Stałem dziś na przystanku i czekałem na autobus. Upał jak nie wiem. Obok żul w pełnym garniturze grzebał w przyprzastankowym śmietniku. Wyjął kilka puszek, znalazł na w pół wypitego szejka (widać komuś wcześniej właśnie podjechał autobus). Żul otworzył szejka, wyciągnął słomkę i wypił jednym chałstem tę roztopioną breję.

Mniej więcej w tym samym czasie w słuchawkach w uszach usłyszałem, że coraz  więcej ludzi nie kupuje warzyw bo boi się, że mogą się czymś zarazić.

Komentarzy: 2

A, pomyślałem że mogę się pochwalić raz na jakiś czas internetowymi odkryciami ;)

new.flaker.pl – wygląda na to, że flaker, choć z dnia na dzień coraz bardziej popsuty i z coraz mniejszą ilością ciekawych ludzi, to jednak będzie żył :) Bardzo fajnie, bo to mój ulubiony serwis mikroblogowy i piszę tam zdecydowanie częściej niż tu na swoim blogu.

Webpage Screenshot – świetna wtyczka do Chrome pozwalająca robić zrzuty ekranu i – co ważniejsze – dodawać do nich opisy, szlaczki, strzałki… Na pewno się przy przy wymienianiu korespondencji z klientami. (wtyczka też odkryta dzięki flakerowi)

Dodaj komentarz

Na Flakerze ktoś mnie właśnie natchnął do zwierzeń na temat nauki. Jako, że ostatnio nie mam pomysłów na dobre wpisy, to pomyślałem, że może to jednak okaże się godne umieszczenia tutaj, nad tą panią co stoi obok gałęzi i się na Was patrzy (teraz to dopiero Was zacznie irytować ;) )

Zawsze się o mnie mówiło: zdolny ale leniwy. Myślę, że wielu z Was też to słyszało. Nigdy niby nie miałem problemów ze zdaniem z klasy do klasy, nigdy też nie miałem specjalnej ambicji by na świadectwie mieć same piątki. Żartowałem sobie nawet, że jestem Człowiek Pi, bo moja średnia bardzo czesto wynosiła właśnie 3,14. I tak sobie się prześlizgiwałem z klasy do klasy. Przez podstawówkę, przez liceum (ja jestem z tych starszych, co do gimnazjum nie chodzili) i przez pierwsze trzy lata studiów. Po trzecim roku jednak coś mną musiało mocno trzepnąć, tak mocno, że po niemal oblaniu roku, zostałem stypendystą. 

Aha, muszę tutaj wtrącić dla wszystkich, tych, którzy czytają ten wpis z nadzieją, że  będzie coś o amfie, jodze  czy innych dziwactwach, które niby magicznie w jedną chwilę zrobią z nas geniuszy, to sorry batory. Ten wpis będzie o systematycznej, metodycznej nauce. Ciężkiej, długotrwałej, ale z jednym pewnikiem: na pewno skutecznej. Metodą na jaką wpadłem, jestem pewien, że mógłbym nauczyć się liczby Pi do milionowej cyfry po przecinku czy też wszsytkich ulic we wszystkich miastach Polski. Wymagać to będzie dużo czasu, ale na 99% nauczę się tego. 

No więc na trzeci rok studiów poszedłem z debilnym przekonaniem. W wakacje spotkałem człowieka, który przy piwie i ognisku wytłumaczył wszystkim zgromadzonym, że skoro skończyliśmy już dwa lata studiów, nikt na pewno nas nie uwali. Bo przecież w te dwa lata Państwo Polskie wwaliło tyle kasy w naszą edukację, że wywalenie nas teraz z uczelni byłoby fatalnym błędem ekonomicznym. I dlatego teraz studia będą już łatwe i właściwie uczyć się nie musimy.

O tak. Byłem wtedy naiwny. Na tyle naiwny, że wierzyłem, że w Polsce ktokolwiek martwi się tym, na co idą publiczne pieniądze :) Ba, że martwią się tym profesorowie, wśród których był i taki, który nam wprost w twarz mówił, że w gruncie rzeczy studenci są dla nich tylko balastem, przeszkadzającym w prowadzeniu badań naukowych. 

…i przez owe debilne przekonanie, trzeci rok skończyłem w ten sposób, że na sześć egzaminów, pięć nie zdałem.

Wtedy przyznam, że poczułem się jak kompletny debil. Pamiętam spojrzenia innych gdy wspominałem ile egzaminów uwaliłem. Nie było to przyjemne. 

