Kredytobiorcą chyba już nigdy nie zostanę

Zostać specjalnie nie chce, bo boję się czy nie jestem typem człowieka, który po kilku latach bierze kolejny kredyt aby spłacić część już wcześniej zaciągniętych. Nie znam siebie w tym wymiarze i raczej doświadczalnie sprawdzać tego nie chcę.

Zdarzyło się jednak, że na lotnisku w Katowicach przed wylotem na Krym dopadła mnie dziewczyna z CitiBanku z pytaniem czy nie chcę ich karty kredytowej Wizz City. Odruchowo nie chciałem, zawsze nie chcę, gdy dzwoni do mnie mBank pytając czy nie chcę karty kredytowej. Dziewczyna jednak miała argumenty: nie będę płacił w Wizz Airze opłaty za rezerwację, dodatkowo z miejsca mam darmowy bilet w jedną stronę w tej sieci. Karta rocznie kosztuje 5 złotych, a zrezygnować mogę kiedy chcę. Po zakupie czegoś kartą mam 52 dni na spłatę bez procentów, więc w kredyt wcale nie muszę wchodzić.

Pomyślałem więc, że co mi szkodzi. Tym bardziej, że jeszcze jedną wycieczkę w tym roku sobie planuję, więc czemu by nie skorzystać. Podpisałem na lotnisku papierki i tyle.

Dziś przyszła do mnie koperta z CitiBank. Miękka, bez karty w środku. Za to miała liścik z informacją, że z przykrością, ale nie mogę mi kredytu udzielić. Czemu nie napisali, ale jasne jest, że według ich procedur pewnie okazałem się niewypłacalny 🙂

Myślę, że jakoś to przeżyję. 😉

Krym w kilku słowach

Wróciłem. Nie będzie to jednak długi wpis, jak ten o Wiedniu i Bratysławie, a jedynie meldunek, że jestem i żyję. Całość, jeśli starczy mi zapału, rozbiję na kilka wpisów. Inaczej się nie da.

Kurcze, cały czas mi się marzy jakiś dodatkowy netbook, który zabierałbym na takie wyprawy, by pisać na bieżąco. Tak jest najlepiej, bo teraz już część emocji uleciała. Może ktoś chce zasponsorować w ramach reklamy na blogu? 😉

Góra Ajudah - jeden z symboli Krymu

Góra Ajudah - jeden z symboli Krymu

Podstawowe wrażenie: trzeba tam będzie wrócić, może już na wiosnę za rok. Wyznaję zasadę „jeden wyjazd w życiu w jedno miejsce, życie jest zbyt krótkie, a świat zbyt wielki, by tracić czas na deptanie tych samych ulic i szlaków po kilka razy”. Problem jednak w tym, że sam Krym jest zbyt duży, by udało się go zwiedzić w dwa tygodnie. Kilka dni przed wyjazdem wyciągnęliśmy mapę, by się przekonać jak malutki kawałek tego półwyspu udało nam się zobaczyć. I jeśli tylko ten fragment zaparł nam dech w piersiach, to co z nami będzie, gdy ruszymy kiedyś dalej?

Miejsca jakie odwiedziliśmy na Krymie

Miejsca jakie odwiedziliśmy na Krymie. Interaktywna pełna wersja po kliknięciu na obrazku.

Było i wspaniale, ale i były chwile, że miało się wszystkiego dość. Niesamowite barwy wody czasem przestawały mieć znaczenie, gdy ostre kamienie dna raniły stopy. Dwudziestosześciogodzinna podróż pociągiem z Krymu do polskiej granicy okazała się chwilą w porównaniu z trzynastoma godzinami na granicy. „Krym to stan umysłu” – myśli sobie człowiek, gdy przechodzi przez proces zakupu biletu kolejowego, czy choćby odwiedza toaletę 😉

Wszystko to wyjaśnię –  mam nadzieję – w kolejnych wpisach.

Cztery dni w Bratysławie, trzy dni w Wiedniu

Już mi się wróciło. Wyjazd bez większych zachwytów i wrażeń, ale z kronikarskiego obowiązku wrzucę tutaj opis i jak zwykle dodam kilka pożytecznych informacji dla kolejnych turystów, którzy chcieliby te miejsca odwiedzić (ceny, przejazdy i inne tipsy i triki).

