Sposobów na znalezienie frajera do wykonania portalu internetowego jest wiele. Dziś jednak ktoś osiągnął w tym mistrzostwo.
Jeśli chcesz aby zbudowano ci (zapewne) złożoną stronę internetową za przysłowiową miskę ryżu, zorganizuj zawody. Kilkadziesiąt osób będzie w prawdziwym wyścigu programować ci serwis, a na koniec zwycięzcy wręczysz statuetkę
Nie wierzycie, że ktoś może być tak głupi by spróbować tej metody? No to zobaczcie to ogłoszenie.
Widzieliście na pewno tego typu filmy młodzieżowe: poniewierany przez innych w klasie uczeń któregoś dnia trafia do grupy, którą wszyscy znają w szkole. Dołącza do rówieśników, którzy są tak zarąbiści, że nigdy by nie pomyślał, że kiedyś przestanie być brzydkim kaczątkiem i stanie się jednym z nich.
Przychodzi jednak moment próby. Fantastyczni koledzy proszą naszego niedojdę by złamał prawo. Ukradł coś w sklepie, dokopał innemu ze szkoły, zacząć brać z nimi narkotyki… Nasz bohater staje przed trudnym wyborem: trzymać się swoich zasad moralnych lub złamać je bojąc się wypadnięcia z elitarnego klubu, do którego dopiero co dołączył. Koledzy podpuszczają, że nikt się przecież nie dowie i nasz bohater się łamie.
Ostatecznie jednak wszyscy się dowiadują, a nasz bohater znów staje się ofiarą. I to jeszcze większą, bo nie dość, że fantastic four znów wywala go ze swojej paczki, to wszyscy inni wiedzą jakim gnidą się okazał i na dodatek sam w sobie czuje się jak szmata.
* * *
Otóż panowie Miller i pan Kwaśniewski najwidoczniej filmu tego nie widzieli. Chwilę temu przyjęto ich do fantastycznego klubu szefów państw członkowskich NATO by zaraz potem Blair z Bushem zapytał ich czy nie mogli by nielegalnie potrzymać na terenie swojego kraju kilku panów i przymknąć oko gdy ci będą torturowani. Nikt się przecież nie dowie.
I oto teraz mamy koniec tej historii. Cały świat czyta właśnie raport AI, w którym Polsce wytyka się łamanie praw człowieka. Z kraju, w którym łamano prawa człowieka w czasie drugiej wojny światowej, w którym wyrywano paznokcie za czasów komunistycznych nagle staliśmy się krajem, który dołącza do elitarnego klubu katów.
Takie mnie właśnie naszły przemyślenia odnośnie nowych reklam mBanku. (nowych, jak nowych)
Jak wiecie (bo już kilka razy pisałem) mam konto w mBanku, z którego jestem całkiem mocno zadowolony. Dlatego, zapewne podobnie jak i inni posiadacze tego konta, z dużym entuzjazmem przyjąłem całą serię reklam, w których tłumaczone jest, że konto jest kompletnie darmowe, darmowa jest karta, nie ma prowizji i w ogóle cud, miód i orzeszki. Potem aktor mówi, że nie musisz wierzyć reklamie i żebyś sprawdził sam.
Jako posiadacz konta doskonale się z reklamą zgadzam. W rzeczy samej, tam nie ma żadnych opłat, zarówno za prowadzenie jak i przelewy. Ja to wiem, bo używam i gdyby ktoś mnie zapytał, mogę poświadczyć.
Nie mam i nigdy nie miałem jednak w mBanku ubezpieczonego samochodu, a także i ta oferta jest przez tę instytucję reklamowana w podobny sposób. Co więcej w reklamie pada stwierdzenie, że jeśli gdzieś znajdę tańszą ofertę, to zwrócą mi różnicę. I jakkolwiek wierzę reklamie kont, to tutaj jestem kompletnie sceptyczny. Nie znam tej oferty z doświadczenia i przez to nawet nie chce mi się sprawdzać, podpisywać umowy i tak dalej.
Ciekaw jestem jaki jest Wasz odbiór reklam tego banku? Czy podobają się one tylko posiadaczom ich kont? Czy ktoś z Was przekonał się do założenia tam konta tylko na bazie reklamy?
