Grecja, Korfu, #najlepiej

To jest wpis sprawozdawczy z wakacyjnego wyjazdu na Korfu, z którego właśnie wróciłem. Jeśli komuś nie chce czytać, to w skrócie: to był najlepszy wyjazd wypoczynkowy jak do tej pory i już siedzę i sprawdzam opcję jak tam wrócić. Jeśli ktoś szuka miejsca na wakacje z dziećmi i chciałby uniknąć ogromu turystów, zdecydowanie polecam. Dziękuję za uwagę. 😉

Dlaczego tam

Wyjazdy wakacyjne dzielę na dwa rodzaje: wyprawy i wypoczynkowe. Wyprawą jest wypad do Gruzji czy Iranu gdzie jedziesz głównie zwiedzać, a w czasie wyjazdów wypoczynkowych spędzasz czas opalając się i ewentualnie raz na jakiś czas zwiedzając okolice. Wyjazd na grecką wyspę Korfu był wyjazdem wypoczynkowym.

Rok temu byliśmy w chorwackim Splicie i siłą rzeczy pojawią się tu porównania z nim. Tym razem z żoną i znajomymi zrobiliśmy sobie głosowanie gdzie chcemy jechać (każdy mógł podać dowolną liczbę miejsc gdzie by chciał i zwyciężało te miejsce, które miało najwięcej głosów) i wypadło na Grecję. Był to dla mnie pierwotny wybór na zasadzie „może być”, a dopiero na miejscu się ogromnie pozytywnie zaskoczyłem. Dlaczego Korfu a nie jakieś inne miejsce w tym wielkim kraju z tysiącem wysp, już nie pamiętam. Chyba zdecydował relatywnie tani i bezpośredni lot.

Sugerowałem też znajomym by tym razem spróbować może gotowy wyjazd z biura, ale wszyscy byli przeciw. Jak zwykle na mnie spadło zorganizowanie większości spraw, ale ja to nawet lubię 🙂

Samolot

Na Korfu z Warszawy lata LOT i Wizzair. LOT jest tańszy od Wizza jeśli chce się lecieć z bagażami (a to jedyna opcja jak się leci na dwa tygodnie i z dziećmi). Za bilet zapłaciliśmy około 900 złotych w obie strony. Samolot lata w niedzielę.

Moje lifehacki związane z LOTem:

Lifehack numer jeden: jeśli kupujesz 2 bilety dla dorosłych i 2 dla dzieci, dorosłym kup bilet bez bagażu (jest tańszy) a dzieciom z bagażami (jest tańszy bo dla dzieci, a bagaż ma wliczony za darmo albo w niższej cenie niż dla dorosłych, teraz już nie pamiętam)

Lifehack numer dwa: takie jak wyżej kombinowane kupowanie nie jest możliwe na stronie (wszystkie bilety musisz kupić takie same) więc trzeba dzwonić na infolinię i tak kupować. Za kupowanie przez infolinię jest dopłata, ale wystarczy powiedzieć, że dzwonisz bo strona nie działa i wtedy nie ma tej opłaty. Ja akurat dzwoniłem bo faktycznie nie działała, ale po kilku miesiącach widzę, że to jest po prostu norma: nawet dziś nie udało mi się sprawdzić cen biletów bo co chwila wyświetlała, że „sesja wygasła”. Tak więc możecie śmiało dzwonić i mówić, że nie działa (pracownicy po drugiej stronie słuchawki są już chyba do tego przyzwyczajeni), albo jak chcecie byś super uczciwi, poczekajcie kilka chwil i strona padnie i można z czystym sumieniem dzwonić 😉

Miejscowość i nocleg

Większość turystyki na Korfu koncentruje się na północnej części wyspy, ale my wybraliśmy skrajne południe. Przypadkiem, po prostu szukałem na AirBnb jakiejś fajnej chaty dla sporej grupy osób (6 dorosłych i dwójka dzieci). I znaleźliśmy po prostu miejsce arcyrewelacyjne.

W polu, nieco na nadmorskich mokradłach, a nieco na zarośniętych nieużytkach, w połowie drogi między między umiarkowanie turystycznym Lefkimmi, a umiarkowanie turystyczną plażą stoi ten oto dom:

Różowy domek jak z bajki. Lewa część zamieszkana jest przez teściów właściciela, prawa to parter plus dwa piętra do wynajęcia.

Bardzo ładny, zadbany i przemyślany dom z mnóstwem zacienionych miejsc chroniących przed greckim słońcem, udogodnieniami i zabawami dla dzieci (łóżeczka, huśtawki, ślizgawka, dużo zabawek po dzieciach gospodarza…). Nocowałem w wielu miejscach z Airbnb i te jest naj-le-psze. Jeśli wrócę na Korfu (a na pewno wrócę), to do tego właśnie domu.

Nagrałem krótki film prezentujący dom. Nie wszystko udało się pokazać, bo np w pokojach akurat ktoś był albo łazienka na piętrze była zajęta, ale proszę:

Myślicie, że kiepsko jest mieszkać z jakimiś tam teściami za ścianą? Otóż wręcz przeciwnie! Rewelacyjni ludzie. Nic im nie przeszkadzało,  a biegające dzieci były dla nich atutem, bo sami mają wnuki, za którymi tęsknią. Bawili się z nimi nieco, nauczyli kilku słówek po grecku. Nam z kolei co chwila przynosili greckie jedzenie. Tacy dobrzy sąsiedzi co na koniec płakali ze wzruszenia jak wyjeżdżaliśmy! Serio!

Wady domu? Nie zauważyliśmy.

Plaża

Tak wygląda:

Nazywa się Bouka i ma bar:

I cała zastawiona jest leżakami:

W skrócie:

  • plaża piaszczysta w całości (na plaży i pod wodą)
  • woda oczywiście przezroczysta
  • fale małe, jedynie od przepływających statków
  • zejście łagodne, dorosła osoba może spokojnie dojść po dnie na jakieś 150 metrów w dal
  • pod wodą niestety brak widoków poza przepływającymi rybkami, więc pływanie z rurką i maską jest nieco nudne
  • leżaki są za zamówienie czegoś w barze, ale bar nie zwraca uwagi jak dużo zamawiasz (w ekstremalnym przypadku można nawet przesiedzieć cały dzień pijąc jeden soczek za 2,5 euro)
  • bar nie zwraca na to uwagi, bo nie ma tam za dużo turystów i zawsze jakieś leżaki są wolne. Głownie lokalni turyści mówiący po grecku, widoczna grupa turystów z innymi językami, Polaków spotkaliśmy tam może 3 razy w ciągu 2 tygodni
  • bar ma świetne jedzenie, więc na pewno na jednym soczku za 2,5 euro nie skończysz
  • obok plaży wypływa rzeka, oddzielona falochronem. Niestety raz jak wiał od niej wiatr, było dość mocno śmierdząco

Porównując do Splitu, poza gorszym widokiem pod wodą, wszystko na plus. Nie trzeba męczyć się na kamieniach, ceny w barze niższe, a leżaki za darmo (tam albo leżaków nie było, albo trzeba było za kilkadziesiąt zł wypożyczyć na cały dzień)

Dodam jeszcze, że do plaży od domu można dojść w 5-9 minut.

Transport

Choć jest jakiś autobus między stolicą Korfu (która też się nazywa Korfu) a Lefkimmi, to jednak trzeba wynająć samochód. Koszt to 900 złotych na dwa tygodnie za najmniejszego Fiata Pandę czy Nissana Micra (wynajeliśmy te dwa właśnie). O dziwo można tam się zmieścić z dwoma fotelikami (trzeba dopłacić 140 euro za wynajęcie), dwoma walizkami i nawet wózkiem.

Dom znajduje się za miastem, a do samego Lidla jest ponad 4 km. Nie da się więc ogarnąć codziennych zakupów bez takiego transportu, a i czasem trzeba coś pozwiedzać.

Zwiedzanie

Na samym Korfu nie ma zbyt wiele zabytków, a na pewno nie ma nic monumentalnego. Miejsca, które zwiedziliśmy:

Angelokastro – zamek na wzgórzu nad bardzo ładnymi plażami. Jeśli ktoś lubi nurkować z rurką to polecam właśnie tam w jednej z zatoczek. Ale uprzedzam, że trafiła się nam wtedy wyjątkowo lodowata woda

Widok z Angelokastro na zatoczki

Miasto Korfu – starówka bardzo przypominała mi Split, nawet tłumy te same

Zamek Gardiki – trochę lepiej zachowany zamek od Angelokastro i nie trzeba wspinać się na górę. Do tego obok znajduje się laguna, która też jest jakąś atrakcją

wejście na zamek

Wyspy Paxos i Antipaxos – całodniowa wycieczka statkiem z wpłynięciami w morskie jaskinie, kąpielą z pokładu statku i zwiedzaniem na własną rękę miasta na Paksos.

Albania – Korfu leży przy granicy tego kraju, więc musieliśmy się wybrać. Okazało się, że najtaniej będzie wykupić wycieczkę, która autokarem dowiezie do portu, wsadzi na statek, na miejscu zwiedzanie na własną rękę. Zobaczyliśmy w ten sposób miasto Saranda i pobliski park Butrintit z zabytkami z czasów rzymskich. Kraj bardzo fajny, ale jakość gastronomii fatalna.

Samo Lefkimmi to jak wspomniałem dość mała miejscowość bez widocznych w dzień turystów, położona nad rzeką. O dziwo wieczorami wszystkie 4 knajpki nadrzeczne były zapełnione.

Jeśli komuś znudzi się sielanka, obok Lefkimmi jest mega turystyczne Kavos. Nie mam żadnych zdjęć, bo nie ma tam nic do fotografowania: jedna długa ulica przeładowana straganami z pamiątkami i dziesiątkami barów i dyskotek, zatłoczona pijaną młodzieżą, głównie z Wielkiej Brytanii.

Kuchnia grecka

Kolejne bardzo pozytywne zaskoczenie. Choć z greckiej kuchni już prze wyjazdem lubiłem ich Suvlaki po tym jak odkryłem, że to przecież dokładnie to samo co rwandyjskie szaszłyki, które tam ciągle jadłem, odkryłem teraz, że z tej kuchni mi wszystko smakuje! Jestem fanem. Saganaki, moussaka, tzatziki (nie uwierzycie, ale nie próbowałem do tej pory)… Co nie spróbowałem, to super!

Jak ktoś wie, gdzie w Białymstoku znajdę sklep z pitą (pieczywem takim), dajcie znać w komentarzu.

Ceny

Na koniec jeszcze ceny. Jest taniej niż z Chorwacji, powiedziałbym, że są zbliżone do cen polskich. Oczywiście w turystycznych barach i restauracjach jest nieco drożej, ale tylko nieco. W Lidlu właściwie tak samo, a wino taniej.

  • wino w Lidlu po 2,6 euro za 1,5 litra (czyli jakby dwie butelki za jakieś 15 złotych łącznie)
  • suvlaki po 2 euro za szaszłyka w barze na plaży
  • sok pomarańczowy, ice coffee po 2,5 euro podane do leżaka na plaży
  • wino na plaży po 3 euro za „kieliszek” (plastikowy kubek)
  • piwo w barach po 2-3 euro za przeważnie 330 ml
  • piwo w Lidlu po 1,8 euro za 0,5 puszkę

Minusy

Były też pomniejsze wady i półwady.

Na pewno wadą jest ogromna ilość os. Latają wszędzie i przeszkadzają w jedzeniu. Dowiedzieliśmy się, że to pora roku na nie ale też nauczono nas sztuczki: trzeba podpalić trochę zmielonej kawy i osy uciekają, bo nie lubią tego zapachu.

Półwadą jest południowa bylejakość. Śmieci składowane są ogromnych hałdach przy drogach (ale są zbierane przez śmieciarki i wywożone). W domach, barach itp śmieci się w ogóle nie segreguje. To wkurzało, bo podczas gdy cała Polska zmieniła domowe kuchnie w mini punkty segregacji  śmieci (kosz pod zlewem na zwykłe śmieci, jakaś skrzynka na papierowe, reklamówka na klamce na plastiki i jeszcze jakiś kubełek na bio) i powiedziano nam, że to temu, że Unia wymaga, no to halo: Grecja też jest w Unii i tam nikt tego nie robi.

Ta byle jakość jest półwadą, bo objawia się też w stylu jazdy. Jeździsz jak chcesz, parkujesz gdzie chcesz. Mi to się podobało, bo nie ma żadnej spiny. Nikt na nikogo nie krzyczy jak człowiek zatarasuje całą drogę zostawiając samochód na środku i idąc do kiosku pić gazetę. Wszyscy czekają i nikt nie trąbi 🙂

Podsumowanie

Napisałem, że będę porównywać ze Splitem, a właściwie nie porównywałem, więc może zrobię to w podsumowaniu:

  • mieszkanie było nieziemskie. W Splicie też z Airbnb właścicielka wysyłała nam smsy byśmy nie szurali krzesłami, bo ona mieszka na dole, a tu nikomu nic nie przeszkadzało, łącznie z przesiadywaniem na podwórku do 3 w nocy. Do tego w każdym pokoju klimatyzacja (w Splicie tylko w salonie, a sypialniach sauna)
  • woda w morzu codziennie ciepła, przezroczysta. Dno lepsze niż w Chorwacji bo bez kamieni. Widoki podwodne jednak gorsze
  • Ceny niższe niż chorwackie
  • Ludzie super mili. Wystarczyło, że na chwilę w Korfu zatrzymaliśmy się z dziećmi czekając na znajomych, a z budynku poczty wyszedł Pan i powiedział nam, żebyśmy weszli do środka schować się przed upałem lub, że przyniesie nam wodę.
  • Brak turystycznych tłumów jakie były normą z Splicie (oczywiście to porównanie wioseczki w Grecki z wielkim miastem, ale fakt jest faktem)

Od właściciela domu wziąłem namiary by zarezerwować w przyszłości dom bez pośrednictwa Airbnb i na pewno tam wrócę!

4

Automatycznie przyciemniane światła hamulcowe

Znacie taki widok z sytuacji, gdy wracacie z pracy, zwłaszcza w okresie zimowym, gdy słońce zachodzi dużo wcześniej, co nie?

źródło

Właściwie często to nie sama praca sprawia, że po wróceniu do domu czujecie się zmęczeni, ale fakt, że przez kilkanaście minut po niej musicie wgapiać się w bijące po oczach światła hamulca w samochodzie stojącym przed wami w korku.

Mój pomysł dla producentów samochodów. A gdyby tak wykorzystać fakt, że większość nowych samochodów ma z tyłu czujniki zbliżeniowe i gdy podjedzie pod tylny zderzak kolejny samochód, przygasić te światła odrobinę?

Niestety nie jest to czynnik, który w pierwszej kolejności decyduje o zakupie samochodu (bo to ułatwienie nie dla właściciela, a tego „wroga ulicznego”, który za nim stoi), ale czy na pewno? Ja gdybym zobaczył, że jakaś marka myśli także o mnie, na pewno postrzegałbym ją lepiej niż inne. Lubię takie little big details.

1

Co ja zrobiłem dla Ukrainy (i co możesz zrobić i Ty)

Ostatnio wszyscy się prześcigają w pomysłach jakby tu dopiec Rosji albo wesprzeć Ukrainę. Dołączę do chóru.

Usłyszałem właśnie w radio, że rosyjscy mieszkańcy Krymu już szczerzą się z radości na myśl, że półwysep ten stanie się niezależnym państwem, chronionym przez Rosję, którego gospodarka będzie oparta na turystyce. Rzeczywiście: te same babuszki, u których wynajmowałem kwatery gdy byłem tam pierwszy czy drugi raz teraz wyległy wyszczerzone na ulicę wyglądając pieriestrojki.

Wszedłem więc w Google, wyszukałem krymskie kwatery i napisałem do kilku z nich z informacją, że rozważałem w te wakacje ponowne odwiedzenie i wynajęcie u nich noclegu, ale w takiej sytuacji muszę z planów zrezygnować.

Głupie? Może i głupie, ale jeśli im się naprawdę wydaje, że turyści będą jeździć nadal do nich, może warto im uświadomić, że mołdawskie naddniestrze odwiedzają obecnie tylko hardcorowcy, szukający wrażeń.

0

Iran. Co zwiedziłem, co warto zobaczyć, a czego nie warto

Oto wypis z miejsc jakie widzieliśmy z szybkim podsumowaniem. Pierowtnie miał to być po prostu kolejny podrozdział wpisu „Syntetycznie o Iranie”, ale okazał się tak długi, że postanowiłem wyodrębnić go jako oddzielny artykuł.

Zaczęliśmy oczywiście od Teheranu, który jak już pisałem nam się nie podobał. W skrócie jest tam straszny hałas, tłok i smród i niespecjalnie jest co zwiedzać. Pisałem, że Teheran ma świetny bazar, ale potem się okazało, że w każdym mieście jest taki bazar i wygląda tak samo. Tak więc jeśli ktoś wybiera się do Iranu, naprawdę polecam odpuścić sobie to miasto i może nawet zacząć od innego (właściwie każde większe miasto ma lotnisko, w tym niektóre międzynarodowe). Myśmy już następnego dnia rano wyruszyli dalej i nawet na koniec podróży nie wracaliśmy do stolicy (busy z innych miast jeżdżą czasem bezpośrednio na lotnisko w Teheranie).

