Ruszył nowy sezon seriali

Studenci nie mają łatwego życia – jeśli któryś z nich postanowił sobie, że w tym roku to już na pewno weźmie się do nauki, a przy okazji jest fanem seriali komediowych, mam złą wiadomość: ubiegły tydzień był momentem startu wielu sitcomów w Stanach Zjednoczonych.

Ja już studentem dawno nie jestem ale po prostu uwielbiam seriale oglądać. Pomyślałem, że wypiszę tutaj co oglądam. Może część z was znajdzie w tym coś dla siebie, część napisze mi w komentarzu, że też tacza się ze śmiechu przy tym czy innym.

Zachęcam też was do podzielenia się swoją serialową „wideoteką”. Na pewno jest coś, czego nie widziałem. Komentarze wpisujemy na końcu tego wpisu 🙂

Lecimy:

The Office

Z tych, które wymienię to chyba serial, który najdłużej oglądam. Rzecz się dzieje, jak sama nazwa wskazuje, w biurze. Ciężko mi powiedzieć kto jest główną postacią: jeszcze rok temu powiedziałbym, że jest nim Michael Scott, grany przez Steve’a Carrela, jednak w najnowszym sezonie (w ubiegłym tygodniu wystartował sezon ósmy) już go nie ma. Dlatego na głównych bohaterów awansuję tutaj Jima i Pam, chyba wszyscy współoglądający się ze mną zgodzą. Na pewno wyróżnia się też Dwight.

Akcja rozgrywa się w firmie handlującej papierem. Jim jest jednym ze sprzedawców, Pam w czasie trwania serialu z sekretarki awansowała już na osobę od spraw administracyjnych. Dwight jest typem bezwzględnego zakutego łba i przez to co chwila staję się obiektem żartów. Zresztą humor całego serialu jest specyficzny. Szowinistyczny, czasem rasistowski, częściej subtelny. Niemal każdy bohater ma jakąś ułomność, która sprawia, że jest zabawny.

Tym, którym jeszcze nie widzieli, polecam. Mi już po siedmiu sezonach się nieco opatrzył, ale oglądać będę dalej. Zresztą bez Steve’a Carella to już nie to samo.

Modern Family

Wspominam o nim po Office, bo oba seriale łączy ten sam sposób reżyserii i prowadzenia kamery. Całość jest zrobiona tak, aby wyglądała na film dokumentalny. Bohaterowie wypowiadają się do kamery, czasem przed nią się ukrywają, a ta odnajduje ich w zakątkach podczas prywatnych rozmów. W Polsce coś takiego chyba też już się zdarzało, ale jako, że nie włączam telewizora, trudno mi powiedzieć gdzie i kiedy. Słyszałem, że na dwójce Rodzinka TV jest ponoć trochę wzorowana właśnie na Modern Family, ale nie jestem tego do końca pewien.

Modern Family opowiada historię trzech domów. Jest dom, w którym ojcem jest Ed O’neil (znany wszystkim z roli Ala Bundy’ego). O wiele już starszy niż w Świecie według budnych; mąż kolumbijskiej seksbomby, z którą wychowuje pasierba. Ma też dwójkę dorosłych już dzieci z poprzedniego małżeństwa. Syn jest gejem, tworzącym rodzinę razem z innym facetem, wychowującym adoptowaną azjatycką dziewczynkę (w najnowszym, trzecim sezonie przygotowują się właśnie do adopcji kolejnego dziecka). Córka nestora całej rodziny tworzy raczej normalną rodzinę. Przynajmniej normalną jak na komediowe standardy.

Niby nic wyjątkowego, ale serial potrafi naprawdę rozbawić. Polecam wszystkim. Jako rekomendację dodam, że nie znam chyba nikogo, kto po rozpoczęciu oglądania go, zrezygnowałby, bo mu się nie spodoba. (z drugiej strony znam mało ludzi, więc wszystko jest możliwe).

How i met your mother

Nie jestem pewien czy muszę ten serial przedstawiać. Patrząc na ilość memów krążących po sieci, związanych z bohaterami tego filmu, podejrzewam, że już chyba każdy natknął się na niego choć raz lub coś o nim słyszał. Wystartował właśnie 7 sezon.