Dojazd i powrót

Dojazd i powrót był głównym w ogóle powodem czemu się wybrałem: bilet z Warszawy do Wiednia kosztował w obie strony 20 złotych. Całość odbyła się za sprawą nowej firmy PolskiBUS.com, która urządzając takie właśnie promocje (ceny za przejazd zaczynają się od 1 zł jeśli kupujemy odpowiednio wcześniej) chce zaistnieć w świadomości konsumentów. Warto więc korzystać.

Sam bus polskiegobusa bez żadnych zastrzeżeń a nawet robi dobre wrażenie: WiFi (dość wolne i tylko do granicy, ale i tak nie korzystałem z niego zbyt dużo), skórzane fotele, klima. Tips: postarajcie się wsiąść do busa jako pierwsi, to zajmiecie miejsca zaraz za przednią szybą. O wiele lepiej jest tak właśnie jechać niż całą drogę wpatrywać się w fotel przed nami lub boczną szybę.

Tłumek pod Polskim Busem na dworcu w Warszawie

Wada Polskiego Busa: kiepskie skomunikowanie połączeń. Co prawda jeździ ta firma także na trasie Białystok – Warszawa, ale gdybym chciał z niej skorzystać, musiałbym czekać na kolejny bus do Wiednia około 10 godzin. Dlatego do Wawy dostaliśmy się (i wróciliśmy) Podlasie Express. 50 złotych w obie strony trochę psuje cały budżet przejazdowy w zestawieniu z dwudziestoma złotymi do Wiednia, ale wyjścia nie było (pociąg jest jeszcze droższy).

Z Wiednia do Bratysławy

Trochę głupio zrobiłem, że kupiłem bilet do Wiednia – Polski Bus przejeżdża na tej trasie przez Bratysławe, a i te miasto miałem zamiar odwiedzić. No nic. Wysiedliśmy w Wiedniu o 4.30 rano i skierowaliśmy się na pobliski dworzec południowy (sudbahnhof) aby wrócić do Bratysławy, przez którą przejeżdżaliśmy.

I tu pierwszy szok: cena biletu (na szczęście w obie strony, ważnego cztery dni, czyli dokładnie tyle, na ile planowaliśmy pobyt w Bratysławie) to 14 euro. Jeśli się weźmie pod uwagę, że jest to prawie 60 złotych za przejazd ledwo 60 kilometrowego odcinka, psuje to trochę miny. Taniej się jednak nie nic nie znalazło. Pociąg w jedną stronę: 11 euro. Bus (z dworca, gdzie zatrzymuje się polski bus): 7,70 euro. Kupujemy. Pociągi jeżdżą co godzinę i przejazd trwa chyba 50 minut. Pierwszy pociąg o 6 rano. Tak więc w Bratysławie byliśmy około siódmej. Przywitał nas deszcz i dworzec kojarzący mi się z dworcem w Katowicach.

Red Star Hostel w Bratysławie

Nie jest położony w centrum, ale jest dobrze z centrum skomunikowany (tramwaje i busy co kilka minut, w tym bus nocny, przejazd zaledwie chwilę, chodziliśmy nawet pieszo). Nie jest też hostelem całorocznym: znajduje się w akademiku i rodzi się w raz z opuszczeniem go przez studentów. Największa zaleta to cena: około 12 euro za noc, taniej nic nie znaleźliśmy.

Druga nie mniej ważna zaleta: gdy obsługa podsłucha, że mówisz po polsku, także przechodzi na język polski. Okazało się bowiem, że na 5 pracowników, cztery osoby to Polacy. 🙂

Przy hostelu znajduje się pub studencki (był jednak otwarty tylko jedną noc, nie wiem czemu) z piwem (dość kiepskim) za 1,1 euro (4,40 pln). Jest też bar studencki, gdzie danie dnia kosztowało 2,90 euro (~12 pln). Przy hostelu jest też całodobowa stacja benzynowa, na której najtańsze wino kosztuje 1,20 euro (~5 pln) i wcale nie jest takie kiepskie. Niestety mają tylko trzy butelki tego wina, co jednej nocy okazało się ilością zbyt małą. 😉

W stołówce koło hostelu czekam na knedliczki

W dalszej okolicy (około 200 metrów od akademika) jest całkiem ładny pub, zamykany jednak o 21:00.