Ulica w Teheranie, w tle góry

Ulica w Teheranie, w tle góry

Kolejnym etapem wartym odnotowania była droga do Yazd. Wspominam o niej bo jechaliśmy autobusem klasy VIP (oznacza to poczęstunek na pokładzie, klimatyzację i olbrzymią ilość miejsca w środku – przed swoim fotelem możesz spokojnie wyciągnąć nogi do przodu i nie dotkniesz fotela poprzedniego – a kosztuje niewiele więcej niż zwykły bus), a po drodze widoki poprawiają kiepskie wrażenie z Teheranu. Widoki to pustynia i góry.

Dalej jest miasto Yazd. Położone jest mniej więcej w centralnej części Iranu (w dół i nieco w prawo na mapie względem stolicy) i jest najlepszym etapem całej podróży. Starówka miasta jest wyraźnie inna od jego nowej części. Yazd było i jest miastem położonym na środku pustyni i na starówce to zdecydowanie widać. Wygląda właśnie tak jak marzyłem – malutkie gliniane domki i labirynt dróżek i dróg między nimi. Całość w gęstej, parterowej (z wyjątkiem meczetów i innych zabytków) zabudowie w kolorze piasku. Świetne! Świetne! Świetne! Jeśli jesteś w Iranie musisz tam być.

Jedna z uliczek starego miasta w Yazd

Jedna z uliczek starego miasta w Yazd


Kolejna uliczka w Yazd

Kolejna uliczka w Yazd


Meczet a-Jameh w Yazd

Meczet a-Jameh w Yazd


Zaratustriańska świątynia ognia w Yazd

Zaratustriańska świątynia ognia w Yazd

Kolejnego dnia wynajęliśmy sobie taksówkę by pozwiedzać pustynię dookoła miasta (pół dnia jeżdżenia i czekania kierowcy na nas kosztowało nas około 45 złotych od osoby). Odwiedziliśmy wioskę Czak Czak położoną w pustynnych górach i mającą zaratustriańską świątynię ognia przez którą po podłodze płynie mini rzeka z małego wodospadu (warte zobaczenia dla samych widoków z wioski na góry – zapiera dech w piersiach), a potem pojechaliśmy na drugą stronę miasta Yazd do Wież Milczenia, czyli miejsca gdzie na wysokich górach Zaratustrianie składali niegdyś zwłoki zmarłych (Zaratustrianie nie grzebią ciał tak jak inni w ziemi). Niestety miasto Yazd rozrosło się już tak bardzo, że wieże nie są już na pustyni., a w środku jednej z podmiejskich dzielnic, mimo wszystko jest to kolejna rzecz, którą będąc w Yazd i okolicy trzeba zobaczyć.

Te domki do Czak Czak

Te domki to Czak Czak


Widok z Czak Czak na pustynię. Najlepszy widok w całym Iranie

Widok z Czak Czak na pustynię. Najlepszy widok w całym Iranie


Pustynia w drodze z Czak Czak do Yazd

Pustynia w drodze z Czak Czak do Yazd


Wieża milczenia w okolicach Yazd

Wieża milczenia w okolicach Yazd


Tak wygląda widok z tej wierzy milczenia. Jak widać jest ona już prawie w mieście, otoczona jest z każdej strony blokowiskami

Tak wygląda widok z tej wieży milczenia. Jak widać jest ona już prawie w mieście, otoczona jest z każdej strony blokowiskami


A tak jest na samym szczycie wierzy milczenia. W tym dołku składane były ciała zaratustrian i czekały na rozszarpanie przez sępy

A tak jest na samym szczycie wieży milczenia. W tym dołku składane były ciała Zaratustrian i czekały na rozszarpanie przez sępy

Kolejne miasto to Sziraz, położony na południu kraju mniej więcej w linii prostej w dół względem Teheranu. To taka ładniejsza, bardziej bogata w zabytki i bardziej wyzwolona wersja Teheranu. Wygląd ludzi na ulicach wskazuje na ich sympatię do kultury zachodu, nie brak też zaczepiających cię pijaczków. To także w tym mieście doświadczyliśmy obalenia większości mitów jakie nosiliśmy w naszej świadomości odnośnie pobożności Irańczyków, abstynencji i stosunku do władzy i zachodu (ale kolejne miasta te obalone mity obalały nadal).

Zamek w Sziraz

Zamek w Sziraz


Jeden z ogordów w Sziraz

Jeden z ogordów w Sziraz


Sziraz nocą

Sziraz nocą

Sam Sziraz zwiedza się dość szybko, ale podróżni zatrzymują się tam głównie z powodu położonego w pobliżu Persepolis, czyli starożytnej, pierwszej stolicy Persji. Wygląda bardzo dobrze, do tego po drodze zwiedza się wykute w skale grobowce królów z – jeśli się teraz nie mylę – kilku tysięcy lat. Persepolis i grobowce zajmują u mnie drugie miejsce na mojej liście miejsc wartych zobaczenia w Iranie (na pierwszym jest Yazd i okolice).

Persepolis

Persepolis


Grobowce królów koło Persepolis.

Grobowce królów koło Persepolis.

Kolejne miasto to Buszehr. Odwiedziliśmy je tylko z jednego powodu – chcieliśmy zobaczyć zatokę perską, a to właśnie Buszehr jest najbliżej od Sziraz na mapie Iranu (co nie oznacza, że jest super blisko; Iran jest olbrzymi i do Buszehr jedzie się 5 godzin). Diagnoza: nie warto. Samo miasto nie ma żadnych zabytków, ani niczym się nie wyróżnia, wygląda jak jakaś kolejna dzielnica jednego z innych miast. Jedyny plusik to nadmorska promenada i kawałek plaży. A morze wygląda jak morze i tyle 🙂

Promenada w Bushehr

Promenada w Bushehr


Główna ulica w Bushehr, jest piątek więc dzień wolny

Główna ulica w Bushehr, jest piątek więc dzień wolny

Ostatnim miastem był Esfahan. Położony w połowie drogi między Sziraz i Teheranem, mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co Yazd ale bardziej na zachód i w bardziej chłodnym klimacie. Miasto ma to samo co ma Sziraz i Teheran, jednak jest to z jakiegoś powodu lepsze. Meczety są fajniejsze, bazar (ok, bazar jest taki sam), fajniejsze zabytkowe pałace, lepsze widoki i chyba więcej do zwiedzania. I ma jeszcze niezwykłe mosty (na rzece, która o tej porze roku była zupełnie wyschnięta), niepodobne do naszych europejskich. Ma też ormiańską dzielnicę z kościołami i wyraźnie luźniejszą atmosferą. Słowem: jest co zwiedzać i warto tego miasta nie ominąć.

Główny plac w Esfahan, ponoć drugi co do wielkości na świecie po Tienanmen

Główny plac w Esfahan, ponoć drugi co do wielkości na świecie po Tienanmen


Jeden ze słynnych esfahańskich mostów, rzeka pojawi się dopiero za kilka dni

Jeden ze słynnych esfahańskich mostów, rzeka pojawi się dopiero za kilka dni


Jalfa, ormiańska dzielnica w Esfahanie, pomnik biskupa i kościół w tle

Jalfa, ormiańska dzielnica w Esfahanie, pomnik biskupa i kościół w tle

Z Esfahan pojechaliśmy prosto na lotnisko w Teheranie.

Podsumowując coś o czym nie wspomniałem. Każde miasto z wymienionych wyżej jest olbrzymie. Jeśli dla kogoś Warszawa jest dużym miastem, zmieni zdanie po odwiedzeniu Teheranu, Yazdu, Szirazu czy Esfahanu. Każde z nich to co najmniej 1,5 miliona mieszkańców. A niska zabudowa sprawia, że ci wszyscy mieszkańcy zajmują jeszcze większą powierzchnię. Nastawcie się też na dobijający hałas i chaos.

0

Syntetycznie o Iranie

Tego się mogłem spodziewać: po powrocie do domu nie chce mi się już rozbijać wyjazdu na dziesięć oddzielnych wpisów 😉 Napiszę więc teraz wpis podsumowujący „jak było i co doradzam kolejnym podróżującym” (edit: po skończenia pisania tego wpisu okazał się tak długi, że dwa jego rozdziały wyciąłem i ukażą się później jako osobne wpisy). Nie będzie to jednak wpis ostatni: mam już szkic jednego dłuższego wpisu o jednej z przygód oraz standardowo już (tak jak to było w przypadku wyjazdu na Krym czy do Gruzji) wrzucę osobny wpis o cenach. Być może też wrzucę galerię zdjęć, lub zaproszę do takiej wrzuconej gdzieś indziej.

Tak więc zaczynam. Jest to podsumowanie Iranu z perspektywy dwunastodniowej podróży, podzielone na mini rozdziały. Od razu bardzo proszę o zadawanie pytań w komentarzach, jeśli o czymś chcecie wiedzieć więcej lub czegoś w ogóle nie poruszyłem.

Dojazd i wizy

To jest wstępna makabra. Zacznę od wiz: jeśli ktoś z Was chce pojechać do Iranu, polecam zacząć ubiegać się o wizę z co najmniej studniowym wyprzedzeniem. Opisywałem to już tu na blogu, ale fakt jest jeden: na pomysł wyjazdu do Iranu wpadliśmy pod koniec listopada i od razu zaczęliśmy ubieganie się o wizy. Paszport z wbitą wizą w nim miałem w ręku pod koniec lutego na dosłownie 4 dni przez lotem! Do ostatniej chwili więc nie byliśmy pewni czy polecimy. Sama procedura oficjalnie jest długa, ale do tego doszły jeszcze ciągłe opóźnienia na każdym etapie.

Wizę otrzymacie na pewno (jeśli nie byliście w Izraelu), ale możecie nie zdążyć z jej otrzymaniem przed odlotem samolotu.

Dojazd i powrót do kolejna makabra, zwłaszcza jeśli się mieszka z dala od lotniska. Samoloty Pegasus Airlines są kiepsko ze sobą skomunikowane, dojazd do Berlina trwa. W efekcie aby być w Iranie w sobotę, z domu wyszedłem w czwartek. Droga powrotna trwała tyle samo: ostatni dzień w Iranie spędziliśmy już na walizkach.

Podsumowując: trzeba być naprawdę upartym i zatwardziałym by wybrać się do Iranu.

Iran – ogólne wrażenie

Niestety Iran jest chyba pierwszym krajem, do którego wyjazd ogólnie oceniam in minus. Na wielkie, wielkie szczęście nie jest to wielki minus (właściwie remis plusów i minusów rozstrzygnięty w dogrywce), ale to chyba pierwszy raz, kiedy nie powiem „warto wrócić tutaj jeszcze kiedyś”. Może i warto, ale nie takim nakładem wysiłku i nie do Iranu w takiej sytuacji, w jakiej jest obecnie. Raz pojechać: oczywiście; polecam, jeśli ktoś zgodzi się na niedogodności, jakie tu opisuję. Powiedzieć komuś, że Iran musi koniecznie zobaczyć: raczej nie.

Podsumowując: bardzo dobrze, że Iran w końcu odwiedziłem, bo chodził mi od lat po głowie. I nie żałuję tej decyzji, jednak jeśli wiedziałbym jak w tym kraju jest, zapewne pojechałbym na ten urlop gdzie indziej, a Persję zostawił sobie na „kiedy indziej”.

Ceny i koszty

O cenach i kosztach będzie osobny, dokładny wpis, ale wstawiam tutaj krótkie info. I wstawiam już teraz na początku tego wpisu, by poprawić kiepski nastrój po poprzednich akapitach.

Ceny w Iranie bowiem bardzo pozytywnie nas zaskoczyły. Ni jak nie przystają do cen podanych w zeszłorocznym Lonely Planet (zarówno i w dół, i w górę), ale generalnie wyjazd wyszedł baaardzo tanio. Podejrzewam, że powody są dwa: Iran sam w sobie jest tani, a poza tym jadąc tam w marcu byliśmy poza sezonem, co mocno wpłynęło na ceny noclegów.

Konkretnie jak tanio? W Iranie nie działają europejskie karty płatnicze (embargo), więc już przed lotem trzeba było zabrać wszystkie pieniądze na cały wyjazd. Założyłem sobie więc, że w 12 dni wydam maksymalnie 1500 złotych, do tego wziąłem 500 złotych zapasu na wszelki wypadek.

Tymczasem w dwanaście dni na noclegi (nawet o połowę tańsze niż podawał LP), jedzenie (pod koniec gdy już widzieliśmy, że na pewno kasy starczy, każdego dnia jadaliśmy w drogich restauracjach), przejazdy między miastami, pamiątki, wejścia do muzeów (te okazały się nawet 10 razy droższe niż informował LP), wynajmowanie sobie prywatnych samochodów na wypad za miasto i jeżdżenie po mieście taksówkami gdzie tylko się dało, plus jeszcze danie się naciągnąć tu i tam wydaliśmy… 800 złotych od osoby. I podkreślam: nie żałowaliśmy sobie specjalnie na nic.

Podsumowując: cennik Iranu to największy plus wycieczki do tego kraju.

Jeden z meczetów w Iranie

Jeden z meczetów w Iranie

Ludzie

Pierwotnie był tu rozdział o ludziach, ale wyszedł tak długi, że ukaże się jako osobny wpis.

Język

Tu tylko krótko: ze znajomością języka angielskiego jest bardzo kiepsko. Nawet nie w każdym hotelu potrafiliśmy się dogadać inaczej niż gestami i pokazując liczby na palcach lub kalkulatorze. Ale da się żyć. Zawsze prędzej czy później wszyscy wiedzieli o co chodzi, a nieraz zdarzyło się, że obserwował nasze nieporadności ktoś, kto znał angielski i podszedł oferując pomoc jako tłumacz.

Co zwiedziłem, co warto zobaczyć, a czego nie warto

Pierwotnie był tu rozdział o tytule jak powyżej, ale wyszedł tak długi, że wyciąłem go i pojawi się wkrótce jako osobny wpis.

Widok na pustynię w okolicach Yazd z okna świątyni ognia, położonej w górach

Widok na pustynię w okolicach Yazd z okna świątyni ognia, położonej w górach

Bezpieczeństwo i policja

Nie wiem po co właściwie jest ten rozdział. A właściwie wiem 😉 Gdy wyjeżdżałem do Iranu, co chwila ktoś mnie pytał po co tam jadę, czy się nie boję. Nawet teraz po powrocie słyszę gratulacje odwagi. No cóż: to ja wszystkim tym chciałbym pogratulować odwagi wyjazdu do Warszawy, czy Bydgoszczy.

Bo to takie same ryzyko, przysięgam. Może i sam przed wyjazdem się nieco obawiałem (złodziei, dlatego nie wziąłem laptopa), ale po przyjeździe wszelkie obawy rozpłynęły się od razu (żałuję, że nie wziąłem laptopa). Telewizja nas karmi obrazem prześladowań chrześcijan w świecie islamskim, zamachami. A czy ktokolwiek się zastanowił ile z tych obrazków pokazywanych było z Iranu? Podpowiem: żaden. Prześladowania jeśli są, to są na półwyspie arabskim, zamachy w Iraku/Pakistanie. Ani amerykańska OSAC – jednostka CIA uprzedzająca podróżujących o zagrożeniach za granicą – nie wydała od lat żadnego zastrzeżenia wobec Iranu (jedynie ostrzeżenie dla amerykańskich obywateli z obywatelstwem irańskim, że w takim wypadku nie mają oni ochrony ze strony ambasady), ani polski MSZ nigdy w swojej historii nie przestrzegał przed Iranem. Obawa przed wyjazdem do Iranu, bo w Pakistanie są zamachy to trochę tak jakby ktoś przestrzegał Francuza by nie jechał do totalitarnego państwa polskiego, bo to przecież gdzieś mniej więcej tam, gdzie rządzi Łukaszenka.

Tyle teoria, a ile praktyka? Przyznam, że jest jedno zaskoczenie: spodziewałem się, że Iran to państwo policyjne. Tymczasem policję widywałem bardzo rzadko i jeśli już coś robiła to kierowała (lub starała się kierować) ruchem na skrzyżowaniach. Pozytywnym zaskoczeniem są budki w turystycznych miejscach z napisem „Tourist Police”. Jak nam wyjaśniono tam jest policja, do której można się udać jak się jest turystą. Na pewno mówią po angielsku i jeśli zostaliśmy okradzeni, to pokażą nam zdjęcia znanych im złodziei abyśmy spróbowali rozpoznać kto to. Miły gest, którego nie widziałem w innych, często demokratycznych krajach.

Zamachowcy, dżihadowcy, hezbollah biegający po ulicach? Taki obraz Iranu nawet nie wiem jak skomentować 🙂 Ulica raczej przypomina ulicę w Indiach z tłumem zwykłych ludzi i kupców.

