Książka o Rwandzie "Dzisiaj Narysujemy Śmierć", która powstała z moim małym udziałem, o którym już pisałem tutaj trafiła właśnie do księgarni. Cena jej wacha się pomiędzy 30 a 40 złotych. Ja właśnie chwilę temu kupiłem dwa egzemplarze – jeden dla mnie, jeden na prezent
Książkę mam także w formacie PDF na dysku, otrzymałem za darmo od autora, ale uważam, że warto mieć na półce coś w pewnym sensie "swojego"
Jeśli ktoś chciałby ją także kupić, polecam aby zrobić to dziś jeszcze przed północą. Trwa właśnie Dzień Darmowej Dostawy – wymienione sklepy wysyłają zamówiony towar bez doliczania opłat za wysyłkę. Kupiłem w księgarni KDC.pl. Wysyłka tam faktycznie jest za darmo, a książka mimo o jest o jakieś 7 złotych tańsza niż w sklepie internetowym wydawcy.
To tyle
Idę tymczasem czekać na dostawę i kupować kolejne prezenty na zbliżające się święta.
Baczność! Ilu z Was czyta ten blog, ręka do góry. Ilu z tych z ręką u góry wie, że byłem w Rwandzie i interesuje mnie wszystko co z nią związane? Sporo, prawda?
To dlaczego nikt mi nie zameldował wczoraj, że w środę przed północą na TVP.INFO będzie (teraz już był) film dokumentalny o Rwandzie, o ludobójstwie i do tego kręcony w większości w Nyamata – miejscowości, w której mieszkałem będąc w Rwandzie?!
Na szczęście sam codziennie sprawdzam przed północą co leci na tym kanale, bo to jest pora w której emitują filmy dokumentalne o sprawach międzynarodowych. I programu nie przegapiłem.
Ale jakby ktoś widział w przyszłości coś o Rwandzie, dajcie jakiś cynk
Przynajmniej zapowiem na blogu i obejrzymy w większym gronie.
A na pocieszenie dla tych, którzy nie widzieli wyżej omawianego filmu, inny film. Całkiem niezła gratka, zwłaszcza dla mnie, bo kręcony w Nyamata Teleservice Centre – miejscu gdzie pracowałem
W filmie występuje nawet mój „szef” Paul
Pamiętacie plany abym blog Konrad Jest w Rwandzie wydał w postaci książki? Nie wydam go na 100%, ale nie wszystko stracone.
Za niecały miesiąc na rynku ukaże się książka Wojciecha Tochmana (tego pana być może kojarzycie z innych książek – reportaży lub prowadzenia kiedyś programu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”) pod tytułem „Dzisiaj narysujemy śmierć”.
Będzie to reportaż dotyczący ludobójstwa w Rwandzie, a raczej tego jak my, Europejczycy mamy się do tego wydarzenia i czy powinniśmy się poczuwać do jakiejkolwiek odpowiedzialności za nie.
O tym, że książka zostanie wydana wiem z dwóch maili od pana Wojciecha.
W pierwszym mailu dostałem pytanie czy zgadzam się aby fragmenty mojego bloga trafiły do treści książki. Odpowiedź mogła być tylko jedna!
„Zostawię pomnik trwalszy niż ze spiżu”, co prawda będzie to tylko pomniczek, ale nie ukrywam, że było jednym z moich marzeń jakkolwiek trafić do świata literatury. Używam tu słów pewnie zbyt podniosłych (nie wiem ile w książce będzie cytatów ze mnie, pewnie mało), ale uwierzcie, że się cieszę
Kilka dni temu dostałem drugi mail w którym Wojciech Tochman informuje, że 28 listopada o godzinie 19.00 w Warszawie (Audytorium, gmach starej Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, główny campus, przy Krakowskim Przedmieściu) odbędzie się premiera książki. Niestety to trochę daleko z Białegostoku i pewnie mnie nie będzie, ale jak ktoś jest z Warszawy to zapraszam w imieniu pana Wojciecha. Danuta Stenka i Krzysztof Majchrzak będą czytać w czasie spotkania fragmenty książki. W sieci trafiłem na informację, że podobny odczyt odbył się już na początku września i treść była druzgocąca. Tym bardziej nie mogę doczekać się kiedy książkę sobie kupię!
