To już niemal pewne: w Syrii rozpoczęła się rewolucja

Informacja o tym nie przedostaje się za bardzo do światowych mediów, a tym bardziej polskich (w sumie nie dziwię się temu, bo przykrywa ją właśnie rozpoczęta zbrojna interwencja w Libii), jednak jako, że obserwuję co w Syrii się dzieje, gdzieniegdzie trafiam na kolejne relacje o zamieszkach w Syrii. Na ulicach są już tłumy, w ostatnim proteście wzięło udział nawet 20 tysięcy osób. Ludność wykrzykuje treści antyprezydenckie oskarżając go i jego otoczenie o korupcje, wykrzykuje swoją frustrację spowodowaną biedą; są też pierwsze ofiary śmiertelne. Zacznijmy jednak nieco od początku.

Jeszcze miesiąc temu podczas ulicznego protestu nic  nie zapowiadało, że tłum obróci się przeciw władzy. Ludzie w Damaszku wyszli na ulice po tym jak policjant pobił chłopaka (zauważcie jak często w różnych krajach magrebu właśnie od nadużycia władzy przez policję wszystko się zaczyna). Szybko jednak zjawia się minister syryjskiego MSW i obiecuje ukaranie policjanta. Protest się kończy i ludzie wracają do domów. Podczas samego protestu tłum wykrzykuje „Bashar, nasze serca i nasze dusze są z tobą”. Bashar to imię prezydenta Syrii Bashara al-Assada, o którym już wspominałem gdy wychwalałem urodę jego żony.

W ostatni piątek scenariusz ten już się nie sprawdził. Znów zaczęło się od policji, która  aresztowała w Daraa grupkę młodzieży w wieku szkolnej za to, że wypisywała na murach hasła cytowane z rewolucji w Egipcie i Tunezji. To znów wyprowadziło około 200 ludzi na ulice (także i w innych miastach), jednak tym razem skończyło się tragicznie. Policja otworzyła ogień do demonstrantów, w skutek czego trzy osoby poniosły śmierć na miejscu, a dwie kolejne zmarły po przewiezieniu do szpitala.

Pogrzeby demonstrantów zgromadziły kilkutysięczne tłumy, a całość szybko zmieniła się w wiece antyrządowe i antyprezydenckie. Policja rozpędzała tłumy stosując naboje gumowe i gaz łzawiący. Jest już więc bardzo gorąco.

Co dalej? Nie wiem, ale sytuacja na pewno nie będzie się rozwijać podobnie do tej, jaką znamy z Afryki północnej. Po pierwsze prezydent al-Assad nie jest wieloletnim dyktatorem, a rządzi tym krajem dopiero drugą kadencję. Przyznać jednak trzeba, że jego ojciec, po którym przejął władzę pasował już do wizerunku krwawego despoty. Z drugiej strony para prezydencka stara się rządzić krajem w sposób – na ile to możliwe w Syrii – zachodni. Zanim prezydent został prezydentem był okulistą w jednym z Londyńskich szpitali, a jego żona jest urodzoną Brytyjką (islamskiego pochodzenia). Dobrze więc znają standardy zachodnie i starają się je skonfrontować ze światem muzułmańskim (sam Bashar nie jest muzułmaninem, a alawitą). Podobnie jak Mubarak w Egipcie próbuje dobrze się układać z Izraelem (w czasie pogrzebu Jana Pawła II podał rękę prezydentowi Kacawowi, czym wywołał niemał sensację, wycofał także wojska z Libanu), z drugiej jednak znowu strony przez USA cały czas uznawany jest za wspierającego terroryzm.

Kolej na przetarg

Urząd ogłasza przetarg na dostarczenie gwoździ na budowę. Wartość zlecenia: milion złotych. Zgłasza się jedna tylko firma i w ofercie mówi, że gwoździ nie ma, ale może dostarczyć młotki. Co prawda urzędowi młotki są kompletnie niepotrzebne, ale odpowiedź brzmi: "Bierzemy". Bo z tego miliona na gwoździe połowa jest z dotacji unijnych i jeśli się go nie wyda, będzie wyglądało na to, że urząd nie wykorzystuje w pełni naszego wejścia do Unii.