Broń atomowa? Jeśli Iran ją posiada lub nad nią pracuje to oczywiście nie robi tego na środku ulicy Teheranu czy Szirazu. Stany Zjednoczone i Francja też ją posiadają i co z tego? Czy z tego powodu czujesz się niepewnie pod wieżą Eiffla?

Co więcej, na autostradzie widziałem wyraźne drogowskazy po angielsku (wszystkie pisane są w farsi i po angielsku właśnie) wskazujące jak dojechać do Iranian Nuclear Facility Complex.

To może irańscy nacjonaliści, wrogo nastawieni do zachodu? Wręcz przeciwnie. W najgorszym wypadku nastawienia nie dało się wyczuć. W większości wypadków nastawienie było raczej prozachodnie a już na sto procent bardzo dobrze wypowiadali się o naszym podejściu do alkoholu i świeckości (ale o tym więcej niżej). Nawet jeśli pochodząc z innej kultury dziwnie się czasem zachowywaliśmy nikt nigdy nie zwrócił nam na to uwagi.

Złodzieje? Nikt nas nie okradł. I jak pisałem wcześniej nie kryłem się z aparatem w ręku, pieniądze zwyczajnie nosiłem w kieszeni i gdy wyciągałem, wyciągałem cały zwitek (przy czym oczywiście nie był to cały budżet wyprawy, a budżet jednego, dwóch dni). Strach przed kradzieżą był porównywalny do strachu przed kradzieżą w Złotych Tarasach w Warszawie czy innym średnio tłocznym miejscu.

Oszuści i naciągacze? Tak, ale o tym pisałem już wyżej. (edit: właściwie pisałem o tym w rozdziale o ludziach, który jest/będzie osobnym wpisem)

Podsumowując: przeżyłeś Warszawę to przeżyjesz i Teheran. A ryzyko, że zostaniesz porwany przez dżihadystów jest takie same ryzyko, że zostaniesz porwany przez aborygenów. (Dodam, że powszechnie jest znane, że we wschodnim Iranie zdarzały się porwania dla okupu przez przemytników narkotyków z Pakistanu, ale tych rejonów nie zwiedzaliśmy)

Islam i reżim

Tutaj spore zaskoczenie. Oczywiście Iran to państwo islamskie, wyznaniowe, którego prawo opiera się o koran. Tyle, że to tylko teoria, dość mocno oderwana od praktyki.

Esfahan, meczet Szacha

Esfahan, meczet Szacha

W rzeczywistości ludzie podchodzą w Iranie do islamu tylko nieco, ciut ciut poważniej niż Polacy podchodzą do chrześcijaństwa. Ale tylko ciut. De facto mają już dość „tych ajatollahów” i prawa, które im wszystkiego zakazuje. I śmiało to wyrażali w rozmowach z nami. Szczególnie taksówkarze, nawet nienagabywani mówili, że nienawidzą islamu (sic!) i ajatollahów, byle jakiej muzyki i ciągłych nakazów.

Z drugiej strony co chwila na ulicy można zobaczyć wielki billboard, albo malunek z siwym brodaczem w turbanie, podobnie wyglądający brodacz jest na każdym banknocie, a jeśli włączysz telewizor masz 99%szans, że też zobaczysz takiego brodacza, który opowiada coś pokornie słuchającemu go gospodarzowi programu.

Nic więc dziwnego, że ludzie mają tego po dziurki w nosie i że kilka lat temu próbowali się przeciw temu zbuntować. Wyobraźcie sobie, że w Polsce do władzy dochodzi Jarek i mówi, że na każdym banknocie będzie od teraz ajatollah Rydzyk 😉 Uwierzcie mi, poza zgrają irańskich moherów cała reszta ulicy reaguje tam tak samo na to, jak wy byście zareagowali na powyższy scenariusz.

Życie nocne, alkohol i rozrywki

To niestety totalna porażka dla turysty. Koniecznie, jeśli jedziecie do Iranu, weźcie ze sobą jakąś książkę, mnóstwo gier na komórkę, cokolwiek! Ja nie brałem specjalnie, wierząc, że i tak znajdzie się coś ciekawego do robienia. Sromotnie się pomyliłem.

Życie nocne w Iranie na pewno jakieś jest, ale nie udało nam się z niego skorzystać. Kilka razy wyszliśmy do lokalów z sziszą, ale to chyba nie dla mnie. Ile można siedzieć wdychając dym?

Tak samo alkohol w Iranie ma się całkiem dobrze, niestety turyści mają do niego utrudniony dostęp. Dość szybko nam to wyjaśniono, że jeśli Irańczyk chce kupić jakieś procenty, każdy wie gdzie i jak może się w nie zaopatrzyć. Niestety turyści nie mają tak łatwo. Nawet gdy już wiedzieliśmy i widzieliśmy (wspomniani pijacy w Sziraz), że alkohol jest dostępny, nigdy nie udało nam się dowiedzieć gdzie i jak go zdobyć. Taksówkarze, choć bardzo wylewni podczas przeklinania reżimu, to pytanie gdzie tu można kupić, zawsze kwitowali śmiechem.

OK, ostatecznie dowiedzieliśmy się o jednym miejscu gdzie właściwie oficjalnie można go kupić (ponoć jeden z hoteli w Esfahan ma prawo sprzedawać alkohol turystom), ale potwierdzić nie mogę, bo do hotelu nie dotarliśmy.

W każdym bądź razie większość wieczorów była mordęgą. Spędzaliśmy je w hotelu (no bo dokąd pójść) pstrykając po 5 kanałach telewizji, z których trzy pokazywały ajatollahów, a dwa pozostałe nazwaliśmy kanałami typu śpiewaj z hamasem (leci jakaś muzyczka religijna, pokazywane są meczety, na dole pojawiają się napisy jak w karaoke) lub gotuj z hamasem (smutny pan pokazuje jak zrobić kebaba z barana). Nuda do kwadratu! Nie dziwię się, że i Irańczykom to się nie podoba.

Kuchnia, czyli co zjeść

Kolejna niemal porażka 🙂 Niestety w Iranie króluje paskudny, śmierdzący kebab z baraniny. Gdy raz go spróbowałem przez kilka kolejnych dni właściwie żyłem tylko na ciasteczkach. Elwisowi smakował, ale Elwis to zje wszystko. ; ) Ludzie mi mówili, że baranina jest paskudna i teraz niestety się przekonałem, że mieli rację.

Owe kebaby królują wszędzie: co chwila jest jakiś mniejszy lub większy bar z tym paskudztwem, natomiast bardzo ciężko – bez znajomości języka – znaleźć jest jakiś lokal o lepszym standardzie. Pod koniec pobytu, gdy już zorientowaliśmy się, że jesteśmy o wiele poniżej zaplanowanego budżetu, zaczęliśmy odwiedzać najbardziej wyszukane restauracje z przewodnika Lonely Planet. W końcu bardzo dobrze zjadłem i przy tym nie wydałem zbyt wiele (maksymalna cena w high endowym lokalu wyniosła mniej więcej 30 złotych za osobę). W takich miejscach królowała (a przynajmniej myśmy trafiali wybierając coś losowo z menu) duszona jagnięcina z ryżem.

Zupa z alg i krewetek z ryżem w restauracji w Bushehr. Polecam!

Zupa z alg i krewetek z ryżem w restauracji w Bushehr. Polecam! Wygląda jak błoto, ale po ciągłych kebabach miałem łzy w oczach jak ją spróbowałem

Rozczarowaniem była dla mnie cena pistacji w sklepach. Około 30 złotych za kilogram to właściwie cena jak w Polsce, a miałem nadzieję, że tam dostanę je o wiele taniej.

Internet i jego cenzura

Brak publicznych sieci WiFi (telefon wykrywał sieci wiele, ale każda zabezpieczona). W hotelach dostęp do internetu był za dodatkową opłatą, raczej symboliczną (coś około 3 złotych za 2 dni pobytu).

Cenzura jest, ale tak dziurawa, że aż woła o politowanie. Nie zajęło mi więcej niż kilka minut by ze zwykłego telefonu bez zainstalowanego żadnego specjalnego oprogramowania połączyć się z Facebookiem – serwisem oficjalnie zakazanym w Iranie, a który widzieliśmy nieraz na ekranach różnych komputerów. Irańczycy korzystają, więc i my korzystaliśmy.

Czy bałem się korzystać? Nie. Widząc atmosferę w tym kraju zdałem sobie sprawę, że cenzura jest wprowadzona tylko na pokaz. Tak aby uspokoić Ajatollaha Hommeiniego, który z internetu zapewne sam nie korzysta. Więc ktoś dostał polecenie zablokowania tego, jakoś tam zablokował, ale już nikt nie patrzy czy ta blokada działa.

Infrastruktura drogowa

Świetna. Polska infrastruktura irańskiej nie dorównuje, ale też należy pamiętać, że wbrew wizerunkowi Iranu na zachodzie to w żadnym wypadku nie jest ubogi kraj. Mają ropę, mają gaz i mają kupę kasy na budowanie dróg. Wszystkie miasta połączone są ze sobą gładziutkimi autostradami. Na poboczach autostrad stoją ledowe znaki drogowe, które zmieniają swoją treść wraz ze zmianą warunków na drodze. Dużo jest radarów, ale każdy na 200 metrów przed nim ma słupek z błyskającym kogutem (takim jak ma policja), uprzedzającym, że zaraz będzie radar.

Ciekawostka: w miastach jest dużo kładek dla pieszych by przejść nad drogami. Sporym zaskoczeniem był fakt, że większość tych kładek ma ruchome schody! Nigdy nigdzie takich nie widziałem, a tam są pieniądze nie tylko na kładkę, ale i na ruchome schody w niej.

Pogoda w marcu

Świetna. Według weatherbase powinniśmy się spodziewać od 2 do 16 stopni. W rzeczywistości raczyliśmy się w upałach do 33 stopni, gdy przeciętna temperatura to było stopni 17-18. Jeśli ktoś szuka dobrej pory roku na wyjazd do Iranu to marzec może być dobrym pomysłem. Marzec to także znikoma ilość turystów (co osobiście, z uwagi na wieczorne nudy odbieram jako wadę; bardzo lubię bowiem pogadać sobie z kimś w hotelowym/hostelowym lobby).

Należy pamiętać, że Yazd położony na środku pustyni jest miastem o wiele cieplejszym niż pozostałe, szczególnie znajdujący się na północy, prawie w górach Teheran.

Każdy meczet a i wiele świeckich budynków są tak zdobione

Każdy meczet a i wiele świeckich budynków są tak zdobione

 

0

Jesteśmy w Teheranie

Co prawda trzydziestosiedmiogodzinna podróż z przesiadką między busami w Warszawie, czekaniem siedem godzin w Berlinie, lotem do Istambułu i tam czekaniem znów siedem godzin na lot do Teheranu powinna być opisana czymś więcej niż tym jednym zdaniem, ale wystarczy, że napiszę że odsypialiśmy ją do godziny czternastej.
Nocujemy w popularnym na Thorn Tree Forum hotelu Firouzeh, 11 euro za noc za dwie osoby z wliczonym śniadaniem. Jesteśmy poza sezonem więc innych trampów spoza Iranu można policzyć na palcach jednej dłoni. I to takiej, której ktoś trzy palce uciął. Reszta to jacyś panowie w średnim wieku, mniej lub bardziej tutejsi.
Po pobudce udaliśmy się wymienić pieniądze i zwiedzić kawałek Teheranu. Gdy patrzy się na Teheran na mapie, z tymi wszystkimi małymi uliczkami ułożonymi pod kątem prostym można nabrać mulnego wrażenia, że będzie to jakieś pustynne miasto, z drobną zabudową glinianych chatek. Tymczasem wyjście z hotelu wrzuca cię na ulicę pełną pędzących, trąbiących i ryczących silnikami samochodów i motorków. Wzdłuż ulic ciągnie się cała masa absurdalnych sklepików, z kołpakami do kół samochodów, narzędziami, biżuterią, butami, … I wszystkim innym. Przy czym nie jest to mozaika sklepów: jest cała ulica kołpakowa (przy tej jest wlaśnie nasz hotel), cała ulica butów i tak dalej.
Przechodzenie przez ulice jest takie jak się spodziewaliśmy. Na początku był szok – nikt tu oczywiście nie zatrzymuje się i najwidoczniej nie jedzie według przepisów (szczególnie motorki, które jeżdżą pod prąd a nawet chodnikami), więc trzeba powoli pokonywać kolejne sznury pojazdów, zatrzymywać się na środku ulicy i przede wszystkim dobrze się rozglądać czy nikt nie jedzie wlaśnie pod prąd z drugiej strony – jednak po kilku próbach człowiek  się przyzwyczaja i nawet wychodzi mu to całkiem w porządku. Takie wejście na ulicy to trochę jak rzucenie się w taniec pogo: trzeba wyczuć moment, wkroczyć i mieć nadzieję że wszystko będzie dobrze.
Bezpieczeństwo jest takie, jak się spodziewałem. Żadnego poczucia, że to ten straszny, terrorystyczny, nuklearny Iran. Ot, tłum na ulicy, który tylko zerka, że masz inny kolor skóry. Kilka razy usłyszeliśmy od przechodniów na nasz widok „welcome to Iran”, kilka razy próbowano nas zaczepić by coś sprzedać ale to wszystko. Nawet bardzo szybko przestałem nerwowo łapać sie za kieszeń w obawie, że ktoś mógł mi coś ukraść. Po kilku przecznicach aparat fotograficzny niosłem zwyczajnie w ręku. Nawet sobie pozwoliliśmy na drugi spacer, już po zapadnięciu zmroku. Bez strachu, poważnie.
Jeśli tego nie widać jeszcze w powyższych akapitach, to teraz napiszę to jasno: Teheran nie robi dobrego wrażenia. Nie jest strasznie źle, ale także nie zachwyca. Na pewno nie powiedziałbym żadnemu znajomemu „musisz to koniecznie zobaczyć”. Zabudowa która została wybudowana chyba w latach siedemdziesiątych i od tamtej pory nie była szczególnie remontowana, zbyt wielki, anonimowy tłum ludzi, olbrzymi hałas dróg i smród. Smród z zaskoczenia. Przez większość czasu jest ok, ale nagle wpadasz w chmurę zapachu kiszonej kapusty, jakiejś innej zgnilizny; nawet gdy nagle poczułem zapach bananów nie było to miłe.
Niedaleko hotelu jest historyczny, słynny po filmie „Operacja Argo” bazar. Całe szczęście, że tam sie wybraliśmy. Tłum, zapachy i hałas taki sam jak wszędzie indziej, ale niesamowita architektura. W pewnym momencie zaczęliśmy mieć wrażenie, ze całość jest tak naprawdę pod ziemią: łukowate sklepienia przypominają jakieś lochy. Bazar ma kilka pięter. Ciężko to niestety opisać, a i w filmie nie było tego widać. Mam nadzieję, że jak już wrócę do Polski i zgram zdjęcia z aparatu nie zapomne ich wam tu pokazać.
Ok, tyle na początek. Internet mam w telefonie dzięki wifi hotelu. Bardzo dużo rzeczy jest poblokowanych, ale z dużymi lukami do obejścia tego. Na przykład Facebook jest niedostępny, ale dzięki jego integracji z Skype, czat działa jak najbardziej. Google plus też jest zablokowany, jednak dostępny przez przeglądarkę Nokia Xpress (ta chyba tuneluje jakoś to wszystko przez serwery Nokii). Nie chce mi się jednak zgadywać co gdzie zadziała, wiec raczej odpuszczę sobie społecznościówki i pisał będę tylko na blogu. Oczywiście jeśli będziemy mieć Internet.
Jutro bowiem ruszamy juz dalej. Do Yazdu gdzie mam nadzieję, że obejrzymy pustynie i zabytki zaratustrianizmu. Nie ma co dłużej zostawać w Teheranie.0

Jak nie odebrałem wizy z ambasady

Wczoraj wybrałem się do Warszawy do ambasady po odbiór wiz (mojej i kumpla z którym jadę). Naładowałem telefon przez noc, wstałem rano, wsiadłm do busa i zacząłem pisać blognotkę. Głównie chciałem przetestować jak telefon sprawdzi się jako mikro-laptop, na którym pisałbym wpisy na bieżąco w Iranie. Nie musiałbym wtedy brać mojego ultrabooka.

Oto co powstało w czasie jazdy do Warszawy:

Chyba za wcześnie w ostatnim wpisie pochwaliłem jazdę busami. Siedzę teraz w polskim busie, w drodze do warszawy i to co działo się przed wejściem przypominało to co widuje się w telewizji gdy pokazują sytuacje na dworcach kolejowych 🙂 wszyscy co prawda już siedzą grzecznie, ale stwierdzam ostatecznie: polski bus jest już super oblegany i wróżę ze niedługo pojawia się nowe połączenia. Bo wszystkie miejsca są zajęte.

Ale ja nie o tym. Jadę do Warszawy do ambasady Iranu i to już ostatnia formalność. Długo minęło od ostatniego irańskiego wpisu ale tyle niestety to trwało. Od kiedy irańskie ministerstwo przysłało nam pozwolenie na ubieganie się o wizy złożyliśmy wnioski. Trzeba było nieco odczekać przed złożeniem tak by przerwa miedzy wnioskiem a planowanym pobytem nie była zbyt duża (ubiegać się można najwcześniej na 60 dni przed pobytem jeśli dobrze pamiętam).

