Jak znaleźć noclegi na Ukrainie, Litwie, w Gruzji…

A właściwie bardziej generalnie: jak znaleźć noclegi na wschód od Polski?

Pytacie o to czasem w komentarzach, widzę też takie pytania często na forach podróżniczych. Ktoś prosi o podanie adresu strony, na której można zarezerwować nocleg w Kijowie czy Lwowie. To jest kompletnie złe podejście.

Przyznaję, że gdy pierwszy raz wybierałem się do wschodnich, postradzieckich krajów, też miałem jakieś obawy. Teraz jednak jechałbym w ciemno bez żadnego wcześniejszego szukania.

Tam jest zupełnie inna mentalność i zupełnie inne podejście do turystów. Jeszcze chyba długo internet nie  będzie pierwszym miejscem przez które  kontaktują się podróżni z właścicielami kwater. Pierwszym miejscem jest zawsze… dworzec. I nie ma znaczenia czy jest to stolica Ukrainy czy pomniejsze miasto na Kaukazie.

Każde miasto na wschodzie (z tych które odwiedziłem), które ma dworzec – kolejowy czy autobusowy – ma na nim też babuszki które czekają na ciebie i jak tylko zobaczą (a rozpoznają cię od razu po dużym plecaku czy walizce) w mniejszej czy większej liczbie okrążą cię i zaczną namawiać na kwatiry.

Jest to dość podobne do tego co znamy w Polsce z Zakopanego. Z małą różnicą na korzyść wschodu: w górach gdy podejdzie do ciebie jeden góral, reszta już raczej trzyma się z boku. Na Ukrainie czy Litwie działa w tym momencie konkurencja: kilka babuszek będzie się przekrzykiwać, każda albo oferując lepszą cenę, albo zachwalając, że od niej jest bliżej do centrum lub lepsze są warunki. Wtedy spokojnie stoimy i słuchamy i wybieramy.

Jeśli wybór okaże się kiepski (zdażyło się nam w ten sposób trafić na ogródki działkowe gdzie mieliśmy spać z jakimiś menelami w altance) grzecznie dziękujemy i wracamy na dworzec. I cała zabawa zaczyna się od nowa. Mam jednak nadzieję, że akapit ten was nie wystraszy 🙂 Taki przypadek miałem jeden raz w życiu i wcale nie wspominam go jakoś kiepsko – cała sytuacja działa się ciepły, letni dzień, mieliśmy sporo czasu i była kupa śmiechu.

Co jeśli jednak nie ma dworca lub nie ma nikogo na dworcu?

W takim wypadku odnajdujemy najbliższy bazar i mówimy do którejś przekupki (uwaga, to na pewno jest z błędami, nauczyłem się tego na wschodzie i wiem tylko jak mniej więcej powiedzieć): Izwienicje, wskażycie mienia kuda eto budzie: ja haczu adnu kamnatu (ew. kwatiru) z adnu krawatu. To według mojej najlepszej wiedzy oznacza mniej więcej: Przepraszam, powiedzcie mi gdzie to będzie: szukam jeden pokój z jednym łóżkiem. Od tej chwili możecie liczyć na burzę mózgów przekupek i na pewno dostaniecie kilka pomysłów lub od razu propozycji.

Inna, droższa opcja: zapytać taksówkarza. Niestety w tym wariancie usłyszycie by wsiadać i was zawiezie, a to oczywiście będzie dodatkowo kosztować.

A oto moje referencje na bazie których zdobyłem powyższe doświadczenia:

Miejsca gdzie właśnie pytając na dworcach znalazłem nocleg:

  • Sewastopol na Krymie (spora konkurencja wśród oferentów więc można wybierać)
  • Ałuszta na Krymie (jak wyżej)
  • Sighaghi w Gruzji (to nawet nie był dworzec a po prostu miejsce gdzie zatrzymują się marszrutki, także spora konkurencja)
  • Kazbegi w Gruzji (też duży wybór, ale miasto jest dość drogie więc  i noclegi były drogawe)
  • Kijów na Ukrainie, lotnisko Żuliany

Miejsca gdzie widziałem, że na dworcu można znaleźć nocleg ale nie korzystałem:

  • Wilno na Litwie
  • Lwów na Ukrainie
  • Grodno na Białorusi
  • Mckcheta w Gruzji
  • Simferopol na Krymie