Absurd? Powyższe to tylko alegoria, tego co usłyszałem wczoraj w telewizji. Bo absurd ma większą skalę.

Ministerstwo infrastruktury położyło już podobno tory pod pociągi pendolino i rozpoczął się przetarg na dostawę pociągów. Tory dostosowano do pociągów z wychylnym pudłem; dzięki temu pociągi będą mogły jeździć o wiele szybciej. Zgłosił się tylko jeden oferent i powiedział, że co prawda nie ma pociągów "wychylnych", ale może dostarczyć te bez "wychylnego" pudła. Jeżdżą wolniej, ale ważne, że jeżdżą. 

Cezary Grabarczyk powiedział, że ministerstwo zastanawia się teraz czy pociągów tych nie wziąć. Bo jeśli nie weźmie, przepadnie 400 milionów z unijnej dotacji (drugie tylko Polska musi dołożyć sama). 

Ważne, że słupki się będą zgadzać 🙂

Jak kończą prawdziwi mężczyźni

Widzieliście na pewno tego typu filmy młodzieżowe: poniewierany przez innych w klasie uczeń któregoś dnia trafia do grupy, którą wszyscy znają w szkole. Dołącza do rówieśników, którzy są tak zarąbiści, że nigdy by nie pomyślał, że kiedyś przestanie być brzydkim kaczątkiem i stanie się jednym z nich.

Przychodzi jednak moment próby. Fantastyczni koledzy proszą naszego niedojdę by złamał prawo. Ukradł coś w sklepie, dokopał innemu ze szkoły, zacząć brać z nimi narkotyki… Nasz bohater staje przed trudnym wyborem: trzymać się swoich zasad moralnych lub złamać je bojąc się wypadnięcia z elitarnego klubu, do którego dopiero co dołączył. Koledzy podpuszczają, że nikt się przecież nie dowie i nasz bohater się łamie.

Ostatecznie jednak wszyscy się dowiadują, a nasz bohater znów staje się ofiarą. I to jeszcze większą, bo nie dość, że fantastic four znów wywala go ze swojej paczki, to wszyscy inni wiedzą jakim gnidą się okazał i na dodatek sam w sobie czuje się jak szmata.

* * *

Otóż panowie Miller i pan Kwaśniewski najwidoczniej filmu tego nie widzieli. Chwilę temu przyjęto ich do fantastycznego klubu szefów państw członkowskich NATO by zaraz potem Blair z Bushem zapytał ich czy nie mogli by nielegalnie potrzymać na terenie swojego kraju kilku panów i  przymknąć oko gdy ci będą torturowani. Nikt się przecież nie dowie.

I oto teraz mamy koniec tej historii. Cały świat czyta właśnie raport AI, w którym Polsce wytyka się łamanie praw człowieka. Z kraju, w którym łamano prawa człowieka w czasie drugiej wojny światowej, w którym wyrywano paznokcie za czasów komunistycznych nagle staliśmy się krajem, który dołącza do elitarnego klubu katów.

Rosyjski strzał w stopę?

Powszechnie się uważa, że dyplomacja rosyjska prowadzona jest na poziomie mistrzowskim. Rosyjsko-amerykańskie utarczki wokół tarczy rakietowej sprzed kilku lat porównywano do partii szachów, w której zwycięzcą został Kreml. Jednak ten szachista czasem popełnia błędy.

Według mnie takim błędem jest obecna reakcja Rosjan na szczyt czeczeński odbywający się w Polsce.