Na szczęście były przede mną jeszcze jesienne poprawki. W tym całym stresie i chęci udowodnienia, że jednak debilem nie jestem wypracowałem sobie bardzo dobrą metodę nauki. Tak dobrą, że owe cztery egzaminy zdałem na same piątki (pamiętam zaskoczenie profesorki od genetyki, że można tak się podnieść), a w czwartym roku na koniec miałem taką średnią, że pierwszy raz w życiu załapałem się na stypendium naukowe. Trochę wtopa, bo gdy odkryłem idealną metodę nauki, studia musiałem już kończyć. 

Na czym polega ta metoda? Jak wspominałem jest potwornie trudna, ale na szczęście sam poczatek jest bajecznie prosty. 

Na samym początku weź podręcznik, zeszyt i długopis. (Mówiłem, że proste). Zacznij czytać podręcznik, ale nic nie zapamiętuj. To znaczy nie staraj się nic zapamiętywać, niech się zapamiętuje samo. Kompletnie zero wysiłku. 

Wszystko co musisz tutaj robić, to po każdym akapicie zatrzymać się i zadać sobie pytanie: na jakie pytanie ten akapit jest odpowiedzią? I potem to pytanie zapisać. 

Doszedłem bowiem – jak się potem okazało do genialnego – wniosku, że każdy akapit to jedna myśl. Jeden mem, jeden bit informacji. Autor podręcznika po to dzieli tekst na akapity, aby właśnie odseparować od siebie informacje. I każdy akapit odpowiada na jedno konkretne pytanie. 

Przykładowo, pierwszy akapit tego wpisu odpowiada na pytanie "skąd wziął się pomysł na ten wpis". Ten natomiast akapit rozwiązuje zagadkę o treści "podaj przykłady pytań, na jakie akapity mogą odpowiadać". 

I tak jest w każdej książce. 

Zatem czytamy cały podręcznik, całe 700 stron chemii organicznej i zamiast wkuwać treść na pamięć, po każdym akapicie zatrzymujemy się i zapisujemy pytanie. "Czym jest chromatografia?" "Jaka jest podstawowa różnica między kwasami tłuszczowymi nasyconymi i tymi nienasyconymi?". I tak przez 700 stron, co strona warto sobie jakoś odznaczyć na liście pytań na której stronie jest na nie odpowiedź. 

Jest to dość proste, trwa długo (bo w końcu mamy do przeczytania 700 stron) i na koniec mamy zarąbistą listę kilku tysięcy pytań :)

Teraz – niekoniecznie od razu – czytamy listę owych pytań i odpowiadamy na nie. Bez patrzenia do książki. Jeśli nie potrafimy odpowiedzieć, pytanie zostawiamy. Jeśli odpowiedzi nie jesteśmy pewni, pytanie zostawiamy. Jeśli odpowiedź jest banalna – pytanie jakoś wykreślamy. 

Z doświadczenia wiem, że po takiej zabawie 20% pytań zostanie wykreślone.

Teraz zaczynają się schody. Pozostałe pytania musimy w tekście książki odnaleźć i odpowiedzieć na nie. 

Potem kolejna runda bez książki. Zostawianie pytań, wykreślanie, szukanie na nowo. I kolejna runda. 

Tak, jest to nurzące, ale ostrzegałem. Motywacją dla mnie była wiara, że w ten sposób wykuje wszystko na amen.

Dodatkowo urozmaiciłem sobie nieco kolejne czytania pytań w ten sposób, że nie czytałem ich sobie, a innym ludziom z roku :) Wsiadałem w samochód, jechałem do kogoś, i proponowałem, że odpytam tę osobę z materiału. I potem do nastepnej osoby, następnej… Fajnie jest być studentem zmotoryzowanym ;)

Na koniec (niestety nie mogę powiedzieć po ilu iteracjach) mamy całą kartkę pełną skreślonych pytań. To znak, że z egzaminu będzie piątka.

Co więcej, jak się przekonacie, będzie w tej chwili z Was taki kujon, że jak ktoś Was zapyta tuż przed egzaminem "wymień rodzaje mutacji genomowej", nie tylko udzielisz mu prawidłowej odpowiedzi, ale dodatkowo powiesz, na której stronie jest to w książce i który to był akapit ;)

Pierwszy komentarz

3:22

Fajnie jest tak czasem sobie nie pospać w nocy. Nawet jeśli jutro z rana trzeba jakoś zacząć podróż do Łodzi. W internecie już pusto, wszystko słonka na GG poszły spać, a ja siedzę i oglądam kolejny wykład o programowaniu :)

(uprzedzam, że ten wpis powstał tylko dlatego, że przemyślenia w nim zawarte są o 180 stopni różne od tego, co myślę o niespaniu na codzień)

Dodaj komentarz

Trafiłem dziś na fajny obrazek przedstawiający mapę USA z podziałem na poszczególne stany. Tylko, że stany nie były podpisane swoimi nazwami. Zamiast tego ktoś wpisał nazwę stanu do Google i na mapę naniósł pierwszą automatyczną podpowiedź, jaką podsunęła ta wyszukiwarka.