Kanwą serialu jest opowieść prowadzona przez Teda Mosby’ego, w której relacjonuje swoim dzieciom jak to się stało, że spotkał swoją żonę. Po krótkiej scence na początku każdego odcinka, w której widzimy słuchających dzieciaków, przenosimy się zaraz do akcji z niesprecyzowanej przeszłości (jednak biorąc pod uwagę product placement iPhone’a, dzieje się to naprawdę niedawno), w której widzimy grupkę przyjaciół. Jest główny bohater – Ted Mosby – architekt, wykładowca, którego pasji do architektury nikt nie rozumie (Zupełnie jak Ross z Przyjaciół i jego fascynacja dinozaurami). Jest jego przyjaciółka, z którą miał romans i romans ten powraca co chwila (Rachel?). Jest kochająca się parka, która nie może się doczekać dziecka (czy ktoś może mi przypomnieć czy w Przyjaciołach Monika i Chandler doczekali się dziecka?). Jest wieczny podrywacz, który niczym Joey – ponownie z przyjaciół – co chwila widziany jest z inną dziewczyną.

Tak, specjalnie wymieniłem nawiązania do Przyjaciół, bo serial ten jest jego kalką. Oczywiście z wariacjami, ale jest to po prostu kontynuacja tego samego pomysłu. Młodzi z Nowego Jorku, zabawni, przebojowi. Jeśli ktoś płakał po ostatnim odcinku Friendsów, na pewno juz trafił na ten nowy serial.

Dodam, że pomimo kalkowatości, serial jest bardzo dobry i szczerze polecam.

The big bang theory

Obecnie wystartował 5. sezon, a ja oglądam go od czwartego. Nie zmienia to faktu, że ten właśnie uważam chyba za najśmieszniejszy. Ale nie dla wszystkich musi być on śmieszny.

Ponownie grupka przyjaciół, jednak od przyjaźni wyraźniejsza jest tu ich nerdowatość. Sami naukowcy, w większości fizycy, jeden z doktoratem. Oderwanie ich od rzeczywistości, wszelkie ich odchyły, powodują, że autentycznie zalewam się łzami ze śmiechu. Jeśli ktoś ogląda ten serial, na pewno w ubiegłym tygodniu taczał się po ziemi przy scenie „testowania” urządzenia do całowania na odległość 😉

Jako, że obecnie wraz z tym całym hipsterstwem przyszła moda na nerdów, na pewno wam się spodoba.

Raising Hope

Obecnie drugi sezon. Wspominałem już tutaj kiedyś o serialu My name is Earl. Jeśli ktoś z Was wtedy przekonał się do niego, na pewno polubi także i ten – tworzą go ci sami aktorzy i klimat jest podobny. Małomiasteczkowy chłopak przesypia się z dziewczyną i zdarza im się wpadka. Problem jest jeszcze większy: dziewczyna jest seryjną morderczynią i zostaje stracona na krześle elektrycznym. Małomiasteczkowy Jimmy zostaje z córeczką Hope i od tej pory (a opisałem wam tylko pierwszy odcinek) musi ją wychowywać, równocześnie mieszkając z rodzicami i będąc zakochanym w sprzedawczyni z pobliskiego sklepu.

Mnóstwo świetnego humoru i naprawdę się ucieszyłem, że serial znów wrócił na antenę.

Inne?

Obejrzałem też pierwszy odcinek Wilfreda, ale to za mało by go tu recenzować. Oglądałem też serial Samatha Who (gra z nim Christina Applegate, czyli Kelly Bundy), ale nie przypadł mi on bardzo do gustu (zresztą nie jest już kontynuowany).

A co się wam podoba?

(obrazki zapożyczone z wikimedia)

 

Kredytobiorcą chyba już nigdy nie zostanę

Zostać specjalnie nie chce, bo boję się czy nie jestem typem człowieka, który po kilku latach bierze kolejny kredyt aby spłacić część już wcześniej zaciągniętych. Nie znam siebie w tym wymiarze i raczej doświadczalnie sprawdzać tego nie chcę.