Miejsca gdzie inaczej znalazłem nocleg:

  • Ureki nad morzem w Gruzji (strasznie mała mieścina bez dworców, więc zapytałem taksówkarza)
  • Duisi w Gruzji (wioseczka w górach, w której mieszka pewnie maksymalnie tysiąc osób, nocleg znaleźliśmy pytając ludzi na ulicy)
  • Gori w Gruzji (trafiłem do tego miasta w dziwny sposób z pominięciem dworca więc pytałem ludzi i zaprowadzili mnie pod same drzwi chyba najtańszego nocclegu jaki miałem w Gruzji u bardzo miłego małżeństwa)

Miejsca gdzie byłem a nie udało mi się znaleźć noclegu pytając na miejscu:

  • brak, ale nie wykluczam, że gdzieś taka anomalia może występować. W końcu byłe ZSRR to całkiem spora ilość miast i miasteczek

Jeśli ktoś z was ma jakieś doświadczenia w tej materii, piszcie śmiało w komentarzach. Nie chciałbym aby całość wyglądała jak jeden głos jednej osoby i co ona tam wie.

Jeśli ktoś nadal ma obawy, odwróćcie sytuację. My w Polsce mamy dość podobną mentalność jak ludzie na wschodzie. Wyobraźcie sobie, że jesteście przypadkiem na dworcu w waszym rodzinnym mieście i zaczepia was ktoś z pytaniem gdzie tu może przenocować. Co robicie?

Jak tanio dolecieć do Gruzji?

Pytają mnie o to znajomi, pytacie też w komentarzach. No to żebym się już więcej nie powtarzał, popełnię ten wpis, a potem będę odsyłał.

Podstawowa zasada: im wcześniej zaczniesz szukać okazji na tani lot, tym lepiej.

Po pierwsze: wejdź na stronę LOTu, i tam kliknij w „Najniższa cena”. Tam przełącz się na zakładkę „Europa”, znajdź pod koniec listy Tbilisi i kliknij. Wyświetlone zostaną najniższe ceny w każdym kolejnym miesiącu. Ceny są na loty w obie strony (zresztą zawsze tak jest). Teraz mi pokazuje, że za pół roku przelot taki będzie kosztować 497 zł, a za 8 miesięcy – 368 złotych.

Jeśli terminy te Ci nie pasują, można czasem trafić w podobnej cenie przelot z bliższym terminem. Dzieje się tak w LOTowskiej promocji „Szalona Środa”. Co środę od godziny 18:00 do północy (czasem promocja jest rozciągana na kilka dni) LOT obniża ceny wielu połączeń i niemal zawsze w tej promocji jest także Tbilisi. No, może przesadzam, że niemal zawsze ale dość często. Bilety  takie jednak się sszybko rozchodzą, więc warto sobie ustawić alarm na 18:00 by wejść od razu i sprawdzić.

Jeśli lot do Gruzji planujesz  od października 2012 roku i niekoniecznie musisz lecieć do stolicy, jest kolejna opcja: WizzAir. Ta tania linia lotnicza od 27 września zaczyna latać do Kutaisi (trochę krępująca w Polsce  nazwa miasta, ale samo miasto całkiem spoko, zwłaszcza, że ma dość dobre marszrutkowe połączenie i ze stolicą, i z miejscowościami na morzem). Ta opcja ma swoje wady i zalety:

Zalety:

  • może wyjść dość tanio (teraz za odcinek Kijów – Kutaisi trzeba zapłacić około 100złotych,  a jak ktoś ma Wizz Exclussive Club, jeszcze taniej)
  • o ile w tanich liniach za bagaż oddawany do luku trzeba dodatkowo płacić, to zasada ta nie obowiązuje w lotach realizowanych przez WizzAir Ukraina, za wszelkie loty do i z Kijowa nie trzeba dopłacać za bagaż (ale jeszcze to sprawdźcie, mówię o stanie na rok 2011)

Wady:

  • przesiadka w Kijowie (to może być i zaleta – zawsze to okazja by zwiedzić kolejne miasto)
  • do Kijowa bezpośrednio z Polski Wizzem można dostać się tylko z lotniska pod Katowicami. Jak ktoś chce lecieć z Warszawy lub Łodzi (uwaga: dopłata za bagaż) to może lecieć Warszawa/Łódź – Londyn Luton – Kijów – Kutaisi, jak ktoś chce lecieć z Gdańska (też dopłata za bagaż) to Gdańsk – Hamburg Lubeka – Kijów – Kutaisi. Ale nie wiem czy takie kombinowanie nie wyjdzie łącznie drożej niż oferta LOTu (tak ten LOT promuję… jeśli to przeczyta ktoś z marketingu tej firmy i wpadłby na pomysł by dać mi za to jakiś bilet za free, to zapraszam do kontaktu 😉 Chętnie taką wyprawę opiszę na tym blogu)

Co jeszcze? Może warto też zajrzeć na stronę ukraińskiego Aerosvitu, który z Warszawy do Tbilisi też doleci (chyba z przesiadką w Kijowie). Teraz pokazuje mi cenę 300 USD za lot w dwie strony, co promocyjne nie jest (to regularna cena w LOT). Ale widzę na przykład, że z Warszawy do Kijowa jest teraz promocja 90 USD, co można by spróbować połączyć z WizzAirem.

Można też sobie zestawić połączenie Warszawa – Ryga – Tbilisi z AirBaltic. (Teraz jak to piszę nie ma jednak nic tam taniego, odcinek Ryga – Tbilisi to około 200 euro)

Opcja dla ludzi lubiących autostop: dostać się jakoś do Turcji, a stamtąd właśnie na stopa do Gruzji. Nigdy nie praktykowałem, ale widziałem wiele relacji ludzi, którzy określają to jako „bajecznie proste, szybkie i przyjemne”.

Jeśli ktoś ma jakieś jeszcze inne pomysły, może zna linie lotnicze, które ja przegapiłem, dostał się tam inaczej niż samolotem: dopiszcie to w komentarzach, a powyższy wpis uzupełnię o Wasze pomysły.

 

Jeśli jedziesz na wakację, zastanów się nim skorzystasz z biura podróży

Sezon wakacyjny przed nami, więc to chyba dobry moment na ten krótki wpis. Jak wiecie lubię sobie czasem gdzieś wyjechać, ale jak zapewne nie wiecie, nigdy jeszcze nie jechałem z biurem podróży. Co prawda nachodzi mnie czasem myśl, by jednak spróbować, ale po relacjach innych zdania nie zmienię: wyjazd wolę sobie sam zorganizować i przynajmniej być pewnym, że nie przepłacę i dostanę dokładnie to, czego oczekuję.

Co jest złego w jeżdżeniu z biurami podróży?

Podstawowa sprawa: za kolosalne pieniądze sprzedają ci złudzenie wakacji. Oto dwa linki, które koniecznie przeczytajcie:

Co jest fajnego w jeżdżeniu na własną rękę?

Podstawowa sprawa: bo się będziesz dobrze bawił. W podpunktach:

  • zapłacisz o wiele mniej niż w przypadku wyjazdu zorganizowanego przez biuro. Już pomijam  fakt, że odpada prowizja biura, pośrednika i inne dziwne naleciałości. Wyjazd samemu jest zwyczajnie  tańszy i tyle
  • jedziesz w takim terminie, jaki ci pasuje, a nie jaki pasuje do turnusu wycieczki
  • zwiedzasz dokładnie to co sam chcesz, a nie to gdzie zaprowadzi cię przewodnik. Poświęcasz na to zwiedzanie tyle czasu, ile chcesz i jeśli coś cię zaciekawi, to to sobie dokładnie oglądasz, a nie biegniesz za przewodnikiem
  • poznajesz ludzi i społeczność do której jedziesz. Uwierz mi – w Egipcie nie wszyscy chodzą w hotelowych dwurzędowych marynarkach. Być może to będzie dla ciebie minus, ale dla mnie obejrzenie brudnej ulicy i nędzy jest o wiele lepszym doświadczeniem niż leżak nad basenem. Chcesz leżak nad basenem – jedź na mazury do Mikołajek. Dostaniesz o wiele mniejsze złudzenie rzeczywistości niż w Tunezji czy Grecji

Jak sobie zorganizować samemu wyjazd?