Pomyślałem jak by wyglądała taka mapa dla naszego kraju. Znalazłem obrazek, wpisałem w  google nazwy poszczególnych województw, przepisałem na obrazek. I oto wynik:

O ile w przypadku Stanów Zjednocznych mapka jest zabawna, to nasza mapka co najwyżej bywa zabawna w niektórych województwach. Bo w niektórych aż się robi smutno, że właśnie takie wyrażenia ludzie wpisują najczęściej w wyszukiwarkę. I popatrzcie jak często się to powtarza.

P.S. Sorry za literówki na mapce. Dopiero teraz je widzę

Komentarzy: 7

Jest czwarta nad ranem, a ja właśnie jestem zachwycony! Właśnie skończyłem oglądać film i jestem pewien, że trafi on na moją listę filmów ulubionych. Film, który obejrze na pewno jeszcze dziesiątki razy.

Ten film to „Nazywam się Khan”, po prostu rewelka. Połączenie Forresta Gumpa ze Slumdogiem i z dokładką kilku nowych rzeczy. Film o upośledzonym umysłowo facecie islamskiego pochodzenia, który przemierza Stany Zjednoczone bo chce spotkać się z prezydentem tego kraju. By mu powiedzieć, że nazywa się Khan i nie jest terrorystą.

Tyle, bo nie wiem co więcej napisać. Obejrzyjcie trailer, obejrzyjcie film. Trwa 2,5 godziny ale mimo to cały czas się cieszyłem, że jeszcze trwa i nie chciałem by się skończył.

Oto trailer.

Pierwszy komentarz

Do takiego wniosku dochodzę. Nie Boże Narodzenie, nie Wielkanoc, ale wg mnie to Dzień Wszystkich Świętych (który sam nazywam Świętem Zmarłych, ale to podobno wskazywałoby na to, że jestem komunistą, więc się dostosowuję) ma najlepszy klimat.

Przede wszystkim nie siedzi się tutaj za stołem. Wręcz przeciwnie – trzeba się ruszyć i pojechać na cmentarz, który jakby nie było jest jakimś tam parkiem.

I prywatny szczegół: pod blokiem mam cmentarz, mieszkam na odludziu i podoba mi się to, że przynajmniej teraz zjeżdża się tutaj tłum ludzi :) Jest niecodziennie.

A wieczorem sobie można wyskoczyć pooglądać znicze.

Dodaj komentarz

Jeśli właśnie spędziłeś cały dzień prychając, kichając i zużywając całą paczkę chusteczek i właśnie pomyślałeś, że może jednak przydałby się jakiś środek na katar, a apteka jest już zamknięta (względnie: jesteś wrogiem przemysłu farmaceutycznego i nie chcesz wspierać tych wszystkich korporacji) jest świetny sposób, jaki pokazała mi kiedyś moja mama.

Sposób jest o tyle świetny, że działa niemal natychmiast. Dwie, trzy minuty po zastosowaniu nie ma kompletnie żadnych objawów kataru. Obawiam się jednak, że jest zarazem niezdrowy dla naszych płuc. Ale czy może być coś bardziej niezdrowego od kataru?

Na czym polega?

Weź jedną, bawełnianą (podobno rodzaj materiału ma znaczenie, ale możecie spróbować poeksperymentować) szmatę. Musi to być szmata, a nie na przykład ulubiona koszulka, bo za chwilę ją podpalisz.

O właśnie, teraz ją podpal, ale zaraz zgaś. Tak aby tylko trochę się kopciła. Nie paliła i nie zgasła całkowicie.

A teraz jak najmocniej zaciągnij się tym dymem!

Voila! W momencie kiedy ja się właśnie puszę jak paw, że właśnie zastosowałeś świetną metodę, Ty na pewno teraz krztusisz się, kaszlesz, zalewasz łzami i przeklinasz mnie. Spokojnie, tak ma właśnie być. Daj sobie jeszcze kilka sekund, a kaszel przejdzie. Teraz wydmuchaj porządnie nos.

I co? Nie mówiłem? :) Katar przeszedł i z obserwacji wiem, że nie wróci w ciągu co najmniej kilku godzin.