Starówka w Bratysławie

Lans z Bratysławą w tle

Co tu opisywać: jak w każdym mieście. Urokliwe uliczki, kościoły, nad wszystkim góruje zamek. Dość niewielka, można ją przejść w kilkanaście minut. Ceny zróżnicowane. Najtańsze piwo to mniej niż 1,50 euro (~6 PLN) i nie jest trudno takie znaleźć. Można też oczywiście i trafić na miejsca z piwem po 3 euro (~12 PLN). Na mieście nie jedliśmy, co najwyżej zaopatrywaliśmy się w sklepach spożywczych w coś do przekąszenia.

Kolo po prawej mniej normalnie przedrzeźnia

Odkrycie w Bratysławie: ulica Obchodna

Trzeba skierować się na północ od starówki i trafiamy na zakupową ulicę miasta, która w nocy tętni życiem (takim nieco mniej turystycznym). W barze na poddaszu, zaraz na początku tej ulicy można zagrać w bilard za 5 euro za godzinę i wypić piwo za rekordowe niskie jeden euro. Wrażenie popsuły nieco barmanki, które zorientowawszy się, że po pijaku możemy mieć problemy z obcą walutą, zamiast 2 euro reszty, wydały jakiś dziwny żeton przypominający taką monetę. My się jednak zawczasu zorientowaliśmy i wróciliśmy do baru, zamówiliśmy dwa kolejne piwa i z uśmiechem zapłaciliśmy tym żetonem. Barmanki udawały zdziwienie, ale gdy powiedzieliśmy, że żeton mamy na 100% od nich, bez szemrania przyjęły go z powrotem.

Ulica Obchodna i tramwaj

Za Bartysławę: zamek w Devinie

4 w 1: Rzut okiem z zamku w Devinie na Dunaj, Poprad i Austrię.

To nie do końca za Bratysławą, bo Devin to nadal dzielnica tego miasta, położona jednak dość odlegle. Na szczęści łatwo tam można dostać się busami i łatwo wrócić. Wejście na zamek – 3 euro, ale warto. Bardzo ładny i świetne widoki.

tak zwany gościniec

Za Bratysławę: Złote Piaski

Taki odpowiednik Dojlid w Białymstoku czyli po prostu plaża miejska. Wejście: 2 euro. Według mnie nie warto. No chyba, że podobnie jak my  nie ma się już co robić w tym mieście.

Złote Piaski tylko z nazwy

Nocleg z Hospitality Club w Wiedniu, czyli noc prawie na dworcu

Sam często nocuję u siebie kogoś z HC (nawet jutro będę miał gościa), jednak w drugą stronę nie idzie mi już tak łatwo. W Gruzji kompletnie nikt mi nie odpowiedział na pytania o możliwość noclegu. W Wiedniu na 30 wysłanych maili odezwał się jeden człowiek. „W niedzielę będę na Węgrzech, wrócę późno, ale możecie u mnie nocować. Czekajcie na mnie na dworcu zachodnim (westbahnhof), możecie mi ufać, że was stamtąd zabiorę”. Ok, zatem po przyjechaniu kierujemy się na ów dworzec i siedzimy tam z 5 godzin (na zewnątrz leje).

Przed północą staram się dodzwonić do człowieka z pytaniem kiedy będzie. Nie odpowiada. Dzwonię kilka razy. Wysyłam smsy. Nic.

W desperacji znajdujemy więc nieco osłonięte od ludzi miejsce i kładziemy się na ziemi spać w śpiworach. Czuję się jak bezdomny, ale o tej porze nie pozostaje nam nic innego do roboty.

Dworzec Zachodni w perspektywy podłogi

O pierwszej w nocy ktoś nas budzi. To ochrona dworca i mówi, że musimy wyjść, bo dworzec jest zamknięty od 1:00 do czwartej. Pięknie. Na zewnątrz leje, my jesteśmy w pół śnie i nie wiemy co robić (jak się okazuje, nie tylko my nie wiemy: z różnych zakamarków dworca zostało wypędzonych sporo takich ludzi jak my). Niektórzy wyciągają śpiwory i kładą się spać na ulicy (przy dworcu jest nawis dachu jak na centralnym w Warszawie, więc może i zimno, ale przynajmniej nie pada na głowę). Myślę, że to niegłupi pomysł, ale Wojtek mówi, bym jeszcze raz zadzwonił do tego gościa z HC. Oczywiście nie odbiera.

