Clair Patterson, człowiek, o którym zapewne nigdy nie słyszeliście, a być może zawdzięczacie mu to, że żyjecie

Pan powyżej to właśnie Clair Patterson, nawet wikimedia nie mają lepszej jakości jego zdjęcia niż ta miniaturka. Nigdy nie dostał Nobla i nie uzyskał sławy poza światem naukowym (a i w nim jest też mało znany, gdy Nature publikował o nim artykuł, napisano o nim she myśląc, że skoro Clair to musi być kobieta).

Ktoś z was pamięta jeszcze paliwa ołowiowe? To właśnie ten pan stoczył samotną walkę, wbrew koncernom i z kłodami rzucanymi mu pod nogi przez świat naukowy by pozbyć się ołowiu z paliw.

Ołów zaczął być dodawany w latach dwudziestych do paliwa gdy odkryto, że pozytywnie wpływa na redukcję stuków w tłokach. Przy okazji jego produkcji od wdychania oparów ludzie ginęli w liczbie po kilku dziennie, a jeszcze więcej stawała się warzywami po nieodwracalnym uszkodzeniu układu nerwowego.

Problem z ołowiem jest bowiem taki, że akumuluje się w naszych organizmach (w ogóle nie jest wydalany), a większe ilości powodują właśnie silne skutki neurologiczne. Ogólnie mówiąc, nasz układ sterowania jakim są neurony po kontakcie z ołowiem odmawia posłuszeństwa z losowymi skutkami: w zależności gdzie akurat „uderzy” albo dostaniemy zawrotów głowy, albo zatrzyma się serce, albo zmienimy się właśnie w warzywo.

Produkcja dodatku etylowego na bazie ołowiu to jednak duży biznes, więc firmy robiły to w najlepsze cały czas zaprzeczając jakimkolwiek problemom. Było to na tyle cyniczne i wyrachowane, że nijaki Thomas Midglet, odkrywca korzyści z etylenu dla silników spalinowych, choć sam uległ zatruciu ołowiem i dobrze wiedział, że niemal nie przepłacił tego życiem, nadal zapewniał, że wszystko jest ok. Był bowiem równocześnie szefem firmy Ethyl – największego producenta ołowiowego dodatku do paliwa.

Midglet zasługuje tu na dygresję: pewnego dnia postanowił po cichu wymiksować się z ołowiu wiedząc jak fatalny jest to pierwiastek i zaczął pracować nad czymś innym. I… wynalazł freon, który rozwalił nam warstwę ozonową. Jeśli jeszcze nie uważacie, że Midglet to partacz wszechczasów, to wiedzcie, że wynalazł on też dźwignię do podnoszenia się z łóżka, w której linki się zaplątał i udusił.

Firma Ethyl nadal istniała i truła nam środowisko, ludzie nadal wdychali ołów ze spalin i akumulowali go w swoich organizmach i wtedy przyjrzał się mu Patterson. Dość późno, bo dopiero po 40 latach od wynalezienia etylu (dokładniej: czteroetylku ołowiu ale w skrócie nazywa się go właśnie etylem a paliwo z jego zawartością etyliną) ktoś na serio zaczął badać jakie są jego skutki działania. Wcześniej wszystkie prace były finansowane przez koncerny paliwowe i wychodziło z takich badań, że jest to związek super fajny.

Patterson się z tym nie zgadzał. Badał szkodliwość i naciskał by wycofano go z paliwa. Koncerny paliwowe to jednak wielkie ryby i dość szybko rządowe instytucje dziwnym zbiegiem okoliczności przestawały finansować jego badania. W tym także instytucje mające stać na straży zdrowia obywateli. Pojawiały się naciski i próby przekupstwa by Patterson stracił swoją posadę na uniwersytecie. To się nigdy nie stało, ale choć miał wielki dorobek naukowy w badaniach nad ołowiem, tracił posady w kolejnych państwowych komisjach zajmujących się przemysłem i zdrowiem.

Ostatecznie mu się udało i od lat 90tych nie produkuje się paliw z ołowiem, nieco później wycofano go także z farb i puszek na żywność. Ale czy ktoś z was słyszał o tym człowieku?

(To przy okazji ten sam facet, który ostatecznie określił wiek ziemi i do dziś jego obliczenia przez 50 lat nie zostały podważone).

Źródło: książka „Krótka historia prawie wszystkiego”, rewelacyjna, polecam.

0

Dzieci żyjące w pobliżu dużych dróg gorzej się rozwijają

W kontekście budowy obwodnic śródmiejskich (w Białymstoku domyka się właśnie pełen ring takiej obwodnicy, ostatni odcinek będzie przechodził bezpośrednio pod balkonami dwóch białostockich osiedli)

https://kopalniawiedzy.pl/dziecko-droga-zanieczyszczenie-powietrze-samochod-PM2-5,298950

Życie w symulacji

Rodzi się pewna quasi-religia, a jednym z najbardziej rozpoznawalnych jej piewców jest ponoć Elon Musk. Mianowicie wiele osób zaczyna wierzyć, że wszyscy żyjemy w symulacji komputerowej.

Symulacja toczy się na komputerach działających gdzieś w dalekiej przyszłości, tak zaawansowanych, że świat w niej renderowany jest niemal niemożliwy do odróżnienia od faktycznej rzeczywistości. Dlatego nie wiemy, że żyjemy w symulacji.

Po co powstała? Wyznawcy twierdzą, że przenoszeni są do niej faktyczni, żywi ludzie z przyszłości i jest to rodzaj szkoły. Technologia w przyszłości jest bowiem tak zaawansowana, że ciężko jest ją ogarnąć ludzkim umysłem. Więc stworzono symulację prezentującą świat na przełomie XX i XXI wieku, w czasach gdy komputery i internet były względnie młode, a świat z ich udziałem da się jeszcze mniej więcej zrozumieć. I tacy uczniowie z przyszłości trafiają do nas by zobaczyć jak to się wszystko zaczęło.

Fajna koncepcja pobudzająca wyobraźnie, ale mi się chyba najbardziej podobają żarty  powstające wokół niej.

Dlaczego ludzie muszą codziennie spać mniej więcej jedną trzecią doby? Na świecie jest ponad 7 miliardów ludzi. Komputery przyszłości może i są potężne, ale jednak nie na tyle by nadążać z renderowaniem takiej ilości osób, więc jedna trzecia, zmiennie, musi oczekiwać w stanie stand by.

Wszedłeś do jakiegoś pokoju i od razu zapomniałeś po co tu przyszedłeś? Albo chciałeś coś powiedzieć ale czekałeś aż interlokutor na chwilę przerwie i gdy już przyszła twoja kolej, zupełnie nie pamiętasz co też miałeś na myśli? Nie przejmuj się, to zwykły wyciek pamięci w komputerze renderującym.

Masz deja vu lub zupełnie faktycznie zdarza ci się po raz kolejny ta sama sytuacja? Nie bądź zachłanny – wyrenderowano cię w końcu na maszynie, która ma skończony zbiór przewidzianych tobie wydarzeń.

I teraz na biegunie pojawia się ta góra lodowa:

Pomyśl, jeśli byś tworzył wirtualny świat takich rozmiarów jak nasza planeta i wiedział, że gdzieniegdzie musisz oszczędzić na detalach, bo zwyczajnie karta tego nie uciągnie, nie było by wygodnie walnąć raz na jakiś czas zwykłą prostokątną górę lodową, w miejscu gdzie przecież nie ma ludzi i szanse na jej odkrycie są znikome?

0

Zauważyliście, że Facebook stał się lepszy?

Zauważyliście? Mniej głupich wpisów na waszym wallu? Nieśmiesznych obrazków, o których udostępniający myślał, że są śmieszne? Żenujących mądrości, linków do artykułów, których udostępniający pewnie nawet nie  przeczytał, a wrzucił tylko by pokazać jaki on jest ho ho, bo patrzcie, artykuł po angielsku, w dodatku patrzcie z jakiej domeny!