Za pierwszym razem zapewne będzie to dla ciebie nieco kłopotliwe, ale na pewno szybko nabierzesz doświadczenia. I nie bój się. Wiem, że wizja zorganizowania sobie przejazdu i pobytu w miejscu odległym o tysiące kilometrów od domu potrafi przerażać, ale jak mawiał Konfucjusz „podróż tysiąca mil zaczyna się od jednego kroku”. Wystarczy zacząć, a zobaczysz, że wszystko będzie dobrze.

Jak dotrzeć?

  • Jeśli wybierasz się do Niemiec, Austrii, Czech czy Słowacji, jedź lądem. Tu polecam polskibus.com, którym można dotrzeć w te miejsca za naprawdę śmieszne pieniądze (mnie wycieczka do Wiednia kosztowała 20 złotych w dwie strony).
  • Jeśli wybierasz się na wschód, możesz skorzystać z pociągu. Dojazd na Krym na Ukrainie – chyba z tysiąc kilometrów – to zaledwie 60 złotych w jedną stronę
  • Jeśli wybierasz się gdziekolwiek (dotyczy powyższych myślników jak i reszty świata), sprawdź oferty tanich linii lotniczych. Ale i niekoniecznie tych tanich. LOT miewa niskie ceny, a co środę organizuje mini wyprzedaże o nazwie Szalona Środa.
  • Przeglądaj fly4free.pl oraz loter.pl – to chyba główne blogoidy w Polsce, na których codziennie są doniesienia o kilku tanich połączeniach z rożnymi miejscami świata. To jest świetna metoda dla tych, którzy nie wiedzą jeszcze gdzie jechać. Sam tak pojechałem do Gruzji, Austrii i miałem kupiony za śmieszne pieniądze bilet do Syrii (jednak z okazji rozpoczęcia rewolucji w tym kraju, LOT zwrócił mi kasę za bilet i odwołał połączenia, tak oto trafiłem na Krym).
  • Możesz rozważyć autostop. Sam nigdy nie jeździłem stopem w Polsce, ale w krajach docelowych zdarzało mi się bardzo często.

Gdzie spać?

  • Sam zawsze zaczynam szukanie noclegu na hostelworld.com. Znaleźć tam można oferty nie tylko hosteli ale i bed&breakfast czy nawet hoteli. W zasięgu mają cały świat. A sortowanie ofert po cenach sprawia, że zawsze znajdziesz coś taniego.
  • Jeśli chcesz nocować za darmo, spróbuj hospitalityclub.org czy couchsurfing.com. Sam nocowałem tak tylko raz, co sprawiło, że zdecydowałem jednak korzystać z hosteli, ale u mnie nocowało tak już wiele osób.
  • Ostatnio hitem staje się airbnb.com, ale sam jeszcze nie korzystałem. Serwis ma na celu kojarzenie osób, które chcą wynająć komuś swoje mieszkanie na wakacje z tymi, którzy takich ofert szukają.
  • Są też i polskie odpowiedniki powyższej strony – chociażby WakacyjnyWynajem.pl (polskie, nie znaczy, że tylko z ofertami z Polski, bo można tam sobie zorganizować na przykład nocleg na wakacje w Chorwacji).
  • Jadąc na wschód właściwie możesz jechać na ślepo bez załatwiania noclegu. Po dotarciu na miejsce idź na miejscowy dworzec kolejowy czy autobusowy. Na pewno będą tam stać ludzie z ofertami wynajęcia kamnat, a jeśli nawet nie, zawsze możesz zapytać kogoś o to. Wystarczy się nie bać (wiem, że łatwo powiedzieć)

Jak zwiedzać?

Przyznaję się, że bardzo długo popełniałem błąd i jeździłem gdzieś bez przewodnika papierowego. Od kilku ostatnich wyjazdów jednak przekonałem się jaki to jest rewelacyjny wynalazek. Kosztuje kilkadziesiąt złotych, a sprawia, że zwiedzasz o wiele więcej, nawet więcej niż gdyby prowadził cię lokalny przewodnik.

Bez papierowego przewodnika właściwie ograniczałem się do zwiedzania głównych miast i to nie całych, a jedynie ich starówek – tego co widzą wszyscy. Z książką ręku docierałem w miejsca, o których nie miałbym pojęcia.