Po 15 minutach sms od niego. W nim adres gdzie mamy się stawić. Na szczęście mamy mapę (6 euro na stacji benzynowej, więc lepiej kupcie w Polsce) i na szczęście nie jest to strasznie daleko. Idziemy w deszczu i na miejscu zastajemy gościa, który wygląda jakby właśnie dochodził do siebie po jakimś kwasie 😉 Nic dziwnego: tłumaczy nam, ze na Wegrzech był na na jakiejś transowej imprezie i dopiero teraz wrócił. Możemy spać, na siódmą rano idzie do pracy, ale zostawi nam klucze. Spoko. Później do wyjazdu widzimy go już jedynie przez chwilę, a wyjeżdżając zostawiamy klucz w skrzynce pocztowej.

Centrum Wiednia

Wiecie, nie lubię opisywać atrakcji turystycznych. Napiszę tylko, że jest wielkie, oczywiście drogie i sprawia wrażenie przytłaczającego. Poza tym przez sporą część czasu padało, więc zwiedzanie nie było przyjemne. Warto zajrzeć do Quartier Museum; myśmy jednak zwiedzili tylko część darmową (jest to kompleks muzeów, a wejście do każdego kawałka to przynajmniej 40 złotych). Piwo w knajpach po 3,5 euro (14 złotych), w sklepie najtańsze po 50 centów (2 złote).

Małpują od nas: też mają belweder

 

Cesarz to miał kiedyś fantazję. Janie, zawieź mnie koniem do domu. Do środka domu.

 

Deszcz. W tle jeden z budynków Quartier Muzeum

 

Deszcz. W tle starówka Wiednia

Odkrycie w Wiedniu: Favoritenstrasse

Odjazd z Wiednia mieliśmy ponownie Polskim Busem z dworca południowego. Niestety na miejscu okazało się, że nie ma tam żadnego dworca autobusowego, a tylko wiaty, a sam dworzec kolejowy nie jest o wiele bardziej duży. Więc nuda. Normalnie jest tam także olbrzymi budynek dworca centralnego, jednak teraz zburzyli go i stawiają na nowo. Wojtek z nudów postanowił sprawdzić co jest na południe od dworca południowego i była to świetna decyzja. Ciągnie się tam bardzo długa, deptakowa Favoritenstrasse. Szkoda, że trafiliśmy na nią dopiero wieczorem gdy wszystko było już niemal zamknięte. Ciekaw jestem jak tam jest za dnia. W każdym bądź razie polecam, jeśli już znudzą Was kolejne pałace (aha, koło dworca, na północ jest świetny Belveder i obok niego polska uliczka na której można postać sobie pod krzyżem za ofiary smoleńskie).

Favoritenstrasse naprawdę okazała się favoriten

A już za tydzień – znikam na Ukrainie. Cel główny: Krym (ale po drodze i Lwów i Kijów).

Skąd wiadomo, że jutro jadę na urlop?

A no na przykład stąd, że odezwał się do mnie dziś klient, który nie odzywał się już z pół roku, że coś co mu robiłem, nagle przestało działać.

Albo na przykład po tym, że na dzisiejszy dzień moja firma hostingowa zaplanowała sobie upgrade MySQL wskutek czego – jak być może widzieliście – blog był wywalony do góry nogami przez pół dnia, a na inne moje strony nie mogłem się zalogować.

Pożary jednak ugaszone. Jutro wyruszam na podbój Austrii i Słowacji.

(I żeby wkurzyć niektórych, którzy muszą teraz ciężko pracować, napiszę, że to nie jest mój ostatni urlop w tym roku. Ba, to nawet nie będzie mój ostatni urlop w tym miesiącu 😉 )

Fejsbukowy soszial media szpecjalist

Oj będę się z tego śmiał 🙂 Szczerze to już się śmieję. Wtopa na całego.