Po pierwsze wskutek nakazu zatrzymania Zakajewa od wczoraj wszystkie media wspominają rosyjskie zbrodnie, jakich dopuszczono się na Kaukazie. Przypomniano też zabójstwo Litwinienki, który był przyjacielem Zakajewa. Wizerunkowo Rosja odnosi więc całkowitą klapę. Polska i po części Unia Europejska stawia coraz głośniej pytanie dlaczego podczas gdy za 8 tysięcy ofiar przed trybunałem w Hadze stanął Miloczewić, przed owym trybunałem nie staje Putin, który odpowiedzialny jest za zabicie 250 tysięcy cywilów w Czeczenii. Polecam zdjęcia zamieszczone tutaj i od razu uprzedzam, że są naprawdę drastyczne.

Po drugie jeśli by wierzyć, że Rosji faktycznie zależy na zbliżeniu z Polską nakaz na pewno tego nie ułatwia. Nie sądze by ktokolwiek w rosyjskich władzach wierzył, że nakaz skończyłby się faktycznie deportacją. Scenariusz jest dobrze znany: sprawa Zakajewa trafi do sądu, organizacje czeczeńskie pokażą raporty Human Rights Watch i AI świadczące o spreparowaniu dowodów ze strony Rosjan, będzie prośba o wsparcie podobnymi dokumentami z Wielkiej Brytanii i Zakajew zostanie wypuszczony. W dyplomacji ochłodzi się pomiędzy Ławrowem a Sikorskim.

A może nie jest to strzał w stopę? Może Rosjanie są naprawdę arcymistrzem szachowym, który wie, że poświęcając teraz figurę, kilka ruchów dalej wygrają tę partię? Ma ktoś z Was pomysły jakie będą kolejne skutki wypuszczenia Ahmeda Zakajewa?

Paul Kagame znów prezydentem / Wybuchł (kolejny) granat

Niespodzianki nie było: obecny prezydent Paul Kagame został wybrany ponownie już na trzecią kadencję (druga była przedłużona za sprawą zmian w konstytucji zatwierdzonych w referendum). Wynik wyborczy prezydenta Kagame to 95% i według obserwatorów międzynarodowych głosy były oddawane i liczone bez fałszerstw.

Po ogłoszeniu wyniku wyborów wczoraj w centrum Kigali (gdzieś w tych okolicach) wybuchł granat wskutek czego zginęło 7 osób, a 20 zostało rannych. Granat został rzucony przez ekstremistów wywodzących się z Hutu, którzy twierdzą, że byli zmuszani do oddawania głosów na Paula Kagame.

Nie jest to pierwszy taki incydent w tym kraju, właściwie co roku zdarzają się podobne w rocznicę wybuchu ludobójstwa. Jednak chyba pierwszy raz aż tak wiele osób ucierpiało (okolice dworca autobusowego w centrum są bardzo zatłoczone) i chyba pierwszy raz usłyszałem o tym w serwisie informacyjnym w TVN24.

Szkoda, że o Rwandzie słychać tylko przy okazji takich złych wydarzeń. Choć właściwie we wtorek Jacek Pałasiński relacjonując wyniku wyborów opowiadał jak bardzo ten kraj się zmienił od czasów ludobójstwa. Zatem cofam pierwsze zdanie tego akapitu 😉

Więcej o wybuchu w relacji Radio France Internationale

Przyszedł do mnie radny

W poprzednim tygodniu zapukał do moich drzwi jakiś człowiek. Przedstawił się, że jest radnym i że zbiera podpisy za rozbudowaniem parkingu pod moim blokiem, bo prosili go o to mieszkańcy mojej ulicy. Oczywiście podpisałem, choć samochodu nie mam już od jakiegoś czasu. Po godzinie szesnatej nie da się właściwie zaparkować nawet na chodniku, a parkowanie na chodniku – od kiedy jestem tylko-pieszym – jakoś zaczęło mi przeszkadzać. 🙂

Chwilę poopowiadał jak ma wyglądać nowy parking, wtrącił co już załatwił. Na koniec zostawił wizytówkę i powiedział, że gdybym miał jeszcze jakieś lokalne uwagi śmiało mogę dzwonić i pisać maile.

Tak się powinno prowadzić właśnie kampanię wyborczą przed wyborami samorządowymi!