Nie dziękujcie. Tak, odinstalowałem jakiś miesiąc temu mobilną aplikację facebooka i pojawiam się na nim teraz o wiele rzadziej. W weekend prawie w ogóle, w tygodniu z doskoku w ciągu dnia (pewnie zaraz wrzucę link do tego wpisu, o już jest) i jak dam radę to jeszcze przez chwilę wieczorem.

W efekcie, choć wciąż wiele czytam i grzebię w sieci telefonem to nie leci to z automatu na Facebook. Było ciężko przez pierwszych kilka dni, ale teraz już daję radę. Od wszystkiego można się odzwyczaić, a im bardziej coś jest uzależniające, tym bardziej szokowa powinna być według mie terapia. Odinstalowanie aplikacji z telefonu związuje ręcę. Oczywiście można spróbować odwiedzić Facebooka z mobilnej przeglądarki albo znów zainstalować aplikację, ale póki co udaje mi się skutecznie przed tym powstrzymywać.

Po co, zapytacie? Lubię pozbywać się internetowych nałogów. Przyznajcie sami, że na pewno są miejsca w sieci lub aktywności na telefonie, o których wiecie, że robicie lub odwiedzacie za często. Czujecie ten dyskomfort, ale mimo to kolejny raz wchodzicie na Facebook by kolejny raz zobaczyć na górze ten sam wpis, który wiedzieliście dziś już 8 razy, a pod nim znów ktoś na coś narzeka, ktoś inny czymś się chwali, jeszcze ktoś inny coś udostępnia…

I tak jak już półtorej roku temu kompletnie wyniosłem się z Wykopu (Jezu, jaki to jest syf – a przynajmniej był te półtorej roku temu, ale jakoś nie wierzę by coś się zmieniło), tak teraz postanowiłem ograniczyć bytność na fejsie. Ograniczyć, bo wciąż nie zniknąłem zupełnie: jak wspomniałem odwiedzam stronę wciąż z laptopa, do tego w telefonie wciąż jest Messenger. Ten ostatni jest chyba największym problemem, bo trzyma twoich znajomych jako zakładników.

Odpryskiem od mojej ucieczki z Facebooka ma być to, że wrócę do pisania na blogu. Jak może widzicie z ostatni miesiąc pojawiło się kilka nowych wpisów, po dłuższej ciszy. Może uda mi się utrzymać przynajmniej te małe ale jednak tempo.

Od kilku dni świat żyje aferą związaną z przekazaniem przez Facebook danych 50 milionów użytkowników firmie, która sterowała kampanią Donalda Trumpa. Amerykański kongres właśnie przepycha ustawę, wg której władze będą miały konto administratora w tego typu serwisach i będą widzieć wszystko o was bez potrzeby pytania o te dane kogokolwiek. Nie czujecie dyskomfortu?0

Papierek

Człowiek rzucił papierek po lodzie na chodnik. Miał pecha, bo nie zauważył, że idą za nim strażnicy miejscy. Sto złotych z kieszeni człowieka szybko podreperowało budżet miasta.

Dwa dni później był już drugi dzień lipca i całe miasto zostało zasypane śmieciami. Bo urząd miasta który niedawno zarobił sto złotych na obywatelu spieprzył sprawę na większą skalę.

Nikt nawet się nie zastanawia czy miasto powinno ponieść odpowiedzialność finansową. Obywatel mandat dostanie na poczekaniu, władzy nikt nie zaczepi.0

Zostawmy dzieci głupszymi?

Nie jestem rodzicem, więc może dlatego nie rozumiem przesłanek jakimi kierują się osoby mające sześcioletnie dzieci, ale według mnie coś jest nie halo. Coś się zmieniło od czasów, gdy to ja byłem sześcioletnim dzieckiem.

Dzisiejsi rodzice zebrali milion podpisów by ich sześcioletnie dzieci nie szły do szkół, a pozostały jeszcze ten rok w przedszkolu.

Ja pamiętam, że gdy sam byłem taki mały rodzice kombinowali co by tu zrobić bym do szkoły w tym wieku poszedł. Były jakieś rozmowy ze szkołą, aby przyjąć mnie wcześniej do pierwszej klasy, chyba zdawałem mini egzamin (ale tego pewien nie jestem, dawno to było).

I nie tylko moi rodzice robili takie starania. Wtedy to była całkiem częsta praktyka, rodzice rozumieli, że sześcioletnie dziecko w szkole, a nie przedszkolu to lepszy start w życie i jakby nie było duma z pociechy, że jest mądrzejsza od innych. Ja mądrzejszy się nie okazałem, nie przyjęto mnie przed czasem. Ale znam przynajmniej dwie osoby, które dzięki staraniom rodziny poszły do szkoły szybciej.

A teraz rodzice szkoły się boją. Co się stało przez te ostatnie 20 lat, że już nam nie zależy?0

Meteoryt obraża, ale Pudzian nie

Kurcze, jak ktoś, gdzieś, w jakiejś galerii do której aby wejść, to trzeba mieć chęć i kupić bilet, kładzie pomnik Jana Pawła II przygniecionego meteorytem, to znajdzie się moher, który uzna to za obrazę uczuć religijnych.

Ale jak ktoś stawia wielki pomnik Mariusza Pudzianowskiego przebranego za papieża, z krzyżem na piersi – pomnik, na który chce czy nie chce musi patrzeć całe dwustutysięczne miasto, to wszystko jest ok.0

San Marino

To jak bardzo przegraliśmy z Ukrainą pokazuje jak fatalnymi piłkarzami jest polska reprezentacja. To jak bardzo będziemy jutro się cieszyć po rozgromieniu San Marino pokaże jak fatalni są polscy kibice.

Cieszyć się z wygranej z San Marino, to jak cieszyć się, że nareszcie nie zadławiłeś się podczas jedzenia. Że nie wywaliłeś się po przejściu kilku metrów.0

Skąd się biorą kolejki przed świętami? Przyznam, że nie wiedziałem

Grr, nie znoszę wchodzić do hipermarketu w grudniu. Tłum ludzi i kolejki do kas, o wiele większe od tych niż zawsze. Podsłuchałem dziś jednak rozmowę kasjerki i jakiejś jej przełożonej.

Okazuje się, że kolejki to nie tylko wina samych klientów, którzy nagle wybierają się na świąteczne zakupy. Oto co usłyszałem dziś w Carrefour:

Do końca roku sklep musi zaoszczędzić 800 roboczogodzin, więc temu kas jest mniej otwartych.

Nie wiem czy tak jest wszędzie, ale tam gdzie byłem – Carrefour na Zielonych Wzgórzach w Białymstoku – tak właśnie jedna pracownica tłumaczyła drugiej czemu ma taki zachrzan.

To ja gratuluje floorowi (kiedyś słyszałem takie określenie na dyrekcję w hipermarkecie) zorganizowania. Nie mogli tego przewidzieć wcześniej, że im się budżet w jakiejś normie nie zamknie i ograniczyć obsadę we wcześniejszych miesiącach?0

Jak nie robić konkursu

Serwis SprawnyMarketing.pl zorganizował konkurs, w którym do wygrania było uczestnictwo w szkoleniu na temat Magento. Temat jak najbardziej dla mnie, ale koszt szkolenia to 500 złotych. Wziąłem więc udział w konkursie mając wielką nadzieję na wygraną.

Czułem, że wygram. Warunkiem zwycięstwa było udowodnienie w komentarzu, że to właśnie mi należy się nagroda – standard blogowego konkursu. Zamiar udziału miałem naprawdę szczery, więc bardzo wierzyłem, że przekonam do wybrania mnie.

Konkurs był już jakiś czas temu, więc co chwila zerkałem czy jest już wynik i jak wyglądają konkurencyjne komentarze. Dyplomatycznie powiem, że szanse moje nie malały za bardzo 😉 Tylko gdzie ten wynik.

No i jest! Dziś o 17:05 dostałem maila, że wygrałem.

I ręce mi opadły. Bo szkolenie zaczyna się jutro o 8:00 rano, trwa dwa dni. I jest w Warszawie.