Nie lubię Facebooka i powodem tego jest to, że nie rozumiem jak on działa. Za grzyba nie wychodzi mi tam jakakolwiek komunikacja z innymi ludźmi. Coś tam czasem polubię, kiedyś grałem w Farmville, czasem skomentuję czyjś status i to wszystko.

Najbardziej mnie irytuje jednak, że nikt tam nie odpowiada na moje statusy. Kilka razy próbowałem coś napisać, ale na próżno – zero reakcji ze strony znajomych. Też mi wielcy znajomi!

W efekcie ostatnio nic tam nawet nie próbowałem pisać.

A dziś przypadkiem kursor mi się przesunął nad pewną ikonkę:

I oto mam odpowiedź czemu nikt nie komentuje tam moich wypowiedzi 😉

To chyba tyle, jeśli chodzi o moje obeznanie z tym serwisem 🙂 Nie wiem kiedy to się tak ustawiło, nie wiem czy ja to zrobiłem, czy samo się (a może tak jest domyślnie).

I prawdę mówiąc nie specjalnie mnie to już interesuje. Od środy używam Google Plus i tam mi marnowanie czasu innym użytkownikom jako tako idzie 😉

Emigrant to nie imigrant! (tak jakby)

Każdy ma jakiegoś bzika językowego, coś co go niezmiernie drażni, gdy słyszy w telewizji, lub czyta w internecie, gdy nieprawidłowo ktoś inny używa jakiegoś słowa. Wiele osób nie potrafi znieść gdy myli się słowo bynajmniej z przynajmniej.

Moim bzikiem jest mylenie imigranta z emigrantem. Tak, to jedna i ta sama osoba, jednak trzeba uważać jak się ją nazywa. Bo to czy nazwiemy ją emigrantem, czy imigrantem zależy od kontekstu.

Przed chwilą w Wiadomościach TVP usłyszałem, że „jednym z wyzwań polskiej prezydencji w Unii będzie poradzenie sobie z falą emigrantów”.

A ja się pytam: któż to tak bardzo chce emigrować z tej Unii Eurpejskiej? Dokąd? Prawdę mówiąc jakoś sobie nie potrafię wyobrazić by kiedykolwiek miał nastąpić masowy exodus ludzi z Europy. Przynajmniej w najbliższej przyszłości.

Dziennikarz chciał bowiem powiedzieć, że „jednym z wyzwań polskiej prezydencji w Unii będzie poradzenie sobie z falą imigrantów”.

Wyjaśnijmy sobie tę różnicę:

  • o emigracji i emigrantach mówimy w sytuacji gdy ktoś skądś wyjeżdża. Podczas drugiej wojny światowej wielu Polaków wyemigrowało do Wielkiej Brytanii.
  • o imigracji i imigrantach mówimy, gdy ktoś gdzieś przyjeżdża. Podczas drugiej wojny światowej w Wielkiej Brytanii nastąpiła wielka imigracja ludzi ze wschodniej Europy.

Tak więc: obecnie Unia Europejska ma wielki problem z imigracją ludzi z Afryki Północnej. Ludzie ci emigrują głównie z Libii i Tunezji. Dziennikarz głównego serwisu informacyjnego TVP powinien o tym wiedzieć.

Też macie jakieś bziki językowe? 🙂

Wychodzi na to, że BBC jest najszybsze

Mogę się mylić, ale póki co okazuje się dla mnie, że to właśnie w tamtym radio chyba są najlepiej poinformowani.

Jakiś czas temu już zauważyłem, że polskie media są odtwórcze i to nawet odtwórcze nie tylko po zachodnich, ale i internecie. Co było na Wykopie, czy co przeleciało przez GG, potem widziałem w TV.

Od miesiąca zasypiając słucham sobie BBC World Radio. I nie ma dnia, by się nie sprawdziła zasada: co usłyszę dziś wieczorem, jutro będzie w Wiadomościach czy Faktach 🙂

Sprawdźcie sobie sami 🙂

Ogórek

Stałem dziś na przystanku i czekałem na autobus. Upał jak nie wiem. Obok żul w pełnym garniturze grzebał w przyprzastankowym śmietniku. Wyjął kilka puszek, znalazł na w pół wypitego szejka (widać komuś wcześniej właśnie podjechał autobus). Żul otworzył szejka, wyciągnął słomkę i wypił jednym chałstem tę roztopioną breję.