Już nie wspomnę, że taki przewodnik dostarcza Ci mnóstwa dodatkowych informacji o lokalnych zwyczajach, języku, kuchni, czy nawet pomoże ci we wspomnianych wyżej problemach z dotarciem czy znalezieniem noclegu.

Moje referencje?

Zapewne wpis ten przeczyta wiele osób, które parskną śmiechem gdy dowiedzą się o moim doświadczeniu. Nie dziwię się – wiele razy sam na swoich szlakach takie spotykałem (nawiasem mówiąc, jeśli też je spotkacie, na pewno spędźcie kilka chwil na rozmowie z nimi, na pewno dostaniecie sporo tips’n’tricks odnośnie tego jak podróżować), ale:

  • pierwszy raz z domu uciekłem gdy miałem trzy lata i był to też pierwszy mój kontakt z milicją 😉 Ale to historia na inną okazję
  • pierwszy raz poza Polskę na własną rękę w gronie przyjaciół wyjechałem z końcem liceum – Praga, więc nic wielkiego.
  • pierwszy raz wyjechałem gdzieś zupełnie sam organizując sobie transport: dwa tygodnie w Estonii i Finlandii (dotarłem autobusem a potem promem)
  • najbardziej spontaniczny wyjazd: w piątek wieczorem pomyślałem, że fajnie by było zobaczyć jak wygląda Ryga na Łotwie i w sobotę rano już tam byłem i nawet sobie nocleg znalazłem. Nawiasem mówiąc: wygląda bardzo ładnie
  • najdłuższy wyjazd, to jak zapewne wiecie 3,5 miesiąca w Rwandzie w Afryce
  • najmniej zorganizowane noclegi miałem w Gruzji, gdzie zwiedziłem 6 miast i miasteczek – gdy do nich jechałem nie wiedziałem jeszcze gdzie będę spał, ale zawsze coś się znajdowało
  • do tego wiele innych wyjazdów do: Włoch, Austrii, Słowacji, Danii, na Litwę, Białoruś, Ukrainę. Czuję, że o czymś zapomniałem.

I tyle. Uwierzcie, że zorganizowanie sobie zwiedzania starówki w Tbilisi jest tylko ciut ciut trudniejsze niż zorganizowanie sobie zwiedzania starówki w Warszawie czy Krupówek w Zakopanem.

Ale wypaśna promocja LOT-u!

No kurde, już wszystkim tym, którzy dziś kupią bilet do Tbilisi zazdroszczę. Zazdroszczę, bo ja go w cenie promocyjnej kupowałem za 520zł (normalna cena to około 1200zł), a dziś (i tylko dziś) kosztuje on 328zł. W obie strony.

Informuje o tym fly4free. Jest więcej lotów w takiej cenie. Coś czuję, że to właśnie dziś będzie dzień, w którym kupię bilet do Damaszku w Syrii (dziś za 627zł, normalna cena to ok. 1300zł).

Gruzja – koszty, ceny, noclegi, przejazdy…

Póki pamiętam, to na szybko wrzucam wpis, który na pewno się przyda innym, którzy będą w przyszłości planować wyjazd do Gruzji i zastanawiać się ile ze sobą wziąć pieniędzy. Ja na dwa tygodnie pobytu wziąłem 1200zł, zjechałem cały kraj od poziomu morza po Kaukaz, ze wschodu na zachód i wiem, że mógłbym wydać jeszcze mniej.

Ceny podaję w GEL (lari) i w przybliżeniu w złotówkach. Przelicznik jest taki, że jeden GEL to 1,66 PLN.

Przejazdy

Metro w Tbilisi, jeśli dobrze pamiętam, kosztowało 0,40 GEL (40 tetri, około 70 groszy). Tyle samo kosztował autobus.

Dojazd z Tbilisi do Mksthety (około 20 kilometrów) kosztował 1,50 GEL (~2,20 PLN).

Dojazd z Tbilisi do Gori (~60km) kosztował 5 GEL (~8 PLN).

Oba powyższe jechałem marszrutką.

Z Gori do Kutaisi jechałem stopem, ale za stop też się płaci. Było to niemal 100km przez góry i kosztowało 5 GEL.

Najwięcej, bo  20 GEL (ponad 30 PLN) zapłaciłem za marszrutkę z Ureki do Tbilisi.