To taki krótki wpis pod tytułem „A nie mówiłem?”. Mam nadzieję, że się mylę, ale według mnie najpóźniej w styczniu 2011 roku w Nigerii wybuchną duże zamieszki, jeśli nie ogólnokrajowa wojna.
I nie wywróżyłem tego ze szklanej kuli. Już teraz dzień w dzień z tego kraju przychodzą kolejne informacje o starciach na tle religijnym, napaściach rabunkowych i konfliktach politycznych. W styczniu odbędą się wybory i jestem bardzo przekonany, że nie przebiegną one spokojnie.
Polecam śledzić tę stronę.
Właśnie trafiłem na informację, że Google zorganizowało serię konferencji prowadzonych w różnych krajach Afryki przez pracowników tej firmy. Informuje na nich o swoich produktach, ale uczy także tamtejszych studentów jak tworzyć oprogramowanie (w tym także na Androida) i wykorzystywać googlowe serwisy we własnych produktach.
Zdarzyło się to już w Ghanie, Nairobi, Kenii i Ugandzie.
Podoba mi się to. Jestem za wszystkimi inicjatywami rozwojowymi, zwłaszcza w branży IT
Bezsprzecznie malaria jest jednym z największych obecnie problemów medycznych, choć zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy są tego świadomi. W telewizji możemy usłyszeć co najwyżej o kolejnych nowo odkrytych chorobach, będących hitem sezonu, jak ostatnio świńska grypa (choć na jesień szykowana jest już ofensywa strachu przed kolejną bakterią odporną na wszystkie antybiotyki). Malaria, jeśli kiedykolwiek „hitem” była to już dawno. Choć na chorobę rocznie umierają setki tysięcy ludzi, media o tym nie informują, przede wszystkim dlatego, że dzieje się to zdala od zachodniego świata. Nie ma więc o czym mówić, a według mnie niesłusznie.
Dziś jednak postanowiłem napisać nieco dobrych wiadomości o malarii. Choć wciąż jest to choroba, przeciw której zaszczepić się nie można i dotyka kraje, w których ludzi najczęściej na leczenie nie stać, są miejsca na świecie, które szczycą się sukcesami na polu walki z tą choroba.
Są to cztery kraje: Erytrea (kraj położony w Afryce koło Somalii i Etiopii), azjatyckie Indie i Wietnam oraz Brazylia. Choć malaria nie została tam wypleniona zupełnie, miejsca te podawane są jako przykłady dowodzące tego, że finansowanie programów walki z malarią z funduszy Banku Światowego nie jest wyrzucaniem pieniędzy w błoto.
W latach ’90 XX wieku powstał program nazwany Roll Back Malaria. Głównym założeniem było zmniejszenie do roku 2010 śmiertelności spowodowanej malarią o 50%. O ile większość światowych programów nie wypala, ten działa – przynajmniej w przytoczonych powyżej czterech krajach – niespodziewanie dobrze. Sama Brazylia już w 1996 roku zmniejszyła śmiertelność malaryczną nie o 50 a 60 procent. Oznacza to, że ilość ossób, które rocznie chorowały na malarię w tym kraju zmniejszyła się o dwa miliony, a ilość zgonów spowodowanych tą chorobą o ponad 200 tysięcy.
Sukces w posoztałych krajach był podobny. Erytrea zredukowała do 2004 roku (czyli na 6 lat przed końcem programu) zachorowalność na malarię o 63%, Indie o niemal 70%, Wietnam podobnie.
W jaki sposób to osiągnięto? Powodów było wiele, jednak dwa z nich są kluczowe: finansowanie i przekonanie rządów tych krajów o konieczności walki z tą chorobą.
