Pamiętacie jak kilka razy na blogu zapowiadałem, że jesienią tego roku polecę do Syrii? No więc właśnie chwilę temu kupiłem bilet, tyle, że nie do Syrii, a Gruzji, a decyzję o zmianie podjąłem w ciągu ostatnich dwóch dni.

Syria jest fajnym krajem i na pewno chcę tam kiedyś się znaleźć. Bilet lotniczy kosztuje – jeśli się go kupi dostatecznie wcześniej – około 1250zł w obie strony. Linie lotnicze Malev, z Warszawy do Damaszku z jedną przesiadką. Już dawno sobie zaplanowałem, że 15 lipca to ostateczny termin, kiedy dokonam zakupu. Potem cena może urosnąć nawet o kolejne 400zł.

Czekałem jednak do 15 lipca bo cały czas przeglądałem oferty czy przypadkiem nie trafię nic taniej. Z tego też powodu już chyba z pół roku w RSSach mam quasi-blog fly4free.pl, który zamieszcza wyłapane promocje po całym świecie (Barcelona za 60zł, Ameryka Południowa poniżej 2 tysięcy). Nic jednak się ciekawszego na trascie do Syrii nie pojawiało.

Aż do przedwczoraj. W poniedziałek na fly4free pojawiła się informacja o promocyjnym locie, tyle że do Gruzji. Ale cena – 566zł w obie strony – sprawiła, że miałem naprawdę wielki problem :) Niby przygotowuję się do Syrii, czytam, szperam, paszport pod wizę rozkładam, a tu nagle o połowę taniej, bez wizy, bez przesiadki z Warszawy do samego Tbilisi.

Raz się jednak żyje. Syria przecież nie ucieknie, tym bardziej, że może dalej na nią czekając jednak w końcu pojawi się jakaś wypaśna promocja. Tymczasem Gruzja zawsze była jednym, z tych krajów, które kiedyś odwiedze. Dlaczego więc nie teraz?

Kiedy to do Was piszę, bilet do Tbilisi mam już kupiony :) Czekajcie więc cierpliwie na opis mojego tuptania po Gruzji :)

Pierwszy komentarz

Jakiś czas temu wzruszałem się tutaj jakim to fajnym serialem jest My Name Is Earl, dziś będzie o serialu jeszcze lepszym.

Nie wiem co wokół serialu The Office – bo o nim teraz mowa – dzieje się w Stanach Zjednoczonych, ale jestem całkiem pewien, że dorównuje on obecnie popularnością serialowi Przyjaciele w czasach jego świetności. Świadczyć może o tym to, jak często na różne wzmianki odnośnie Biura trafiam w tej amerykańskiej części sieci. Choćby na przykład dziś, ktoś na diggu dał powiększenie dyplomu Michaela wiszącego w jego biurze. Kilka dni temu moim Google Readerem wstrząsnęła wiadomość o tym, że aktor grający Michaela ma zamiar odejść z serialu. Miesiąc temu Amerykanie śmiali się z tej fotografii, podczas gdy przeciętny Polak zapewne nie wiem co w niej może być specjalnie śmiesznego.

Jakby nie było, internet mi podpowiada, że oglądam ten serial razem z zapewne milionową widownią po drugiej stronie Atlantyku. Tymczasem do obejrzenia The Office na razie udało mi się skłonić jedną osobę i po kilku odcinkach, podobnie jak ja, została fanem owego serialu. Ja obejrzałem już wszystkie odcinki (czyli jak na tą chwilę 118).

Czym jest The Office, serial, który w Polsce nie jest wyświetlany przez żadną telewizję, a tymczasem na świecie doczekał się już wielu „lokalizacji” (własne wersje ma telewizja kanadyjska, brazylijska, czilijska, niemiecka, a sam The Office oryginalnie był serialem brytyjskim)? Niby nic wielkiego: opowiada o firmie sprzedającej papier do drukarek. Jest szef (Michael Scott), jest sekretarka (Pam), dział sprzedaży (w którym najważniejsze postacie to Jim i Dwight) oraz dział kadrowy. Aha, jest też koleś z działu kontroli jakości ;) (puszczone oczko zrozumieją osoby, które serial widziały). Serial opowiada o tym jakim dupkiem może być szef, jak wkurzający może być twój współpracownik z sąsiedniego biurka, jest też biurowy romans (albo biurowe romanse). I tyle. Kurcze, raczej poprzednimi zdaniami nie zachęciłem Was do obejrzenia, co? ;) To tak jakbym napisał, że serial Przyjaciel jest serialem o grupce zwykłych ludzi.