Powrót z Ureki do Tbilisi. Pomimo, że to główna droga kraju, krowy specjalnie się tym nie przejmowały

Powrót z Ureki do Tbilisi. Pomimo, że to główna droga kraju, krowy specjalnie się tym nie przejmowały

Jeszcze więcej kosztują taksówki, ale jak się jest w większej grupie, warto czasem je rozważyć, bo wyjdą nawet taniej niż marszrutki. Przykładowo za przejazd z doliny Pankisi do Tbilisi i potem do Kazbegi na końcu gruzińskiej drogi wojennej zapłaciliśmy wspólnie w 5 osób 140 GEL (~200 PLN). Wyszło mniej więcej 40 złotych za osobę, a busem kosztowało by pewnie w najlepszym wypadku tyle samo (i trwałoby dłużej).

Noclegi

Tutaj ponoć znaczenie ma czy się jest w grupie, czy pojedynczo. Ja w większości miejsc byłem sam i wtedy płaci się więcej. Innym modyfikatorem na moją korzyść, było to, że byłem poza sezonem – wtedy jest nieco taniej podobno.

W Tbilisi nocowałem w dwóch miejscach: słynny hostel u Iriny kosztował mnie 20 GEL (30 PLN). Nocowałem też u pewnej Polki, gdzie zapłaciłem za noc 10 dolarów.

W Gori spałem w willi ludzi, którzy mieli pokoje do wynajęcia. Zapłaciłem tam 15 GEL (22 PLN) ale warunki były bardzo skromne (mi to nie przeszkadzało, ale jak coś, uprzedzam).

W Kutaisi zapłaciłem za guesthouse podobnie jak w Tbilisi 20 GEL. Tyle samo zapłaciłem w Ureki, ale wiem –  niestety już po fakcie – że w Ureki oskubali mnie na 10 GEL.

Tam gdzie nocowałem z jedzeniem wliczonym w cenę (Kazbegi, Duisi w dolinie Pankisi) płaciłem 25 GEL (mniej niż 40 PLN).

Jedzenie

Najsłynniejsze gruzińskie żarcie – kaczapuri – i różne jego odmiany (to taki placek wyglądający i smakujący jak spód  od pizzy, czasem czymś nadziewany) na ulicy nigdy nie kosztował więcej niż 2 GEL (3 PLN) i uwierzcie, że jak się do niego dokupiło parówki za 0,40 GEL za sztukę, spokojnie starczał na cały dzień jedzenia.

Tak wygląda kaczapuri, choć wiem, że znawcy gruzińskiej kuchni powiedzą, że to nie jest kaczapuri. Właściwie mają rację, ale uznajmy to za odmianę kaczapuri

Tak wygląda kaczapuri, choć wiem, że znawcy gruzińskiej kuchni powiedzą, że to nie jest kaczapuri. Właściwie mają rację, ale uznajmy to za odmianę kaczapuri

Wielkie pierogi nadziewane mięsem czyli khinkali kosztują w barach i restauracjach 0,40 GEL za sztukę (70 gr). Są tak duże, że jak pierwszy raz zamówiłem 6 sztuk, czterema się najadłem, piąty zjadłem ledwo, a szósty już zostawiłem.

Piwo kosztuje w sklepie 1,50 GEL (2,20 PLN), a barze o 0,50 GEL więcej (ale to też zależy od baru).

Inne porady

Tam gdzie można, targuj się. Szczególnie jeśli chodzi o noclegi i przejazdy. Gdy byłem z 4 innymi Polakami bardzo często udawało nam się stargować początkową cenę o 30% bez większych problemów.

Najdroższym miastem jest Kazbegi położone w Kaukazie (a przy okazji miało najgorszą jak dla mnie atmosferę). Tam nawet piwo w barze kosztowało około 8 złotych.

Bardzo pozytywnym zaskoczeniem była restauracja w Tbilisi mająca na swojej elewacji trzech panów za stołem i psa przed stołem. Wspominam o tym malunku, bo na pewno ją zobaczysz, a i jest też w ten sposób opisana w Lonely Planet. Bardzo słynne miejsce, a ceny prześmiesznie niskie. Piwo: 3 PLN, jedzenie porównywalnie tanie. Butelka wina: od 18 PLN. Naprawdę polecam jako miejsce na poznanie gruzińskiej kuchni i nie wydanie na to dużo kasy!