Drodzy warszawiacy. Internet się już i tak z was śmieje, że jak tylko ktoś wrzuci jakieś ogłoszenie czy pytanie związane z lokalizacją („jaki polecicie najlepszy bar sushi?”, „Oddam lodówkę pod warunkiem zabrania ode mnie”), ale lokalizacja nie zostanie zaznaczona to na pewno pisze pępek świata, czyli najważniejsza ze stolic. Nie dokładajcie do pieca robiąc konkurs i każąc wylosowanemu w 13 godzin kupić sobie bilet w obie strony, dojechać na ósmą rano, załatwić nocleg i nagle odwołać wszelkie plany na najbliższe dni, rzucić pracę, olać klientów…

* * *

OK, musze dopisać post scriptum, bo ponownie napisałem niejasno / zostałem niezrozumiały, co wyrażacie w komentarzach 🙂 Jeśli ktoś błąd w organizacji konkursu rozumie jako niepoinformowanie z góry kiedy i gdzie będzie szkolenie, to nie to: od samego początku było to wiadome i ja wiedziałem. Błąd polega na ogłaszaniu wyniku na chwilę przed tym, gdy nagroda stanie się przeterminowana. Gdyby chociaż była informacja, że w taki sposób zostanie wyłoniony zwycięzca, to przynajmniej nie brałbym udziału i nie byłoby całego halo 🙂

0

Zwykłe historie

Jeśli chcesz pisać bloga, ale nie masz o czym, to nie problem. Wystarczy, że umiesz dobrze pisać, a i zwykłą historię zwykłego człowieka napiszesz tak, że przeczytam do końca.

Dwa przykłady  z wczoraj.

Czy można rozpisać się o współpasażerze z pociągu tak, bym śmiał się jak przy lekturze Forresta Gumpa? Można, proszę bardzo.

Czy można opisać człowieka w restauracji siedzącego przy stoliku obok, tak by zrobiło mi się smutno i tak bym tę historię chciał pokazać Wam i tutaj. Oczywiście.

Myślę, że nie muszę Was namawiać do subskrypcji obu blogów. Przeczytacie i sami się nie powstrzymacie.0

Niech już minie moda na slidery

Powiedzmy to głośno: slidery na stronach są pomyłką. Przyznaję, że sam je stosuję na przynajmniej jednej z moich stron, bez mrugnięcia okiem wykonałem takich dziesiątki, tylko dlatego, że klient tego chciał. Ale nie znoszę ich na stronach.

Slider, czyli kilka fragmentów treści strony zorganizowanych tak, że wyświetla się jedna, znika, pojawia się kolejna, często z efektem przewijania z boku na bok. Widzieliście to wiele razy. Wciąż widzicie na przykład na moim TradeMatiku. Ale obiecuję, że zajmę się tym, by i tam go nie było.

Mistrzowskiego slidera właśnie zobaczyłem na stronie Moscrif. Spróbujcie coś tam w nim przeczytać. Jak się nie da, spróbujcie wrócić do poprzedniego i zatrzymać to przewijanie. Ja sobie odpuściłem zdenerwowany i zszedłem niżej czytać dalszą część. Niestety – migający u góry przewijak nadal rozprasza i trzeba przewinąć dalej by nie było go widać.

Slidery robi się na stronach tylko temu, że się da. W niczym nie pomagają. No chyba, że slider bez automatycznego przewijania, ale taki – umieszczony na górze strony – trochę mija się z celem umieszczania czegoś w topie. Tam wrzucamy rzeczy najważniejsze, a brak autoprzewijania gwarantuje, że spora część ludzi nie zobaczy rzeczy, które uważamy za ważne.

Tu nie ma kompromisu, prawda? Oby slidery już odeszły z designu.

Chyba, że ktoś z Was zna dobry kontrprzykład. Zostawcie w komentarzu.0

Na NaTemat czas płynie bardzo szybko

Jeśli ktoś chce wiedzieć gdzie warto się pokazywać, by nie wypaść z towarzystwa, warto zajrzeć na portal (?) NaTemat.pl. Trzeba jednak uważać i zaglądać tam dość często: to co według redakcji było modne wczoraj, dziś już może być kompletnie ałt of faszion.

Dwa tygodnie temu Olga Święcicka napisała, że clubbing umarł. Nikt już nie szlaja się od klubu do klubu. Zamiast tego przesiadujemy w czymś nowym, co nazywa się klubokawiarnie:

Dziś miejskie życie ma zupełnie inny kształt (…) Kluby zaczęły przybierać różne formy, nie chodzimy już do nich, żeby tylko posłuchać muzyki. Zwykle imprezy połączone są z wernisażem sztuki, pokazem modowym, filmem. Zmieniły się też nazwy. Pojawiły się klubokawiarnie, kluboksięgarnie i galerie. Żeby przyciągnąć młodych ludzi, kluby prześcigają się w pomysłach

O cho, coś nowego – pomyślałem sobie. Odnotowałem w głowie, że trzeba się wybrać. Clubbing nie żyje – rozumiem. Czas na klubokawiarnie.

Niestety kurde nie zdążyłem. Bo wczoraj Olga Święcicka pisze, że klubokawiarnie są w kryzysie i zamykają się jedna po drugiej.

Trzymanie ręki na pulsie kulturalnych zmian jest coraz trudniejsze. Aż wstyd się przyznać, że ja wciąż zwyczajnie chodzę do pubu.0

Też byłem na Blog Forum Gdańsk

Relację z WordCampu już zamieściłem, teraz czas na opisanie tego, co działo się zaraz po jego zakończeniu. Czyli relację z Blog Forum Gdańsk 2012.

Trafiłem tam właściwie przypadkiem. O BFG wiedziałem od kilku lat, głównie z artykułu na SpidersWeb, gdzie Przemek Pająk tłumaczył dlaczego tam nie pojedzie (było coś o snobizmie i chyba macaniu po jajkach mizianiu po majciorach) i przyznam, że jeśli ktoś tak dowiaduje sie o tym wydarzeniu, to kiepska reklama zniechęca do głębszego zainteresowania. Teraz jednak zostałem poproszony o wygłoszenie tam swojej prelekcji.

Zgodziłem się, bo przemawianie przed tłumem mnie stresuje. Brzmi dziwnie, ale w tym roku postanowiłem sobie, że zwalczę ten lęk, a walczyć będę rzucając się na głęboką wodę. I tak po zgłoszeniu się do wystąpienia na WordCamp Gdańsk 2012 postanowiłem, że nie odmówię też występu na tej drugiej, większej imprezie.

Jak było? Cóż, przeczytałem już chyba wszystkie inne relacje uczestników jakie znalazłem, mam więc od kogo kraść przemyślenia 😉 Wśród osób, które były tak jak ja na WordCampie i BFG króluje niechęć do porównywania tych dwóch wydarzeń. I ja się z tym zgadzam. To tak trochę jak spróbować porównać na przykład ślub i wesele. Niby jest jakiś wspólny mianownik, ale nikt chyba nigdy nie zastanawiał się co z tych dwóch rzeczy wypadło lepiej. Tu wspólnym mianownikiem było miasto i czas. Wszystko inne było… inne.

Skupię się od teraz na samym BFG i do Campa już raczej nie będę wracał.

Pierwsze co zwraca uwagę u prelegenta tego wydarzenia to troska jaką jest otoczony. Na samym wstępie zaproponowano mi sfinansowanie przyjazdu (a gdyby Białystok miał lotnisko, dostałbym bilet na samolot) oraz nocleg w całkiem dobrym hotelu. Właściwie to chyba nawet za dużo jak na kogoś, kto ma opowiadać o tym jak się konfiguruje WordPressa. Jednak nie odmówiłem (jedynie dojazd do Gdańska opłaciłem z własnej kieszeni, bo i tak przecież najpierw wybierałem się na WordCamp – szit, miałem już o nim tu nie wspominać).