Ciekawa jest forma w jakiej kręcony jest serial. Jest to tak zwane mockumentary czyli coś pozorowanego na dokument. Bohaterowie często zwracają się bezpośrednio do kamery, kamera często filmuje ich z ukrycia, wykorzystane są ujęcia z kamer przemysłowych. Całość ma sprawiać wrażenie dokumentu opowiadającego o pracy w biurze; jest jednak oczywiście reżyserowana. Z mockumentary spotkaliście się na pewno oglądając Blair Witch Project czy też odcinki My Name Is Earl, kiedy to gościł u głównego bohatera program Cops.

Najważniejsze w serialu są osobowości wszystkich bohaterów, specjalnie groteskowo przesadzone. Jedyne normalne osoby w biurze to sekretarka Pam oraz sprzedawca Jim. Obok nich wszyscy inni mają jakieś wady. Michael Scott to szef będący totalnym idiotą (ale jak się często okazuje o wielkim sercu). Dwight Shrute – sprzedawca z sąsiedniego biurka względem Jima – to koleś, który zrobi wszystko by przypodobać się szefowi. Kelly jest intelektualną blondynką (choć włosy ma czarne, jak przystało na hinduskę), jest też kobieta z totalnie niską samooceną, jest facet, który nie ma pojęcia co robi w tej firmie, jest zimna suka i inne archetypy.

Stałym elementem serialu są dowcipy jakie robi Jim (czasem w asyście Pam) dla Dwighta. Oto krótki filmik ze zbiorem kilku z nich. Nie wiem czy potrafi on rozśmieszyć kogoś, kto jeszcze serialu nie widział, ale proszę bardzo:

http://www.youtube.com/watch?v=3Pw_eX97TUw

To tyle :) Jest tu ktoś poza mną, kto ten serial oglądał? :)

* * *

Trochę się boję, że serial ten nigdy nie trafi do polskiej telewizji w wersji amerykańskiej, a jedynie obejrzymy jego lokalizację. :( Kiedy pomyślę co np z oryginalną Nianią zrobił TVN, przychodzą mi pesymistyczne myśli.

Komentarzy: 8

Kolejna, osiemnasta i –  jak się dowiedziałem ostatnia już na szczęście – moja wyprawa do Zakopanego przybrała nieoczekiwany przebieg. Gdzieś pod Kielcami o drugiej w nocy w świetle reflektora zobaczyłem głowę sarenki, tak mniej więcej 4 metry od samochodu i w czasie mniejszym pewnie niż 1/4 sekundy ciało doczepione do owej głowy zrobiło porządne wgniecenie w samochodzie.

Z jednej strony zgadzam się z opinią przybyłych na miejsce zdarzenia policjantów, że winę tutaj ponosi sarna, bo gdy jedziesz sto kilometrów na godzinę, w dodatku po czymś co wygląda jak droga ekspresowa (drogą ekspresową nie jest, ale po obu stronach są barierki i na środku wysepka z barierkami) nie masz szans w cztery metry wyhamować gdy wbiega ci pod koła zwierze. Z drugiej strony szkoda zwierza, nieważne jak głupim zwierzem jest.

Choć w pierwszej chwili podejrzewałem, że to będzie już koniec mojej wyprawy – spod samochodu wypływała coraz większa kałuża czegoś co wziąłem za płyn chłodniczy, reflektor nie działał, a cały przód był ogólnie pogięty – na miejsce dojechałem jeszcze tej samej nocy. Kałuża była kałużą płynu do wycieraczek, a naprawa reflektora sprowadziła się do ponownego podłączenia rozłączonej siłą uderzenia wtyczki.