Bank Światowy udzielił wszystkim czterem krajom kredytu w wysokości około 300 milionów dolarów. Czy jest to kwota duża, nie wiem. Dość powiedzieć, że zlikwidowanie skutków tegorocznych powodzi w Polsce ma kosztować nawet 500 milionów euro i budżet naszego kraju odczuje to raczej w niewielkim stopniu, głównie dzięki wsparciu Unii i rezerwom jakie na takie zdarzenia zostały zgromadzone.
Istotne jest także podejście władz tych krajów do finansowania. W wielu przypadkach pieniądze są źle redystrybuowane tak, że większość środków pomocowych statecznie ginie w kieszeniach urzędników poszczególnych stopni. W tym wypadku całość okazała się jednak dobrze zaplanowana.
Brazylia od razu po rozpoczęciu programu przystąpiła do gruntownej reformy służby zdrowia z nastawieniem jej na walkę z epidemią malarii. Podobnie było w Erytrei gdzie programy ochronne rozszerzono także o walkę z trapiącą ten kraj wysoką zachorowalnością na AIDS. W Indiach przeszkolono około 300 tysięcy lokalnych liderów, których celem miało być koordynowanie walki z malarią i edukowania o tej chorobie. Na bierząco wprowadzano także wszelkie nowinki medyczne i techniczne, o których raz na jakiś czas można przeczytać w prasie qusi-naukowej (a także na moim blogu). W Brazylii rozpoczął się narodowy program opryskiwania mieszkań środkami owadobójczymi; kolejne rodzaje leków antymalarycznych na bierząco zastępowano w lokalnym leczeniu ich nowszymi generacjami. W Erytrei wybudowano całą sieć ośrodków medyczno – naukowych przeznaczonych do walki z malarią i prowadzenia badań nad tą chorobą, do których ściągnięto personel składający się niemal wyłącznie z lekarzy i naukowców z Europy i Ameryki Północnej.
Efekty jak widać przerosły oczekiwania. Choroby oczywiście nie udało się wyplenić zupełnie, ale założone wskaźniki osiągnięto na wiele lat przed końcem programu. Nie oznacza to oczywiście, że kraje te spoczęły już na laurach. Mam nadzieję, że ich śladem pójdą rządy innych państw. W połaczeniu ze stałymi badaniami nad nowymi sposobami walki z malarią, mam nadzieję, że któregoś dnia będziemy mogli przestać myśleć o tej chorobie jak o wyzwaniu epidemiologicznemu.
Po więcej informacji o sukcesie wymienionych wyżej krajów odsyłam do tego raportu (format PDF).
Jak można przeczytać na stronie Gazety Wyborczej za kilka dni zostanie opublikowany raport ONZ, z którego wynika, że rwandyjscy Tutsi poszkodowani w trakcie ludobójstwa w 1994 roku odpłacili się tym samym, czyli ludobójstwem wobec Hutu, którzy uciekli do Konga.
Po przeczytaniu tego postanowiłem się nieco rozejrzeć po sieci by zobaczyć jakie reakcje są w Rwandzie na ten raport. Nie jestem zaskoczony specjalnie.
Dyrektor rwandyjskiego radia oświadcza, że raport nic nie jest wart.
Inny żurnalista oświadcza, że przeciek raportu to przeciek kontrolowany, mający na celu odciągnięcie uwagi od innego raportu, mówiącego o gwałtach Hutu jakich dopuszczali się w dystrykcie Kivu (obszar Kongo graniczący bezpośrednio z Rwandą).
Oba powyższe to wypowiedzi skierowane na zewnątrz kraju dla zachodnich mediów. Tymczasem wewnątrz samej Rwandy o raporcie jest cicho. Rządowa gazeta The New Times pisze właśnie tylko o tym drugim, „przykrywanym” raporcie.
Już chyba z dziesięć razy wspominałem, że kiedyś napiszę i nigdy nie napisałem dlaczego szczepienia przeciw żółtej febrze są obowiązkowe przy wjeździe do wielu krajów, głównie afrykańskich. Pomyślałem, że chcę mieć to w końcu odhaczone, więc zrobię to teraz. Napiszę jednak chętnie bo jest tu pewna ciekawostka.