Drugie wrażenie – świetny kontakt z organizatorami. Co prawda nie wiem kto tam był szefem wszystkich szefów (wiem, że za większość płaciło miasto Gdańsk, które BFG traktuje jak okazję do wypromowania się), ale osoby którym byłem przydzielony wywiązały się ze swoich obowiązków bardzo dobrze. W tym miejscu bardzo dziękuję za pomoc w odnalezieniu się we wszystkim Agnieszce z BFG (jeśli to czyta) 🙂

Dalej: hotel. Jak być może wiecie jestem fanem hosteli i rzadko bywam w czymś lepszym, ale Scandic w Gdańsku to bardzo dobre miejsce. Znajduje się zaraz przy dworcu głównym (wystarczy przejść przejściem podziemnym) i jest tak wypasiony, że nawet ja sam zobaczyłem słomę w swoich butach 😉 Gdybym chadzał w garniturach, to może…

Tu dodam, że z hotelu i do hotelu jeździł wynajęty bus do przewozu uczestników i prelegentów. Jednak jako że lubię sobie pospać, udało mi się nim zabrać tylko raz z Forum. Na miejsce dojeżdżałem tramwajami, co chyba nie było dobrym pomysłem. Wprawdzie organizatorzy w mailu do prelegentów wylistowali trzy linie, którymi można dojechać, jednak tu zdarzył się mały problem. Jedna z nich jeździ tylko w dni robocze (Forum było w weekend), drugiej nie znalazłem, a trzecia – ponieważ w dniu imprezy akurat rozpoczął się remont torów – wysadziła mnie trzy kilometry od miejsca zdarzenia. Ale nie narzekam, wrzuciłem sobie radio w telefonie i przynajmniej posłuchałem lokalnej stacji podczas dłuższego spaceru.

No i właśnie samo miejsce zdarzenia. Blog Forum Gdańsk odbywało się na stadionie PGE Arena – tym samym, który dopiero co został wybudowany na Euro 2012. Robi wrażenie, zwłaszcza na kimś takim jak ja, kto specjalnie stadionów nie zwiedza. Na samą murawę nie wchodziłem, ale widownia i wszystkie sale, cała infrastruktura pod nią zlokalizowane, są imponujące. Olbrzymia przestrzeń na jakiej całość się odbywała według wielu działała na niekorzyść. Całość to był wielki hall połączony z restauracją, jedna sala obok niego oraz trzy sale piętro niżej. Jeżeli chciało się odwiedzić wszystkie prelekcje, które nas interesowały, podobno trzeba było się nabiegać. Podobno, bo ja tam nigdzie się nie spieszyłem. Na początku próbowałem z harmonogramem w ręku odwiedzać te wystąpienia, które byłyby potencjalnie interesujące. Szybko jednak okazało się to niemożliwe – z powodu przedłużonych wystąpień (nawet ja nie zmieściłem się ze swoim w czasie) i braku buforu między nimi harmonogram szybko przestał obowiązywać. Tak więc na luzaku chodziłem sobie od sali do sali i patrzyłem czy dzieje się tam coś ciekawego. Jeśli tak, zostawałem.

W powyższym akapicie od opisywania miejsca przeszedłem do wystąpień, więc chwilę się na nich zatrzymam. Oczywiście tradycyjnie wszystkiego nie widziałem – dojechałem na PGE Arenę każdego dnia później i po swoim wystąpieniu też musiałem od razu biec na pociąg, więc być może ominęło mnie coś super. Wśród tego co jednak widziałem, niewiele było rzeczy, które mnie interesowały. Na pewno rozczarowały mnie wystąpienia przewidziane jako główne, te z udziałem mniejszych i większych gwiazd. Wszyscy narzekali, że ile razy można słuchać jak Kominek z Hatalską dyskutują kolejny raz czy z prowadzenia bloga da się żyć. Cóż, ja tę dyskusję słuchałem pierwszy raz, a i tak zanudziła mnie na śmierć. 😉

Ach, i tu od razu uwaga do Kominka, jeśli przypadkiem to czyta. 😉 Kominek powiedział, że według niego ledwo garstka kilkunastu blogerów w Polsce utrzymuje się z blogowania. Kominku, jesteś więc bardzo oderwany od rzeczywistości, bo nawet tak skromny bloger jak ja zarabia na swoim blogu – bezpośrednio i pośrednio. A tylko pomyśleć jaki tłum jest ode mnie popularniejszy i bardziej poczytny i jak to spienięża.

Próbowałem też nie nudzić się na wywiadzie z prezydentem miasta Gdańsk, ale jako, że całość właściwie skupiła się na tym jaka ulica w Gdańsku jest właśnie remontowana i jaki plac porządkowany – kogoś z Białegostoku niespecjalnie to interesuje. Motywem tego wystąpienia miał być blog jako czynnik sprawczy takich zmian i sposób kontaktu z władzami i to do mnie dotarło. Jako ktoś z Białegostoku mogę polecić naszemu prezydentowi by zobaczył tę rozmowę na Youtube i być może sam poszedł z ślady prezydenta Pawła Adamowicza.

O wiele przyjemniejsze były wstąpienia na najmniejszej sali, czyli w szatni. W ogóle pomysł taki  uważam za świetny. Prawdziwa szatnia piłkarska miała swój urok i bardzo się ucieszyłem gdy zobaczyłem, że moja prelekcja też tam ma być. Żadna wielka sala, ale mały pokoik, w którym przy popularniejszych wystąpieniach ludzie stojący na zewnątrz wyciągali szyję by zobaczyć co dzieje się w środku. To właśnie w szatni odbyły się dwa wystąpienia, które spodobały mi (i patrząc na reakcję innych wiem, że nie tylko mi) się najbardziej. Pierwszego dnia Dorota Kamińska z Pozytywnej Kuchni wtłoczyła w salę dużo humoru pokazując ciekawe wideo blogi kulinarne. Sporo było śmiechu i polecam wszystkim odnaleźć to wystąpienie na YouTube (gdy to piszę, jeszcze go nie ma, ale pojawiają się już inne). Drugiego dnia największe wrażenie na wszystkich zrobił Piotr Konieczny z Niebezpiecznika. Co prawda kompletnie nie mówił o tym co zapowiadał w harmonogramie tytuł prelekcji – miało być o bezpieczeństwie bloga, a de facto było o bezpieczeństwie w ogóle – ale na sali co chwila było słychać łał! zachwytu. Bardzo ciekawa odskocznia od głównego nurtu forum.

Monika Mikowska  w sali - szatni

Monika Mikowska w sali – szatni

Moim osobistym rozczarowaniem byli niestety ludzie. Powinienem się chyba był tego spodziewać w miejscu, w którym przewijało się podobno 300 osób, ale atmosfery nie było tam żadnej. Nie była to też atmosfera z jakichś targów wystawienniczych. To było takie dziwne zoo, w którym ktoś w jednej klatce zebrał wszystkie zwierzęta, dodał do nich zwykłych ludzi i rozwinął czerwony dywan. Nawet było trochę komicznie. Wielcy blogerzy chcąc tego lub nie byli wyalienowani i na świeczniku (przy bliższym poznaniu okazywali się normalnymi ludźmi, ale szepty wokół nich nie pozwalały im w ukryć się w tłumie). Zresztą co tam wielcy blogerzy – najweselsza była grupa wszelkich szafiarek i hipsterów. Zupełnie czym innym jest spotkać taką osobę pojedynczo gdzieś na ulicy, a czym innym gdy są w stadzie. No ale nic, nie będę się nad tym specjalnie rozwodził; takie to już czasy, że młodzi ludzie wyglądają właśnie tak, a nie inaczej. Zresztą, chyba się już starzeję 😉

W każdym bądź razie duża przestrzeń, trzystuosobowy tłum i ubiór pod tytułem nie podchodź do mnie bo mnie zasłonisz nie sprzyjały wytworzeniu dobrej atmosfery i na PGE Arena właściwie jeśli z kimś rozmawiałem, to był to ktoś kogo znałem już wcześniej osobiście. Liczyłem na osobiste poznanie z kilkoma osobami, których blogi czytam od lat, jednak to się nie udało.