Zdarzyło się jednak, że na lotnisku w Katowicach przed wylotem na Krym dopadła mnie dziewczyna z CitiBanku z pytaniem czy nie chcę ich karty kredytowej Wizz City. Odruchowo nie chciałem, zawsze nie chcę, gdy dzwoni do mnie mBank pytając czy nie chcę karty kredytowej. Dziewczyna jednak miała argumenty: nie będę płacił w Wizz Airze opłaty za rezerwację, dodatkowo z miejsca mam darmowy bilet w jedną stronę w tej sieci. Karta rocznie kosztuje 5 złotych, a zrezygnować mogę kiedy chcę. Po zakupie czegoś kartą mam 52 dni na spłatę bez procentów, więc w kredyt wcale nie muszę wchodzić.

Pomyślałem więc, że co mi szkodzi. Tym bardziej, że jeszcze jedną wycieczkę w tym roku sobie planuję, więc czemu by nie skorzystać. Podpisałem na lotnisku papierki i tyle.

Dziś przyszła do mnie koperta z CitiBank. Miękka, bez karty w środku. Za to miała liścik z informacją, że z przykrością, ale nie mogę mi kredytu udzielić. Czemu nie napisali, ale jasne jest, że według ich procedur pewnie okazałem się niewypłacalny 🙂

Myślę, że jakoś to przeżyję. 😉

Krym w kilku słowach

Wróciłem. Nie będzie to jednak długi wpis, jak ten o Wiedniu i Bratysławie, a jedynie meldunek, że jestem i żyję. Całość, jeśli starczy mi zapału, rozbiję na kilka wpisów. Inaczej się nie da.

Kurcze, cały czas mi się marzy jakiś dodatkowy netbook, który zabierałbym na takie wyprawy, by pisać na bieżąco. Tak jest najlepiej, bo teraz już część emocji uleciała. Może ktoś chce zasponsorować w ramach reklamy na blogu? 😉

Góra Ajudah - jeden z symboli Krymu

Góra Ajudah - jeden z symboli Krymu

Podstawowe wrażenie: trzeba tam będzie wrócić, może już na wiosnę za rok. Wyznaję zasadę „jeden wyjazd w życiu w jedno miejsce, życie jest zbyt krótkie, a świat zbyt wielki, by tracić czas na deptanie tych samych ulic i szlaków po kilka razy”. Problem jednak w tym, że sam Krym jest zbyt duży, by udało się go zwiedzić w dwa tygodnie. Kilka dni przed wyjazdem wyciągnęliśmy mapę, by się przekonać jak malutki kawałek tego półwyspu udało nam się zobaczyć. I jeśli tylko ten fragment zaparł nam dech w piersiach, to co z nami będzie, gdy ruszymy kiedyś dalej?

Miejsca jakie odwiedziliśmy na Krymie

Miejsca jakie odwiedziliśmy na Krymie. Interaktywna pełna wersja po kliknięciu na obrazku.

Było i wspaniale, ale i były chwile, że miało się wszystkiego dość. Niesamowite barwy wody czasem przestawały mieć znaczenie, gdy ostre kamienie dna raniły stopy. Dwudziestosześciogodzinna podróż pociągiem z Krymu do polskiej granicy okazała się chwilą w porównaniu z trzynastoma godzinami na granicy. „Krym to stan umysłu” – myśli sobie człowiek, gdy przechodzi przez proces zakupu biletu kolejowego, czy choćby odwiedza toaletę 😉

Wszystko to wyjaśnię –  mam nadzieję – w kolejnych wpisach.

Cztery dni w Bratysławie, trzy dni w Wiedniu

Już mi się wróciło. Wyjazd bez większych zachwytów i wrażeń, ale z kronikarskiego obowiązku wrzucę tutaj opis i jak zwykle dodam kilka pożytecznych informacji dla kolejnych turystów, którzy chcieliby te miejsca odwiedzić (ceny, przejazdy i inne tipsy i triki).

Dojazd i powrót

Dojazd i powrót był głównym w ogóle powodem czemu się wybrałem: bilet z Warszawy do Wiednia kosztował w obie strony 20 złotych. Całość odbyła się za sprawą nowej firmy PolskiBUS.com, która urządzając takie właśnie promocje (ceny za przejazd zaczynają się od 1 zł jeśli kupujemy odpowiednio wcześniej) chce zaistnieć w świadomości konsumentów. Warto więc korzystać.

Sam bus polskiegobusa bez żadnych zastrzeżeń a nawet robi dobre wrażenie: WiFi (dość wolne i tylko do granicy, ale i tak nie korzystałem z niego zbyt dużo), skórzane fotele, klima. Tips: postarajcie się wsiąść do busa jako pierwsi, to zajmiecie miejsca zaraz za przednią szybą. O wiele lepiej jest tak właśnie jechać niż całą drogę wpatrywać się w fotel przed nami lub boczną szybę.