* * *

p.s. Dziś w nocy wysłałem do radnego maila z pytaniem czy dałoby się w okresie wakacyjnym wprowadzić nocne autobusy nie tylko w weekendy ale i przez cały tydzień. W tym roku Rynek Kościuszki w Białymstoku naprawdę żyje. Codzinnie są koncerty, tłumy turystów. Nie mamy się już czego wstydzić nawet według mnie w porównaniu z takim Poznaniem, aż trudno uwierzyć że kilka lat temu w wakacje jedyne co można było zrobić w Białymstoku to z niego wyjechać. Jedyny mankament którego władze niedopilnowały to właśnie brak całotygodniowych nocnych autobusów, pomimo, że miasto imprezuje już całotygodniowo.

Gęstnieje sytuacja w Rwandzie

Podobnie jak w Polsce, także w Rwandzie zbliżają się wybory prezydenckie. Z tego też powodu atmosfera wokół tego kraju, a także w nim staje się coraz bardziej gęsta. Bez obaw, jestem pewien, że po wyborach wszystko wróci do normy.

Im więcej obserwuję rwandyjską demokrację, tym bardziej jestem przekonany, że jest to demokracja na wzór kremlowski. Od dziesięciu lat ten sam prezydent, który także i w tych wyborach będzie startował i jestem pewien, że w nich zwycięży. Także podobnie jak w Rosji Putin/Miedwiediev oficjalnie cieszy się wysokim poparciem wśród obywateli, i podobnie jak w przypadku władz rosyjskich, nawet jeśli jest krytykowany za łamanie praw człowieka (The Economist napisał kiedyś, że nawet w rządzonym przez Mugabe Zimbabwe obywatele mają większe swobody wypowiedzi), to wszyscy równo przyznają, że w kwestiach ekonomii i gospodarki nie ma nic do zarzucenia, a inne kraje mogłyby z Rwandy brać przykład (nawet przez Polskę jakiś czas temu przewinęła się fala artykułów zachwycających się rozwojem tego kraju, a i ja co nieco też o tym pisałem).

To co skłoniło mnie do napisania tego wpisu, to aresztowanie kilka dni temu amerykańskiego prawnika w Rwandzie, które pokazuje w całości jak wygląda obecna sytuacja w Rwandzie i jak wygląda przywiązanie Paula Kagame do urzędu prezydenta.

Prawnik ów to Peter Erlinder, dość kontrowersyjny pan, który lubi podejmować się spraw, które w oczach opinii publicznej są skazane na przegraną. Swego czasu pomagał obywatelowi Kanady oskarżonemu (i skazanemu) o wspieranie al-Quaidy. Ostatnio dowodzi grupą prawników broniących przez międzynarodowym trybunałem ludzi oskarżonych o ludobójstwo w Rwandzie.

Został aresztowany w maju 2010, tuż po tym jak wylądował na lotnisku w Kigali, gdzie przyleciał bronić przed więzieniem rywala w prezydenckim wyścigu Paula Kagame, Victoire Ingabire wtrąconego do więzienia po oskarżeniu o wspieranie ruchów dążących do ponownego ludobójstwa w Rwandzie.

Tu mi się przypomina jak będąc w Rwandzie słyszałem, że wszyscy wspierają w tym kraju prezydencką partię RPF, bo jeśli ktoś jej nie wspiera od razu pojawia się podejrzenie o związki z ludobójcami. Tu też mi się przypomina Putin, który w podobny sposób czyścił opozycję przed wyborami parlamentarnymi czy prezydenckimi wtrącając jej członków do więzienia pod zarzutem działań antypaństwowych.

No więc Peter Erlinder nie godzi się na to by Paul Kagame przed wyborami prezydenckimi wsadzał do więzienia swojego wyborczego rywala, więc leci do Rwandy by go z tego więzienia wydostać. Czeka go jednak niemiła niespodzianka (choć nie do końca niespodzianka, bo był o tym przed przylotem uprzedzany): na lotnisku zostaje aresztowany pod zarzutem negowania faktu, że w 1994 doszło w Rwandzie do ludobójstwa.

