Życie w symulacji

Rodzi się pewna quasi-religia, a jednym z najbardziej rozpoznawalnych jej piewców jest ponoć Elon Musk. Mianowicie wiele osób zaczyna wierzyć, że wszyscy żyjemy w symulacji komputerowej.

Symulacja toczy się na komputerach działających gdzieś w dalekiej przyszłości, tak zaawansowanych, że świat w niej renderowany jest niemal niemożliwy do odróżnienia od faktycznej rzeczywistości. Dlatego nie wiemy, że żyjemy w symulacji.

Po co powstała? Wyznawcy twierdzą, że przenoszeni są do niej faktyczni, żywi ludzie z przyszłości i jest to rodzaj szkoły. Technologia w przyszłości jest bowiem tak zaawansowana, że ciężko jest ją ogarnąć ludzkim umysłem. Więc stworzono symulację prezentującą świat na przełomie XIX i XX wieku, w czasach gdy komputery i internet były względnie młode, a świat z ich udziałem da się jeszcze mniej więcej zrozumieć. I tacy uczniowie z przyszłości trafiają do nas by zobaczyć jak to się wszystko zaczęło.

Fajna koncepcja pobudzająca wyobraźnie, ale mi się chyba najbardziej podobają żarty  powstające wokół niej.

Dlaczego ludzie muszą codziennie spać mniej więcej jedną trzecią doby? Na świecie jest ponad 7 miliardów ludzi. Komputery przyszłości może i są potężne, ale jednak nie na tyle by nadążać z renderowaniem takiej ilości osób, więc jedna trzecia, zmiennie, musi oczekiwać w stanie stand by.

Wszedłeś do jakiegoś pokoju i od razu zapomniałeś po co tu przyszedłeś? Albo chciałeś coś powiedzieć ale czekałeś aż interlokutor na chwilę przerwie i gdy już przyszła twoja kolej, zupełnie nie pamiętasz co też miałeś na myśli? Nie przejmuj się, to zwykły wyciek pamięci w komputerze renderującym.

Masz deja vu lub zupełnie faktycznie zdarza ci się po raz kolejny ta sama sytuacja? Nie bądź zachłanny – wyrenderowano cię w końcu na maszynie, która ma skończony zbiór przewidzianych tobie wydarzeń.

I teraz na biegunie pojawia się ta góra lodowa:

Pomyśl, jeśli byś tworzył wirtualny świat takich rozmiarów jak nasza planeta i wiedział, że gdzieniegdzie musisz oszczędzić na detalach, bo zwyczajnie karta tego nie uciągnie, nie było by wygodnie walnąć raz na jakiś czas zwykłą prostokątną górę lodową, w miejscu gdzie przecież nie ma ludzi i szanse na jej odkrycie są znikome?

Zauważyliście, że Facebook stał się lepszy?

Zauważyliście? Mniej głupich wpisów na waszym wallu? Nieśmiesznych obrazków, o których udostępniający myślał, że są śmieszne? Żenujących mądrości, linków do artykułów, których udostępniający pewnie nawet nie  przeczytał, a wrzucił tylko by pokazać jaki on jest ho ho, bo patrzcie, artykuł po angielsku, w dodatku patrzcie z jakiej domeny!

Nie dziękujcie. Tak, odinstalowałem jakiś miesiąc temu mobilną aplikację facebooka i pojawiam się na nim teraz o wiele rzadziej. W weekend prawie w ogóle, w tygodniu z doskoku w ciągu dnia (pewnie zaraz wrzucę link do tego wpisu, o już jest) i jak dam radę to jeszcze przez chwilę wieczorem.

W efekcie, choć wciąż wiele czytam i grzebię w sieci telefonem to nie leci to z automatu na Facebook. Było ciężko przez pierwszych kilka dni, ale teraz już daję radę. Od wszystkiego można się odzwyczaić, a im bardziej coś jest uzależniające, tym bardziej szokowa powinna być według mie terapia. Odinstalowanie aplikacji z telefonu związuje ręcę. Oczywiście można spróbować odwiedzić Facebooka z mobilnej przeglądarki albo znów zainstalować aplikację, ale póki co udaje mi się skutecznie przed tym powstrzymywać.