Tłumek pod Polskim Busem na dworcu w Warszawie

Wada Polskiego Busa: kiepskie skomunikowanie połączeń. Co prawda jeździ ta firma także na trasie Białystok – Warszawa, ale gdybym chciał z niej skorzystać, musiałbym czekać na kolejny bus do Wiednia około 10 godzin. Dlatego do Wawy dostaliśmy się (i wróciliśmy) Podlasie Express. 50 złotych w obie strony trochę psuje cały budżet przejazdowy w zestawieniu z dwudziestoma złotymi do Wiednia, ale wyjścia nie było (pociąg jest jeszcze droższy).

Z Wiednia do Bratysławy

Trochę głupio zrobiłem, że kupiłem bilet do Wiednia – Polski Bus przejeżdża na tej trasie przez Bratysławe, a i te miasto miałem zamiar odwiedzić. No nic. Wysiedliśmy w Wiedniu o 4.30 rano i skierowaliśmy się na pobliski dworzec południowy (sudbahnhof) aby wrócić do Bratysławy, przez którą przejeżdżaliśmy.

I tu pierwszy szok: cena biletu (na szczęście w obie strony, ważnego cztery dni, czyli dokładnie tyle, na ile planowaliśmy pobyt w Bratysławie) to 14 euro. Jeśli się weźmie pod uwagę, że jest to prawie 60 złotych za przejazd ledwo 60 kilometrowego odcinka, psuje to trochę miny. Taniej się jednak nie nic nie znalazło. Pociąg w jedną stronę: 11 euro. Bus (z dworca, gdzie zatrzymuje się polski bus): 7,70 euro. Kupujemy. Pociągi jeżdżą co godzinę i przejazd trwa chyba 50 minut. Pierwszy pociąg o 6 rano. Tak więc w Bratysławie byliśmy około siódmej. Przywitał nas deszcz i dworzec kojarzący mi się z dworcem w Katowicach.

Red Star Hostel w Bratysławie

Nie jest położony w centrum, ale jest dobrze z centrum skomunikowany (tramwaje i busy co kilka minut, w tym bus nocny, przejazd zaledwie chwilę, chodziliśmy nawet pieszo). Nie jest też hostelem całorocznym: znajduje się w akademiku i rodzi się w raz z opuszczeniem go przez studentów. Największa zaleta to cena: około 12 euro za noc, taniej nic nie znaleźliśmy.

Druga nie mniej ważna zaleta: gdy obsługa podsłucha, że mówisz po polsku, także przechodzi na język polski. Okazało się bowiem, że na 5 pracowników, cztery osoby to Polacy. 🙂

Przy hostelu znajduje się pub studencki (był jednak otwarty tylko jedną noc, nie wiem czemu) z piwem (dość kiepskim) za 1,1 euro (4,40 pln). Jest też bar studencki, gdzie danie dnia kosztowało 2,90 euro (~12 pln). Przy hostelu jest też całodobowa stacja benzynowa, na której najtańsze wino kosztuje 1,20 euro (~5 pln) i wcale nie jest takie kiepskie. Niestety mają tylko trzy butelki tego wina, co jednej nocy okazało się ilością zbyt małą. 😉

W stołówce koło hostelu czekam na knedliczki

W dalszej okolicy (około 200 metrów od akademika) jest całkiem ładny pub, zamykany jednak o 21:00.

Starówka w Bratysławie

Lans z Bratysławą w tle

Co tu opisywać: jak w każdym mieście. Urokliwe uliczki, kościoły, nad wszystkim góruje zamek. Dość niewielka, można ją przejść w kilkanaście minut. Ceny zróżnicowane. Najtańsze piwo to mniej niż 1,50 euro (~6 PLN) i nie jest trudno takie znaleźć. Można też oczywiście i trafić na miejsca z piwem po 3 euro (~12 PLN). Na mieście nie jedliśmy, co najwyżej zaopatrywaliśmy się w sklepach spożywczych w coś do przekąszenia.