Podobnie jak my mamy coś takiego jak kłamstwo oświęcimskie, za które można trafić do więzienia, podobnie w Rwandzie jest prawo, które zabrania twierdzić, że wcale nie było ludobójstwa. Jest to dość rozsądne i na takie ograniczanie wolności słowa się godzę.

Czy Peter Erlinder jednak faktycznie twierdzi, że do ludobójstwa nie doszło? Byłoby to nieco dziwne, biorąc pod uwagę, że przez trybunałem w Tanzanii broni ludzi z „plemienia” Hutu oskarżonych o owe ludobójstwo.

Otóż właśnie. Erlinder nie zaprzecza, że do ludobójstwa doszło, ale jedynie stwierdził, że „nie jest właściwym oskarżanie o przemoc tylko jednej ze stron konfliktu” („He doesn’t deny massive violence happened but contends it’s inaccurate to blame just one side.”). A stwierdzenia tego się dopuścił… w czasie obrony Hutu przed międzynarodowym trybunałem w Tanzanii.

Tu mi trochę witki opadają. Że nie tylko Hutu w czasie ludobójstwa zabijali Tutsi, ale także Tutsi w ramach odwetu zabijali Hutu czytałem w książkach wypożyczonych w rwandyjskiej bibliotece. Także w Rwandzie na ulicy słyszałem, że są teorie obwiniające Paula Kagame o rozpętanie ludobójstwa (choć są przez Rwandyjczyków odrzucane i także przeze mnie). Jakby nie było to należąca do Paula Kagame partia (a wtedy ugrupowanie zbrojne) RPF ostatecznie zwyciężyła walki w czasie ludobójstwa i albo wybiła albo wypędziła z kraju Hutu.

Tak więc Erlinder chyba nie powiedział nic, co by nie było prawdą (choć tu się nieco zasłonię tym, że być może cytat z jego wypowiedzi nie jest dokładny, a przytaczam go za Yahoo News). Ponadto nawet jeśli skłamał, czy obrońca, który przed sądem stwierdza, że jego klient nie jest do końca winien swojej winy, może zostać pociągnięty za to do odpowiedzialności?

W więzieniu (a właściwie areszcie) siedzi więc teraz nie tylko rywal Paula Kagame w wyborach prezydenckich, ale także adwokat owego rywala. Trochę mi szczęka opada jak doczytałem, że za swoja wypowiedź Erlinder może zostać w Rwandzie skazany na 25 lat więzienia.

Stany Zjednoczone już zaapelowały do rządu Rwandy o uwolnienie prawnika (Peter Erlinder jest obywatelem USA) jednak z jednej strony apel nie jest jakoś wyjątkowo silny, z drugiej strony wiem z obserwacji polityki Paula Kagame, że póki co uwolnienia na pewno nie będzie. Może po wyborach, ale póki co na pewno nie.

Premier posłuchał internautów, czy premier nie posłuchał internautów?

Właśnie media opiewają sukces internautów (czasami zwanych obywatelami), bo premier Donald Tusk pod ich wpływem ugiął się i wyrzucił  z ustawy hazardowej zapisy dotyczące rejestru usług i stron niedozwolonych.

Najpierw wyjaśnię o co chodzi, bo jak się okazuje spora część ludzi nie ma pojęcia co się rozgrywa mniej więcej od miesiąca lub nieco dłużej. Wiem, że tego bloga czyta całkiem sporo czytelników, których owe wydarzenia nieźle rozgrzewały na Wykopie, różnych forach czy własnych blogach, ale uwierzcie, że większość obywateli (czasami zwanych internautami) nie ma zielonego pojęcia o czym jest ten wpis, który się właśnie zaczyna. Przykładowo jakbym teraz zadzwonił do mojej mamy i powiedział, że „strony nie będą blokowane po adresach IP na polecenie sądu” prawdopodobnie by nie odpowiedziała, bo nie wiedziała by o czym ja w ogóle mówię. Ale nie tylko moja mama, także wielu moich rówieśników.