Wpis ten pisze bezpośrednio po zastosowaniu tej metody, przy czym tym razem nie miałem pod ręką nic bawełnianego. Zamiast szmaty podpaliłem, ugasiłem i sztachnąłem się zwykłą chusteczką higieniczną. Uwierzcie, zadziałało.

(Wpis z dedykacją dla mojej mamy! :) )

Komentarzy: 4

#1

Kilka lat temu w moim fordzie escorcie wysiadło oświetlenie stacyjki i tylne światła samochodu. Z miejsca bym pojechał do elektryka samochodowego do którego jeździłem od lat, ale akurat z kasą się nie przelewało. Postanowiłem, że naprawię to sam i zapytałem na jednym z forów co się mogło stać i jak to naprawić.

Wszyscy zgodnie odpowiedzieli, że to przełącznik zespolony (a po ludzku – ta wajcha, którą się włącza światła, kierunkowskazy…) i że to częsta przypadłość escortów. Wszystko co muszę zrobić to rozebrać to, podgiąć blaszki stykowe i złożyć. Ponoć pięć minut roboty, a że dostałem też odnośnik do fotogalerii jak to zrobić, powinienem sobie poradzić.

Koniec końców, z powodu braku narzędzi do rozkręcenia kierownicy oraz myśląc „skoro pięć minut to nie będzie drogo kosztować” pojechałem jednak do elektryka. Powiedziałem jakie są objawy i że wiem, że to kwestia podgięcia blaszek w przełączniku zespolonym (ale się poczułem jak ekspert!).

W odpowiedzi usłyszałem, że przełącznika się nie naprawia, że trzeba wymienić, że kosztuje on 300 złotych i 80 kolejnych za robociznę.

I to jest moment, w którym – nie wiedząc co już wiedziałem – normalnie bym się zgodził i zabulił owe 380 złotych. Tyle, że chwilę temu czytałem, że to 5 minut i kwestia regulacji, z którą poradziłby sobie każdy amator.

Wyszedłem więc od elektryka i zadzwoniłem do Wojtka z pytaniem gdzie on jeździ z takimi problemami. Dostałem adres i pojechałem.

Powiedziałem kolejny raz jakie są objawy, powiedziałem, że to przełącznik, a elektryk nic nie mówiąc zabrał się za rozkręcanie kolumny kierownicy.

„Tylko ja nie chce wymieniać, a naprawić” – upewniłem się.

Mechanik nawet na mnie nie spoglądając odpowiedział: „Tu nie ma co wymieniać”. Po chwili miał już przełącznik w rękach, zniknął na chwilę na zapleczu i faktycznie wrócił po około 5 minutach.

Przełącznik działał. Zapytałem ile płacę.

„Dziesięć złotych. Ale gwarancji nie dajemy, bo to ci się zaraz znów popsuje, escorty już tak mają”.

Od tamtej pory elektryk przy ulicy Przytorowej w Białymstoku (mniej więcej tutaj, taki ciąg garażów) jest moim elektrykiem. Natomiast do elektryka przy ulicy Gajowej już nigdy nie wróciłem (a powinienem choćby po to by powiedzieć ile ktoś inny wziął za to, co chcieli zrobić za prawie 400 złotych).

#2

Strony jakimi się zajmuję u różnych ludzi są na różnych hostingach. Najczęściej jest to home.pl (niestety), ale od strony ftp poznałem  już chyba wszystkie liczące się w Polsce firmy. Dlatego zaciekawił mnie hosting, na którym jest jedna ze stron, które ostatnio trafiły pod moje skrzydła. Pierwszy raz o nim usłyszałem, więc zajrzałem na stronę. Design wyraźnie z lat 90-tych, „przedsiębiorstwo handlowo usługowe w Łomży…”.

Cennik jednak mnie zdumiał.

Czterysta złotych rocznie. I teraz uwaga: pojemność konta – 140 megabajty. Do tego brak jakiegokolwiek cpanelu, a prędkość działania fatalna.

Podejrzewam, że tekst ten czyta wielu z Was, którzy nie wiedzą jakie są ceny obecnie  na rynku. Więc powiem, że ja na przykład za swój hosting płacę 120 złotych za rok i do dyspozycji mam 2 gigabajty przestrzeni (jest to cena z górnej granicy średniego przedziału). Właścicielka strony w tym dziwnym hostingu płaci więc prawie cztery razy więcej niż ja, a dostaje około 14 razy mniej.