Obejrzałem przed chwilą na dwójce powtórkę programu „Opowiedz nam swoją historię”. Widziałem go już przelotem wcześniej (to ten prowadzony przez czerwonowłosego Michała Wiśniewskiego) i nigdy nie zatrzymałem się na nim dłużej niż 15 sekund, myśląc, że to kolejna Ewa Drzyzga. Jakże bardzo się pomyliłem! To program na miarę naszych czasów.
Wbrew temu co myślałem, nie jest to po prostu program, w którym kilkoro osób opowiada nam jak zdradził je mąż, względnie jak robią się im rozstępy, przez co czują się mniej akceptowani przez społeczeństwo. Historie są jeszcze bardziej hardkorowe, a do tego opowiadane są dla jury które ma zdecydować, która historia jest najlepsza i tej osobie przyznać nagrodę pieniężną. „Opowiedz nam swoją historię” jest więc po prostu jakimś zmutowanym bratem „Mam talent”.
Pamiętacie jak kilka lat temu wybuchł skandal, bodajże w Holandii gdy zapowiedziano emisję programu, w którym umierająca osoba miała wybrać któremu z czterech śmiertelnie chorych kandydatów odda swoje narządy? Programowi Wiśniewskiego niewiele do tego brakuje.
Dziś widziałem zapłakaną kobietę, która przekonywała, że to dla niej należą się pieniądze, bo ma już drugi raz raka i to z przerzutami. Był jakiś chłopak, którego za bardzo nie skumałem czemu jest w tym programie (jego tragedia, jeśli nic nie przegapiłem, polegała jedynie na tym, że lepi rzeczy z plasteliny i chce być architektem) oraz dwudziestolatka, która stara się aby zostać zastępczą matką dla jedenastki swojego rodzeństwa, bo prawdziwa mama sobie nie radziła, a ojciec pije i właśnie idzie do więzienia. Czujecie to? Dziś o siedemnastej będzie kolejny odcinek i już wiem, że bez dobrego piwka i paczki czipsów się nie obejdzie.
A potem jury zdecydowało, że najlepiej w całym programie płakała kobieta z guzami, więc to ona dostanie nagrodę.
Program będzie moim ulubionym, choć idealny nie jest. Jury jest za mało dobitne. Brakuje w nim osobowości na miarę Wojewódzkiego jeszcze z czasów Idola. Najbardziej rozczarowuje Kazimiera Szczuka, znana z kąśliwego języka, którego teraz jednak szczędziła dla uczestników. Co prawda wszyscy ładnie zmieszali z błotem dwudziestoletnią być-może-matkę-zastępczą mówiąc jej prosto w twarz, że jest za smarkata by się na to nadawać, a sama miłość rodzeństwa to za mało by rozczulić ich serca. Ale dlaczego nikt sobie nie pozwolił na odważniejsze wypowiedzi? No nie wiem, na przykład: (kierując te słowa do kobiety z rakiem) „Masz już drugi raz nowotwór, czy nie czujesz, że opatrzność chce ci przez to coś powiedzieć? Jeśli nie, my ją wyręczymy: jesteś kobieto na prostej drodze do trumny i dawanie ci teraz jakiejkolwiek kasy byłoby po prostu jej zmarnowaniem. Jestem na nie”. Albo: (tym razem mówiąc do chłopczyka) „Co prawda słoniki z plasteliny wychodzą ci zajebiście, ale to nie jest jeszcze moment na twoją chwilę sławy. Wróć do nas jak będziesz już stuprocentowym ćpunem, alkoholikiem albo sąd zakaże ci zbliżania się do własnej żony”. I tak dalej, a nie jakieś ckliwe tyrady na temat wylanych łez.
Także jeszcze raz: każdemu, kto chce się dowartościować patrząc na innych, którym w życiu powodzi się jeszcze gorzej niż sobie samemu polecam dwójkę gdzieś około 17:00. Powtórka jest przed siódmą rano.
Tym razem jednak może się to skończyć dla nas dobrze, bo atak odbywa się po prostu na polski rynek hostingowy.