Gdy jednak ten tłum się zmniejszył, upakował się w mniejszej przestrzeni i wlało się w niego „odrobinę” alkoholu, sytuacja zmieniła się znacząco. Mówię tutaj o tym, co zaczęło się jako middle party w klubie Dobry Dźwięk, a skończyło – przynajmniej dla mnie – jako test cierpliwości obsługi hotelowej. Middle party było kolejnym potwierdzeniem profesjonalizmu i rozmachu organizatorów. Trzypiętrowy klub wynajęty tylko dla uczestników BFG, open bar czyli alkohol i jedzenie bez ograniczeń oraz koncert na żywo Smolika i jego ekipy. Łał. Dziwnym trafem, gdy tylko w klubie alkohol przestał być darmowy, klub opustoszał, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Spora część ludzi przeniosła się wtedy do hotelu, gdzie krążyliśmy między imprezą w hotelowym lobby a imprezą w pokoju jednej z blogerek. To właśnie tu te wszystkie wyżej wspomniane papugi, pawie i pawiany okazały się bardziej ludzkie niż na forum ogólnym. Bardzo dobrze, że tak się stało, bo na następny dzień atmosfera była już przyjemniejsza. Co prawda głowa bolała strasznie, ale nic tam 😉

Opisałem już chyba wszystko co najważniejsze, czas więc przejść do podsumowania. O swoim występie pisać nie będę, bo go jeszcze nie widziałem, a że zaraz po wystąpieniu musiałem biec na pociąg (organizatorzy byli tak mili, że wynajęli mi taksówkę na dworzec), nie udało mi się zebrać jakiegokolwiek feedbacku od słuchających mnie. W każdym bądź razie było kilkanaście osób słuchających, co sprawiło, że się nie stresowałem specjalnie. Na szczęście dopiero potem dowiedziałem się, że przez internet oglądało mnie na żywo zapewne kilka tysięcy, jeśli nie kilkanaście tysięcy osób.

Czy wybiorę się jeszcze na Blog Forum Gdańsk? Bardzo bym chciał, ale nie wiem czy nie jestem za słabym blogerem, aby się tam załapać (była ostra selekcja i dostałem się tylko temu, że byłem nie uczestnikiem, a prelegentem). Przedsięwzięcie to było olbrzymie i naprawdę robił wrażenie ten cały rozmach. Gratuluję miastu Gdańsk pomysłu na taki rodzaj promocji. Wszyscy uczestnicy na pewno odnieśli mniejsze lub większe wrażenie, że Gdańsk jest cool, skoro zamiast robić kolejny festyn z okazji dnia truskawki, robi coś tak nowoczesnego. Co więcej ci uczestnicy i prelegenci wrócili do domów i dalej blogują o tym. Sami pomyślcie ile osób usłyszało nazwę miasta Gdańsk w kontekście blogowania i internetu, a ile słyszało o – dajmy na to – Lublinie bo jego urząd miasta zamówił filmik promocyjny, który wrzucił na YT. Tak się to właśnie powinno robić.

0

Dzwoniący z zastrzeżonego numeru to zawsze spamer. Zablokuj go.

Czy zauważyliście, że chyba już z 5 lat żaden wasz znajomy nie zadzwonił do was z zastrzeżonego numeru? Za każdym razem gdy ktoś próbował tak się połączyć to był bank z ofertą kredytu, czy nawet jakaś mini marketingowa gnida, która kupiła wasze dane osobowe i dzwoni by sprzedaż wam ubezpieczenie/inne badziewie.

Czy wiecie, że takie połączenia można z góry blokować? Włączenie takiej blokady spowoduje, że już nigdy nie dostaniecie słownego spamu o pana/pani w call center. Spamer, gdy wybierze wasz numer, usłyszy info, że nie  życzycie sobie połączeń z ukrytych numerów.

Blokada jest darmowa.

Nie będę się rozwlekał. Oto jak taką blokadę włączyć w każdej polskiej sieci:

Play

Dzwonimy pod numer  *111*114*1# Więcej informacji jest tutaj.

Plus

Włączyć ją można w panelu EBOK lub dzwoniąc do konsultanta pod numer 2601. Link do info.

Orange

Dzwonimy pod numer *110*71# Więcej informacji tutaj.

T-mobile

Istnieje możliwość zadzwonienia do BOKu. Informacja tutaj. Można także wyłączyć przez i-BOA (informacja od komentującego Piotra, dzięki! Na stronie T-mobile nic o tym nie znalazłem)

Nie dziękujcie. Aktywujcie już teraz i pozbądźcie się tych natrętów. Prawdę mówiąc – jako, że usługa jest powszechnie dostępna – owi spamerzy tłumaczą sobie pewnie, że skoro koleś mnie nie zablokował, to znaczy że lubi gdy dzwonię do niego, pytam czy nie przeszkadzam i jeśli nie przeszkadzam – przeszkadzać zaczynam.

0

Profilaktycznie zmarnuję ci karierę

Prezenterka Agnieszka Szulim poniosła konsekwencje faktu, że pali trawkę – zawiesili ją w pracy. No cóż, taki kraj.

Zastanawiam się jednak czy profesor z centrum profilaktyki uzależnień (Mariusz Jędrzejko) też konsekwencje jakieś poniesie.

Bo co to za szef profilaktyki? Oczom nie wierzę, że ktoś taki zajmuje się uzależnionymi. Facet, który po usłyszeniu w prywatnej rozmowie, że ktoś pali trawę, zaraz po wejściu na antenę mówi o tym całej Polsce, że jest zszokowany i podkreśla, że dziennikarka pracuje w publicznej telewizji i że łamie prawo.

Zastanawiam się jak wygląda u niego wizyta osoby uzależnionej. „Panie doktorze, mam problem z narkotykami”

A pan doktor przeszukuje mu kieszenie i wzywa  policję. A potem jeszcze zawiadamia pracodawcę, rodzinę i przyjaciół, żeby mieli się na baczności.

 

0

Szybszy internet w komórkach to tylko chwyt marketingowy

Kolejne sieci komórkowe prześcigają się chwaląc się w reklamach jak szybki mają internet. Tymczasem 10 megabitów na sekundę to wcale nie jest szybki internet mobilny. A fakt, że sieć 4G potrafi obecnie wymieniać dane z przepustowością 70mbs powinien tak naprawdę chyba bardziej nas martwić niż cieszyć.

Kto bowiem wykorzystuje swoją komórkę do przesyłania dużych plików? Wszystko co potrzebujemy to sprawdzić pocztę, wczytać stronę i tyle.

Przeciętna strona waży obecnie około 1MB, otworzenie jej więc na komórkowym łączu 10Mbs powinno zająć około sekundę (10Mbs to około 1,2MBs, czyli w ciągu sekundy można przesłać 1,2 megabajta). Komu z Was na telefonie zajmuje to właśnie sekundę?

Otóż to. Prawdziwym problemem nie jest bandwith – przepustowość, jaką się chwalą Plusy i Playe w reklamach – a jest nim latency – czyli opóźnienie z jakim komórka łączy się faktycznie z serwerem i po jakim wraca do naszego telefonu odpowiedź z tego serwera (czyli strona, którą chcemy zobaczyć). A jakie jest latency chyba żaden z operatorów się nie chwali (bo jest fatalne).

Operatorzy, przestańcie więc ścigać się w megabajtach, a zacznijcie mówić i mikrosekundach. Zdecydowanie wolę ofertę 512kbs/0.1 sekundy opóźnienia od oferty 70Mbs/10 sekund opóżnienia. W tym pierwszym przypadku jednomegową stronę zobaczę szybciej.

Bo czym jest oferta 70Mbs w 4G? Tak naprawdę oznacza to, że jeśli masz w telefonie pakiet 500MB transferu i faktycznie chciałbyś skorzystać z tej przepustowości, już po minucie i 10 sekundach ściągania danych wyczerpiesz swój limit.

I kolejny „prawdziwy minutowy szał z przepustowością 70Mbs za free” dopiero za miesiąc 😉 Nie brzmi już tak dobrze, prawda?0

Wyborcza w wydaniu elektronicznym

Gazety zastanawiają się czemu wydania elektroniczne przeznaczone na czytniki w tabletach słabo im się sprzedają.

Kupilem sobie wczoraj Wyborczą przez blackberry playbook.

Czytam jeden artykul: wygląda jak przed jakąkolwiek korektą. Literówki, ucięte i nie pasujące do kontekstu wyrazy.

Kolejny: tego nawet nie można nazwać błędem kerningu – akapity nachodzą na siebie, litery się zlewają. Da sie odczytać, ale wygląda jak śmieć.