Mniej więcej w tym samym czasie w słuchawkach w uszach usłyszałem, że coraz  więcej ludzi nie kupuje warzyw bo boi się, że mogą się czymś zarazić.

Dziś odkryłem nowego flakera i wtyczkę dla chrome do zrzutów ekranu

A, pomyślałem że mogę się pochwalić raz na jakiś czas internetowymi odkryciami 😉

new.flaker.pl – wygląda na to, że flaker, choć z dnia na dzień coraz bardziej popsuty i z coraz mniejszą ilością ciekawych ludzi, to jednak będzie żył 🙂 Bardzo fajnie, bo to mój ulubiony serwis mikroblogowy i piszę tam zdecydowanie częściej niż tu na swoim blogu.

Webpage Screenshot – świetna wtyczka do Chrome pozwalająca robić zrzuty ekranu i – co ważniejsze – dodawać do nich opisy, szlaczki, strzałki… Na pewno się przy przy wymienianiu korespondencji z klientami. (wtyczka też odkryta dzięki flakerowi)

Jak z przeciętnego ucznia zostałem stypendystą

Na Flakerze ktoś mnie właśnie natchnął do zwierzeń na temat nauki. Jako, że ostatnio nie mam pomysłów na dobre wpisy, to pomyślałem, że może to jednak okaże się godne umieszczenia tutaj, nad tą panią co stoi obok gałęzi i się na Was patrzy (teraz to dopiero Was zacznie irytować ;))

Zawsze się o mnie mówiło: zdolny ale leniwy. Myślę, że wielu z Was też to słyszało. Nigdy niby nie miałem problemów ze zdaniem z klasy do klasy, nigdy też nie miałem specjalnej ambicji by na świadectwie mieć same piątki. Żartowałem sobie nawet, że jestem Człowiek Pi, bo moja średnia bardzo czesto wynosiła właśnie 3,14. I tak sobie się prześlizgiwałem z klasy do klasy. Przez podstawówkę, przez liceum (ja jestem z tych starszych, co do gimnazjum nie chodzili) i przez pierwsze trzy lata studiów. Po trzecim roku jednak coś mną musiało mocno trzepnąć, tak mocno, że po niemal oblaniu roku, zostałem stypendystą. 

Aha, muszę tutaj wtrącić dla wszystkich, tych, którzy czytają ten wpis z nadzieją, że  będzie coś o amfie, jodze  czy innych dziwactwach, które niby magicznie w jedną chwilę zrobią z nas geniuszy, to sorry batory. Ten wpis będzie o systematycznej, metodycznej nauce. Ciężkiej, długotrwałej, ale z jednym pewnikiem: na pewno skutecznej. Metodą na jaką wpadłem, jestem pewien, że mógłbym nauczyć się liczby Pi do milionowej cyfry po przecinku czy też wszsytkich ulic we wszystkich miastach Polski. Wymagać to będzie dużo czasu, ale na 99% nauczę się tego. 

No więc na trzeci rok studiów poszedłem z debilnym przekonaniem. W wakacje spotkałem człowieka, który przy piwie i ognisku wytłumaczył wszystkim zgromadzonym, że skoro skończyliśmy już dwa lata studiów, nikt na pewno nas nie uwali. Bo przecież w te dwa lata Państwo Polskie wwaliło tyle kasy w naszą edukację, że wywalenie nas teraz z uczelni byłoby fatalnym błędem ekonomicznym. I dlatego teraz studia będą już łatwe i właściwie uczyć się nie musimy.

O tak. Byłem wtedy naiwny. Na tyle naiwny, że wierzyłem, że w Polsce ktokolwiek martwi się tym, na co idą publiczne pieniądze 🙂 Ba, że martwią się tym profesorowie, wśród których był i taki, który nam wprost w twarz mówił, że w gruncie rzeczy studenci są dla nich tylko balastem, przeszkadzającym w prowadzeniu badań naukowych. 

…i przez owe debilne przekonanie, trzeci rok skończyłem w ten sposób, że na sześć egzaminów, pięć nie zdałem.

Wtedy przyznam, że poczułem się jak kompletny debil. Pamiętam spojrzenia innych gdy wspominałem ile egzaminów uwaliłem. Nie było to przyjemne. 