Teraz jadę wizę odebrać. Przypomina mi się Rwanda i tamtejsze podejście do terminów. Wniosek zlożylismy chyba 11 stycznia i dostaliśmy zapewnienie ze zostanie rozpatrzony po tygodniu. Od tamtej pory dzwoniliśmy mnóstwo razy i w końcu w ubiegłym tygodniu po jakichś 20 dniach czekania dostaliśmy odpowiedz ze Iran nas będzie chętnie gościł. I o ile wiem takie opóźnienie to norma.

Jak mowie, Rwanda mnie nauczyła ze tak to często bywa, wiec ani nie narzekam ani się nie dziwię.

Teoretycznie po wizy mógłbym wysłać kuriera. Praktycznie żadna firma kurierska nie chciała tego zrobić: albo wymagana jest wcześniejsza umowa, albo w ogóle odmawiają przewozu dokumentów. Kumpel wiec napisał mi upoważnienie do odbioru i jadę.

Mam kupiony przewodnik lonely planet. Kupiłem sobie tez pasek do spodni z ukryta kieszonka na pieniądze. Z uwagi na embargo nie ma możliwości wypłacenia na miejscu żadnych pieniędzy – ani kartą, ani na przykład przez western Union. Trzeba wiec od razu zabrać ze sobą cały planowany budżet. Ludzie mówią ze Iran jest bezpieczny, ale przezorny zawsze ubezpieczony 😉

Tak wiec dalszy plan:

  • wyjazd z polski 28 lutego
  • w Teheranie lądujemy 2 marca (zgadza się, podróż będzie trwać grubo ponad dobę)
  • na miejscu zapewne jedna noc w Teheranie, później jedziemy dalej. Zapewne na południe by złapać jak najlepsza temperaturę. Przed odlotem zapewne znów,chwila w stolicy
  • wylot 12 marca i na następny dzień w domu

Koniec wpisu z wczoraj. Takie oto coś udało mi się napisać w autobusie i muszę przyznać, że piało się całkiem wygodnie (Nokia Lumia 820, pisałem w pakiecie Office na ten telefon). Było wiele literówek, ale teraz, przed wklejeniem poprawiłem (tak, widzę, że nie wszystkie).

Jednak jest spory problem: gdy skończyłem pisać te kilka akapitów, telefon był rozgrzany niesamowicie, a wskaźnik rozładowania baterii wskazywał, że od naładowania (tuż przed wejściem do busa) wyczerpana jest już 1/4 pojemności! To chyba kompletnie dyskwalifikuje Windows Phone 8 + Nokia + mobilny Office jako narzędzie do pisania czegoś dłuższego. Aż nie mogłem uwierzyć.

Dotarłem do Warszawy, dotarłem do ambasady, zadzwoniłem domofonem.

I usłyszałem, że dziś jest święto i odebrać wizy nie mogę. Pan w domofonie nie dał się przekonać. Na nic zdały się tłumaczenia, że przyjechałem aż z Białegostoku. Na nic, że przed wyjazdem sprawdzałem na stronie ambasady czy dziś na pewno żadnego święta nie ma. Według strony nie ma, ale jak rozmówca mi powiedział, strona nie powinna być jedynym źródłem.

Przebłagać się nie dało, zwłaszcza, że usłyszałem, że nie ma już pracownika odpowiedzialnego za wydawanie wiz. Pozostało mi jedynie wrócić do Białegostoku z niczym. Wizy spróbuje odebrać z moim upoważnieniem napisanym szybko na kartce w Mc Donaldzie mój kolega, który mieszka w Warszawie. Zobaczymy czy się uda.

Nie był to jeszcze koniec pecha na ten dzień. Pamiętacie jak chwaliłem busy? W drogę powrotną udałem się Podlasie Express. Ten zatrzymuje się w kilku miejscach po drodze (PolskiBus jedzie bezpośrednio). Na pierwszym postoju w Ostrowii kierowca oświadczył, że musimy się uzbroić w cierpliwość. Zapiekły się koła w autobusie i nie pojedzie nigdzie dalej. Musimy czekać albo na następny autobus, albo na serwis naprawczy.

I to też nie koniec pecha na ten dzień. Chwilę po oświadczeniu kierowcy wspomniany wyżej telefon padł. Nie miałem ze sobą żadnej książki czy gazety, więc zniknęła ostatnia możliwa rozrywka. Siedziałem gapiąc się w fotel przede mną. Przez dwie godziny, aż przyjechał kolejny autobus i tam się wszyscy przesiedli.

Podsumowując: we wtorek spędziłem ponad 9 godzin w busach, chwilę w Warszawie, wyszedłem z domu o 9 rano, wróciłem o 10 w nocy. Nie załatwiłem kompletnie nic. Już na zawsze będę miał życie krótsze o ten jeden dzień.

 

0

To był najlepszy telefon, jaki dotąd miałem

Dziś odesłałem Nokię N8 i uważam, że powinienem poświęcić temu telefonowi chociaż mały wpis. Był to bowiem najlepszy telefon, z jakim się spotkałem, na pewno najlepsza Nokia. A dzięki współpracy z serwisem InfoNokia.pl miałem w swoich rękach na dłużej i krócej wiele modeli komórek tej firmy. Nawet nowsze od en ósemki Nokia N9 (faktycznie fajna nawigazja w systemie) i Lumia 800 (tę mam teraz) nie są takie fajne, jak ten, o którym jest ten wpis.

WP_000080_800

Fakt: najnowsze Lumie wyglądają lepiej niż N8, choć wzorowane są na designie, jaki ta właśnie zapoczątkowała. Niestety wygląd i nieco większy ekran to jedyne atuty obecnych produktów Nokii. N8 miała wszystko dopracowane, rozbudowane i ilość możliwości potrafiła wprawić w zdumienie.

Nawet się rozglądałem już na Allegro czy by nie kupić sobie na własność N8, ale jakość sprzedawanych tam aparatów woła o pomstę do nieba. Podrapane, porysowane… Aż dumny jestem z siebie, że sam potrafiłem tak zadbać o telefon. Jest co prawda kilka rysek, a jeden róg ma delikatne zgniecenie po upadku, ale trzeba się dobrze przyjrzeć by to zobaczyć.

Za czym tęsknię oddając N8? Przede wszystkim rewelacyjny aparat fotograficzny. Żaden obecnie model na rynku nie ma pełnych 12 megapikseli, żaden inny chyba nigdy nie miał, a N8 właśnie miała (tak, wiem, że PureView daje nawet kilkadziesiąt MPx, jednak nie na całej matrycy na raz). To i genialna optyka sprawiało, że nigdy nie potrzebowałem kupić sobie aparat fotograficzny (oto przykład zdjęcia). Wszelkie wyjazdy jakie tu opisywałem pstrykane były tym właśnie telefonem i nikt z Was chyba specjalnie nie zauważył, że zdjęciami coś jest nie tak. Bo i nie było. Pamiętam wypad na Krym. Inne osoby miały mniej lub bardziej zaawansowane lustrzanki. Po powrocie, gdy wymienialiśmy się zdjęciami to właśnie jakość moich wszystkich wprawiła w osłupienie i nie mogli uwierzyć, że małe pudełeczko w kieszeni potrafi złapać ostrą sylwetkę osoby z kilkuset metrów.

Inna krymska dygresja. Stałem na wysokiej skale tuż nad brzegiem morza. Do tafli wody było spokojnie ponad 100 metrów. Nagle zobaczyłem, że pod powierzchnią coś powoli płynie; myślałem, że właśnie zobaczyłem jakiegoś delfina lub inne duże morskie zwierze. Nie byłem jednak pewien, więc wyciągnąłem telefon z kieszeni i zrobiłem zdjęcie. Przybliżyłem je na ekranie i wtedy zobaczyłem, że to po prostu nurek w masce z rurką.

Taki to był aparat.

Co jeszcze? Ten telefon po prostu wydawał się mieć wszystko. I nawet więcej. Był aparat, była muzyka, była słynna nawigacja od Nokii, kamera tylnia, przednia, przyciemnianie ekranu przy słabym świetle tła. Telefon miał jednak też coś więcej, czego nie miał żaden inny.

Wszyscy zachwycali się umieszczonym w nim… portem HDMI. Niestety sam nigdy nie skorzystałem, bo nie mam kompatybilnego telewizora, ale wiele razy w sieci czytałem, że dzięki temu N8 mogła być konsolą do gier i dżojstkiem w jednym. Zazdrościłem tym wszystkim, którzy grali sobie za jego pomocą w Need For Speed na swoich 40 calowych telewizorach.

Na mnie natomiast największe łał robił wbudowany nadajnik FM. Nadajnik, nie odbiornik (odbiornik oczywiście też był). Dzięki temu swojej muzyki z telefonu mogłem słuchać nie tylko na słuchawkach czy wbudowanym głośniku (nota bene – bardzo dobrym). Wystarczyło znaleźć jakąś wieżę, zestroić telefon częstotliwościami z nią i już muzyka grała z tradycyjnych, dużych głośników sprzętu domowego. Wiele razy też tak słuchaliśmy muzyki w podróży zestrajając telefon z radiem samochodowym. Nadajnik FM był dla mnie dowodem, że Nokia naprawdę wypuszczając ten model telefonu postanowiła stworzyć dzieło doskonałe. Bez żadnych kompromisów.

Czy N8 miała jakieś wady? Po kontakcie z wieloma innymi telefonami tego producenta stwierdzam, że zdecydowanie nie. Wielu mówi, że Symbian był porażką, a ja odpowiadam, że się mylą. Zgoda, że może sklep z aplikacjami nie był tak wypchany programami jak jego androidowy odpowiednik. Co jednak z tego, skoro większość softu na androida to śmieci, których nikt nie instaluje? Ponadto moment gdy przesiadłem się z Symbiana na Lumię z Windows Phone sprawił wrażenie jakby firma Nokia była człowiekiem, który przeżył właśnie wylew krwi do mózgu i musiał się wszystkiego uczyć od nowa. Windows Phone 7 to jakiś niemowlak pod względem możliwości w porównaniu z Symbianem.

OK, była jedna wada. Nafaszerowanie telefonu wszystkim co najlepsze było pod względem marketingowym złym ruchem. Nokia stworzyła telefon doskonały, ale ze względu na jego wysoką cenę nie potrafiła go sprzedać. Kolejne komponenty, doskonały aparat muszą kosztować, ale nikt nie był chętny do ich zakupu. Nie dziwię się: też nigdy bym nie rozważał tego telefonu gdybym nie miał z nim nigdy wcześniej styczności. Jeśli ktoś miał do wyboru te kilka lat temu tańszy HTC z Androidem, szpanerski i też chyba tańszy iPhone oraz kosztujący ogromną kasę N8, o którym właściwie nic nie wiedział, wybór był prosty.

Dopiero teraz, gdy poużywałem tego telefonu chyba przez 2 lata wiem, że jest mi strasznie szkoda się z nim żegnać. Na pewno będę śledził oferty jego sprzedaży i jeśli będę potrzebował jakiś kupić, biorę na pewno (pod warunkiem dobrej jakości). To samo i Wam polecam!

0

Wyjazd do Iranu, etap „niepewny” już za mną

Ten oto wpis jest taką zapowiedzią mojego kolejnego wyjazdu, zapowiedzią z zaskoczenia. Bo oto dowiadujecie się mimochodem, że jadę do Iranu i zanim przetrawicię tę informację, ja już przechodzę dalej do opisu jak wygląda załatwianie formalności i ile kosztuje.

Wjechać do Iranu bowiem teraz nie jest aż tak super łatwo. Nie jest też trudno, ale trzeba zrobić nieco więcej rzeczy niż kupić bilety i spakować paszport. Potrzebna jest wiza, do dostania w amabasadzie Iranu w Polsce. Aby dostać wizę, trzeba mieć pozwolenie z irańskiego MSZ na wjazd. Aby dostać pozwolenie, trzeba wiedzieć kiedy się jedzie i co się będzie zwiedzać. Trzeba więc mieć już w jakiś sposób bilety lotnicze.

Na początku wszystko jest więc bardzo niepewne. Czy kupować bilet lotniczy zanim dostanie się pozwolenie? Taka opcja pozwala kupić bilety tanio w terminie który sobie wybierzemy, ale co jeśli MSZ nie wyda nam pozwolenia? W drugą stronę można spróbować kupić bilety gdy już mamy pozwolenie, ale wtedy narażamy się na niekorzystne ceny przelotów. Te jak wiadomo potrafią się zmieniać z dnia na dzień i połączenie które sobie sprawdzimy przed aplikacją wizową po jej zakończeniu może być nawet kilka razy droższe.

Wpis ten jest opisem jak to wszystko ładnie zgrać by zbyt dużo nie przepłacić i nie ryzykować dużych strat gdy wizy nie otrzymamy.

Primo: rezerwacja biletu

Na szczęście istnieje świeta linia lotnicza Pegasus Airlines. Świetna bo lata z Berlina, więc blisko Polski, świetna bo stosunkowo tania (Berlin – Teheran w cenie 850 złotych w obie strony) i świetna bo pomaga rozwiązać powyższy dylemat – umożliwia zaklepanie sobie znalezionej ceny na czas starania się o pozwolenie MSZ (za dopłatą).

Tak więc udajemy się na stronę Pegasusa, wynajdujemy dogodne połączenie i rozpoczynamy proces kupowania biletu. Bardzo szybko pojawia się w tym procesie opcja rezerwacji ceny biletu i korzystamy z niej. Jest kilka opcji na ile czasu chcemy zarezerwować, najdłuższa to kilkanaście dni (chyba 14) i kosztuje 6 euro, czyli na dzień dzisiejszy 24 złote.

Tak więc zarezerwowałem sobie przeloty w terminach 1 marca (na miejscu dzień później) – 12 marca. Wydatek jak do tej pory: 24 złote.

Secundo: załatwienie numeru pozwolenia

Bezpośrednio w MSZ Iranu numer pozwolenia załatwić jest bardzo trudno: trzeba znać język perski i… i dalej już nie sprawdzałem co jeszcze bo to pierwsze mnie dyskawlifikuje. 😉 Trzeba to zrobić za pośrednictwem jakiegoś biura podróży z Iranu.

Ja to zrobiłem w biurze Touran Zamin. Kosztuje 35 euro (około 150 złotych), co jest normalną ceną, tyle to mniej więcej kosztuje. Wybrałem akurat te bo ma bardzo dobrą opinię w sieci i załatwia sprawy bardzo szybko, co ma znaczenie, biorąc pod uwagę, że inne biura potrafią robić to tak długo że zdąży przepaść wyżej wymieniona rezerwacja biletu.

Aplikacja w Touran Zamin przebiega sprawnie. Zaczynamy od wypełnienia formularza online i przesłania zeskanowanej strony zdjęciowej z paszportu. Zrobiłem to w niedzielę wieczorem, a w poniedziałek rano miałem od nich maila z prośbą o wpłatę. Przelew robimy na prywatne konto jakiejś osoby w Szwajcarii – albo przez zwykły przelew bankowy, albo szybciej przez MoneyBookers. Nie powinno to nas dziwić – Iran ma teraz embargo i stąd takie obejścia. Same biuro prosi nas byśmy nigdzie w przelewie nie wspominali za co płacimy.

Przelałem MoneyBookers, po chwili biuro potwierdziło, że kasa już jest i idą z moim wnioskiem do MSZ.

Tydzień później, w poniedziałek (czyli dzisiaj) rano znalazłem maila z tego biura, że mam zgodę na wjazd oraz podano mi numer tej zgody (authorization code).

I tyle. Co dalej?

Tak więc wszystko co niepewne jest już za mną. Mam zaklepany bilet, wizę dostanę na pewno. Koszt tej niepewności to łącznie 175 złotych. Pieniądze te by przepadły, gdybym zgody nie dostał, ale jest więc wszystko gra 🙂

Co dalej? Myślałem, żeby opisać to w następnym wpisie, ale zakładam, że teraz już wszystko pójdzie jak z płatka, więc tylko wypunktuje. Jeśli będą jakieś komplikacje, dopiero wtedy wrzucę o tym coś na blogaska.