Kolejny: artykuł kończy się „we wtorek. Dziewięć”. Przełączam na widok zdjecia całej strony gazetowej  – a jakże, zOCRowali jedną kolumnę z trzech. Na zdjęciu ledwo, ale jednak widać, że „Dziewięć” to początek zdania „Dziewięć kopalni…”

Sprzedajecie kicz, to się nie dziwcie, że nikt go nie kupuje. Wyborczą kupiłem za 6 darmowych kredytów służących do sprawdzenia czy mi to przypadnie do gustu. Agoro, odpowiedzi możecie się domyśleć.

Toniecie z papierowym wydaniem, toniecie z elektronicznym. W tym pierwszym nic nie możecie już zrobić, w tym drugim toniecie na własne życzenie.0

Och, a więc to dzisiaj!

A więc już: mleko się rozlało i nic się już nie da z tym zrobić. Od dziś będziemy patrzeć jak Wedel zwija manatki, zwalnia pracowników, opuszcza biura i ostatni zgasi światło.

Taka wtopa przecież jest wprost niewybaczalna! Wedel wynajął dupną kancelarię prawną, która nie ma wyczucia, więc w ramach kary (nie dla kancelarii a dla Wedla) wszyscy przestaną jeść ptasie mleczko. Tak, to jest logiczne.

Szef Wedla powiedział papudze by ten chronił ich znaki towarowe, papuga nie za bardzo wiedział jak to robić lub nie chciał się wysilać, więc poszedł na łatwiznę: usiadł przed komputerem i napisał do kilku blogerów, by koło ptasiego mleczka postawili „er” w kółeczku.

I się zaczęło. Olgierd opisał sprawę, ta trafiła na Wykop, potem na Facebook (albo najpierw na Facebook, potem na Wykop) i to właściwie wszystko czego trzeba, by wyzwolić potężny bulwers konsumenta.

A jak wiadomo bulwers konsumenta jest stanowczy i ostateczny.

To już dwa lata od tego jak PZU ogłosiło upadłość pod naporem bulwersu. Bulwers oczywiście nie bez powodu: PZU odmówiło wypłacenia odszkodowania właścicielowi statku F. Chopin po tym jak temu się maszty połamały. Facebookowa ściana tego ubezpieczyciela musiała na wet na chwilę zniknąć, bo PZU nie radziło sobie z tysiącami głosów oburzenia i zapewnień, że nigdy się u nich nie ubezpieczą. Ciekaw jestem ilu z Was, którzy teraz to czytają wtedy też bojkotowało, a właśnie zaświtało im w głowie, że w PZU ostatnio ubezpieczyło samochód, dom, wycieczkę, whatever.

Osoby, które w przeciągu ostatniego roku kupiły coś Adidasa powinny właśnie przejść na inną stronę. Dla własnego zdrowia, lepiej nie czytajcie dalej, bo przypomnę Wam, jak rok temu bojkotowaliście tę firmę za zamalowanie graffitti na Służewcu. Tak jest, wtedy też obiecaliście, że Wasza noga w ich sklepach już nie postanie.

No cóż. PZU zbankrutowało, choć w tej innej, niefejsbukowej rzeczywistości kurs akcji od czasu bojkotu właściwie nie drgnął. Wystarczył jeden rok, by świecące pustkami sklepy Adidasa zostały zamknięte jeden po drugim, choć ta inna rzeczywistość mówi, że ludzi w  nich jest tyle samo co było.

Ciekaw jestem ile czasu Wam potrzeba by wykończyć Wedla i jego Ptasie Mleczko.

Już pomijam fakt, że co drugi zbulwersowany fejsbukowicz do wczoraj podrzucał mi linki do filmów quasi-narodowościowych, a dziś deklaruje, że polskiego Wedla nie zje, a zamiast niego będzie jeść (der) Alpejskie Mleczko. Tak, to logiczne.

Disclaimer: nie lubię ptasiego mleczka (alpejskiego też, po prostu mi nie skamują). (Chyba) nigdy nie miałem nic z logiem Adidasa (a jeśli miałem to podróbkę z bazaru w latach ’90). Nigdy nic nie ubezpieczałem w PZU.0

Dropbox powinien wypuścić urządzenie

Czasem przychodzi mi do głowy jakiś ciekawy nowy pomysł. Oczywiście jak to zwykle bywa, pomysł wydaje mi się genialny, ale po kilku dniach sam uznaję, że genialny być nie może, że to się tylko mi tak wydaje. Dlatego postanowiłem pomysłem podzielić się z Wami, napiszcie co o tym myślicie.

Pomysł dotyczy Dropboksa. Pytanie kieruję raczej do osób, które już go używają, bo może też tak jak ja czują ten sam brak. Jeśli ktoś jednak Dropboksa jeszcze nie zna (nie wierzę) jest to w uproszczeniu usługa która pozwala przechowywać Twoje pliki w sieci i mieć do nich dostęp z każdego miejsca, gdzie jest dostęp do internetu.

Problemem jest jednak fakt, że nie zawsze internet jest, albo nie zawsze pobranie pliku z Dropboksa – zwłaszcza jeśli ma kilkaset megabajtów – wydaje się pomysłem ergonomicznym.

Do takich miejsc przenoszę pliki na pendrivie. To niestety mnie zmusza do dbania samemu o ich synchronizację.

W pierwszej kolejności pomyślałem, że Dropbox powinien wypuścić własny pendrive. Albo przynajmniej rozszerzyć swoją aplikację o moduł wykrywania podłączonego pendrive’a i jeśli znajdzie w nim katalog „Dropbox” to mógłby w tle synchronizować takie pliki. Pomysł całkiem ok, ale wydaje mi się, że mogłoby to być jeszcze prostsze.

Wyobraźcie sobie urządzenie, które wygląda jak pendrive (stick z gniazdem USB) i które nosisz przy swoich kluczach. Gdy wchodzisz do domu, urządzenie już w twojej kieszeni wykrywa znaną sobie sieć wi-fi i automatycznie uruchamia synchronizację z serwerem Dropboksa. I tyle.

W ten oto sposób na tym niby „pendrive” zawsze miałbyś aktyualną zawartość swojego Dropboksa.

Czy nie jest to fajny pomysł? Jedyny problem jaki widzę, że to konieczność ładowania baterii urządzenia – oczywiście mogłoby być ładowane przez USB. Jednak jako, że  większość operacji wykonywana by była przez sieć, de facto urządzenie rzadko lądowałoby w tym porcie – jedynie gdy idziesz do znajomych i im chcesz zgrać jakiś plik. Na to też mam pomysł: urządzenie gdy będzie prawie rozładowane wyśle do serwera info o tym, a aplikacja Dropbox na twoim komputerze przypomni ci o konieczności doładowania.0

Polskie kino nadal na swoim poziomie. Kieślowski się w grobie przewraca

Jupi! Polska kinematografia doczeka się w przyszłym roku (dlaczego tak późno, ja się pytam?) kolejnej szmiro – kalki. Koncept: zrób film taki jak wszystkie inne, z dowcipami, które szwagier opowiadał widzom już piętnaście razy przy rodzinnym obiadku. Bo Polak przecież kocha tylko to co już zna. Ten kto widział „Ciacho” i posikał się ze śmiechu słuchając dowcipów starszych od facebooka („i mamy tu piękne połączenie muzyki z prostytucją: coś tu kurwa nie gra”) tym razem się chyba zesra ze szczęścia 😉 „Janek, zjesz jajecznicę?” „Właaaaśnie… Janek!”

Pytanie za sto punktów: trailer filmu został zerżnięty z:
a) Ocean’s Eleven
b) Ocean’s Twelve
c) Ocean’s Thirteen

http://www.youtube.com/watch?v=IJds85xH95M&feature=player_embedded

Ale, że będzi to hitem, który dla Olafa Lubaszenko przyniesie milionowe zyski, wątpliwości nie mam. Żyjemy w końcu w kraju disco polo.