Dużo nas

Gdy docierasz do Kazbegi, miasta, które jest chyba gruzińskim odpowiednikiem naszego Zakopanego, podchodzi do ciebie pan i krzyczy „Israel?”. Gdy zaprzeczysz, krzyczy „Poland?”. Gdybym nie odpowiedział, że tak, zapewne krzyknąłby „Germany?”. Ten Pan doskonale wie jakiej narodowości najczęściej są przybywający do Gruzji turyści.

Gruzińska Droga Wojenna prowadzi do Kazbegi

Gruzińska Droga Wojenna prowadzi do Kazbegi

To tylko jedna z rzeczy, które w Gruzji mnie zaskoczyły. O ile tu u nas ten kraj może jeszcze się wydawać jakoś egzotyczny, to na miejscu okazuje się, że Polaków odwiedzających go są naprawde niezłe tłumy. W hostelu na dziesięć łóżek pięć było zajętych przez Izraelczyków, trzy przez Polaków, jedno przez Niemca i jedno przez Kanadyjczyka. Ponadto w niemal każdym zwiedzanym miejscu też spotykałem rodaków. Sami Gruzini dziwią się temu i pytają czemu tak często odwiedzamy ich kraj. Odpowiedziałem, że to zapewne przez nową bezposrednią linię, promocyjne ceny i ogólnie częstą obecność tego kraju w mediach.

Największy kosciół w Tbilisi i zarazem Gruzji. Na pierwszym planie jest kilku Polaków

Największy kosciół w Tbilisi i zarazem Gruzji. Na pierwszym planie jest kilku Polaków

Druga rzecz jaka mnie zaskoczyła – ale trochę mniej, bo się w sumie tego spodziewałem – to nieprawda dotycząca gruzińskiej gościnności. OK, od razu wyjaśniam, że Gruzini są mili, gościnni i wszystkim się to chyba podoba, ale niestety po afrykańskich doświadczeniach musze powiedzieć, że już chyba nie znajdę milszego narodu niż Rwandyjczycy 🙂 Przez mój punkt odniesienia mam inny obraz.

I paradoksalnie zaskoczyło mnie też jak traktowani są w Gruzji Polacy. O ile genralną gościnność oceniam na „w porządku” to okazywanie sympatii do ciebie, gdy przyznasz się, że jesteś z „z polszy” oceniam na „rewelacyjne”. Nagle Gruzinowi zaczynają błyszczeć oczy i zaczyna się cieszyć jakby zobaczył swojego dawno zaginionego brata. Potem następuje standardowy monolog jak to wspaniale zachowała się Polska (reprezentowana przez Lecha Kaczyńskiego) w czasie wojny z Rosją w 2008 roku i jakim to bratnym narodem jesteśmy wobez Gruzji. Przyznam, że przyszło mi do głowy, że byłoby kiepsko jakby Komorowski spie*lił sprawę i zaprzepaścił ten kapital, jaki jego poprzednik nam wypracował.

Więcej pogruzińskich refleksji wkrótce 😉

OK, jestem w Gruzji :)

Nie bede sie rozpisywal, bo nie przyjechalem tu by siedziec przed komputerem 😉 Melduje sie tylko, ze jestem juz na miejscu (od 4 dni, ale dopiero znalazlem internet) i jest bombastycznie! Wyczerpujaco, ale na to wlasnie liczylem.

Plany o ktorych pisalem w poprzednim wpisie od razu zmienilem. Tbilisi nie wydalo mi sie warte spedzenia kilku dni i po jednym dniu zwiedzania ruszylem w trase. Za mna juz Mkstheta, Gori, w ktorym chcialem byc chwile a okazalo sie tak fajne, ze zostalem dwie noce i teraz dotarlem do Kutaisi (nie ja wymyslilem te nazwe). No i zaliczylem juz nocne picie z gruzinami, co prawda wodki a nie wina, ale dobrze mi to zrobilo. Tu malo kto mowi po angielsku a przy wodce moj rosyjski jezyk sie mi rozwiazal 😉

OK, to lece zobaczyc co ciekawego ma te Kutaisi. Wyczerpujace wpisy beda jak wroce. Fotki gratis.