Kolo po prawej mniej normalnie przedrzeźnia

Odkrycie w Bratysławie: ulica Obchodna

Trzeba skierować się na północ od starówki i trafiamy na zakupową ulicę miasta, która w nocy tętni życiem (takim nieco mniej turystycznym). W barze na poddaszu, zaraz na początku tej ulicy można zagrać w bilard za 5 euro za godzinę i wypić piwo za rekordowe niskie jeden euro. Wrażenie popsuły nieco barmanki, które zorientowawszy się, że po pijaku możemy mieć problemy z obcą walutą, zamiast 2 euro reszty, wydały jakiś dziwny żeton przypominający taką monetę. My się jednak zawczasu zorientowaliśmy i wróciliśmy do baru, zamówiliśmy dwa kolejne piwa i z uśmiechem zapłaciliśmy tym żetonem. Barmanki udawały zdziwienie, ale gdy powiedzieliśmy, że żeton mamy na 100% od nich, bez szemrania przyjęły go z powrotem.

Ulica Obchodna i tramwaj

Za Bartysławę: zamek w Devinie

4 w 1: Rzut okiem z zamku w Devinie na Dunaj, Poprad i Austrię.

To nie do końca za Bratysławą, bo Devin to nadal dzielnica tego miasta, położona jednak dość odlegle. Na szczęści łatwo tam można dostać się busami i łatwo wrócić. Wejście na zamek – 3 euro, ale warto. Bardzo ładny i świetne widoki.

tak zwany gościniec

Za Bratysławę: Złote Piaski

Taki odpowiednik Dojlid w Białymstoku czyli po prostu plaża miejska. Wejście: 2 euro. Według mnie nie warto. No chyba, że podobnie jak my  nie ma się już co robić w tym mieście.

Złote Piaski tylko z nazwy

Nocleg z Hospitality Club w Wiedniu, czyli noc prawie na dworcu

Sam często nocuję u siebie kogoś z HC (nawet jutro będę miał gościa), jednak w drugą stronę nie idzie mi już tak łatwo. W Gruzji kompletnie nikt mi nie odpowiedział na pytania o możliwość noclegu. W Wiedniu na 30 wysłanych maili odezwał się jeden człowiek. „W niedzielę będę na Węgrzech, wrócę późno, ale możecie u mnie nocować. Czekajcie na mnie na dworcu zachodnim (westbahnhof), możecie mi ufać, że was stamtąd zabiorę”. Ok, zatem po przyjechaniu kierujemy się na ów dworzec i siedzimy tam z 5 godzin (na zewnątrz leje).

Przed północą staram się dodzwonić do człowieka z pytaniem kiedy będzie. Nie odpowiada. Dzwonię kilka razy. Wysyłam smsy. Nic.

W desperacji znajdujemy więc nieco osłonięte od ludzi miejsce i kładziemy się na ziemi spać w śpiworach. Czuję się jak bezdomny, ale o tej porze nie pozostaje nam nic innego do roboty.

Dworzec Zachodni w perspektywy podłogi

O pierwszej w nocy ktoś nas budzi. To ochrona dworca i mówi, że musimy wyjść, bo dworzec jest zamknięty od 1:00 do czwartej. Pięknie. Na zewnątrz leje, my jesteśmy w pół śnie i nie wiemy co robić (jak się okazuje, nie tylko my nie wiemy: z różnych zakamarków dworca zostało wypędzonych sporo takich ludzi jak my). Niektórzy wyciągają śpiwory i kładą się spać na ulicy (przy dworcu jest nawis dachu jak na centralnym w Warszawie, więc może i zimno, ale przynajmniej nie pada na głowę). Myślę, że to niegłupi pomysł, ale Wojtek mówi, bym jeszcze raz zadzwonił do tego gościa z HC. Oczywiście nie odbiera.

Po 15 minutach sms od niego. W nim adres gdzie mamy się stawić. Na szczęście mamy mapę (6 euro na stacji benzynowej, więc lepiej kupcie w Polsce) i na szczęście nie jest to strasznie daleko. Idziemy w deszczu i na miejscu zastajemy gościa, który wygląda jakby właśnie dochodził do siebie po jakimś kwasie 😉 Nic dziwnego: tłumaczy nam, ze na Wegrzech był na na jakiejś transowej imprezie i dopiero teraz wrócił. Możemy spać, na siódmą rano idzie do pracy, ale zostawi nam klucze. Spoko. Później do wyjazdu widzimy go już jedynie przez chwilę, a wyjeżdżając zostawiamy klucz w skrzynce pocztowej.