W Zakopanem lekarz spojrzał na mnie, powiedział, że wszystko jest ok (to jest k*wa najlepsze: raz na pół roku muszę przejechać całą Polskę, potem wrócić przez całą Polskę, czasem zaliczyć bonus w postaci sarnich flaków na samochodzie, tylko po to by lekarz spojrzał na mniej i powiedział, że wszystko jest ok) i następną wizytę mam za trzy lata, przy czym nie jest ona już obowiązkowa. Pozwolę sobie więc nie skorzystać.

Trzeba będzie na przyszłość zmienić upodobania i na podróże wybierać raczej dzień niż noc. Bo jestem pewien, że nawet jakbym jechał cały czas szepcząc sobie pod nosem „uważaj na sarenki, uważaj na sarenki” jak drugi raz taka Bambi wwaliła by mi się pod koła, znów by przegrała ten wyścig. W 4 metry przy 100kmh nawet nie zdąży się przełożyć nogi z pedału gazu na pedał hamulca. Zresztą i przy 50kmh też raczej nie.

* * *

Zastanawiam się jak długo trzeba czekać na pierwszy komentarz pod wpisem, w którym ktoś nazwie mnie piratem drogowym, za to, że przyznaję się publicznie, że przy ograniczeniu do 90kmh jadę setką. I to w środku nocy!

Komentarzy: 5

Jedną z moich licznych wad mózgu – jak nazywam wszelkie ludzkie odchyły od przeciętności, zarówno te na plus, jak i minus – jest to, że gdy poznaję jakąś nową informację, staram się ją zweryfikować. Św. Tomasz z Akwinu mawiał: „Bałbym się człowieka, który wiedzę czerpie z tylko jednej książki”.

Przed wyjazdem do Rwandy mieliśmy trening, a w czasie treningu testy z psychologami czy się nadajemy na taki wyjazd. Poległem na jednym zadaniu (ale bez obaw, na innych poszło mi całkiem ok). Zaczynało się ono mniej więcej od słów „13 maja 2001 roku, w niedzielę grupka ludzi postanowiła…” cośtam cośtam. Zadanie polegało na sprawdzeniu czy owa grupka prawidłowo zaplanowała sobie rozwiązanie jakiegoś tam projektu związanego z pomoca afrykańskiej ludności, czy coś w tym stylu. Niestety nie pamiętam treści zadania, bo cały czas na jego wykonanie spędziłem sprawdzając czy 13 maja 2001 roku faktycznie była niedziela. (Dla ciekawych podpowiem, że była, jednak wyliczenie tego na papierze zajęło mi sporo czasu; niestety wśród licznych wad mózgu nie mam zdolności typowych dla sawanta).

I tak już mam w życiu. Co chwila coś sprawdzam. Dlatego też niezmiernie długo mi zajmuje czytanie strony Demotywatory.pl. Co chwila pojawia się niby demotywator, w którym albo ktoś dowodzi, że Gauss wymyślił krzywą Gaussa gdy był w szkole podstawowej (nie, nie wymyślił jej wtedy, co sprawdziłem), albo, że Adolf Hitler przywiózł na pogrzeb Piłsudskiego wielki winiec pogrzebowy (jeśli pamiętacie tamten demotywator: Hitler nie przyjechał na pogrzeb Piłsudkiego, ale faktycznie urządził uroczystości żałobne w III Rzeszy).

Albo na przykład wielka rewelacja, że na produkcję pałeczek do ryżu zużywa się 1,7 mln metrów sześciennych drewna lub 25 milionów dorosłych drzew (sorry, ale ja od razu widzę, że jeśli by to była prawda, wychodziłoby że aby uzyskać jeden metr sześcienny drewna trzeba ściąć ponad 14 drzew).