No więc wyjaśniam jak krowie na rowie. Jak ślepej kurze ziarno. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.

O aferze hazardowej słyszał chyba każdy z Was, więc od tego zacznijmy. Powołano komisję, która ma za zadanie aferę wyjaśnić, ale równocześnie premier zapowiedział, że hazard trzeba wyplenić. Tak więc zdelegalizował automaty do gier hazardowych, ale i też – o czym mniej osób wie – zdelegalizował hazard w internecie (którego jest całkiem sporo), a jak już to zrobił, postanowił, że trzeba jakoś go kompletnie wyciąć w pień.

Dlatego do ustawy antyhazardowej wpisano zapis o rejestrze usług i stron niedozwolonych. Chodzi o to, że sąd (pierwotnie rząd, ale to zmieniono w czasie prac nad ustawą) mógłby powiedzieć „ta strona jest nielegalna i wszyscy operatorzy internetowi muszą odciąć w Polsce do niej dostęp”.

Założenie było takie, że sąd nakazywałby blokowanie stron z treściami hazardowymi i pedofilskimi, co powierzchownie na pewno brzmi szczytnie, ale gdy się wgłębi w sprawę, tak kolorowo już nie jest.

Po pierwsze nie mamy gwarancji, że faktycznie blokowana będzie tylko pedofilia i hazard w internecie. Mamy długie tradycje w kwestii rządowej cenzury, zawsze nam mówiono, że to dla dobra obywateli, a jak było za komuny, wie każdy. Dlatego też nagle wszystkim pomysł PO skojarzył się z PRLem bis. Chyba słusznie.

Po drugie, nawet jeśli sąd faktycznie blokowałby tylko hazard i pedofilską pornografię, to jak rozpoznawałby która witryna ma takie treści? Co jeśli ktoś w komentarzu na jakimś forum, czy na jakimś blogu wrzuciłby anonimowo link do obrazka z rozebranym dzieckiem? A zapewne, gdyby strony stricte pedo-pornograficzne byłyby blokowane, takie akcje trollowania zaczęłyby się zdarzać często.

I po trzecie: w internecie nie da się zablokować dostępu do stron. Naprawdę się nie da. Póki strona istnieje faktycznie w sieci, nawet jak mi operator zablokuje do niej dostęp, obejście tej blokady zajmie mi góra minutę. A obejście to nazywa się proxy, słowo być może nie jest jeszcze znane wszystkim, ale po wprowadzeniu cenzury, na pewno zyskałoby na popularności.

To tyle jeśli chodzi o absurdalność pomysłu blokowania przez państwo jakichkolwiek stron.

Oczywiście w sieci z powodu pomysłu było bardzo gorąco, szczególnie z uwagi na fakt, że cenzury, nawet nieskutecznej, nikt tak naprawdę nie lubi. A tym bardziej jeśli próbuję ją wprowadzać partia, która nazywa się liberalną i która sporo głosów wyborców zyskała dzięki poparciu osób zaangażowanych kiedyś w walkę o polską niepodległość (Wałęsa, Bartoszewski…).

No więc premier zorganizował debatę z internautami, wysłuchał ich zdania i zapis o cenzurze wycofał. To słyszymy gdzieniegdzie od wczoraj.

A jak było naprawdę? Prześledźmy to, o czym media nie pisały (a przynajmniej nie wczoraj).

Po kolei.

Na niecałe dwa tygodnie przed debatą (która nie została jeszcze wymyślona) biuro analiz rządowych informuje nieoficjalnie premiera, że zapis o cenzurze prewencyjnej jest sprzeczny z konstytucją. Jeśli więc premier wpisze go w ustawę antyhazardową, trybunał konstytucyjny odrzuci całą ustawę (tak to działa: jeśli trybunał uzna, że jakiś element ustawy jest nielegalny, skreślana jest cała ustawa). A więc za sprawą tego zapisu może się okazać, że cały zakaz hazardu, zakaz grania na automatach może zostać skasowany przez trybunał.