Po co, zapytacie? Lubię pozbywać się internetowych nałogów. Przyznajcie sami, że na pewno są miejsca w sieci lub aktywności na telefonie, o których wiecie, że robicie lub odwiedzacie za często. Czujecie ten dyskomfort, ale mimo to kolejny raz wchodzicie na Facebook by kolejny raz zobaczyć na górze ten sam wpis, który wiedzieliście dziś już 8 razy, a pod nim znów ktoś na coś narzeka, ktoś inny czymś się chwali, jeszcze ktoś inny coś udostępnia…

I tak jak już półtorej roku temu kompletnie wyniosłem się z Wykopu (Jezu, jaki to jest syf – a przynajmniej był te półtorej roku temu, ale jakoś nie wierzę by coś się zmieniło), tak teraz postanowiłem ograniczyć bytność na fejsie. Ograniczyć, bo wciąż nie zniknąłem zupełnie: jak wspomniałem odwiedzam stronę wciąż z laptopa, do tego w telefonie wciąż jest Messenger. Ten ostatni jest chyba największym problemem, bo trzyma twoich znajomych jako zakładników.

Odpryskiem od mojej ucieczki z Facebooka ma być to, że wrócę do pisania na blogu. Jak może widzicie z ostatni miesiąc pojawiło się kilka nowych wpisów, po dłuższej ciszy. Może uda mi się utrzymać przynajmniej te małe ale jednak tempo.

Od kilku dni świat żyje aferą związaną z przekazaniem przez Facebook danych 50 milionów użytkowników firmie, która sterowała kampanią Donalda Trumpa. Amerykański kongres właśnie przepycha ustawę, wg której władze będą miały konto administratora w tego typu serwisach i będą widzieć wszystko o was bez potrzeby pytania o te dane kogokolwiek. Nie czujecie dyskomfortu?

Papierek

Człowiek rzucił papierek po lodzie na chodnik. Miał pecha, bo nie zauważył, że idą za nim strażnicy miejscy. Sto złotych z kieszeni człowieka szybko podreperowało budżet miasta.

Dwa dni później był już drugi dzień lipca i całe miasto zostało zasypane śmieciami. Bo urząd miasta który niedawno zarobił sto złotych na obywatelu spieprzył sprawę na większą skalę.

Nikt nawet się nie zastanawia czy miasto powinno ponieść odpowiedzialność finansową. Obywatel mandat dostanie na poczekaniu, władzy nikt nie zaczepi.

Zostawmy dzieci głupszymi?

Nie jestem rodzicem, więc może dlatego nie rozumiem przesłanek jakimi kierują się osoby mające sześcioletnie dzieci, ale według mnie coś jest nie halo. Coś się zmieniło od czasów, gdy to ja byłem sześcioletnim dzieckiem.

Dzisiejsi rodzice zebrali milion podpisów by ich sześcioletnie dzieci nie szły do szkół, a pozostały jeszcze ten rok w przedszkolu.

Ja pamiętam, że gdy sam byłem taki mały rodzice kombinowali co by tu zrobić bym do szkoły w tym wieku poszedł. Były jakieś rozmowy ze szkołą, aby przyjąć mnie wcześniej do pierwszej klasy, chyba zdawałem mini egzamin (ale tego pewien nie jestem, dawno to było).

I nie tylko moi rodzice robili takie starania. Wtedy to była całkiem częsta praktyka, rodzice rozumieli, że sześcioletnie dziecko w szkole, a nie przedszkolu to lepszy start w życie i jakby nie było duma z pociechy, że jest mądrzejsza od innych. Ja mądrzejszy się nie okazałem, nie przyjęto mnie przed czasem. Ale znam przynajmniej dwie osoby, które dzięki staraniom rodziny poszły do szkoły szybciej.

A teraz rodzice szkoły się boją. Co się stało przez te ostatnie 20 lat, że już nam nie zależy?

Meteoryt obraża, ale Pudzian nie

Kurcze, jak ktoś, gdzieś, w jakiejś galerii do której aby wejść, to trzeba mieć chęć i kupić bilet, kładzie pomnik Jana Pawła II przygniecionego meteorytem, to znajdzie się moher, który uzna to za obrazę uczuć religijnych.

Ale jak ktoś stawia wielki pomnik Mariusza Pudzianowskiego przebranego za papieża, z krzyżem na piersi – pomnik, na który chce czy nie chce musi patrzeć całe dwustutysięczne miasto, to wszystko jest ok.

San Marino

To jak bardzo przegraliśmy z Ukrainą pokazuje jak fatalnymi piłkarzami jest polska reprezentacja. To jak bardzo będziemy jutro się cieszyć po rozgromieniu San Marino pokaże jak fatalni są polscy kibice.