Na szczęście były przede mną jeszcze jesienne poprawki. W tym całym stresie i chęci udowodnienia, że jednak debilem nie jestem wypracowałem sobie bardzo dobrą metodę nauki. Tak dobrą, że owe cztery egzaminy zdałem na same piątki (pamiętam zaskoczenie profesorki od genetyki, że można tak się podnieść), a w czwartym roku na koniec miałem taką średnią, że pierwszy raz w życiu załapałem się na stypendium naukowe. Trochę wtopa, bo gdy odkryłem idealną metodę nauki, studia musiałem już kończyć. 

Na czym polega ta metoda? Jak wspominałem jest potwornie trudna, ale na szczęście sam poczatek jest bajecznie prosty. 

Na samym początku weź podręcznik, zeszyt i długopis. (Mówiłem, że proste). Zacznij czytać podręcznik, ale nic nie zapamiętuj. To znaczy nie staraj się nic zapamiętywać, niech się zapamiętuje samo. Kompletnie zero wysiłku. 

Wszystko co musisz tutaj robić, to po każdym akapicie zatrzymać się i zadać sobie pytanie: na jakie pytanie ten akapit jest odpowiedzią? I potem to pytanie zapisać. 

Doszedłem bowiem – jak się potem okazało do genialnego – wniosku, że każdy akapit to jedna myśl. Jeden mem, jeden bit informacji. Autor podręcznika po to dzieli tekst na akapity, aby właśnie odseparować od siebie informacje. I każdy akapit odpowiada na jedno konkretne pytanie. 

Przykładowo, pierwszy akapit tego wpisu odpowiada na pytanie "skąd wziął się pomysł na ten wpis". Ten natomiast akapit rozwiązuje zagadkę o treści "podaj przykłady pytań, na jakie akapity mogą odpowiadać". 

I tak jest w każdej książce. 

Zatem czytamy cały podręcznik, całe 700 stron chemii organicznej i zamiast wkuwać treść na pamięć, po każdym akapicie zatrzymujemy się i zapisujemy pytanie. "Czym jest chromatografia?" "Jaka jest podstawowa różnica między kwasami tłuszczowymi nasyconymi i tymi nienasyconymi?". I tak przez 700 stron, co strona warto sobie jakoś odznaczyć na liście pytań na której stronie jest na nie odpowiedź. 

Jest to dość proste, trwa długo (bo w końcu mamy do przeczytania 700 stron) i na koniec mamy zarąbistą listę kilku tysięcy pytań 🙂

Teraz – niekoniecznie od razu – czytamy listę owych pytań i odpowiadamy na nie. Bez patrzenia do książki. Jeśli nie potrafimy odpowiedzieć, pytanie zostawiamy. Jeśli odpowiedzi nie jesteśmy pewni, pytanie zostawiamy. Jeśli odpowiedź jest banalna – pytanie jakoś wykreślamy. 

Z doświadczenia wiem, że po takiej zabawie 20% pytań zostanie wykreślone.

Teraz zaczynają się schody. Pozostałe pytania musimy w tekście książki odnaleźć i odpowiedzieć na nie. 

Potem kolejna runda bez książki. Zostawianie pytań, wykreślanie, szukanie na nowo. I kolejna runda. 

Tak, jest to nurzące, ale ostrzegałem. Motywacją dla mnie była wiara, że w ten sposób wykuje wszystko na amen.

Dodatkowo urozmaiciłem sobie nieco kolejne czytania pytań w ten sposób, że nie czytałem ich sobie, a innym ludziom z roku 🙂 Wsiadałem w samochód, jechałem do kogoś, i proponowałem, że odpytam tę osobę z materiału. I potem do nastepnej osoby, następnej… Fajnie jest być studentem zmotoryzowanym 😉

Na koniec (niestety nie mogę powiedzieć po ilu iteracjach) mamy całą kartkę pełną skreślonych pytań. To znak, że z egzaminu będzie piątka.

Co więcej, jak się przekonacie, będzie w tej chwili z Was taki kujon, że jak ktoś Was zapyta tuż przed egzaminem "wymień rodzaje mutacji genomowej", nie tylko udzielisz mu prawidłowej odpowiedzi, ale dodatkowo powiesz, na której stronie jest to w książce i który to był akapit 😉