Co robi premier? Według mnie to, co właśnie zrobił było jak do tej pory jego najlepszym posunięciem PRowym. Premier wie, że zapis musi zostać usunięty oraz wie, że obywatele internauci zapisowi się sprzeciwiają i przez to traci poparcie. Premier więc zapowiada, że zorganizuje debatę z internautami, na której wysłucha ich czule i jeszcze raz przemyśli czy wprowadzać tą całą cenzurę czy nie.  Według mnie jednak (zresztą nie tylko mnie) cała heca polega na tym, że ogłaszając debatę premier już wiedział jaki będzie jej wynik: niby pod wypływem głosu internautów (a tak naprawdę pod wypływem biura analiz rządowych) cenzurę z ustawy hazardowej skreśli.

Przebieg debaty (oglądałem w całości) tylko utwierdził mnie  w tym przekonaniu. Debata nie okazała się debatą (co zapewne było nieco nie na rekę premierowi, bo przez to o wiele sztuczniej wyglądało jego nagłe przejrzenie na oczy), premier siedział wyraźnie znudzony, praktycznie nie zabierał głosu, bo zabrać się nie dało. Cierpliwie udawał, że słucha jak dwudziesta osoba powtarza to, co powiedziało 19 osób przed nią. Różnice w wypowiedziach sprowadzały się tylko do podania różnych adresów stron, na których prelegent się udziela i które reprezentuje. Nawiasem mówiąc oglądając debatę uświadomiłem sobie na premiera ja się nie nadaję. Podziwiam faceta, że nie wstał i nie strzelił z liścia nastego prelegenta, który mówi to samo. Ja bym wstał i strzelił albo wyszedł. Tymczasem Tusk siedział twardo i choć na twarzy momentami widać było wkurwienie typu gościu weź już skończ to zaciskał zęby i siedział cicho.

Dopiero na koniec niczym deus ex machina premier (a właściwie jeśli dobrze pamiętam Rostowski) nagle wystrzelił z tekstem „Wiecie co? Macie rację, a ja jestem niezłym lamusem, wycofujemy cenzurę z ustawy”.

Uwierzcie, że te nagłe olśnienie polityków było ni przypiął, ni wypiął do całej debaty. Czterdziestu gości najpierw nudzi tak, że nikt ich nie słucha, a na koniec bez praktycznie żadnej dyskusji słyszymy oświadczenie, że wasze głosy zostały wysłuchane, poznajcie litość pana.

Co się wydarzyło po debacie?

Tydzień później biuro analiz rządowych oficjalnie podaje do wiadomości, że zapis o cenzurze byłby sprzeczny z konstytucją.

Dwa tygodnie po debacie media donoszą, że rząd posłuchał internautów i wycofał z ustawy zapis o cenzurze. Według internautów premier znów jest OK, a opozycja nie może zarzucić Platformie, że pod postacią ustawy antyhazardowej przygotowała bubla prawnego odrzucanego przez trybunał konstytucyjny.

Tak oto drogie dzieci piecze się dwie pieczenie na jednym ogniu.

Sikorski wygrywa w plebiscycie, Szmajdziński największym przegranym

OK, minęło właśnie południe, więc zgodnie z obietnicą kończę nasze mini głosowanie i publikuję wyniki. W zabawie wzięły udział 83 osoby. Czy to dużo czy mało? Nie wiem. Zdecydowanie za mało żeby uznać te wyniki za jakkolwiek reprezentacyjne, zdecydowanie dużo, jeśli wziąć pod uwagę, że badanie trwało tylko 24 godziny i miało raczej skromną promocję.