Cieszyć się z wygranej z San Marino, to jak cieszyć się, że nareszcie nie zadławiłeś się podczas jedzenia. Że nie wywaliłeś się po przejściu kilku metrów.

Skąd się biorą kolejki przed świętami? Przyznam, że nie wiedziałem

Grr, nie znoszę wchodzić do hipermarketu w grudniu. Tłum ludzi i kolejki do kas, o wiele większe od tych niż zawsze. Podsłuchałem dziś jednak rozmowę kasjerki i jakiejś jej przełożonej.

Okazuje się, że kolejki to nie tylko wina samych klientów, którzy nagle wybierają się na świąteczne zakupy. Oto co usłyszałem dziś w Carrefour:

Do końca roku sklep musi zaoszczędzić 800 roboczogodzin, więc temu kas jest mniej otwartych.

Nie wiem czy tak jest wszędzie, ale tam gdzie byłem – Carrefour na Zielonych Wzgórzach w Białymstoku – tak właśnie jedna pracownica tłumaczyła drugiej czemu ma taki zachrzan.

To ja gratuluje floorowi (kiedyś słyszałem takie określenie na dyrekcję w hipermarkecie) zorganizowania. Nie mogli tego przewidzieć wcześniej, że im się budżet w jakiejś normie nie zamknie i ograniczyć obsadę we wcześniejszych miesiącach?

Jak nie robić konkursu

Serwis SprawnyMarketing.pl zorganizował konkurs, w którym do wygrania było uczestnictwo w szkoleniu na temat Magento. Temat jak najbardziej dla mnie, ale koszt szkolenia to 500 złotych. Wziąłem więc udział w konkursie mając wielką nadzieję na wygraną.

Czułem, że wygram. Warunkiem zwycięstwa było udowodnienie w komentarzu, że to właśnie mi należy się nagroda – standard blogowego konkursu. Zamiar udziału miałem naprawdę szczery, więc bardzo wierzyłem, że przekonam do wybrania mnie.

Konkurs był już jakiś czas temu, więc co chwila zerkałem czy jest już wynik i jak wyglądają konkurencyjne komentarze. Dyplomatycznie powiem, że szanse moje nie malały za bardzo 😉 Tylko gdzie ten wynik.

No i jest! Dziś o 17:05 dostałem maila, że wygrałem.

I ręce mi opadły. Bo szkolenie zaczyna się jutro o 8:00 rano, trwa dwa dni. I jest w Warszawie.

Drodzy warszawiacy. Internet się już i tak z was śmieje, że jak tylko ktoś wrzuci jakieś ogłoszenie czy pytanie związane z lokalizacją („jaki polecicie najlepszy bar sushi?”, „Oddam lodówkę pod warunkiem zabrania ode mnie”), ale lokalizacja nie zostanie zaznaczona to na pewno pisze pępek świata, czyli najważniejsza ze stolic. Nie dokładajcie do pieca robiąc konkurs i każąc wylosowanemu w 13 godzin kupić sobie bilet w obie strony, dojechać na ósmą rano, załatwić nocleg i nagle odwołać wszelkie plany na najbliższe dni, rzucić pracę, olać klientów…

* * *

OK, musze dopisać post scriptum, bo ponownie napisałem niejasno / zostałem niezrozumiały, co wyrażacie w komentarzach 🙂 Jeśli ktoś błąd w organizacji konkursu rozumie jako niepoinformowanie z góry kiedy i gdzie będzie szkolenie, to nie to: od samego początku było to wiadome i ja wiedziałem. Błąd polega na ogłaszaniu wyniku na chwilę przed tym, gdy nagroda stanie się przeterminowana. Gdyby chociaż była informacja, że w taki sposób zostanie wyłoniony zwycięzca, to przynajmniej nie brałbym udziału i nie byłoby całego halo 🙂

Zwykłe historie

Jeśli chcesz pisać bloga, ale nie masz o czym, to nie problem. Wystarczy, że umiesz dobrze pisać, a i zwykłą historię zwykłego człowieka napiszesz tak, że przeczytam do końca.

Dwa przykłady  z wczoraj.

Czy można rozpisać się o współpasażerze z pociągu tak, bym śmiał się jak przy lekturze Forresta Gumpa? Można, proszę bardzo.

Czy można opisać człowieka w restauracji siedzącego przy stoliku obok, tak by zrobiło mi się smutno i tak bym tę historię chciał pokazać Wam i tutaj. Oczywiście.

Myślę, że nie muszę Was namawiać do subskrypcji obu blogów. Przeczytacie i sami się nie powstrzymacie.