Pojawiła się właśnie w Polsce ponoć (ponoć, bo dowiedziałem się o tym dopiero jak się pojawiła) największa firma hostingowa ” 1and1.pl. I żeby było o niej głośno przygotowała nie byle jaką promocję. Każdy kto założy konto hostingowe otrzyma 10GB miejsca na pliki, 3000 GB transferu miesięcznego i jedną domenę z końcówką .pl. I co najważniejsze: wszystko to dostajemy za darmo na dwa lata.
Wszystkim od razu pojawiło się w głowie pytanie: gdzie jest haczyk. Wygląda jednak na to, że haczyka nie ma. Rozdawanie za darmo tak szczodrych kont to po prostu forma reklamy, tak aby o firmie było głośno. Jak widać reklama działa, bo od wczoraj czytałem o tej promocji już w kilku miejscach, sam wysłałem info mailem do kilku osób i teraz ” a jakże ” piszę o tym na blogu, a Wy to czytacie (skorzystacie, powiecie dalej…).
Z promocji oczywiście skorzystałem. Najwyżej za dwa lata z firmą się pożegnam. „Wykupiony” hosting od wczoraj intensywnie testuje i już widzę, że idealny on nie jest (co wcale nie znaczy od razu, że jest zły).
- Podczas rejestracji trzeba podać swój numer telefonu, a pole na to wymaga podania numeru kierunkowego. Podanie telefonu jest konieczne i trzeba podać numer prawdziwy, bo w przeciągu godziny dzwoni do nas automat w celu sprawdzenia czy my to my. Jeśli ktoś jednak nie ma telefonu stacjonarnego, nic nie jest jeszcze stracone: w pole numeru kierunkowego trzeba podać trzy pierwsze cyfry naszej komórki, a w dalsze pole pozostałe cyfry.
- Serwer nie będzie automatycznie robił kopii zapasowej naszej strony. Musimy dbać o to sami.
- Firma kiepsko nas informuje o naszej usłudze. Kompletnie nigdzie ” ani w mailu otrzymanym po rejestracji ani w panelu ” nie ma informacji o tym, jaki jest adres ftp do naszego serwera. Na szczęście intuicyjne zgadywanie działa (adres jest taki sam, jak adres www, bez żadnych prefiksów).
- Dla firmy jesteśmy numerkiem, a właściwie numerkami. O ile we wszystkich chyba innych firmach wszędzie (do panelu, do ftp, do bazy) loguje się wybranym przez siebie loginem, to w 1and1.pl loginem jest z góry przydzielony numer. Bardzo długi i co najgorsze numer jest inny do panelu, inny do ftp inny do mysql. Fatalne rozwiązanie. Nazwa bazy danych też jest jakimś dziwnym długim zbitkiem znaków.
- O ile hosting daje nam 10GB miejsca, to na bazę danych przeznaczone jest tylko 100MB. Malusieńko i czuje, że za dwa lata będzie to już mocno przeszkadzało.
- Obejrzałem jak wygląda 1&1 w innych krajach: ceny nie powalają, więc można się spodziewać, że za dwa lata za przedłużenie będziemy sporo płacić. Mam jednak nadzieję, że to tylko zmobilizuje mnie do rozwinięcia w dwa lata postawionego tam serwisu tak, że opłata za hosting i tak będzie dla mnie niezauważalna
- Strona 1and1.pl działa kiepsko. Jeszcze wczoraj nie działała w ogóle, jeśli przed adresem nie dałem prefiksu ‘www.’. Po zalogowaniu do panelu administracyjnego za każdym razem dostaję informację, że wspierają jedynie przeglądarkę Firefox. Tymczasem już od ponad roku używam Google Chrome (i mimo informacji jaką serwuje mi strona, Chrome bardzo dobrze sobie z panelem chyba radzi).
- I co najważniejsze! Na mapie siedzib firmy 1and1 Warszawa zaznaczona jest jako Warschau!
Niemcy znów atakują Polskę
W poprzednim tygodniu zapukał do moich drzwi jakiś człowiek. Przedstawił się, że jest radnym i że zbiera podpisy za rozbudowaniem parkingu pod moim blokiem, bo prosili go o to mieszkańcy mojej ulicy. Oczywiście podpisałem, choć samochodu nie mam już od jakiegoś czasu. Po godzinie szesnatej nie da się właściwie zaparkować nawet na chodniku, a parkowanie na chodniku ” od kiedy jestem tylko-pieszym ” jakoś zaczęło mi przeszkadzać.