Żółta febra to choroba wirusowa, roznoszona podobnie jak malaria przez komary. Około dziesięć procent przypadków kończy się śmiercią (tak podaje WHO, choć w innym miejscu znalazłem informację, że rocznie choruje na nią około 200 tys osób, z czego umiera 50 tys.). Na nasze szczęście występowanie tej choroby ograniczone jest do pasa okołorównikowego; głównie do krajów afrykańskich i krajów Ameryki Południowej i Łacińskiej.
Jest wiele chorób śmiertelnych przeciw którym istnieją podobnie jak przeciw febrze szczepionki, jednak febra ma tą unikalną cechę, że są na świecie kraje, do których bez szczepienia przeciw tej chorobie nie wjedziesz. A ściślej – z nich nie wyjedziesz. Jest to odgórny nakaz ze strony Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Dlaczego organizacji tej zależy na tym byśmy szczepili się przeciw tej jednej chorobie, a przeciw innym jak sobie chcemy? Spisek koncernów farmaceutycznych produkujących szczepionki?
Nie. Żółta febra była jeszcze dwadzieścia lat temu chorobą endemiczną, to znaczy ograniczoną do specyficznych obszarów odseparowanych od siebie gdzieś w okolicach równika. Mniej więcej jak jest teraz z przerażającym wszystkich wirusem ebola, który co prawda zabija ale daleko mu do pandemii.
W przeciągu ostatnich dwudziestu lat tak zwiększył się jednak ruch turystyczny, że wraz z turystami podróżującymi z kraju do kraju zaczął podróżować także wirus żółtej febry. W wielu krajach, w których choroba ta nie występowała nagle stała się chorobą lokalną.
Co więcej zauważono, że na świecie wciąż są kraje, w których wirus ten mógłby potencjalnie się zadomowić. Kraje o sprzyjającym klimacie oraz w których już występuje komar, który mógłby chorobę tą roznosić. Wtedy właśnie WHO wprowadziło obowiązek szczepień przeciw febrze.
Nie jest więc tak, że WHO zależy jakoś szczególnie abyśmy nie zachorowali na żółtą febrę wjeżdżając powiedzmy Etiopii (a już na pewno nie zależy jakoś szczególniej niż abyśmy nie zachorowali na przykład na tężec). Szczepienia przeciw żółtej febrze i żółta książeczka, którą każdy zaszczepiony powinien okazać wraz z paszportem zostały wprowadzone po to, abyśmy już będąc zarażonym choroby tej nie wywieźli do kolejnych krajów.
Wg mnie ruch jest dobry, choć jakiś taki bezduszny. Odgórne wyrachowanie, choć w słusznym celu. Zastanawia mnie jednak – i nie znam odpowiedzi – pewna niekonsekwencja. Otóż obowiązek szczepień został wprowadzony przy wjeździe tylko do niektórych krajów; wciąż są kraje w których żółta febra występuje (Wenezuela, Kolumbia) a mimo to możemy do nich wjechać, zarazić się i zawieźć chorobę dalej, do kraju w którym jeszcze jej nie ma, a być może (np Erytrea).
Z racji przygotowań do wylotu do Gruzji wyciągnąłem swój paszport, a w nim znalazłem (co jednak nie było niespodzianką) książeczki szczepień, jakie wykonałem sobie dwa lata temu przed wyjazdem do Rwandy. Szczepień było sześć, a przy każdym z nich na szczęście podana jest data do kiedy szczepienie będzie skuteczne. Niestety jedno szczepienie już się przeterminowało, ale wiele ważnych jest przez 10 lat (czyli od dziś jeszcze 8 lat). Zatem jeśli byłbym sknerą (a byłbym) to muszę wyrobić w osiem lat ze zwiedzaniem świata, a wtedy oszczędzę na kolejnych szczepieniach
Może „pochwalę” się jakie to szczepienia. Myślę, że przyda się to ludziom, którzy właśnie szperają w internecie szukając takiej informacji przed wyjazdem, jeśli nie do Rwandy, to do któregoś z innych krajów subsaharyjskich, jak Tanzania czy Kenia. Jeśli więc czytelniku, który to czytasz jesteś takim szperaczem, częstuj się tą wiedzą, ale pamiętaj, że musisz ją spożywać z ostrożnością. Nie jestem lekarzem i nie traktuj tej listy szczepionek jako ostatecznej i uniwersalnej. Najlepiej przed wyjazdem skonsultuj się z lekarzem lub przynajmniej zajrzyj na stronę Centrum Informacji Medycyny Podróży.