#3

Mimo wszystko uważam, że mistrzostwo świata w kategorii nieświadomego klienta należy się człowiekowi, jakiego poznałem jakiś miesiąc temu w barze. Od słowa do słowa temat rozmowy zszedł na komputery i człowiek ów pochwalił mi się, że jego biuro architektoczniczne ma swoją stronę internetową i strona ta jest pozycjonowana przez jakąś zewnętrzną firmę na hasło „architekt białystok” (czy jakoś tak).

Efekt pozycjonowania jest taki, że strona owego człowieka znajduje się na czwartej podstronie wyników wyszukiwania google (kto z Was szukając architekta doklikałby się do czwartej podstrony?).

Człowiek ów za ten rarytas płaci firmie pozycjonującej cztery tysiące złotych miesięcznie.

* * *

A może tak rzucić te całe benedyktyńskie pisanie stron, znaleźć sobie jakiegoś frajera i „wypozycjonować” mu stronę? 4 tysiące miesięcznie za nic nie robienie brzmi bardzo atrakcyjnie.

Komentarzy: 2

O Flakerze pisałem Wam wiele razy. Serwis nieco na wzór Twittera, Facebooka i innych społecznościówek. Więc na razie więcej o nim pisać nie będę, wspomnę tylko o tym, że na Flakerze organizowane są tak zwane flaktesty.

Flaktesty jeśli się nie mylę zapoczątkował już nieobecny na Flakerze Viren i jego sklep skarpetkowo.pl; przynajmniej ja wtedy pierwszy raz usłyszałem o obydwu serwisach. Viren rozdawał wśród flakerowiczów skarpetki, a obdarowywani opisywali swoje wrażenia z ich użytkowania. Brzmi jakoś tak dziwnie, ale pomysł chwycił i od tamtej pory wiele różnych firm przeprowadzało na Flakerze swoje flaktesty. Jakiś miesiąc temu mistrzostwo świata osiągnęła firma handlująca diamentami – rozdała pięciu osobom ot tak po diamencie :)

Ja właśnie załapałem się na flatesty kawy ze sklepy Świeżo Palona. Trzeba było sfotografować swój ekspres do kawy; udało mi się być szybkim i dostałem się do testów. Po mniej więcej tygodniu otrzymałem paczuszkę 125 g. kawy Espresso Royale.

Paczka mała (taka właśnie w sam raz na spróbowanie), bardzo surowa w designie, ale ładna. Kawa ziarnista, co mi bardzo odpowiada, bo wolę kawę sam mielić (czasem gdy kupię już zmieloną, ta jest zmielona zbyt drobno przez co zapycha mi się sitko w ekspresie). Jednak jak ktoś nie ma młynka, w Świeżo Palona kawę można zamówić od razu zmieloną.

Pierwsze co zrobiłem po wypiciu pierwszego kubka kawy to… się rozczarowałem :) Nie wiem skąd mi weszło do głowy, że kawa ta ma być super mocna w smaku; może właśnie przez to ascetyczne opakowanie? Kawa natomiast była bardzo łagodna.

Rozczarowanie oczywiście nie było dyskwalifikujące. Kawa bowiem była dobra, łagodna ale bardzo dobra. Kubek po kubku przestałem oczekiwać goryczy i naprawdę przyjemnie mi się ją piło. Taka z delikatnym smakiem czekolady. Świetnie z tym smakiem według mnie nadaje się jako druga kawa dnia, pita po południu. Rano coś mocnego na pobudzenie, po południu kolejny zastrzyk energii, ale już mniejszy tak by nie mieć problemu z zaśnięciem.

Teraz przed napisaniem tego tekstu ponownie wziąłem paczkę kawy do ręki i… po raz pierwszy przeczytałem jej opis:

Świeżo Palona Espresso Royale jest starannie dobraną mieszanką najszlachetniejszych odmian arabiki, o pełnej cielistości i bardzo delikatnym smaku.

No więc wszystko się zgadza :)  Gdybym od razu przeczytał jaką kawę wylosowałem, nie byłoby nieporozumień. Na stronie sklepu doczytałem także, że kawa ta jest z „wyraźnie wyczuwalnym posmakiem czekolady”. No kurcze, okazuje się, że Świeżo Palona nie kłamie i rzetelnie informuje co ludziom sprzedaje, a ja chyba powoli mogę zacząć nazywać się kiperem od kaw ;)

* * *

Na Świeżo Palona jest fajna opcja zamówienia subskrybcji kaw. Płacimy raz i potem przez 3 lub 6 miesięcy dostajemy paczki z różnymi kawami tak byśmy mogli spróbować różnych smaków. Chyba się na to skuszę :)

Komentarzy: 2