Oto sumaryczne wyniki badania:

lJak widać na załączonym obrazku największym wygranym wśród Was okazał się Radek Sikorski osiągając wynik 20%. Na drugim miejscu znaleźli się ex equo kandydaci abstrakcyjni: jeden abstrakcyjny Włodzimierz Cimowszewicz (abstrakcyjny, bo choć szanse na wygraną ma duże, upiera się, że startować nie będzie) i drugi abstrakcyjny Korwin-Mikke (abstrakcyjny bo jak zwykle przoduje we wszelkich rankingach internetowych, a jak przychodzi co do czego nikt praktycznie na niego nie głosuje, poza tym pamiętam, że już pare lat temu zadeklarował się, że w żadnych wyborach więcej nie weźmie udziału).

Kto jest największym przegranym? Według mnie Jerzy Szmajdziński. Dlaczego on, choć także Pawlak nie dostał od Was żadnego głosu? Ano dlatego, że Szmajdziński już jest oficjalnym kandydatem na prezydenta, dobrze pamiętam jak ogłaszano to w telewizji na jakimś spędzie SLD, a jego współpartyjniacy nawet nie potrafili udawać, że wierzą w jakiekolwiek szanse na jego wygraną. Waldemar Pawlak natomiast o ile wiem póki co nie zgłosił swojej chęci startowania w wyborach. Szkoda, bo już nie mogę doczekać się jak znów charyzmatycznie wykrzykuje swoje „Wojnaaaa! Idziemy naaa wojneee…” 😉

Kim są tajemniczy Others? Pozwoliłem Wam na wpisywanie własnych preferencji, gdybym o kimś zapomniał. I byli to:

  • Adam Zygadlewicz (1 głos)  🙂 Na pewno domyślacie się, że głosujący przyszedł na ankietę z Flakera (Adam jest twórcą Flakera)
  • Lech Wałęsa (1 głos)
  • inny (1 głos)
  • Jacek Majchrowski (1 głos)
  • Krzysztof Kononowicz (1 głos, jak żem mógł o nim zapomnieć?)
  • Roman Kluska (1 głos)
  • Ryszard Kalisz (1 głos, btw, jak coś przypominam wszystkim, że Rysiek w 2006 roku na antenie trójki za kadencji PiS zapowiedział, że jest to jego ostatnia kadencja i nie wystartuje już w kolejnych wyborach parlamentarnych; kadencja PiS się skończyła, Rysiu dalej jest)
  • żaden z powyższych (1 głos)

A kto głosował? Oto wykres:

Jak widać, choć ankiety nie wykopywaliście to i tak stamtąd najczęściej na nia trafialiście. Na drugim miejscu jest Flaker, a na trzecim, choć nie do końca jestem pewien czy nie powinien być na drugim opcja „jakiś blog internetowy” (bowiem w others najczęściej wpisywaliście adres mojego bloga)

Miałem zamiar sprawdzić czy preferencje Wasze różnią się jakoś ze względu na Wasze internetowe pochodzenie. Próba jest mała, ale zobaczmy przynajmniej Flakera i Wykop.

I tak Wykop głosował:

Jak widać wyniki właściwie nie odbiegają od ogólnych, przynajmniej jeśli chodzi o czołówkę. Wykres pomija tych kandydatów, którzy z danego źródła nie otrzymali ani jednego głosu.

A na Flakerze:

Tu jak widać wyniki są znacznie inne, ale według mnie głównie z uwagi na małą ilość osób głosujących z Flakera. Ciekawy jest brak głosów na Radka Sikorskiego

I jeszcze link do pełnego arkusza danych, gdyby ktoś chciał sam zrobić jakieś zestawienie.

Po co zrobiłem te badanie? Zastanawiałem się czy to ja jestem nienormalny, że uważam za pomyłkę próbę wystawienia Komorowskiego jako kandydata na prezydenta, czy jednak i inni tak sądzą. Okazało się więc jednak, że chyba ze mną wszystko OK, także tylko dla jednej osoby spośród Was człowiek ów wydał się sensownym kandydatem w wyborach 🙂

p.s. co sądzicie o zabawie? Jeśli podobało się Wam, jeśli przyjemnie się Wam czytało powyższe wyniki, mogę taką zabawę organizować częściej, choć polityka nie jest moim głównym zainteresowaniem