Chwilę poopowiadał jak ma wyglądać nowy parking, wtrącił co już załatwił. Na koniec zostawił wizytówkę i powiedział, że gdybym miał jeszcze jakieś lokalne uwagi śmiało mogę dzwonić i pisać maile.
Tak się powinno prowadzić właśnie kampanię wyborczą przed wyborami samorządowymi!
* * *
p.s. Dziś w nocy wysłałem do radnego maila z pytaniem czy dałoby się w okresie wakacyjnym wprowadzić nocne autobusy nie tylko w weekendy ale i przez cały tydzień. W tym roku Rynek Kościuszki w Białymstoku naprawdę żyje. Codzinnie są koncerty, tłumy turystów. Nie mamy się już czego wstydzić nawet według mnie w porównaniu z takim Poznaniem, aż trudno uwierzyć że kilka lat temu w wakacje jedyne co można było zrobić w Białymstoku to z niego wyjechać. Jedyny mankament którego władze niedopilnowały to właśnie brak całotygodniowych nocnych autobusów, pomimo, że miasto imprezuje już całotygodniowo.
Coraz częściej się z tym spotykam. Afryka potrzebuje kolejnej kolonizacji. Tylko jak biały złapie za mordę murzyna, murzyn będzie szczęśliwy. Walnął taką głupotę jakiś czas temu jeśli się nie mylę Cejrowski, a stado pelikanów łyknęło to bez refleksji.
Afryka cierpi i sama jest sobie winna. Bambo mieszkają w lepiankach, tak jak mieszkali tysiąc lat temu i trzeba natychmiast ten stan rzeczy zmienić. Trzeba znów przejąć władzę na tym kontynencie i pokazać im co to jest prawdziwe zachodnioświatowe szczęśćie.
Tylko wyjaśnijcie mi jedną rzecz: dlaczego ja, dlaczego inni, którzy z Europy wynieśli się do Afryki na kilka miesięcy, złapali doła dopiero jak wrócili do ojczyzny? Dlaczego zamiast już na płycie lotniska się rozpłakać jaką to wielką tragedią jest dwa dolary na dzień, płakać się chce dopiero jak się wróci do Europy, a w telewizji Jacykow nam powie, że żaden normalny człowiek nie może być normalny jeśli nie włoży na siebie sweterka w serek? Dlaczego zamiast ” sam już nie wiem ” powiedzmy rozpaczać że te wszystkie dzieci tam bose, ja rozpaczam, że te wszystkie dzieci tutaj z komórką, laptopem i rowerem na komunię?
Człowiek ma jakąś taką paskudną zdolność do konkwisty i zawsze mu się wydaje, że te całe mordowanie, zabieranie ziemi, narzucanie swojego swiatopoglądu jest dla najechanego dobre. W średniowieczu z krzyżem zasuwaliśmy do krajów arabskich, w XVI wieku krzyżem i prochem witaliśmy Indian. Jestem pewien, że pierwszym co zrobimy po odkryciu obcych form życia w kosmosie będzie próba przekonania ich do oddychania tlenem, picia wódki i chodzenia do kościoła. Te rzeczy są przecież takie zajebiste, więc zajebiste muszą być także i dla innych. Niepojęte, że te arabusy się nawet napić nie mogą.
Logika rekolonizacji sprowadza się do zdania: „skoro murzyni tysiąc lat mieszkali w lepiankach i po epoce kolonializmu nadal mieszkają w tych samych lepiankach, to znaczy, że kolonializm należy powtórzyć”. Żaden bowiem rozsądny człowiek w lepiance przecież żyć nie chce. Człowiek nie może być szczęśliwy zarabiając na miesiąc dwa ” trzy razy mniej niż zarabiamy w Polsce. Jeśli człowiek ginie w Kongo od wybuchu przewróconej cysterny, z której ” zamiast uciekać ” kradł wyciekające paliwo, to przecież aż słów brakuje. Czarny bez bata będzie żył w lepiance i kradł ropę. Pojedźmy tam znów, odbierzmy im władzę nad samymi sobą i pokażmy im polish high life.
A teraz sobie wyobraź, że Afryki nie ma.
