka wydaje się wam prawdziwymi hitami – tylko czasu brak aby do nich usiąść. I trochę strach, że co jeśli jednak się mylimy? O wiele bezpieczniej jest marzyć o sukcesie niż ten sukces osiągnąć.

Jednym z moich pomysłów na stronę, którego nigdy nie udawało mi się zrealizować, to społecznościowa wyszukiwarka połączeń lotniczych (ale bez ciśnienia – jeśli ktoś zna sposób na dojechanie pociągiem na drugi koniec kontynentu za grosze, też dobrze). Jedni szukają, wrzucają do bazy i zdobywają sławę i uznanie. Inni korzystają. Taki trochę wykop dla globetroterów i ludzi, którzy chcą dostać się do pracy w Londynie.

Zebrałem się w sobie i zrobiłem:

wziuum.com

Jest to tylko początek – pomysłów mam bowiem wiele – ale okazało się, że jest to coś, co się ludziom podoba. Prosty interfejs, bez zbędnych wodtrysków i miliona opcji. Jeśli szukasz lot, wpisz miasto lub miasta w wyszukiwarkę. Jeśli znasz połączenie – dodaj je. Nawet nie musisz się logować (ale zalogowanie dodaje dodatkowe opcje i wkrótce dodawać będzie jeszcze więcej). Jeśli masz dodatkowe pytania do danego połączenia, dodaj komentarz.

Proste? Proste. I takie, mam nadzieję, zostanie. Pojawią się nowe funkcje, wynikające naturalnie z tego czego tam brakuje i rozwiązujące kolejne problemy.

Mam nadzieję, że będzie to kiedyś miejsce, od którego każdy będzie zaczynał planowanie podróży. Że szukając połączenia znajomy znajomemu będzie rekomendował wziuum. Już teraz to róbcie bo już teraz jest warto. (Prawda?)