 0

Ruszył nowy sezon seriali

Studenci nie mają łatwego życia – jeśli któryś z nich postanowił sobie, że w tym roku to już na pewno weźmie się do nauki, a przy okazji jest fanem seriali komediowych, mam złą wiadomość: ubiegły tydzień był momentem startu wielu sitcomów w Stanach Zjednoczonych.

Ja już studentem dawno nie jestem ale po prostu uwielbiam seriale oglądać. Pomyślałem, że wypiszę tutaj co oglądam. Może część z was znajdzie w tym coś dla siebie, część napisze mi w komentarzu, że też tacza się ze śmiechu przy tym czy innym.

Zachęcam też was do podzielenia się swoją serialową „wideoteką”. Na pewno jest coś, czego nie widziałem. Komentarze wpisujemy na końcu tego wpisu 🙂

Lecimy:

The Office

Z tych, które wymienię to chyba serial, który najdłużej oglądam. Rzecz się dzieje, jak sama nazwa wskazuje, w biurze. Ciężko mi powiedzieć kto jest główną postacią: jeszcze rok temu powiedziałbym, że jest nim Michael Scott, grany przez Steve’a Carrela, jednak w najnowszym sezonie (w ubiegłym tygodniu wystartował sezon ósmy) już go nie ma. Dlatego na głównych bohaterów awansuję tutaj Jima i Pam, chyba wszyscy współoglądający się ze mną zgodzą. Na pewno wyróżnia się też Dwight.

Akcja rozgrywa się w firmie handlującej papierem. Jim jest jednym ze sprzedawców, Pam w czasie trwania serialu z sekretarki awansowała już na osobę od spraw administracyjnych. Dwight jest typem bezwzględnego zakutego łba i przez to co chwila staję się obiektem żartów. Zresztą humor całego serialu jest specyficzny. Szowinistyczny, czasem rasistowski, częściej subtelny. Niemal każdy bohater ma jakąś ułomność, która sprawia, że jest zabawny.

Tym, którym jeszcze nie widzieli, polecam. Mi już po siedmiu sezonach się nieco opatrzył, ale oglądać będę dalej. Zresztą bez Steve’a Carella to już nie to samo.

Modern Family

Wspominam o nim po Office, bo oba seriale łączy ten sam sposób reżyserii i prowadzenia kamery. Całość jest zrobiona tak, aby wyglądała na film dokumentalny. Bohaterowie wypowiadają się do kamery, czasem przed nią się ukrywają, a ta odnajduje ich w zakątkach podczas prywatnych rozmów. W Polsce coś takiego chyba też już się zdarzało, ale jako, że nie włączam telewizora, trudno mi powiedzieć gdzie i kiedy. Słyszałem, że na dwójce Rodzinka TV jest ponoć trochę wzorowana właśnie na Modern Family, ale nie jestem tego do końca pewien.

Modern Family opowiada historię trzech domów. Jest dom, w którym ojcem jest Ed O’neil (znany wszystkim z roli Ala Bundy’ego). O wiele już starszy niż w Świecie według budnych; mąż kolumbijskiej seksbomby, z którą wychowuje pasierba. Ma też dwójkę dorosłych już dzieci z poprzedniego małżeństwa. Syn jest gejem, tworzącym rodzinę razem z innym facetem, wychowującym adoptowaną azjatycką dziewczynkę (w najnowszym, trzecim sezonie przygotowują się właśnie do adopcji kolejnego dziecka). Córka nestora całej rodziny tworzy raczej normalną rodzinę. Przynajmniej normalną jak na komediowe standardy.

Niby nic wyjątkowego, ale serial potrafi naprawdę rozbawić. Polecam wszystkim. Jako rekomendację dodam, że nie znam chyba nikogo, kto po rozpoczęciu oglądania go, zrezygnowałby, bo mu się nie spodoba. (z drugiej strony znam mało ludzi, więc wszystko jest możliwe).

How i met your mother

Nie jestem pewien czy muszę ten serial przedstawiać. Patrząc na ilość memów krążących po sieci, związanych z bohaterami tego filmu, podejrzewam, że już chyba każdy natknął się na niego choć raz lub coś o nim słyszał. Wystartował właśnie 7 sezon.

Kanwą serialu jest opowieść prowadzona przez Teda Mosby’ego, w której relacjonuje swoim dzieciom jak to się stało, że spotkał swoją żonę. Po krótkiej scence na początku każdego odcinka, w której widzimy słuchających dzieciaków, przenosimy się zaraz do akcji z niesprecyzowanej przeszłości (jednak biorąc pod uwagę product placement iPhone’a, dzieje się to naprawdę niedawno), w której widzimy grupkę przyjaciół. Jest główny bohater – Ted Mosby – architekt, wykładowca, którego pasji do architektury nikt nie rozumie (Zupełnie jak Ross z Przyjaciół i jego fascynacja dinozaurami). Jest jego przyjaciółka, z którą miał romans i romans ten powraca co chwila (Rachel?). Jest kochająca się parka, która nie może się doczekać dziecka (czy ktoś może mi przypomnieć czy w Przyjaciołach Monika i Chandler doczekali się dziecka?). Jest wieczny podrywacz, który niczym Joey – ponownie z przyjaciół – co chwila widziany jest z inną dziewczyną.

Tak, specjalnie wymieniłem nawiązania do Przyjaciół, bo serial ten jest jego kalką. Oczywiście z wariacjami, ale jest to po prostu kontynuacja tego samego pomysłu. Młodzi z Nowego Jorku, zabawni, przebojowi. Jeśli ktoś płakał po ostatnim odcinku Friendsów, na pewno juz trafił na ten nowy serial.

Dodam, że pomimo kalkowatości, serial jest bardzo dobry i szczerze polecam.

The big bang theory

Obecnie wystartował 5. sezon, a ja oglądam go od czwartego. Nie zmienia to faktu, że ten właśnie uważam chyba za najśmieszniejszy. Ale nie dla wszystkich musi być on śmieszny.

Ponownie grupka przyjaciół, jednak od przyjaźni wyraźniejsza jest tu ich nerdowatość. Sami naukowcy, w większości fizycy, jeden z doktoratem. Oderwanie ich od rzeczywistości, wszelkie ich odchyły, powodują, że autentycznie zalewam się łzami ze śmiechu. Jeśli ktoś ogląda ten serial, na pewno w ubiegłym tygodniu taczał się po ziemi przy scenie „testowania” urządzenia do całowania na odległość 😉

Jako, że obecnie wraz z tym całym hipsterstwem przyszła moda na nerdów, na pewno wam się spodoba.

Raising Hope

Obecnie drugi sezon. Wspominałem już tutaj kiedyś o serialu My name is Earl. Jeśli ktoś z Was wtedy przekonał się do niego, na pewno polubi także i ten – tworzą go ci sami aktorzy i klimat jest podobny. Małomiasteczkowy chłopak przesypia się z dziewczyną i zdarza im się wpadka. Problem jest jeszcze większy: dziewczyna jest seryjną morderczynią i zostaje stracona na krześle elektrycznym. Małomiasteczkowy Jimmy zostaje z córeczką Hope i od tej pory (a opisałem wam tylko pierwszy odcinek) musi ją wychowywać, równocześnie mieszkając z rodzicami i będąc zakochanym w sprzedawczyni z pobliskiego sklepu.

Mnóstwo świetnego humoru i naprawdę się ucieszyłem, że serial znów wrócił na antenę.

Inne?

Obejrzałem też pierwszy odcinek Wilfreda, ale to za mało by go tu recenzować. Oglądałem też serial Samatha Who (gra z nim Christina Applegate, czyli Kelly Bundy), ale nie przypadł mi on bardzo do gustu (zresztą nie jest już kontynuowany).

A co się wam podoba?

(obrazki zapożyczone z wikimedia)

 0

To już niemal pewne: w Syrii rozpoczęła się rewolucja

Informacja o tym nie przedostaje się za bardzo do światowych mediów, a tym bardziej polskich (w sumie nie dziwię się temu, bo przykrywa ją właśnie rozpoczęta zbrojna interwencja w Libii), jednak jako, że obserwuję co w Syrii się dzieje, gdzieniegdzie trafiam na kolejne relacje o zamieszkach w Syrii. Na ulicach są już tłumy, w ostatnim proteście wzięło udział nawet 20 tysięcy osób. Ludność wykrzykuje treści antyprezydenckie oskarżając go i jego otoczenie o korupcje, wykrzykuje swoją frustrację spowodowaną biedą; są też pierwsze ofiary śmiertelne. Zacznijmy jednak nieco od początku.