Centrum Wiednia

Wiecie, nie lubię opisywać atrakcji turystycznych. Napiszę tylko, że jest wielkie, oczywiście drogie i sprawia wrażenie przytłaczającego. Poza tym przez sporą część czasu padało, więc zwiedzanie nie było przyjemne. Warto zajrzeć do Quartier Museum; myśmy jednak zwiedzili tylko część darmową (jest to kompleks muzeów, a wejście do każdego kawałka to przynajmniej 40 złotych). Piwo w knajpach po 3,5 euro (14 złotych), w sklepie najtańsze po 50 centów (2 złote).

Małpują od nas: też mają belweder

 

Cesarz to miał kiedyś fantazję. Janie, zawieź mnie koniem do domu. Do środka domu.

 

Deszcz. W tle jeden z budynków Quartier Muzeum

 

Deszcz. W tle starówka Wiednia

Odkrycie w Wiedniu: Favoritenstrasse

Odjazd z Wiednia mieliśmy ponownie Polskim Busem z dworca południowego. Niestety na miejscu okazało się, że nie ma tam żadnego dworca autobusowego, a tylko wiaty, a sam dworzec kolejowy nie jest o wiele bardziej duży. Więc nuda. Normalnie jest tam także olbrzymi budynek dworca centralnego, jednak teraz zburzyli go i stawiają na nowo. Wojtek z nudów postanowił sprawdzić co jest na południe od dworca południowego i była to świetna decyzja. Ciągnie się tam bardzo długa, deptakowa Favoritenstrasse. Szkoda, że trafiliśmy na nią dopiero wieczorem gdy wszystko było już niemal zamknięte. Ciekaw jestem jak tam jest za dnia. W każdym bądź razie polecam, jeśli już znudzą Was kolejne pałace (aha, koło dworca, na północ jest świetny Belveder i obok niego polska uliczka na której można postać sobie pod krzyżem za ofiary smoleńskie).

Favoritenstrasse naprawdę okazała się favoriten

A już za tydzień – znikam na Ukrainie. Cel główny: Krym (ale po drodze i Lwów i Kijów).

Skąd wiadomo, że jutro jadę na urlop?

A no na przykład stąd, że odezwał się do mnie dziś klient, który nie odzywał się już z pół roku, że coś co mu robiłem, nagle przestało działać.

Albo na przykład po tym, że na dzisiejszy dzień moja firma hostingowa zaplanowała sobie upgrade MySQL wskutek czego – jak być może widzieliście – blog był wywalony do góry nogami przez pół dnia, a na inne moje strony nie mogłem się zalogować.

Pożary jednak ugaszone. Jutro wyruszam na podbój Austrii i Słowacji.

(I żeby wkurzyć niektórych, którzy muszą teraz ciężko pracować, napiszę, że to nie jest mój ostatni urlop w tym roku. Ba, to nawet nie będzie mój ostatni urlop w tym miesiącu 😉 )

Fejsbukowy soszial media szpecjalist

Oj będę się z tego śmiał 🙂 Szczerze to już się śmieję. Wtopa na całego.

Nie lubię Facebooka i powodem tego jest to, że nie rozumiem jak on działa. Za grzyba nie wychodzi mi tam jakakolwiek komunikacja z innymi ludźmi. Coś tam czasem polubię, kiedyś grałem w Farmville, czasem skomentuję czyjś status i to wszystko.

Najbardziej mnie irytuje jednak, że nikt tam nie odpowiada na moje statusy. Kilka razy próbowałem coś napisać, ale na próżno – zero reakcji ze strony znajomych. Też mi wielcy znajomi!

W efekcie ostatnio nic tam nawet nie próbowałem pisać.

A dziś przypadkiem kursor mi się przesunął nad pewną ikonkę:

I oto mam odpowiedź czemu nikt nie komentuje tam moich wypowiedzi 😉

To chyba tyle, jeśli chodzi o moje obeznanie z tym serwisem 🙂 Nie wiem kiedy to się tak ustawiło, nie wiem czy ja to zrobiłem, czy samo się (a może tak jest domyślnie).