  • Idę na stronę linii lotniczych by dokończyć proces kupowania biletu (850 złotych)
  • Jadę do Warszawy do ambasady złożyć wniosek o wizę (50 euro)
  • Kupuję przewodnik po Iranie (kilkadziesiąt złotych na Allegro)
  • Kupuję bilet w PolskiBus do Berlina (pewnie około 50 złotych z Białegostoku, jeszcze nie ma puli biletów na marzec), fajnie, że bus ten jedzie bezpośrednio na lotnisko

Uważajcie na terminy

O kilku już wspomniałem, ale tu zbiorę wszystkie liczby dni, które trzeba brać pod uwagę przy planowaniu terminu wyjazdu:

  • zamrozić cenę biletu lotniczego możemy sobie na maksymalnie 14 dni
  • czas oczekiwania na pozwolenie z MSZ Iranu u mnie zajął równo 7 dni i kilka godzin, według informacji z tego biura miało to zająć od 7 do 10 dni roboczych
  • od momentu nadania mi numeru pozwolenia muszę odczekać co najmniej 3 dni zanim pojadę po niego do ambasady
  • numer ten jest ważny przez 3 miesiące, w tym czasie mogę go odebrać i złożyć wniosek o wizę
  • wizę dostajemy na maksymalnie 30 dni, na miejscu jest możliwość przedłużenia jej o kolejny miesiąc

Sporo formalności, prawda? 🙂 Ale mam nadzieję, że będzie warto. Na koniec zdjęcie Persepolis z flickr żeby Wam pokazać co ja tam jadę oglądać:

 

 0

Też byłem na Blog Forum Gdańsk

Relację z WordCampu już zamieściłem, teraz czas na opisanie tego, co działo się zaraz po jego zakończeniu. Czyli relację z Blog Forum Gdańsk 2012.

Trafiłem tam właściwie przypadkiem. O BFG wiedziałem od kilku lat, głównie z artykułu na SpidersWeb, gdzie Przemek Pająk tłumaczył dlaczego tam nie pojedzie (było coś o snobizmie i chyba macaniu po jajkach mizianiu po majciorach) i przyznam, że jeśli ktoś tak dowiaduje sie o tym wydarzeniu, to kiepska reklama zniechęca do głębszego zainteresowania. Teraz jednak zostałem poproszony o wygłoszenie tam swojej prelekcji.

Zgodziłem się, bo przemawianie przed tłumem mnie stresuje. Brzmi dziwnie, ale w tym roku postanowiłem sobie, że zwalczę ten lęk, a walczyć będę rzucając się na głęboką wodę. I tak po zgłoszeniu się do wystąpienia na WordCamp Gdańsk 2012 postanowiłem, że nie odmówię też występu na tej drugiej, większej imprezie.

Jak było? Cóż, przeczytałem już chyba wszystkie inne relacje uczestników jakie znalazłem, mam więc od kogo kraść przemyślenia 😉 Wśród osób, które były tak jak ja na WordCampie i BFG króluje niechęć do porównywania tych dwóch wydarzeń. I ja się z tym zgadzam. To tak trochę jak spróbować porównać na przykład ślub i wesele. Niby jest jakiś wspólny mianownik, ale nikt chyba nigdy nie zastanawiał się co z tych dwóch rzeczy wypadło lepiej. Tu wspólnym mianownikiem było miasto i czas. Wszystko inne było… inne.

Skupię się od teraz na samym BFG i do Campa już raczej nie będę wracał.

Pierwsze co zwraca uwagę u prelegenta tego wydarzenia to troska jaką jest otoczony. Na samym wstępie zaproponowano mi sfinansowanie przyjazdu (a gdyby Białystok miał lotnisko, dostałbym bilet na samolot) oraz nocleg w całkiem dobrym hotelu. Właściwie to chyba nawet za dużo jak na kogoś, kto ma opowiadać o tym jak się konfiguruje WordPressa. Jednak nie odmówiłem (jedynie dojazd do Gdańska opłaciłem z własnej kieszeni, bo i tak przecież najpierw wybierałem się na WordCamp – szit, miałem już o nim tu nie wspominać).

Drugie wrażenie – świetny kontakt z organizatorami. Co prawda nie wiem kto tam był szefem wszystkich szefów (wiem, że za większość płaciło miasto Gdańsk, które BFG traktuje jak okazję do wypromowania się), ale osoby którym byłem przydzielony wywiązały się ze swoich obowiązków bardzo dobrze. W tym miejscu bardzo dziękuję za pomoc w odnalezieniu się we wszystkim Agnieszce z BFG (jeśli to czyta) 🙂

Dalej: hotel. Jak być może wiecie jestem fanem hosteli i rzadko bywam w czymś lepszym, ale Scandic w Gdańsku to bardzo dobre miejsce. Znajduje się zaraz przy dworcu głównym (wystarczy przejść przejściem podziemnym) i jest tak wypasiony, że nawet ja sam zobaczyłem słomę w swoich butach 😉 Gdybym chadzał w garniturach, to może…

Tu dodam, że z hotelu i do hotelu jeździł wynajęty bus do przewozu uczestników i prelegentów. Jednak jako że lubię sobie pospać, udało mi się nim zabrać tylko raz z Forum. Na miejsce dojeżdżałem tramwajami, co chyba nie było dobrym pomysłem. Wprawdzie organizatorzy w mailu do prelegentów wylistowali trzy linie, którymi można dojechać, jednak tu zdarzył się mały problem. Jedna z nich jeździ tylko w dni robocze (Forum było w weekend), drugiej nie znalazłem, a trzecia – ponieważ w dniu imprezy akurat rozpoczął się remont torów – wysadziła mnie trzy kilometry od miejsca zdarzenia. Ale nie narzekam, wrzuciłem sobie radio w telefonie i przynajmniej posłuchałem lokalnej stacji podczas dłuższego spaceru.

No i właśnie samo miejsce zdarzenia. Blog Forum Gdańsk odbywało się na stadionie PGE Arena – tym samym, który dopiero co został wybudowany na Euro 2012. Robi wrażenie, zwłaszcza na kimś takim jak ja, kto specjalnie stadionów nie zwiedza. Na samą murawę nie wchodziłem, ale widownia i wszystkie sale, cała infrastruktura pod nią zlokalizowane, są imponujące. Olbrzymia przestrzeń na jakiej całość się odbywała według wielu działała na niekorzyść. Całość to był wielki hall połączony z restauracją, jedna sala obok niego oraz trzy sale piętro niżej. Jeżeli chciało się odwiedzić wszystkie prelekcje, które nas interesowały, podobno trzeba było się nabiegać. Podobno, bo ja tam nigdzie się nie spieszyłem. Na początku próbowałem z harmonogramem w ręku odwiedzać te wystąpienia, które byłyby potencjalnie interesujące. Szybko jednak okazało się to niemożliwe – z powodu przedłużonych wystąpień (nawet ja nie zmieściłem się ze swoim w czasie) i braku buforu między nimi harmonogram szybko przestał obowiązywać. Tak więc na luzaku chodziłem sobie od sali do sali i patrzyłem czy dzieje się tam coś ciekawego. Jeśli tak, zostawałem.

W powyższym akapicie od opisywania miejsca przeszedłem do wystąpień, więc chwilę się na nich zatrzymam. Oczywiście tradycyjnie wszystkiego nie widziałem – dojechałem na PGE Arenę każdego dnia później i po swoim wystąpieniu też musiałem od razu biec na pociąg, więc być może ominęło mnie coś super. Wśród tego co jednak widziałem, niewiele było rzeczy, które mnie interesowały. Na pewno rozczarowały mnie wystąpienia przewidziane jako główne, te z udziałem mniejszych i większych gwiazd. Wszyscy narzekali, że ile razy można słuchać jak Kominek z Hatalską dyskutują kolejny raz czy z prowadzenia bloga da się żyć. Cóż, ja tę dyskusję słuchałem pierwszy raz, a i tak zanudziła mnie na śmierć. 😉

Ach, i tu od razu uwaga do Kominka, jeśli przypadkiem to czyta. 😉 Kominek powiedział, że według niego ledwo garstka kilkunastu blogerów w Polsce utrzymuje się z blogowania. Kominku, jesteś więc bardzo oderwany od rzeczywistości, bo nawet tak skromny bloger jak ja zarabia na swoim blogu – bezpośrednio i pośrednio. A tylko pomyśleć jaki tłum jest ode mnie popularniejszy i bardziej poczytny i jak to spienięża.

Próbowałem też nie nudzić się na wywiadzie z prezydentem miasta Gdańsk, ale jako, że całość właściwie skupiła się na tym jaka ulica w Gdańsku jest właśnie remontowana i jaki plac porządkowany – kogoś z Białegostoku niespecjalnie to interesuje. Motywem tego wystąpienia miał być blog jako czynnik sprawczy takich zmian i sposób kontaktu z władzami i to do mnie dotarło. Jako ktoś z Białegostoku mogę polecić naszemu prezydentowi by zobaczył tę rozmowę na Youtube i być może sam poszedł z ślady prezydenta Pawła Adamowicza.

O wiele przyjemniejsze były wstąpienia na najmniejszej sali, czyli w szatni. W ogóle pomysł taki  uważam za świetny. Prawdziwa szatnia piłkarska miała swój urok i bardzo się ucieszyłem gdy zobaczyłem, że moja prelekcja też tam ma być. Żadna wielka sala, ale mały pokoik, w którym przy popularniejszych wystąpieniach ludzie stojący na zewnątrz wyciągali szyję by zobaczyć co dzieje się w środku. To właśnie w szatni odbyły się dwa wystąpienia, które spodobały mi (i patrząc na reakcję innych wiem, że nie tylko mi) się najbardziej. Pierwszego dnia Dorota Kamińska z Pozytywnej Kuchni wtłoczyła w salę dużo humoru pokazując ciekawe wideo blogi kulinarne. Sporo było śmiechu i polecam wszystkim odnaleźć to wystąpienie na YouTube (gdy to piszę, jeszcze go nie ma, ale pojawiają się już inne). Drugiego dnia największe wrażenie na wszystkich zrobił Piotr Konieczny z Niebezpiecznika. Co prawda kompletnie nie mówił o tym co zapowiadał w harmonogramie tytuł prelekcji – miało być o bezpieczeństwie bloga, a de facto było o bezpieczeństwie w ogóle – ale na sali co chwila było słychać łał! zachwytu. Bardzo ciekawa odskocznia od głównego nurtu forum.

Monika Mikowska  w sali - szatni

Monika Mikowska w sali – szatni

Moim osobistym rozczarowaniem byli niestety ludzie. Powinienem się chyba był tego spodziewać w miejscu, w którym przewijało się podobno 300 osób, ale atmosfery nie było tam żadnej. Nie była to też atmosfera z jakichś targów wystawienniczych. To było takie dziwne zoo, w którym ktoś w jednej klatce zebrał wszystkie zwierzęta, dodał do nich zwykłych ludzi i rozwinął czerwony dywan. Nawet było trochę komicznie. Wielcy blogerzy chcąc tego lub nie byli wyalienowani i na świeczniku (przy bliższym poznaniu okazywali się normalnymi ludźmi, ale szepty wokół nich nie pozwalały im w ukryć się w tłumie). Zresztą co tam wielcy blogerzy – najweselsza była grupa wszelkich szafiarek i hipsterów. Zupełnie czym innym jest spotkać taką osobę pojedynczo gdzieś na ulicy, a czym innym gdy są w stadzie. No ale nic, nie będę się nad tym specjalnie rozwodził; takie to już czasy, że młodzi ludzie wyglądają właśnie tak, a nie inaczej. Zresztą, chyba się już starzeję 😉

W każdym bądź razie duża przestrzeń, trzystuosobowy tłum i ubiór pod tytułem nie podchodź do mnie bo mnie zasłonisz nie sprzyjały wytworzeniu dobrej atmosfery i na PGE Arena właściwie jeśli z kimś rozmawiałem, to był to ktoś kogo znałem już wcześniej osobiście. Liczyłem na osobiste poznanie z kilkoma osobami, których blogi czytam od lat, jednak to się nie udało.

Gdy jednak ten tłum się zmniejszył, upakował się w mniejszej przestrzeni i wlało się w niego „odrobinę” alkoholu, sytuacja zmieniła się znacząco. Mówię tutaj o tym, co zaczęło się jako middle party w klubie Dobry Dźwięk, a skończyło – przynajmniej dla mnie – jako test cierpliwości obsługi hotelowej. Middle party było kolejnym potwierdzeniem profesjonalizmu i rozmachu organizatorów. Trzypiętrowy klub wynajęty tylko dla uczestników BFG, open bar czyli alkohol i jedzenie bez ograniczeń oraz koncert na żywo Smolika i jego ekipy. Łał. Dziwnym trafem, gdy tylko w klubie alkohol przestał być darmowy, klub opustoszał, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Spora część ludzi przeniosła się wtedy do hotelu, gdzie krążyliśmy między imprezą w hotelowym lobby a imprezą w pokoju jednej z blogerek. To właśnie tu te wszystkie wyżej wspomniane papugi, pawie i pawiany okazały się bardziej ludzkie niż na forum ogólnym. Bardzo dobrze, że tak się stało, bo na następny dzień atmosfera była już przyjemniejsza. Co prawda głowa bolała strasznie, ale nic tam 😉

Opisałem już chyba wszystko co najważniejsze, czas więc przejść do podsumowania. O swoim występie pisać nie będę, bo go jeszcze nie widziałem, a że zaraz po wystąpieniu musiałem biec na pociąg (organizatorzy byli tak mili, że wynajęli mi taksówkę na dworzec), nie udało mi się zebrać jakiegokolwiek feedbacku od słuchających mnie. W każdym bądź razie było kilkanaście osób słuchających, co sprawiło, że się nie stresowałem specjalnie. Na szczęście dopiero potem dowiedziałem się, że przez internet oglądało mnie na żywo zapewne kilka tysięcy, jeśli nie kilkanaście tysięcy osób.

Czy wybiorę się jeszcze na Blog Forum Gdańsk? Bardzo bym chciał, ale nie wiem czy nie jestem za słabym blogerem, aby się tam załapać (była ostra selekcja i dostałem się tylko temu, że byłem nie uczestnikiem, a prelegentem). Przedsięwzięcie to było olbrzymie i naprawdę robił wrażenie ten cały rozmach. Gratuluję miastu Gdańsk pomysłu na taki rodzaj promocji. Wszyscy uczestnicy na pewno odnieśli mniejsze lub większe wrażenie, że Gdańsk jest cool, skoro zamiast robić kolejny festyn z okazji dnia truskawki, robi coś tak nowoczesnego. Co więcej ci uczestnicy i prelegenci wrócili do domów i dalej blogują o tym. Sami pomyślcie ile osób usłyszało nazwę miasta Gdańsk w kontekście blogowania i internetu, a ile słyszało o – dajmy na to – Lublinie bo jego urząd miasta zamówił filmik promocyjny, który wrzucił na YT. Tak się to właśnie powinno robić.

0

Jak znaleźć noclegi na Ukrainie, Litwie, w Gruzji…

A właściwie bardziej generalnie: jak znaleźć noclegi na wschód od Polski?

Pytacie o to czasem w komentarzach, widzę też takie pytania często na forach podróżniczych. Ktoś prosi o podanie adresu strony, na której można zarezerwować nocleg w Kijowie czy Lwowie. To jest kompletnie złe podejście.

Przyznaję, że gdy pierwszy raz wybierałem się do wschodnich, postradzieckich krajów, też miałem jakieś obawy. Teraz jednak jechałbym w ciemno bez żadnego wcześniejszego szukania.

Tam jest zupełnie inna mentalność i zupełnie inne podejście do turystów. Jeszcze chyba długo internet nie  będzie pierwszym miejscem przez które  kontaktują się podróżni z właścicielami kwater. Pierwszym miejscem jest zawsze… dworzec. I nie ma znaczenia czy jest to stolica Ukrainy czy pomniejsze miasto na Kaukazie.

Każde miasto na wschodzie (z tych które odwiedziłem), które ma dworzec – kolejowy czy autobusowy – ma na nim też babuszki które czekają na ciebie i jak tylko zobaczą (a rozpoznają cię od razu po dużym plecaku czy walizce) w mniejszej czy większej liczbie okrążą cię i zaczną namawiać na kwatiry.

Jest to dość podobne do tego co znamy w Polsce z Zakopanego. Z małą różnicą na korzyść wschodu: w górach gdy podejdzie do ciebie jeden góral, reszta już raczej trzyma się z boku. Na Ukrainie czy Litwie działa w tym momencie konkurencja: kilka babuszek będzie się przekrzykiwać, każda albo oferując lepszą cenę, albo zachwalając, że od niej jest bliżej do centrum lub lepsze są warunki. Wtedy spokojnie stoimy i słuchamy i wybieramy.

Jeśli wybór okaże się kiepski (zdażyło się nam w ten sposób trafić na ogródki działkowe gdzie mieliśmy spać z jakimiś menelami w altance) grzecznie dziękujemy i wracamy na dworzec. I cała zabawa zaczyna się od nowa. Mam jednak nadzieję, że akapit ten was nie wystraszy 🙂 Taki przypadek miałem jeden raz w życiu i wcale nie wspominam go jakoś kiepsko – cała sytuacja działa się ciepły, letni dzień, mieliśmy sporo czasu i była kupa śmiechu.

Co jeśli jednak nie ma dworca lub nie ma nikogo na dworcu?

W takim wypadku odnajdujemy najbliższy bazar i mówimy do którejś przekupki (uwaga, to na pewno jest z błędami, nauczyłem się tego na wschodzie i wiem tylko jak mniej więcej powiedzieć): Izwienicje, wskażycie mienia kuda eto budzie: ja haczu adnu kamnatu (ew. kwatiru) z adnu krawatu. To według mojej najlepszej wiedzy oznacza mniej więcej: Przepraszam, powiedzcie mi gdzie to będzie: szukam jeden pokój z jednym łóżkiem. Od tej chwili możecie liczyć na burzę mózgów przekupek i na pewno dostaniecie kilka pomysłów lub od razu propozycji.