Po prostu nie ma takiego kontynentu. Nie ma i nigdy nie było. Sama woda i nic więcej. Ale reszta świata jest mniej więcej taka sama. Ameryka jest tam gdzie jest Ameryka, dzień trwa 24 godziny, podstawą życia jest DNA, a Polak zarabia średnio tysiąc ileś, no chyba, ze na kasie w biedronce, to wtedy na pewno tyle nie. Uprzedzam, że jeśli się długo będziesz nad tym zastanawiać nagle uświadomisz sobie, że w tym alternatywnym świecie, to właśnie ty jesteś murzynem.
W w tym alternatywnym świecie wielkie głowy uniwersystetów w USA zastanawiają się jak pomóc mieszkańcom Europy Wschodniej. Washington Post nawołuje do obalenia władzy w Polsce i uczynienia z tego kraju czegoś na kształt terytorium zamorskiego Stanów Zjednoczonych. To przecież niepojęte, że jest gdzieś na świecie kraj, w którym od setek lat praktykuje się barbażyński zwyczaj zabijania karpi w święta, gdzie ludzie zarabiają kilka razy mniej niż przeciętny amerykanin, gdzie na popegierowskiej wsi piją wina zamiast pracować, gdzie kradną węgiel w biedaszybach, śpią na dworcach, pod mostami i w ogórdkach działkowych, gdzie potrafi się spalić cały budynek pełen ludzi wykluczonych w jakiś sposób ze społeczeństwa. I w ogóle nie piją ponchu ani syropu klonowego. Thanks god przynajmniej walentynki i halloween łyknęli.
Nadal uważasz, ze kolonizacja jest najlepszą formą rozwiązania problemów? Nadal uważasz, że wszelkie problemy na świecie da się w ogóle rozwiązać? Nadal uważasz, że wszystko co według ciebie jest problemem, jest problemem dla wszystkich innych?
Chodzi mi to, że to co uważamy za problem zawsze jest względne. Chodzi mi o to, że nazywanie czegoś problemem na odległość to chamski egoizm. Uwierzcie mi, większość rzeczy jakie wydają nam się problemem w Afryce, tak naprawdę problemem nie jest. W Rwandzie prawnie się ludziom zabrania chodzenia na boso, mandat wynosi około 50 dolarów, ale ludzie mi to chodzą na boso. Bo chcą, ja też wolę chodzić na boso; spróbuj i zobacz jakie to fajne (a Cejrowski?). Dla nich mieszkanie w lepiankowatych chatach (btw, których w Rwandzie jest mniej więcej tyle, ile w Polsce jest zamieszkałych ogródków działkowych; większość tak naprawdę to jakaś forma cegły) nie jest żadnym problemem. Na równiku naprawdę nie trzeba stawiać wielkich molochów z wielkiej płyty z centralnym ogrzewaniem.
Naprawdę warto do Afryki pojechać, by zobaczyć jaką głupotą jest nasze europejskie myślenie, że europejskie standardy życia są idealne pod każdą szerokością geograficzną.
Jedną z moich licznych wad mózgu ” jak nazywam wszelkie ludzkie odchyły od przeciętności, zarówno te na plus, jak i minus ” jest to, że gdy poznaję jakąś nową informację, staram się ją zweryfikować. Św. Tomasz z Akwinu mawiał: „Bałbym się człowieka, który wiedzę czerpie z tylko jednej książki”.
Przed wyjazdem do Rwandy mieliśmy trening, a w czasie treningu testy z psychologami czy się nadajemy na taki wyjazd. Poległem na jednym zadaniu (ale bez obaw, na innych poszło mi całkiem ok). Zaczynało się ono mniej więcej od słów „13 maja 2001 roku, w niedzielę grupka ludzi postanowiła…” cośtam cośtam. Zadanie polegało na sprawdzeniu czy owa grupka prawidłowo zaplanowała sobie rozwiązanie jakiegoś tam projektu związanego z pomoca afrykańskiej ludności, czy coś w tym stylu. Niestety nie pamiętam treści zadania, bo cały czas na jego wykonanie spędziłem sprawdzając czy 13 maja 2001 roku faktycznie była niedziela. (Dla ciekawych podpowiem, że była, jednak wyliczenie tego na papierze zajęło mi sporo czasu; niestety wśród licznych wad mózgu nie mam zdolności typowych dla sawanta).