I prawdę mówiąc nie specjalnie mnie to już interesuje. Od środy używam Google Plus i tam mi marnowanie czasu innym użytkownikom jako tako idzie 😉

Emigrant to nie imigrant! (tak jakby)

Każdy ma jakiegoś bzika językowego, coś co go niezmiernie drażni, gdy słyszy w telewizji, lub czyta w internecie, gdy nieprawidłowo ktoś inny używa jakiegoś słowa. Wiele osób nie potrafi znieść gdy myli się słowo bynajmniej z przynajmniej.

Moim bzikiem jest mylenie imigranta z emigrantem. Tak, to jedna i ta sama osoba, jednak trzeba uważać jak się ją nazywa. Bo to czy nazwiemy ją emigrantem, czy imigrantem zależy od kontekstu.

Przed chwilą w Wiadomościach TVP usłyszałem, że „jednym z wyzwań polskiej prezydencji w Unii będzie poradzenie sobie z falą emigrantów”.

A ja się pytam: któż to tak bardzo chce emigrować z tej Unii Eurpejskiej? Dokąd? Prawdę mówiąc jakoś sobie nie potrafię wyobrazić by kiedykolwiek miał nastąpić masowy exodus ludzi z Europy. Przynajmniej w najbliższej przyszłości.

Dziennikarz chciał bowiem powiedzieć, że „jednym z wyzwań polskiej prezydencji w Unii będzie poradzenie sobie z falą imigrantów”.

Wyjaśnijmy sobie tę różnicę:

  • o emigracji i emigrantach mówimy w sytuacji gdy ktoś skądś wyjeżdża. Podczas drugiej wojny światowej wielu Polaków wyemigrowało do Wielkiej Brytanii.
  • o imigracji i imigrantach mówimy, gdy ktoś gdzieś przyjeżdża. Podczas drugiej wojny światowej w Wielkiej Brytanii nastąpiła wielka imigracja ludzi ze wschodniej Europy.

Tak więc: obecnie Unia Europejska ma wielki problem z imigracją ludzi z Afryki Północnej. Ludzie ci emigrują głównie z Libii i Tunezji. Dziennikarz głównego serwisu informacyjnego TVP powinien o tym wiedzieć.

Też macie jakieś bziki językowe? 🙂

Wychodzi na to, że BBC jest najszybsze

Mogę się mylić, ale póki co okazuje się dla mnie, że to właśnie w tamtym radio chyba są najlepiej poinformowani.

Jakiś czas temu już zauważyłem, że polskie media są odtwórcze i to nawet odtwórcze nie tylko po zachodnich, ale i internecie. Co było na Wykopie, czy co przeleciało przez GG, potem widziałem w TV.

Od miesiąca zasypiając słucham sobie BBC World Radio. I nie ma dnia, by się nie sprawdziła zasada: co usłyszę dziś wieczorem, jutro będzie w Wiadomościach czy Faktach 🙂

Sprawdźcie sobie sami 🙂

Ogórek

Stałem dziś na przystanku i czekałem na autobus. Upał jak nie wiem. Obok żul w pełnym garniturze grzebał w przyprzastankowym śmietniku. Wyjął kilka puszek, znalazł na w pół wypitego szejka (widać komuś wcześniej właśnie podjechał autobus). Żul otworzył szejka, wyciągnął słomkę i wypił jednym chałstem tę roztopioną breję.

Mniej więcej w tym samym czasie w słuchawkach w uszach usłyszałem, że coraz  więcej ludzi nie kupuje warzyw bo boi się, że mogą się czymś zarazić.

Dziś odkryłem nowego flakera i wtyczkę dla chrome do zrzutów ekranu

A, pomyślałem że mogę się pochwalić raz na jakiś czas internetowymi odkryciami 😉

new.flaker.pl – wygląda na to, że flaker, choć z dnia na dzień coraz bardziej popsuty i z coraz mniejszą ilością ciekawych ludzi, to jednak będzie żył 🙂 Bardzo fajnie, bo to mój ulubiony serwis mikroblogowy i piszę tam zdecydowanie częściej niż tu na swoim blogu.

Webpage Screenshot – świetna wtyczka do Chrome pozwalająca robić zrzuty ekranu i – co ważniejsze – dodawać do nich opisy, szlaczki, strzałki… Na pewno się przy przy wymienianiu korespondencji z klientami. (wtyczka też odkryta dzięki flakerowi)