Inna, droższa opcja: zapytać taksówkarza. Niestety w tym wariancie usłyszycie by wsiadać i was zawiezie, a to oczywiście będzie dodatkowo kosztować.

A oto moje referencje na bazie których zdobyłem powyższe doświadczenia:

Miejsca gdzie właśnie pytając na dworcach znalazłem nocleg:

  • Sewastopol na Krymie (spora konkurencja wśród oferentów więc można wybierać)
  • Ałuszta na Krymie (jak wyżej)
  • Sighaghi w Gruzji (to nawet nie był dworzec a po prostu miejsce gdzie zatrzymują się marszrutki, także spora konkurencja)
  • Kazbegi w Gruzji (też duży wybór, ale miasto jest dość drogie więc  i noclegi były drogawe)
  • Kijów na Ukrainie, lotnisko Żuliany

Miejsca gdzie widziałem, że na dworcu można znaleźć nocleg ale nie korzystałem:

  • Wilno na Litwie
  • Lwów na Ukrainie
  • Grodno na Białorusi
  • Mckcheta w Gruzji
  • Simferopol na Krymie

Miejsca gdzie inaczej znalazłem nocleg:

  • Ureki nad morzem w Gruzji (strasznie mała mieścina bez dworców, więc zapytałem taksówkarza)
  • Duisi w Gruzji (wioseczka w górach, w której mieszka pewnie maksymalnie tysiąc osób, nocleg znaleźliśmy pytając ludzi na ulicy)
  • Gori w Gruzji (trafiłem do tego miasta w dziwny sposób z pominięciem dworca więc pytałem ludzi i zaprowadzili mnie pod same drzwi chyba najtańszego nocclegu jaki miałem w Gruzji u bardzo miłego małżeństwa)

Miejsca gdzie byłem a nie udało mi się znaleźć noclegu pytając na miejscu:

  • brak, ale nie wykluczam, że gdzieś taka anomalia może występować. W końcu byłe ZSRR to całkiem spora ilość miast i miasteczek

Jeśli ktoś z was ma jakieś doświadczenia w tej materii, piszcie śmiało w komentarzach. Nie chciałbym aby całość wyglądała jak jeden głos jednej osoby i co ona tam wie.

Jeśli ktoś nadal ma obawy, odwróćcie sytuację. My w Polsce mamy dość podobną mentalność jak ludzie na wschodzie. Wyobraźcie sobie, że jesteście przypadkiem na dworcu w waszym rodzinnym mieście i zaczepia was ktoś z pytaniem gdzie tu może przenocować. Co robicie?0

Strona z pasji, która w tydzień zaliczyła 25 tysięcy odwiedzin

Gdy uruchamiam swój nowy blog czy serwis, spodziewam się zazwyczaj około 100, może tysiąca wejść w pierwszym tygodniu. Moja najnowsza strona zaliczyła jednak w pierwszym tygodniu dwadzieścia pięć tysięcy odsłon. To był chyba strzał w dziesiątkę.

Też tak macie, że w głowie siedzi milion pomysłów na kolejne strony, z tego kilka wydaje się wam prawdziwymi hitami – tylko czasu brak aby do nich usiąść. I trochę strach, że co jeśli jednak się mylimy? O wiele bezpieczniej jest marzyć o sukcesie niż ten sukces osiągnąć.

Jednym z moich pomysłów na stronę, którego nigdy nie udawało mi się zrealizować, to społecznościowa wyszukiwarka połączeń lotniczych (ale bez ciśnienia – jeśli ktoś zna sposób na dojechanie pociągiem na drugi koniec kontynentu za grosze, też dobrze). Jedni szukają, wrzucają do bazy i zdobywają sławę i uznanie. Inni korzystają. Taki trochę wykop dla globetroterów i ludzi, którzy chcą dostać się do pracy w Londynie.

Zebrałem się w sobie i zrobiłem:

wziuum.com

Jest to tylko początek – pomysłów mam bowiem wiele – ale okazało się, że jest to coś, co się ludziom podoba. Prosty interfejs, bez zbędnych wodtrysków i miliona opcji. Jeśli szukasz lot, wpisz miasto lub miasta w wyszukiwarkę. Jeśli znasz połączenie – dodaj je. Nawet nie musisz się logować (ale zalogowanie dodaje dodatkowe opcje i wkrótce dodawać będzie jeszcze więcej). Jeśli masz dodatkowe pytania do danego połączenia, dodaj komentarz.

Proste? Proste. I takie, mam nadzieję, zostanie. Pojawią się nowe funkcje, wynikające naturalnie z tego czego tam brakuje i rozwiązujące kolejne problemy.

Mam nadzieję, że będzie to kiedyś miejsce, od którego każdy będzie zaczynał planowanie podróży. Że szukając połączenia znajomy znajomemu będzie rekomendował wziuum. Już teraz to róbcie bo już teraz jest warto. (Prawda?)

0

Zrobiłem nową stronę, bo mam psa

Tak to już jest. Od ponad miesiąca mam psa, Bazingę (bo to suczka, a ja lubię Big Bang Theory). W weekend zastanowiłem się czy są jakieś strony katalogujące hotele do których można z psem wyjechać.

Pewnie są, nie szukałem. Zamiast tego usiadłem i zrobiłem kolejną.

PiesTravel.pl

Strona jeszcze skromna, ale mam nadzieję, że przysłuży się kiedyś nie tylko mi w poszukiwaniu noclegu, którego obsługa toleruje nocne szczekanie 😉

Jeśli czyta to jakiś właściciel takiego przybytku, zapraszam do dodawania się do owego katalogu. Zupełnie za darmo!

Hej, a możecie mi pomóc wypromować ten mini katalog? Wrzućcie linka do niego na swojego facebooka, na google+, szepnijcie znajomym. Będzie mi bardzo miło 🙂

0

Jeśli jedziesz na wakację, zastanów się nim skorzystasz z biura podróży

Sezon wakacyjny przed nami, więc to chyba dobry moment na ten krótki wpis. Jak wiecie lubię sobie czasem gdzieś wyjechać, ale jak zapewne nie wiecie, nigdy jeszcze nie jechałem z biurem podróży. Co prawda nachodzi mnie czasem myśl, by jednak spróbować, ale po relacjach innych zdania nie zmienię: wyjazd wolę sobie sam zorganizować i przynajmniej być pewnym, że nie przepłacę i dostanę dokładnie to, czego oczekuję.

Co jest złego w jeżdżeniu z biurami podróży?

Podstawowa sprawa: za kolosalne pieniądze sprzedają ci złudzenie wakacji. Oto dwa linki, które koniecznie przeczytajcie:

Co jest fajnego w jeżdżeniu na własną rękę?

Podstawowa sprawa: bo się będziesz dobrze bawił. W podpunktach:

  • zapłacisz o wiele mniej niż w przypadku wyjazdu zorganizowanego przez biuro. Już pomijam  fakt, że odpada prowizja biura, pośrednika i inne dziwne naleciałości. Wyjazd samemu jest zwyczajnie  tańszy i tyle
  • jedziesz w takim terminie, jaki ci pasuje, a nie jaki pasuje do turnusu wycieczki
  • zwiedzasz dokładnie to co sam chcesz, a nie to gdzie zaprowadzi cię przewodnik. Poświęcasz na to zwiedzanie tyle czasu, ile chcesz i jeśli coś cię zaciekawi, to to sobie dokładnie oglądasz, a nie biegniesz za przewodnikiem
  • poznajesz ludzi i społeczność do której jedziesz. Uwierz mi – w Egipcie nie wszyscy chodzą w hotelowych dwurzędowych marynarkach. Być może to będzie dla ciebie minus, ale dla mnie obejrzenie brudnej ulicy i nędzy jest o wiele lepszym doświadczeniem niż leżak nad basenem. Chcesz leżak nad basenem – jedź na mazury do Mikołajek. Dostaniesz o wiele mniejsze złudzenie rzeczywistości niż w Tunezji czy Grecji

Jak sobie zorganizować samemu wyjazd?

Za pierwszym razem zapewne będzie to dla ciebie nieco kłopotliwe, ale na pewno szybko nabierzesz doświadczenia. I nie bój się. Wiem, że wizja zorganizowania sobie przejazdu i pobytu w miejscu odległym o tysiące kilometrów od domu potrafi przerażać, ale jak mawiał Konfucjusz „podróż tysiąca mil zaczyna się od jednego kroku”. Wystarczy zacząć, a zobaczysz, że wszystko będzie dobrze.

Jak dotrzeć?

  • Jeśli wybierasz się do Niemiec, Austrii, Czech czy Słowacji, jedź lądem. Tu polecam polskibus.com, którym można dotrzeć w te miejsca za naprawdę śmieszne pieniądze (mnie wycieczka do Wiednia kosztowała 20 złotych w dwie strony).
  • Jeśli wybierasz się na wschód, możesz skorzystać z pociągu. Dojazd na Krym na Ukrainie – chyba z tysiąc kilometrów – to zaledwie 60 złotych w jedną stronę
  • Jeśli wybierasz się gdziekolwiek (dotyczy powyższych myślników jak i reszty świata), sprawdź oferty tanich linii lotniczych. Ale i niekoniecznie tych tanich. LOT miewa niskie ceny, a co środę organizuje mini wyprzedaże o nazwie Szalona Środa.
  • Przeglądaj fly4free.pl oraz loter.pl – to chyba główne blogoidy w Polsce, na których codziennie są doniesienia o kilku tanich połączeniach z rożnymi miejscami świata. To jest świetna metoda dla tych, którzy nie wiedzą jeszcze gdzie jechać. Sam tak pojechałem do Gruzji, Austrii i miałem kupiony za śmieszne pieniądze bilet do Syrii (jednak z okazji rozpoczęcia rewolucji w tym kraju, LOT zwrócił mi kasę za bilet i odwołał połączenia, tak oto trafiłem na Krym).
  • Możesz rozważyć autostop. Sam nigdy nie jeździłem stopem w Polsce, ale w krajach docelowych zdarzało mi się bardzo często.

Gdzie spać?

  • Sam zawsze zaczynam szukanie noclegu na hostelworld.com. Znaleźć tam można oferty nie tylko hosteli ale i bed&breakfast czy nawet hoteli. W zasięgu mają cały świat. A sortowanie ofert po cenach sprawia, że zawsze znajdziesz coś taniego.
  • Jeśli chcesz nocować za darmo, spróbuj hospitalityclub.org czy couchsurfing.com. Sam nocowałem tak tylko raz, co sprawiło, że zdecydowałem jednak korzystać z hosteli, ale u mnie nocowało tak już wiele osób.
  • Ostatnio hitem staje się airbnb.com, ale sam jeszcze nie korzystałem. Serwis ma na celu kojarzenie osób, które chcą wynająć komuś swoje mieszkanie na wakacje z tymi, którzy takich ofert szukają.
  • Są też i polskie odpowiedniki powyższej strony – chociażby WakacyjnyWynajem.pl (polskie, nie znaczy, że tylko z ofertami z Polski, bo można tam sobie zorganizować na przykład nocleg na wakacje w Chorwacji).
  • Jadąc na wschód właściwie możesz jechać na ślepo bez załatwiania noclegu. Po dotarciu na miejsce idź na miejscowy dworzec kolejowy czy autobusowy. Na pewno będą tam stać ludzie z ofertami wynajęcia kamnat, a jeśli nawet nie, zawsze możesz zapytać kogoś o to. Wystarczy się nie bać (wiem, że łatwo powiedzieć)

Jak zwiedzać?

Przyznaję się, że bardzo długo popełniałem błąd i jeździłem gdzieś bez przewodnika papierowego. Od kilku ostatnich wyjazdów jednak przekonałem się jaki to jest rewelacyjny wynalazek. Kosztuje kilkadziesiąt złotych, a sprawia, że zwiedzasz o wiele więcej, nawet więcej niż gdyby prowadził cię lokalny przewodnik.

Bez papierowego przewodnika właściwie ograniczałem się do zwiedzania głównych miast i to nie całych, a jedynie ich starówek – tego co widzą wszyscy. Z książką ręku docierałem w miejsca, o których nie miałbym pojęcia.

Już nie wspomnę, że taki przewodnik dostarcza Ci mnóstwa dodatkowych informacji o lokalnych zwyczajach, języku, kuchni, czy nawet pomoże ci we wspomnianych wyżej problemach z dotarciem czy znalezieniem noclegu.

Moje referencje?

Zapewne wpis ten przeczyta wiele osób, które parskną śmiechem gdy dowiedzą się o moim doświadczeniu. Nie dziwię się – wiele razy sam na swoich szlakach takie spotykałem (nawiasem mówiąc, jeśli też je spotkacie, na pewno spędźcie kilka chwil na rozmowie z nimi, na pewno dostaniecie sporo tips’n’tricks odnośnie tego jak podróżować), ale:

  • pierwszy raz z domu uciekłem gdy miałem trzy lata i był to też pierwszy mój kontakt z milicją 😉 Ale to historia na inną okazję
  • pierwszy raz poza Polskę na własną rękę w gronie przyjaciół wyjechałem z końcem liceum – Praga, więc nic wielkiego.
  • pierwszy raz wyjechałem gdzieś zupełnie sam organizując sobie transport: dwa tygodnie w Estonii i Finlandii (dotarłem autobusem a potem promem)
  • najbardziej spontaniczny wyjazd: w piątek wieczorem pomyślałem, że fajnie by było zobaczyć jak wygląda Ryga na Łotwie i w sobotę rano już tam byłem i nawet sobie nocleg znalazłem. Nawiasem mówiąc: wygląda bardzo ładnie
  • najdłuższy wyjazd, to jak zapewne wiecie 3,5 miesiąca w Rwandzie w Afryce
  • najmniej zorganizowane noclegi miałem w Gruzji, gdzie zwiedziłem 6 miast i miasteczek – gdy do nich jechałem nie wiedziałem jeszcze gdzie będę spał, ale zawsze coś się znajdowało
  • do tego wiele innych wyjazdów do: Włoch, Austrii, Słowacji, Danii, na Litwę, Białoruś, Ukrainę. Czuję, że o czymś zapomniałem.

I tyle. Uwierzcie, że zorganizowanie sobie zwiedzania starówki w Tbilisi jest tylko ciut ciut trudniejsze niż zorganizowanie sobie zwiedzania starówki w Warszawie czy Krupówek w Zakopanem.0

Kredytobiorcą chyba już nigdy nie zostanę

Zostać specjalnie nie chce, bo boję się czy nie jestem typem człowieka, który po kilku latach bierze kolejny kredyt aby spłacić część już wcześniej zaciągniętych. Nie znam siebie w tym wymiarze i raczej doświadczalnie sprawdzać tego nie chcę.

Zdarzyło się jednak, że na lotnisku w Katowicach przed wylotem na Krym dopadła mnie dziewczyna z CitiBanku z pytaniem czy nie chcę ich karty kredytowej Wizz City. Odruchowo nie chciałem, zawsze nie chcę, gdy dzwoni do mnie mBank pytając czy nie chcę karty kredytowej. Dziewczyna jednak miała argumenty: nie będę płacił w Wizz Airze opłaty za rezerwację, dodatkowo z miejsca mam darmowy bilet w jedną stronę w tej sieci. Karta rocznie kosztuje 5 złotych, a zrezygnować mogę kiedy chcę. Po zakupie czegoś kartą mam 52 dni na spłatę bez procentów, więc w kredyt wcale nie muszę wchodzić.

Pomyślałem więc, że co mi szkodzi. Tym bardziej, że jeszcze jedną wycieczkę w tym roku sobie planuję, więc czemu by nie skorzystać. Podpisałem na lotnisku papierki i tyle.

Dziś przyszła do mnie koperta z CitiBank. Miękka, bez karty w środku. Za to miała liścik z informacją, że z przykrością, ale nie mogę mi kredytu udzielić. Czemu nie napisali, ale jasne jest, że według ich procedur pewnie okazałem się niewypłacalny 🙂

Myślę, że jakoś to przeżyję. 😉0

Dzwonimy z Ukrainy do Polski

Nie będzie to długi wpis, ale mam nadzieję, że przyda się tym z Was, którzy wybiorą się na Ukrainę, będą musieli często dzwonić do Polski i krew ich zaleje, gdy uświadomią sobie, że minuta połączenia (przynajmniej w T-Mobile, ale w innych sieciach jest podobnie) kosztuje około 5 złotych. To już lata temu w audiotele było chyba taniej.

Opcja instalacji Skype w smartfonie w przypadku wyjazdu w teren właściwie odpada. Na całym Krymie udało mi się znaleźć darmowe Wi-Fi tylko w Ałuszcie, a jego prędkość była tragiczna. Nie udało mi się otworzyć więcej niż jednej podstrony Onetu, potem cierpliwość się skończyła.