I tak: pierwsza książeczka zawiera następujące pozycje:
- szczepienie przeciw polio, ważne przez dziesięć lat
- szczepienie p. tężcowi i błonicy (podane w jednej strzykawce) ważne także 10 lat
- szczepienie przeciw durowi brzusznemu ważne 3 lata (czyli kończy mi się w 2011)
- szczepienie przeciw meningokokom ważne 3 lata
- …i szczepienie przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu A (WZW A) ważne jeden rok (czyli już nie jestem odporny)
Druga książeczka choć zawiera tylko jedno szczepienie, jest ładniejsza, żółta, ma logo WHO i nazywa się Międzynarodowym Certyfikatem Szczepienia. Jedyne szczepienie jakie zawiera to szczepienie przeciw żółtej febrze, które jest ważne przez 10 lat. Jest to jedyne szczepienie jakie jest wymagane przez WHO w czasie podróży do różnych tropikalnych krajów (z tym wymaganiem jest pewien myk, który opiszę kiedy indziej).
Jak widzicie część szczepień brzmi dla Was (i dla mnie znajomo). Wszyscy bowiem w dzieciństwie byliśmy szczepieni na przykład przeciw durowi czy polio. Jednak powiem szczerze, że dopiero jak dostałem książeczkę przed wyjazdem do Rwandy uświadomiłem sobie, że szczepienia te nie były na całe życie. Szczepi się dzieci, bo one są najbardziej narażone na różnego typu zakażenia (na przykład dzieci często ranią się i mają kontakt z brudnym piaskiem co może skończyć się tężcem).
Jak także widzicie w książeczkach nic nie ma o malarii i słusznie. Powtórzę kolejny raz (dla googlających), że przeciw tej chorobie szczepionki nie ma. Jednak o malarii pisałem już wiele razy, w tym jak się jej ustrzec, zatem przejrzyjcie bloga
Pewnie coś się automatycznie pojawi pod spodem w powiązanych, więc nie linkuję.
Niespodzianki nie było: obecny prezydent Paul Kagame został wybrany ponownie już na trzecią kadencję (druga była przedłużona za sprawą zmian w konstytucji zatwierdzonych w referendum). Wynik wyborczy prezydenta Kagame to 95% i według obserwatorów międzynarodowych głosy były oddawane i liczone bez fałszerstw.
Po ogłoszeniu wyniku wyborów wczoraj w centrum Kigali (gdzieś w tych okolicach) wybuchł granat wskutek czego zginęło 7 osób, a 20 zostało rannych. Granat został rzucony przez ekstremistów wywodzących się z Hutu, którzy twierdzą, że byli zmuszani do oddawania głosów na Paula Kagame.
Nie jest to pierwszy taki incydent w tym kraju, właściwie co roku zdarzają się podobne w rocznicę wybuchu ludobójstwa. Jednak chyba pierwszy raz aż tak wiele osób ucierpiało (okolice dworca autobusowego w centrum są bardzo zatłoczone) i chyba pierwszy raz usłyszałem o tym w serwisie informacyjnym w TVN24.
Szkoda, że o Rwandzie słychać tylko przy okazji takich złych wydarzeń. Choć właściwie we wtorek Jacek Pałasiński relacjonując wyniku wyborów opowiadał jak bardzo ten kraj się zmienił od czasów ludobójstwa. Zatem cofam pierwsze zdanie tego akapitu
Więcej o wybuchu w relacji Radio France Internationale