Dziś jednak Demotywatory pobiły jak dla mnie rekord, a rekordowy jest demot doszukujący się podobieństw między śmiercią Lincolna a Kennedy’ego. Tylu bzdur w jednym obrazku juz chyba dawno nie widziałem :)

Dla porównania, oto demotywator w oryginale:

A oto demotywator z moimi korektami i moim podpisem:

Jak widać ludziom można wcisnąć każdą głupotę, byle wyglądała atrakcyjnie.

btw, jeśli ktoś chce wysłać mój demot na główną demotywatorów, to zapraszam pod ten link :)

Komentarzy: 36

Tydzień temu byłem w MediaMarkt i wypatrzyłem sobie fajny telewizor: Toshiba 40 LV 685 DG. W dość atrakcyjnej cenie, bo coś około 1800 złotych, to naprawdę mało jak za 40 cali LCD.

Mam jednak tak, że zanim nie sprawdzę ceny w innych sklepach, nie kupuję rzeczy powyżej kilkuset złotych. Wróciłem więc spokojnie do domu i sprawdziłem na ceneo. Akurat tam też w najtańszym sklepie kosztuje około 1800 złotych, więc spoko. Właściwie nie ma różnicy czy kupić go w MM czy zamówić do domu przez internet.

Wczoraj jednak na flakerze matipl dał cynk, że dziś wszystkie ceny w MediaMarkt obniżone są o VAT czyli 22%. Wow, czyli mógłbym go dziś kupić za naprawdę śmiesznie niską cenę 1475 złotych. 40 cali!

Oczywiście wziąłem kartę płatniczą i wybrałem się do sklepu. Szaleństwo, nigdy nie widziałem tam tyle osób kupujących elektronikę. Normalnie pracownicy z nudów oglądają sobie filmy na jakimś kinie domowym, dziś ludzie ustawiali się do nich w mini kolejki.

Trudno mi było znaleźć ową Toshibę, nawet przez chwilę myślałem że się spóźniłem i już kupili.

Ale jest! Stała w nieco innym miejscu, ale ta sama. Obok ceny oczywiście kartka, że 2 maja 2010 wszystkie ceny należy podzielić przez 1,22 i jak coś to pracownicy służą kalkulatorami.

Ale cena jaka widniała dziś przy tym telewizorze to nie 1800 złotych tylko… 2299 złotych!

Wyjąłem kalkulator, podzieliłem tą kwotę przez 1,22 i wyszło mi 1884 złotych.

Rozejrzałem  się po sklepie. Podjarani ludzie ładowali do koszyków wieże, oglądali laptopy, sprzedawca jakiejś kobiecie podawał zapakowany w pudełko monitor komputerowy. Czyli innymi słowy robił ją po prostu w chuja.

Oczywiście wyszedłem. Jednak kupię przez internet, nawet jeśli miałbym zapłacić drożej.

Komentarzy: 59

Ostatnia tragedia uświadomiła, przynajmniej mi, że mimo wszystko telewizja jest nadal najbardziej wiarygodnym źródłem informacji. I wcale nie chodzi mi o to, że w internecie obecnie po kilku dniach od katastrofy łatwiej jest trafić na artykuł o tym, że samolot spadł w skutek syjonistycznego zamachu.

Pierwszym miejscem, gdzie dowiedziałem się, że samolot prezydencji rozbił się pod Smoleńskiem była Wirtualna Polska. Niby całkiem wiarygodne źródło informacji, ale gdy zobaczyłem tytuł o tym mówiący, pierwsze co mi przyszło do głowy, to że WP znów tytułem próbuje zwiększyć sobie ilość kliknięć.

Drugie co mi przyszło do głowy, to aby włączyć telewizor. I wtedy już byłem pewien, że to nie żart.

W filmach często możemy spotkać scenę kiedy gdy coś istotnego się dzieje, jedna postać dzwoni do drugiej i mówi aby szybko włączyła telewizor. Podejrzewam, że ta scena jeszcze długo nie zostanie zastąpiona sceną, w której jedna postać twituje do drugiej aby szybko weszła na facebooka.

Internet to śmietnik i informacje jednak wolę się udać do telewizji, nawet jeśli muszę przy tym godzić się na jakąś ich odgórną moderację czy cenzurę.