Najlepszym wyjściem jest kupno startera prepaid lokalnej sieci. Której? Posiadaliśmy (jako grupa wyjazdowa) startery dwóch sieci:

Life – cena za połączenie do Polski wysoka, więc się nie nadaje, ale warto rozważyć dla połączeń między sobą. Z Life do Life rozmowy są darmowe i używaliśmy go by się odnajdywać.

KievStar – i to jest właśnie ta sieć, z której należy dzwonić do Polski. Koszt smsa: 1,20 hrywny (40 groszy). Koszt minuty połączenia: 4 hrywny (1,33 złotego). Od 20:00 i przez cały weekend koszt jest o połowę niższy, czyli za minutę do Polski zapłacimy 2 hrywny (około 70 groszy). To już się da znieść.

Minusem jest to, że starter kosztuje 20 hrywien, z czego tylko 5 jest na rozmowy.

Aby połączyć się z KievStar z polską piszemy w telefonie 015-48-xxxxxxxxx (czyli zastępujemy plus na początku przez 015, potem kierunkowy kraju i numer na jaki dzwonimy). Wszystko to jest wyjaśnione w książeczce w starterze i wyjaśniają też w salonie.

"zero piętnaście... i dalej numer do Polski"

"zero piętnaście... i dalej numer do Polski"

I jeszcze ciekawostka: zdrapki doładowań mają na sobie napisaną wielką czterdziestkę (co oznacza wartość doładowania) ale w każdym kiosku kosztowały 42 hrywny. Kioskarz dolicza sobie 2 hrywny prowizji (dotyczy to wszystkich sieci)0

Ukraina i Krym – ceny, noclegi, przejazdy

Bardzo popularny – szczególnie w okresie wakacyjnym – jest mój poprzedni podobny wpis o cenach w Gruzji, pomyślałem sobie, że i tym razem popełnię taki sam tekst, tylko odnośnie Krymu. Lub szerzej całej Ukrainy, bo chyba ceny w obu wypadkach nie odbiegają od siebie znacznie. Proszę też brać poprawkę, że chyba na całym świecie w miejscu kojarzącym się z tłumem zachodnich turystów zawsze będzie nieco drożej, niż w zacisznej uliczce w mniej nawiedzanym mieście.

Zaczynam. Przelicznik: 10 hrywien (UAH) to około 3,60 złotego. Aby daną cenę przeliczyć z hrywien na PLN należy ją podzielić przez mniej więcej 2,75. Myśmy jednak najczęściej zakładali, że dzielić trzeba na trzy i dodać nieco (np 20 hrywien to według nas było około 7 złotych).

Generalnie: jest taniej niż w Polsce.

Noclegi

Za hotelik Ecos w Kijowie płaciliśmy 100 hrywien od osoby, czyli 36 złotych. Stancja w Sewastopolu, w samym centrum wyniosła nas jeśli dobrze pamiętam 40 hrywien od osoby (14 złotych). Za całe mieszkanie w bloku w Ałuszcie płaciliśmy 250 hrywien za dobę. Było nas sześciu, więc od osoby wyszło też 40 hrywien.

Noclegi znajdowaliśmy u ludzi stojących na dworcach (w Kijowie pod lotniskiem nikt nie stał i hotelik polecił na taksówkarz, kiepsko na tym wyszliśmy). Dodam, że w sytuacji umawiania się z babuszką na dworcu nie ma żadnego wybacz między owymi babuszkami: gdy inne zobaczą, że z kimś rozmawiasz, zaraz podejdą i będą także cię namawiać na wybranie jej oferty. Dochodzi nawet do kłótni między nimi, ale dla turysty taka oferta jest świetna – spokojnie słuchasz kłótni i wybierasz najtańszą / najlepszą ofertę.

Bo najtańsza nie musi być najlepsza 🙂 W Ałuszcie kobieta zaproponowała nam nocleg za 200 hrywien i… zaprowadziła nas na coś w rodzaju ogródków działkowych, abyśmy spali z bezdomnymi. Nie zdecydowaliśmy się.

Dodam też, że na Krymie popularne jest nocowanie na dziko pod gołym niebem lub w namiocie (nie ma tam za to mandatów). Ma to jednak swoje minusy: klimat latem jest okropnie suchy i musisz się pogodzić z tym, że namiot będziesz rozbijał wśród ostów i innej roślinności, która wbija się we wszystko. To boli. Ponadto ludzie trochę dziwnie patrzą 😉 Po dwóch takich nocach daliśmy sobie więc spokój. 16 złotych za noc to jest nic, a o wiele wygodniej.

Przejazdy

O kosztach dojazdu i powrotu z Krymu już pisałem wczoraj. Przejazdy wewnątrz miast: najtaniej wychodzą autobusy miejskie lub trolejbusy. Za dojazd z lotniska w Symferopolu na dworzec (całkiem spory odcinek, szacuję z 10 km) trolejbusem zapłaciliśmy po hrywnie (40 groszy). Marszrutki miejskie (minibusy) to koszt od 2 do 3 hrywien.

Przejazd około 30 kilometrów z Sewastopola autobusem do Ałupki to 8 hrywien (jakieś 2 złote). Tyle samo kosztował pociąg z Symferopola do Sewastopola, a za autobus z Ałuszty z powrotem do Symferopola zapłaciliśmy chyba coś około 20 hrywien (8 złotych). Jeśli ktoś nie potrafi tych cen odnieść, bo nie zna odległości, podpowiem, że to jest okropnie tanio.

Cennik pociągów jeżdżących z Symferopola w różne zakątki Krymu

Cennik pociągów jeżdżących z Symferopola w różne zakątki Krymu

A tutaj rozkłady jazdy tych pociągów, kliknij by powiększyć

A tutaj rozkłady jazdy tych pociągów, kliknij by powiększyć

Taksówka z lotniska w Kijowie do hoteliku kosztowała nas 100 hrywien (dzielone na trzy osoby, więc jakieś 13 zł osoba). Jak wspomniałem poprzednio marszrutką przejechaliśmy z powrotem ten odcinek za 2 hrywny od osoby (60 groszy).

Jedzenie

Nadal tanio. Hot dog w budce na ulicy to 10 hrywien (3,60 zł). W barach mlecznych (bez trudu jest je znaleźć jeśli poszukamy chwilę) za drugie danie (kotlet, ziemniaki, surówka) płaciłem najczęściej 20 hrywien (8 złotych). Muszę jednak ostrzec, że kotlety oni mają mikroskopijne – mielony nie  był chyba większy od mojego kciuka (sic!). Zupa soljanka – jeden z powodów czemu w ogóle jeżdżę na wschód, polecam – to koszt około 15 hrywien (6 złotych) lub mniej.

Alkohol

W tej kwestii testowałem głównie piwa. W barze cena owego to maksymalnie 12 hrywien (4-5 zł), ale spokojnie nawet na kijowskim majdanie można je kupić w plastikowym kubku za 6 hrywien (2 złote). W sklepach ceny od 4 do 7 hrywien. Najtańsze wino stołowe – i całkiem niezłe jak na swoją kategorię – kupiłem w sklepie za 10 hrywien (3,60zł), ale najczęściej ceny były powyżej 20 UAH.

Dodam, że dwa razy udało nam się zapłacić sporo za piwo, a było to na promenadzie w Sewastopolu (wiadomo – tłum turystów). Płaciliśmy tam po 20 hrywien (7-8 złotych) za piwo i co więcej w jednym z miejsc bez naszej wiedzy do rachunku doliczono nam 10 hrywien za samo wejście.

Inne

Toalet publicznych jest dużo i ceny to najczęściej 2-3 hrywny. Znaleźliśmy jedną w Jałcie za hrywnę, ale stan jej był fatalny. Jedna w dziewczyn zrezygnowała z korzystania z niej. Faktycznie, smród i widok potrafił wypędzić z takiego miejsca 🙂

Trzeba też się nastawić, że w niektórych knajpach za toaletę płaci się dodatkowo owe 2 hrywny lub toalety zwyczajnie nie ma i trzeba szukać publicznej.

Zwiedzanie miejsc turystycznych też bywa płatne. Wejście do jaskini kosztowało podobno 30 hrywien (12 zł). Tyle samo zapłaciłem za przepłynięcie się łódeczką po podziemnym schronie łodzi podwodnych w Bałakławie. I tyle samo kosztuje zwiedzanie monastyru w Kijowie.

Na pierwszym planie Chmielnicki. W tle monastyr, którego zwiedzanie kosztuje 30 UAH

Na pierwszym planie Chmielnicki. W tle monastyr, którego zwiedzanie kosztuje 30 UAH

Także niektóre plaże – takie widzieliśmy w Ałuszcie – są płatne. Od 10 do 20 hrywien. Jest też darmowa plaża miejska, ale na niej możemy liczyć na obrzydliwy tłum ludzi i kamieniste dno. Już lepiej wydać te 4 złote i poleżeć bez ścisku na drobnych kamyczkach.

I tyle. O inne rzeczy pytajcie w komentarzach, może będę wiedział 🙂0

Dojazd i powrót z Krymu, czyli będzie się działo w czasie Euro 2012

O ile dojazd wyszedł nam całkiem nieźle, bo się do niego przygotowaliśmy, powrót momentami przypominał horror 😉 Kilka razy się podśmiewaliśmy, że co to będzie jak Ukrainę nawiedzą zachodnioeuropejscy kibice, zakładający, że nie ma czegoś takiego jak czekanie na granicy, a jak chcesz kupić bilet na pociąg to go po prostu kupujesz. Czytajcie, będzie ciekawie

Tam: WizzAir

Wylot z Katowic, dwie noce w Kijowie i dalej nadal WizzAirem do Simferopolu. Jak się pokombinowało, udało nam się uzyskać cenę 300 złotych za cały przelot (dwa loty, oba w jedną stronę). Na pewno można taniej gdy rezerwuje się jeszcze wcześniej, my jednak dość późno wpadliśmy na pomysł wyjazdu i temu taka cena.

Pierwsza uwaga: kupując bilet w wizzie warto rozważyć wykupienie wcześniej członkostwa w Wizz Exclussive Club. Kosztuje około 120 złotych, ale upoważnia do kupowania biletów tańszych o jakieś 40zł przez rok. I to nie tylko dla siebie, ale i dla osób towarzyszących (do 10 osobników). Jeśli się leci w 3 osoby, dwoma lotami (czyli w sumie 6 przelotów) od razu kosztem 120 złotych, płacimy za loty o 240 złotych mniej. Czyli 120 do przodu. Tak też zrobiliśmy. Dodatkowo, jako, że członkostwo w klubie jeszcze trwa przez rok, zamówiłem sobie już ich specjalną kartę kredytową. Odejmuje to dodatkowe 40zł za rezerwację lotu, więc teraz będę latał jeszcze taniej.

Druga uwaga: nazywanie lotniska w Katowicach lotniskiem w Katowicach to zdecydowane nadużycie. Pyrzowice (bo tam znajduje się lotnisko) leżą chyba równie daleko od Katowic co Częstochowy. Wyprawa z dworca do Pyrzowic, to naprawdę kawał całkiem sporej wycieczki.

Nocleg w Kijowie

Trafiliśmy do Hoteliku Ecos. Zawiózł nas tam taksówkarz, a więc całkiem nieźle przepłaciliśmy. Niestety na kijowskim lotnisku Żuliany nie ma babuszek z tekturkami z napisami żulie (tłumaczy się to chyba jako nocleg), więc daliśmy się naciągnąć na zapłacenie 100 hrywien (36 zł) za całkiem krótki kurs. Na lotnisko po 2 dniach wracaliśmy już marszrutką za 2 hrywny (60 groszy). Sam hotelik jest ok (ale brak ciepłej wody). 30 złotych za noc.

Z powrotem: pociągiem, ale nie tak łatwo

Jako, że nie było tanich połączeń lotniczych z powrotem, wymyśliliśmy, że wrócimy słynnym pociągiem sypialnym do Lwowa (26 godzin jazdy). I dalej coś się wymyśli. Bilety ponoć ciężko dostać, więc kupimy je od razu po wylądowaniu z Simferopolu na dwa tygodnie na przód. Nie wiedzieliśmy jak ciężko.

Poszliśmy do kasy i pytamy, czy są jakieś bilety do Lwowa na 31 sierpnia. Nie ma. Na dni obok? Też nie ma. Na wrzesień? Ponownie – nie ma nic. Na cały wrzesień biletów nie ma.

Jesteśmy trochę w tyłku. Może nawet bardzo. Do sąsiedniego z Lwowem Kowela też nic nie było. Nie pozostaje nam nic innego jak jechać zwiedzać Krym, a po drodze się coś wymyśli. Może w innym mieście bilety będą. Może jakiś bus. Ostatecznie autostop.

A więc jak kupuje się bilety, gdy ich nie ma?

Zatrzymaliśmy się na 4 noce w Sewastopolu. Któregoś dnia odwiedziliśmy dworzec z nadzieją, że coś się znajdzie, ale znaleźliśmy tylko naszego gospodarza, który z karteczką żulie wypatrywał kolejnych turystów. Miły starszy pan, więc porozmawialiśmy z nim jaki mamy problem. Powiedział, że zobaczy co się da zrobić. Wiedzieliśmy, że bilety można kupić czasem od koników, ale jak znaleźć konika? Tu miał właśnie pomóc nam gospodarz.

Wieczorem na stancji powiedział nam, że musimy być z samego rana na dworcu. Bo jest tak, że każdego dnia są jakieś zwroty rezygnujących z przejazdu, ale te są szybko wykupowana. Rzeczywiście: rano na otwarcie kasy czekało z nami kilkanaście osób. Niestety okazało się, że są tylko do Lwowa w klasie lux po 300 złotych za sztukę (normalna cena to jakieś 40-60 zł). 300 to całkiem sporo, zwłaszcza, że nadal będziemy musieli dostać się jakoś na polską stronę granicy, a nie wiemy ile to będzie kosztować.

Elwis (ksywa kumpla) zaczepił pod dworcem taksówkarza z pytaniem czy nie wie kto tu działa jako konik od biletów. Ten wskazał nam panów, których o to podejrzewaliśmy od początku. Kilku panów, których widzieliśmy to już nie raz, zawsze grających z tryktraka. Widoczni z całej okolicy, a nie robiący nic innego jak tylko ta gra.

I rzeczywiście. Bilety da się załatwić, ale 3 bilety będą kosztować jak 5. Na to się już zgadzamy. Co ciekawe  po ustaleniu prowizji, mężczyzna jak gdyby nigdy nic wrócił do gry. Dopiero jak ją skończył zaczęło się całe przedstawienie.

Najpierw udaliśmy się do zwykłej kasy by ustalić ile bilet kosztuje – konik nawet nie znał ceny 🙂 Następnie opuściliśmy dworzec i zaczęliśmy iść gdzieś daleko. Pan był na tyle miły, że wytłumaczył nam na czym cały myk polega. Biletów nie ma, ale jest specjalny dworzec wojskowy. Tam bilety przeważnie jakieś są. Sęk w tym, że trzeba być wojskowym by tam kupować.

W tym celu na owym dworcu wojskowym nasz pomocnik zniknął na dłuższą chwilę w jakimś pokoju. Potem pojawił się ze specjalną przepustką upoważniającą do zakupu trzech biletów przez cywili. Poszliśmy do kasy. Tam po okazaniu przepustki okazało się do Lwowa to już naprawdę nie ma, ale do Kowela 3 sztuki na 31 sierpnia się znajdą. Bierzemy, płacimy z własnej kieszeni, ale bilety przechwytuje konik.

Po opuszczeniu dworca przypomina nam jakie było ustalenie i po zapłaceniu mu jak za dwa bilety, dostajemy te prawdziwe do ręki.

Cała operacja przebiegła całkiem miło, a z konikową prowizją kosztowało nas to 100 złotych od osoby. Uważam, że to nadal tanio jak za przejazd przez całą Ukrainę.

Dodam jeszcze, że w dniu odjazdu na dworcu w Simferopolu znaleźliśmy ekran, na którym wyświetlana jest ilość dostępnych biletów na dziś i na następny dzień. Na dziś nic nie było, ale na dzień po przy Lwowie wyświetlana była liczba 038. Jak widać przed samym odjazdem ludzie bilety masowo zwracają. Jeśli ktoś chce ryzykować taki zakup, można spróbować.

Horror jest dopiero na granicy

Dwadzieścia sześć godzin w pociągu okazało się niczym (zwłaszcza, że jest wagon restauracyjny z piwem po 3 złote i tatarami, którzy widząc turystów z Polski kupują im całą butelkę koniaku) w porównaniu z dalszym odcinkiem jazdy. W Kowelu udaliśmy się na dworzec autobusowy, by kupić jakiś bilet do Polski – pociąg do Lublina kosztował ponad 100 złotych. Bus kosztuje 70 złotych i jedzie do Warszawy. Da się znieść.

Elwis, ja i wagon restauracyjny

Elwis, ja i wagon restauracyjny. Ostatnio domagaliście się bym uśmiechał się na zdjęciach, więc macie.

Bus wyjeżdża o 19:00 i o 5:00 jest w Warszawie. Tak przynajmniej miało być według planu, a nie było.