Jeszcze miesiąc temu podczas ulicznego protestu nic  nie zapowiadało, że tłum obróci się przeciw władzy. Ludzie w Damaszku wyszli na ulice po tym jak policjant pobił chłopaka (zauważcie jak często w różnych krajach magrebu właśnie od nadużycia władzy przez policję wszystko się zaczyna). Szybko jednak zjawia się minister syryjskiego MSW i obiecuje ukaranie policjanta. Protest się kończy i ludzie wracają do domów. Podczas samego protestu tłum wykrzykuje „Bashar, nasze serca i nasze dusze są z tobą”. Bashar to imię prezydenta Syrii Bashara al-Assada, o którym już wspominałem gdy wychwalałem urodę jego żony.

W ostatni piątek scenariusz ten już się nie sprawdził. Znów zaczęło się od policji, która  aresztowała w Daraa grupkę młodzieży w wieku szkolnej za to, że wypisywała na murach hasła cytowane z rewolucji w Egipcie i Tunezji. To znów wyprowadziło około 200 ludzi na ulice (także i w innych miastach), jednak tym razem skończyło się tragicznie. Policja otworzyła ogień do demonstrantów, w skutek czego trzy osoby poniosły śmierć na miejscu, a dwie kolejne zmarły po przewiezieniu do szpitala.

Pogrzeby demonstrantów zgromadziły kilkutysięczne tłumy, a całość szybko zmieniła się w wiece antyrządowe i antyprezydenckie. Policja rozpędzała tłumy stosując naboje gumowe i gaz łzawiący. Jest już więc bardzo gorąco.

Co dalej? Nie wiem, ale sytuacja na pewno nie będzie się rozwijać podobnie do tej, jaką znamy z Afryki północnej. Po pierwsze prezydent al-Assad nie jest wieloletnim dyktatorem, a rządzi tym krajem dopiero drugą kadencję. Przyznać jednak trzeba, że jego ojciec, po którym przejął władzę pasował już do wizerunku krwawego despoty. Z drugiej strony para prezydencka stara się rządzić krajem w sposób – na ile to możliwe w Syrii – zachodni. Zanim prezydent został prezydentem był okulistą w jednym z Londyńskich szpitali, a jego żona jest urodzoną Brytyjką (islamskiego pochodzenia). Dobrze więc znają standardy zachodnie i starają się je skonfrontować ze światem muzułmańskim (sam Bashar nie jest muzułmaninem, a alawitą). Podobnie jak Mubarak w Egipcie próbuje dobrze się układać z Izraelem (w czasie pogrzebu Jana Pawła II podał rękę prezydentowi Kacawowi, czym wywołał niemał sensację, wycofał także wojska z Libanu), z drugiej jednak znowu strony przez USA cały czas uznawany jest za wspierającego terroryzm.0

Eli Barbur jest „fajny”

Od chyba już roku czytam bloga znanego w Polsce korespondenta z Izraela Eli Barbura. Czytam, bo wpisy jakie tam zamieszcza pokazują kompletnie inne jego oblicze niż te, które znamy z mediów.

Dziś zamieścił kolejny typowy dla siebie wpis ze swoją reakcją na choćby najmniejszy (no w tym wypadku nie najmniejszy, ale zawsze tak jest) przejaw antysemityzmu czy zwykłej krytyki Izraela.

Kurcze, pewnie też gdybym był sławny i kiedykolwiek wypowiedziałbym się źle o Izraelczykach*, dowiedziałbym się od razu, że moja babcia straszyła mnie Żydami i opowiadała opowieści o piciu przez nich krwi 🙂

Ten człowiek wyraźnie się już zestarzał. Kojarzy mi się z takim izraelskim odpowiednikiem mohera, który przywiązuje się do krzyża/menory na jerozolimskim odpowiedniku Krakowskiego Przedmieścia i sam wie najlepiej czym jest „prawda”.

____

*) I tu się poczułem w obowiązku by wyjaśnić jaki jest mój stosunek do Żydów czy Izraelczyków. Otóż: nie wiem. Kiedyś sobie wymyśliłem, że nie będę ani lubił, ani uprzedzał się do ludzi, których w życiu nie spotkałem. (Co prawda w Gruzji spotkałem całkiem sporo Izraelczyków, ale nie zrobili na mnie żadnego wrażenia: cisi, spokojni, ciężko z nimi rozpocząć rozmowę, ale się da). A nawet jak już spotkam, nie będę raczej na bazie tego doświadczenia budował sobie opinii o całym narodzie.0

Restart

W grach komputerowych jest tak, że jeśli ci nie idzie, po prostu robisz restart. I zaczynasz wszystko od nowa.

W serwisach społecznościowych już tak nie jest. Kompletnie mi nie idzie na twitterze i w fejsbuku. Na twitterze obserwuję ludzi, których tak naprawdę nie chcę obserwować, bo nie piszą nic, co by mnie interesowało. Na fejsbuku z kolei jestem na tyle wyoffowany, że nawet jeśli coś napiszę, nie trafia to na niczyj wall. Jakoś bym chciał wykasować wszystko, zrobić restart i zacząć od nowa.

Ale się nie da.0

Kolejny raz czytam, że w Iraku zabijają chrześcijan

I powiem szczerze, że się nie dziwie. W żadnym wypadku nie popieram, smuci mnie to, ale naprawdę się nie dziwie.

W 2003 roku Irak został zaatakowany (jak się teraz okazuje kompletnie bez żadnego mandatu ku temu) przez George’a W. Busha. Facet, który nigdy nie krył się ze swoją religijnością (polecam film „W” Oliviera Stone’a; zaskakująco obiektywny; spodziewałem się, że reżyser Busha przedstawi w jakiś skrajny sposób). Spróbujcie się wczuć w rolę niewykształconego Irakijczyka, który wychował się w pamięci krucjat, a teraz znów jacyś krzyżowcy najeżdżają jego kraj.

W 2009 roku cały fejsbuk rysował karykatury Mahommeta. Osobiście uważam, że to właśnie ta głupia zabawa była punktem zwrotnym.

W 2010 roku ledwo udało się zapobiec organizacji w Stanach dnia  palenia Koranu.

Jak to wszystko sobie przypomnę, naprawdę bawi mnie  oburzenie ludzi zachodniego świata, że w Iraku znajdą się ludzie, którym żyłka po tym wszystkim pękła 😉

To jest pętla wzajemnie nakręcającej się nienawiści. Zaczynało się niewinnie. Najpierw psztyczek w nos jednej stron, potem rasistowskie wyzwiska drugiej. Potem doszło do profanacji symboli religijnych. Teraz mamy zabijanie w imię religii. Ktoś sądzi, że kolejny cios rozwiąże sprawę, zamiast ją zaognić?0

Znów dziennikarzom za bardzo się nie udaje

Wygląda na to, że Maciej Firlej dostał posadę korespondenta ze Stanów Zjednoczonych na kształt jakiejś emerytury czy lekkiej i przyjemnej pracy w ramach podziękowania za trudniejsze rzeczy, jakie robił jako korespondent wojenny.

Dziś o 8:30 rano TVP.info łączyło się z nim na żywo w sprawie cablegate. Pan Maciej powiedział, że obecnie nic nie wiadomo, poza fragmentami wycieków jakie ukazały się w kilku gazetach online, a sama strona Wikileaks jest shakowana. Trcohę jakby Maciej Firlej wszystko co zrobił to przejrzał strony tych gazet i to wszystko. 

Panie Macieju, już dzień wcześniej o 22.30 pojawił się wyciek na stronie Wikileaks i każdy może go sobie swobodnie czytać i przeglądać (kolejne materiały są dodawane ustawicznie). Trochę wtopa, że po dziesięciu godzinach jeszcze pan o tym nie wiedział 🙂

0