I tak już mam w życiu. Co chwila coś sprawdzam. Dlatego też niezmiernie długo mi zajmuje czytanie strony Demotywatory.pl. Co chwila pojawia się niby demotywator, w którym albo ktoś dowodzi, że Gauss wymyślił krzywą Gaussa gdy był w szkole podstawowej (nie, nie wymyślił jej wtedy, co sprawdziłem), albo, że Adolf Hitler przywiózł na pogrzeb Piłsudskiego wielki winiec pogrzebowy (jeśli pamiętacie tamten demotywator: Hitler nie przyjechał na pogrzeb Piłsudkiego, ale faktycznie urządził uroczystości żałobne w III Rzeszy).
Albo na przykład wielka rewelacja, że na produkcję pałeczek do ryżu zużywa się 1,7 mln metrów sześciennych drewna lub 25 milionów dorosłych drzew (sorry, ale ja od razu widzę, że jeśli by to była prawda, wychodziłoby że aby uzyskać jeden metr sześcienny drewna trzeba ściąć ponad 14 drzew).
Dziś jednak Demotywatory pobiły jak dla mnie rekord, a rekordowy jest demot doszukujący się podobieństw między śmiercią Lincolna a Kennedy’ego. Tylu bzdur w jednym obrazku juz chyba dawno nie widziałem
Dla porównania, oto demotywator w oryginale:
A oto demotywator z moimi korektami i moim podpisem:
Jak widać ludziom można wcisnąć każdą głupotę, byle wyglądała atrakcyjnie.
btw, jeśli ktoś chce wysłać mój demot na główną demotywatorów, to zapraszam pod ten link
Tydzień temu byłem w MediaMarkt i wypatrzyłem sobie fajny telewizor: Toshiba 40 LV 685 DG. W dość atrakcyjnej cenie, bo coś około 1800 złotych, to naprawdę mało jak za 40 cali LCD.
Mam jednak tak, że zanim nie sprawdzę ceny w innych sklepach, nie kupuję rzeczy powyżej kilkuset złotych. Wróciłem więc spokojnie do domu i sprawdziłem na ceneo. Akurat tam też w najtańszym sklepie kosztuje około 1800 złotych, więc spoko. Właściwie nie ma różnicy czy kupić go w MM czy zamówić do domu przez internet.
Wczoraj jednak na flakerze matipl dał cynk, że dziś wszystkie ceny w MediaMarkt obniżone są o VAT czyli 22%. Wow, czyli mógłbym go dziś kupić za naprawdę śmiesznie niską cenę 1475 złotych. 40 cali!
Oczywiście wziąłem kartę płatniczą i wybrałem się do sklepu. Szaleństwo, nigdy nie widziałem tam tyle osób kupujących elektronikę. Normalnie pracownicy z nudów oglądają sobie filmy na jakimś kinie domowym, dziś ludzie ustawiali się do nich w mini kolejki.
Trudno mi było znaleźć ową Toshibę, nawet przez chwilę myślałem że się spóźniłem i już kupili.
Ale jest! Stała w nieco innym miejscu, ale ta sama. Obok ceny oczywiście kartka, że 2 maja 2010 wszystkie ceny należy podzielić przez 1,22 i jak coś to pracownicy służą kalkulatorami.
Ale cena jaka widniała dziś przy tym telewizorze to nie 1800 złotych tylko… 2299 złotych!
Wyjąłem kalkulator, podzieliłem tą kwotę przez 1,22 i wyszło mi 1884 złotych.
Rozejrzałem się po sklepie. Podjarani ludzie ładowali do koszyków wieże, oglądali laptopy, sprzedawca jakiejś kobiecie podawał zapakowany w pudełko monitor komputerowy. Czyli innymi słowy robił ją po prostu w chuja.
Oczywiście wyszedłem. Jednak kupię przez internet, nawet jeśli miałbym zapłacić drożej.
Czas zdradzić Wam okrutną prawdę: wszyscy zginiemy. No może nie zginiemy (przynajmniej nie na razie), ale okrutna prawda jest taka, że chleb będzie kosztował 9 złotych. Czy jakoś tak.