Zaraz po ruszeniu w busie nagle słychać zewsząd odgłos rozwijanej taśmy klejącej. Wszyscy, pomagając sobie nawzajem, obklejają się paczkami papierosów. Zaczynamy się podśmiewać, ale tylko dlatego, że jeszcze nie wiemy jaka czeka nas noc.

Na granicy jesteśmy po godzinie, czyli około 20:00.

Opuszczamy ją o 10:00 rano. Po 13 godzinach (biorąc pod uwagę zmianę strefy czasowej).

Samo stanie w kolejce do kontroli zajęło stosunkowo mało czasu. 3 godziny okazały się niczym wobec tego, co stało się po zebraniu paszportów przez straż graniczną.

W busie pojawił się celnik i kazał wszystkim wysiąść, zabrać swoje bagaże z luku i udać się budynku kontroli. Tam w zimnie spędziliśmy czas do samego rana. Staliśmy, nasze bagaże leżały, przemytnicy wywalali papierosy do kibla, a kolejne autokary szybko przechodziły kontrolę. Inni wchodzili do pokoju kontroli i wychodzili zaraz, a my staliśmy. W między czasie udało nam się zagadać z celnikiem czemu tak. Dowiedzieliśmy się, że i tak nas na razie nie mają jak skontrolować, bo nawet po kontroli nie mamy gdzie wrócić. Autobus jest na kanale rozkręcany i dopiero jak go złożą z powrotem, ruszymy dalej.

Sama kontrola przebiegła dość szybko. U przemytników oczywiście nic nie znaleźli, u nas tym bardziej. Dziwiło ich tylko, że ludzie z jadący z Krymu są na tak dziwnym przejściu granicznym w busie, który słynie ponoć z tego, że nawet kierowca zawsze wiezie ze sobą kupę fajek i co więcej owi turyści po dwóch tygodniach pobytu na plażach praktycznie mają puste plecaki. Żadnych ubrań i pamiątek. Wyjaśniliśmy zgodnie z prawdą jak to się stało, że trafiliśmy do Kowela i że bagaże nasze jadą samochodem. Wyprawa bowiem była większa, a tylko my jechaliśmy pociągami. Reszta wróciła wraz z naszymi bagażami samochodem.

Salka, w której spędziliśmy 9 godzin

Salka, w której spędziliśmy 9 godzin

Po kontroli musieliśmy jeszcze 2 godziny poczekać w busie. Przemytnicy nie tylko wywalali fajki do kibla, ale gdzie popadnie, w tym i na ziemię w sali kontroli. Celnicy takich fajek zebrali stertę rozmiarami mogącą zapełnić całkiem spory karton po pralce i powiedzieli, że nie ruszymy póki nie znajdzie się osoba, która to wywaliła. Tu zaczęły się dyskusje w busie, kto weźmie na siebie mandat (3000 złotych). Gdy znalazł się śmiałek przeszedł się po busie, każdy z przemytników rzucił sto złotych i tak uzbierała się kwota, a figurant udał się do celników by odebrać karę.

Po tym ruszyliśmy dalej. Autobusem, w którym oczywiście nadal było papierosów więcej, niż tych, które udało się zarekwirować. Porada dla celników: kontrolujcie także stojące na granicy kosze na śmieci. Przemytnik wysiada z busa, wrzuca do kosza paczkę z papierosami, idzie na kontrolę, a wracając wyciąga pakunek z kosz z powrotem. 🙂0

Krym w kilku słowach

Wróciłem. Nie będzie to jednak długi wpis, jak ten o Wiedniu i Bratysławie, a jedynie meldunek, że jestem i żyję. Całość, jeśli starczy mi zapału, rozbiję na kilka wpisów. Inaczej się nie da.

Kurcze, cały czas mi się marzy jakiś dodatkowy netbook, który zabierałbym na takie wyprawy, by pisać na bieżąco. Tak jest najlepiej, bo teraz już część emocji uleciała. Może ktoś chce zasponsorować w ramach reklamy na blogu? 😉

Góra Ajudah - jeden z symboli Krymu

Góra Ajudah - jeden z symboli Krymu

Podstawowe wrażenie: trzeba tam będzie wrócić, może już na wiosnę za rok. Wyznaję zasadę „jeden wyjazd w życiu w jedno miejsce, życie jest zbyt krótkie, a świat zbyt wielki, by tracić czas na deptanie tych samych ulic i szlaków po kilka razy”. Problem jednak w tym, że sam Krym jest zbyt duży, by udało się go zwiedzić w dwa tygodnie. Kilka dni przed wyjazdem wyciągnęliśmy mapę, by się przekonać jak malutki kawałek tego półwyspu udało nam się zobaczyć. I jeśli tylko ten fragment zaparł nam dech w piersiach, to co z nami będzie, gdy ruszymy kiedyś dalej?

Miejsca jakie odwiedziliśmy na Krymie

Miejsca jakie odwiedziliśmy na Krymie. Interaktywna pełna wersja po kliknięciu na obrazku.

Było i wspaniale, ale i były chwile, że miało się wszystkiego dość. Niesamowite barwy wody czasem przestawały mieć znaczenie, gdy ostre kamienie dna raniły stopy. Dwudziestosześciogodzinna podróż pociągiem z Krymu do polskiej granicy okazała się chwilą w porównaniu z trzynastoma godzinami na granicy. „Krym to stan umysłu” – myśli sobie człowiek, gdy przechodzi przez proces zakupu biletu kolejowego, czy choćby odwiedza toaletę 😉

Wszystko to wyjaśnię –  mam nadzieję – w kolejnych wpisach.0

Cztery dni w Bratysławie, trzy dni w Wiedniu

Już mi się wróciło. Wyjazd bez większych zachwytów i wrażeń, ale z kronikarskiego obowiązku wrzucę tutaj opis i jak zwykle dodam kilka pożytecznych informacji dla kolejnych turystów, którzy chcieliby te miejsca odwiedzić (ceny, przejazdy i inne tipsy i triki).

Dojazd i powrót

Dojazd i powrót był głównym w ogóle powodem czemu się wybrałem: bilet z Warszawy do Wiednia kosztował w obie strony 20 złotych. Całość odbyła się za sprawą nowej firmy PolskiBUS.com, która urządzając takie właśnie promocje (ceny za przejazd zaczynają się od 1 zł jeśli kupujemy odpowiednio wcześniej) chce zaistnieć w świadomości konsumentów. Warto więc korzystać.

Sam bus polskiegobusa bez żadnych zastrzeżeń a nawet robi dobre wrażenie: WiFi (dość wolne i tylko do granicy, ale i tak nie korzystałem z niego zbyt dużo), skórzane fotele, klima. Tips: postarajcie się wsiąść do busa jako pierwsi, to zajmiecie miejsca zaraz za przednią szybą. O wiele lepiej jest tak właśnie jechać niż całą drogę wpatrywać się w fotel przed nami lub boczną szybę.

Tłumek pod Polskim Busem na dworcu w Warszawie

Wada Polskiego Busa: kiepskie skomunikowanie połączeń. Co prawda jeździ ta firma także na trasie Białystok – Warszawa, ale gdybym chciał z niej skorzystać, musiałbym czekać na kolejny bus do Wiednia około 10 godzin. Dlatego do Wawy dostaliśmy się (i wróciliśmy) Podlasie Express. 50 złotych w obie strony trochę psuje cały budżet przejazdowy w zestawieniu z dwudziestoma złotymi do Wiednia, ale wyjścia nie było (pociąg jest jeszcze droższy).

Z Wiednia do Bratysławy

Trochę głupio zrobiłem, że kupiłem bilet do Wiednia – Polski Bus przejeżdża na tej trasie przez Bratysławe, a i te miasto miałem zamiar odwiedzić. No nic. Wysiedliśmy w Wiedniu o 4.30 rano i skierowaliśmy się na pobliski dworzec południowy (sudbahnhof) aby wrócić do Bratysławy, przez którą przejeżdżaliśmy.

I tu pierwszy szok: cena biletu (na szczęście w obie strony, ważnego cztery dni, czyli dokładnie tyle, na ile planowaliśmy pobyt w Bratysławie) to 14 euro. Jeśli się weźmie pod uwagę, że jest to prawie 60 złotych za przejazd ledwo 60 kilometrowego odcinka, psuje to trochę miny. Taniej się jednak nie nic nie znalazło. Pociąg w jedną stronę: 11 euro. Bus (z dworca, gdzie zatrzymuje się polski bus): 7,70 euro. Kupujemy. Pociągi jeżdżą co godzinę i przejazd trwa chyba 50 minut. Pierwszy pociąg o 6 rano. Tak więc w Bratysławie byliśmy około siódmej. Przywitał nas deszcz i dworzec kojarzący mi się z dworcem w Katowicach.

Red Star Hostel w Bratysławie

Nie jest położony w centrum, ale jest dobrze z centrum skomunikowany (tramwaje i busy co kilka minut, w tym bus nocny, przejazd zaledwie chwilę, chodziliśmy nawet pieszo). Nie jest też hostelem całorocznym: znajduje się w akademiku i rodzi się w raz z opuszczeniem go przez studentów. Największa zaleta to cena: około 12 euro za noc, taniej nic nie znaleźliśmy.

Druga nie mniej ważna zaleta: gdy obsługa podsłucha, że mówisz po polsku, także przechodzi na język polski. Okazało się bowiem, że na 5 pracowników, cztery osoby to Polacy. 🙂

Przy hostelu znajduje się pub studencki (był jednak otwarty tylko jedną noc, nie wiem czemu) z piwem (dość kiepskim) za 1,1 euro (4,40 pln). Jest też bar studencki, gdzie danie dnia kosztowało 2,90 euro (~12 pln). Przy hostelu jest też całodobowa stacja benzynowa, na której najtańsze wino kosztuje 1,20 euro (~5 pln) i wcale nie jest takie kiepskie. Niestety mają tylko trzy butelki tego wina, co jednej nocy okazało się ilością zbyt małą. 😉

W stołówce koło hostelu czekam na knedliczki

W dalszej okolicy (około 200 metrów od akademika) jest całkiem ładny pub, zamykany jednak o 21:00.

Starówka w Bratysławie

Lans z Bratysławą w tle

Co tu opisywać: jak w każdym mieście. Urokliwe uliczki, kościoły, nad wszystkim góruje zamek. Dość niewielka, można ją przejść w kilkanaście minut. Ceny zróżnicowane. Najtańsze piwo to mniej niż 1,50 euro (~6 PLN) i nie jest trudno takie znaleźć. Można też oczywiście i trafić na miejsca z piwem po 3 euro (~12 PLN). Na mieście nie jedliśmy, co najwyżej zaopatrywaliśmy się w sklepach spożywczych w coś do przekąszenia.

Kolo po prawej mniej normalnie przedrzeźnia

Odkrycie w Bratysławie: ulica Obchodna

Trzeba skierować się na północ od starówki i trafiamy na zakupową ulicę miasta, która w nocy tętni życiem (takim nieco mniej turystycznym). W barze na poddaszu, zaraz na początku tej ulicy można zagrać w bilard za 5 euro za godzinę i wypić piwo za rekordowe niskie jeden euro. Wrażenie popsuły nieco barmanki, które zorientowawszy się, że po pijaku możemy mieć problemy z obcą walutą, zamiast 2 euro reszty, wydały jakiś dziwny żeton przypominający taką monetę. My się jednak zawczasu zorientowaliśmy i wróciliśmy do baru, zamówiliśmy dwa kolejne piwa i z uśmiechem zapłaciliśmy tym żetonem. Barmanki udawały zdziwienie, ale gdy powiedzieliśmy, że żeton mamy na 100% od nich, bez szemrania przyjęły go z powrotem.

Ulica Obchodna i tramwaj

Za Bartysławę: zamek w Devinie

4 w 1: Rzut okiem z zamku w Devinie na Dunaj, Poprad i Austrię.

To nie do końca za Bratysławą, bo Devin to nadal dzielnica tego miasta, położona jednak dość odlegle. Na szczęści łatwo tam można dostać się busami i łatwo wrócić. Wejście na zamek – 3 euro, ale warto. Bardzo ładny i świetne widoki.

tak zwany gościniec

Za Bratysławę: Złote Piaski

Taki odpowiednik Dojlid w Białymstoku czyli po prostu plaża miejska. Wejście: 2 euro. Według mnie nie warto. No chyba, że podobnie jak my  nie ma się już co robić w tym mieście.

Złote Piaski tylko z nazwy

Nocleg z Hospitality Club w Wiedniu, czyli noc prawie na dworcu

Sam często nocuję u siebie kogoś z HC (nawet jutro będę miał gościa), jednak w drugą stronę nie idzie mi już tak łatwo. W Gruzji kompletnie nikt mi nie odpowiedział na pytania o możliwość noclegu. W Wiedniu na 30 wysłanych maili odezwał się jeden człowiek. „W niedzielę będę na Węgrzech, wrócę późno, ale możecie u mnie nocować. Czekajcie na mnie na dworcu zachodnim (westbahnhof), możecie mi ufać, że was stamtąd zabiorę”. Ok, zatem po przyjechaniu kierujemy się na ów dworzec i siedzimy tam z 5 godzin (na zewnątrz leje).

Przed północą staram się dodzwonić do człowieka z pytaniem kiedy będzie. Nie odpowiada. Dzwonię kilka razy. Wysyłam smsy. Nic.

W desperacji znajdujemy więc nieco osłonięte od ludzi miejsce i kładziemy się na ziemi spać w śpiworach. Czuję się jak bezdomny, ale o tej porze nie pozostaje nam nic innego do roboty.

Dworzec Zachodni w perspektywy podłogi

O pierwszej w nocy ktoś nas budzi. To ochrona dworca i mówi, że musimy wyjść, bo dworzec jest zamknięty od 1:00 do czwartej. Pięknie. Na zewnątrz leje, my jesteśmy w pół śnie i nie wiemy co robić (jak się okazuje, nie tylko my nie wiemy: z różnych zakamarków dworca zostało wypędzonych sporo takich ludzi jak my). Niektórzy wyciągają śpiwory i kładą się spać na ulicy (przy dworcu jest nawis dachu jak na centralnym w Warszawie, więc może i zimno, ale przynajmniej nie pada na głowę). Myślę, że to niegłupi pomysł, ale Wojtek mówi, bym jeszcze raz zadzwonił do tego gościa z HC. Oczywiście nie odbiera.

Po 15 minutach sms od niego. W nim adres gdzie mamy się stawić. Na szczęście mamy mapę (6 euro na stacji benzynowej, więc lepiej kupcie w Polsce) i na szczęście nie jest to strasznie daleko. Idziemy w deszczu i na miejscu zastajemy gościa, który wygląda jakby właśnie dochodził do siebie po jakimś kwasie 😉 Nic dziwnego: tłumaczy nam, ze na Wegrzech był na na jakiejś transowej imprezie i dopiero teraz wrócił. Możemy spać, na siódmą rano idzie do pracy, ale zostawi nam klucze. Spoko. Później do wyjazdu widzimy go już jedynie przez chwilę, a wyjeżdżając zostawiamy klucz w skrzynce pocztowej.

Centrum Wiednia

Wiecie, nie lubię opisywać atrakcji turystycznych. Napiszę tylko, że jest wielkie, oczywiście drogie i sprawia wrażenie przytłaczającego. Poza tym przez sporą część czasu padało, więc zwiedzanie nie było przyjemne. Warto zajrzeć do Quartier Museum; myśmy jednak zwiedzili tylko część darmową (jest to kompleks muzeów, a wejście do każdego kawałka to przynajmniej 40 złotych). Piwo w knajpach po 3,5 euro (14 złotych), w sklepie najtańsze po 50 centów (2 złote).

Małpują od nas: też mają belweder

 

Cesarz to miał kiedyś fantazję. Janie, zawieź mnie koniem do domu. Do środka domu.

 

Deszcz. W tle jeden z budynków Quartier Muzeum

 

Deszcz. W tle starówka Wiednia

Odkrycie w Wiedniu: Favoritenstrasse

Odjazd z Wiednia mieliśmy ponownie Polskim Busem z dworca południowego. Niestety na miejscu okazało się, że nie ma tam żadnego dworca autobusowego, a tylko wiaty, a sam dworzec kolejowy nie jest o wiele bardziej duży. Więc nuda. Normalnie jest tam także olbrzymi budynek dworca centralnego, jednak teraz zburzyli go i stawiają na nowo. Wojtek z nudów postanowił sprawdzić co jest na południe od dworca południowego i była to świetna decyzja. Ciągnie się tam bardzo długa, deptakowa Favoritenstrasse. Szkoda, że trafiliśmy na nią dopiero wieczorem gdy wszystko było już niemal zamknięte. Ciekaw jestem jak tam jest za dnia. W każdym bądź razie polecam, jeśli już znudzą Was kolejne pałace (aha, koło dworca, na północ jest świetny Belveder i obok niego polska uliczka na której można postać sobie pod krzyżem za ofiary smoleńskie).

Favoritenstrasse naprawdę okazała się favoriten

A już za tydzień – znikam na Ukrainie. Cel główny: Krym (ale po drodze i Lwów i Kijów).0