Komentarzy: 2

Dziś trochę ciekawostka. Gdybym nie dał spojlera w temacie, zapewne nie zgadlibyście kim jest ta kobieta ze zdjęcia poniżej:

Tak ta kobieta z całkiem niezłą figurą w całkiem seksownej sukni to naprawdę muzułmanka. I nie jakaś muzułmanka mieszkająca z daleka od świata islamu, ale mieszkająca właśnie w islamskim kraju, wielokrotnie oskarżanym przez USA o wspieranie terroryzmu (moim zdaniem niesłusznie, bo jedyna wina tego kraju póki co to dobre stosunki z Iranem). Kobieta jest Syryjką. Choć urodzona w Londynie, obecnie jest żoną prezydenta tego kraju, Bashara al-Assada. Kobieta ma na imię Asma al-Assad (swoją drogą bardzo ładne imię, znam jedną białostoczankę o takim samym imieniu i od razu mi się spodobało).

Syria wbrew pozorom nie  jest krajem twardogłowych ajatollahów i jest jednym z moich marzeń podróżniczych (mam nadzieję, że uda mi się je spełnić jeszcze w tym roku). Ponoć jest to kraj pełen otwartych na innych ludzi, a to bardzo cenię we wszystkich podróżach (dlatego tak bardzo spodobała mi się Rwanda).

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie by udowodnić, że 35-letnia pani Asma  ma piękną nie tylko figurę ;)

Komentarzy: 5

Czy tam po prostu trafiają niedołęgi?

Wczoraj – zapewne z okazji gali rozdania Oskarów – na TVP1 mogliśmy obejrzeć świetny, nowy  film (zresztą też laureat Oskarów) „Aż poleje się krew”. Gdyby to był TVN (czy nawet Polsat) film zostałby nadany nie w niedzielę po 22:00, a w sobotę o 20 przy największej oglądalności i zapewne przez miesiąc przed pokazem zapowiedź filmu byśmy widzieli w każdym bloczku reklamowo-zapowiedziowym.

Jak było na TVP1? Zero zapowiedzi. Na film trafiłem przypadkiem i chętnie obejrzałem, mimo tego, że już widziałem dwa razy.

Dziś o 23:45 na TVP INFO zostanie pokazany „Królik po berlińsku” czyli nasz kandydat do oskara z wczoraj. Nagrody nie wygrał, ale to chyba nie jest powód, by puszczać film o północy, bez większych zapowiedzi i to w kanale o małej oglądalności.

W TVP albo pracują kołki, albo ktoś specjalnie sabotuje marketing tej spółki. Drogie (zapewne) filmy puszczane są w taki sposób aby nikt ich nie obejrzał, a stacja zanotowała straty. Obstawiam mimo wszystko kołki, bo praktyka taka trwa w tej stacji już od bardzo dawna.

Komentarzy: 2

W ten weekend odkryłem przypadkiem swojego sobowtóra; nie z wyglądu, a z głosu.

Jest nim Bartek Filipiuk, który prowadzi stronę o Drupalu i zamieszcza tam filmy pokazujące jak używać tego softu. Jak włączyłem sobie taki filmik, normalnie poczułem się jakbym sam go nagrał :)

Przykład głosu Bartka: ten film

Przykład mojego głosu: nagranie dla radia

Wiem, że nie jest to idealnie to samo, ale innych nagrań publicznie dostępnych nie mam. Na innych wypadam bardziej podobnie do tego głosu z filmu.

Nie wiedziałem, że można mieć sobowtóra fonicznego, a tym bardziej nie spodziewałem się, że mi to się przydarzy :) A może mi się wydaje?

Pierwszy komentarz

Nikt dotąd nie dzwonił do Ciebie z pytaniem na kogo zagłosujesz w wyborach prezydenckich? Do mnie też nie ;)

Dlatego postanowiłem wszystkim chętnym dać okazję do podzielenia się informacją na temat swoich preferencji wyborczych. Proszę, oczywiście jeśli chcesz, o wypełnienie tej krótkiej, dwupytaniowej ankietki:

http://bit.ly/bIU2Po

„Badanie” trwa do czwartku do godziny 12:00. Wtedy też opublikuje wyniki.

Jeśli chcesz pomóc:

Pierwszy komentarz