Opowiedz nam swoją historię

Obejrzałem przed chwilą na dwójce powtórkę programu „Opowiedz nam swoją historię”. Widziałem go już przelotem wcześniej (to ten prowadzony przez czerwonowłosego Michała Wiśniewskiego) i nigdy nie zatrzymałem się na nim dłużej niż 15 sekund, myśląc, że to kolejna Ewa Drzyzga. Jakże bardzo się pomyliłem! To program na miarę naszych czasów.

Wbrew temu co myślałem, nie jest to po prostu program, w którym kilkoro osób opowiada nam jak zdradził je mąż, względnie jak robią się im rozstępy, przez co czują się mniej akceptowani przez społeczeństwo. Historie są jeszcze bardziej hardkorowe, a do tego opowiadane są dla jury które ma zdecydować, która historia jest najlepsza i tej osobie przyznać nagrodę pieniężną. „Opowiedz nam swoją historię” jest więc po prostu jakimś zmutowanym bratem „Mam talent”.

Pamiętacie jak kilka lat temu wybuchł skandal, bodajże w Holandii gdy zapowiedziano emisję programu, w którym umierająca osoba miała wybrać któremu z czterech śmiertelnie chorych kandydatów odda swoje narządy? Programowi Wiśniewskiego niewiele do tego brakuje.

Dziś widziałem zapłakaną kobietę, która przekonywała, że to dla niej należą się pieniądze, bo ma już drugi raz raka i to z przerzutami. Był jakiś chłopak, którego za bardzo nie skumałem czemu jest w tym programie (jego tragedia, jeśli nic nie przegapiłem, polegała jedynie na tym, że lepi rzeczy z plasteliny i chce być architektem) oraz dwudziestolatka, która stara się aby zostać zastępczą matką dla jedenastki swojego rodzeństwa, bo prawdziwa mama sobie nie radziła, a ojciec pije i właśnie idzie do więzienia. Czujecie to? Dziś o siedemnastej będzie kolejny odcinek i już wiem, że bez dobrego piwka i paczki czipsów się nie obejdzie.

A potem jury zdecydowało, że najlepiej w całym programie płakała kobieta z guzami, więc to ona dostanie nagrodę.

Program będzie moim ulubionym, choć idealny nie jest. Jury jest za mało dobitne. Brakuje w nim osobowości na miarę Wojewódzkiego jeszcze z czasów Idola. Najbardziej rozczarowuje Kazimiera Szczuka, znana z kąśliwego języka, którego teraz jednak szczędziła dla uczestników. Co prawda wszyscy ładnie zmieszali z błotem dwudziestoletnią być-może-matkę-zastępczą mówiąc jej prosto w twarz, że jest za smarkata by się na to nadawać, a sama miłość rodzeństwa to za mało by rozczulić ich serca. Ale dlaczego nikt sobie nie pozwolił na odważniejsze wypowiedzi? No nie wiem, na przykład: (kierując te słowa do kobiety z rakiem) „Masz już drugi raz nowotwór, czy nie czujesz, że opatrzność chce ci przez to coś powiedzieć? Jeśli nie, my ją wyręczymy: jesteś kobieto na prostej drodze do trumny i dawanie ci teraz jakiejkolwiek kasy byłoby po prostu jej zmarnowaniem. Jestem na nie”. Albo: (tym razem mówiąc do chłopczyka) „Co prawda słoniki z plasteliny wychodzą ci zajebiście, ale to nie jest jeszcze moment na twoją chwilę sławy. Wróć do nas jak będziesz już stuprocentowym ćpunem, alkoholikiem albo sąd zakaże ci zbliżania się do własnej żony”. I tak dalej, a nie jakieś ckliwe tyrady na temat wylanych łez.

Także jeszcze raz: każdemu, kto chce się dowartościować patrząc na innych, którym w życiu powodzi się jeszcze gorzej niż sobie samemu polecam dwójkę gdzieś około 17:00. Powtórka jest przed siódmą rano.

0

A moja składka emerytalna ciągle rośnie (ponad 20% rocznie)

Nie ma chyba w Polsce człowieka, który by nie narzekał na ZUS. Nawet same władze tej instytucji wyrażają się o niej, jakby opowiadali scenariusz jakiegoś filmu katastroficznego. Wszyscy krzyczą aby zlikwidować tę instytucję. A ja ją sobie przypadkiem sam zlikwidowałem i okazuje się, że wychodzę na tym naprawdę dobrze. Nie płacę żadnych składek, a jednocześnie  nie martwię się o swoją jesień życia.

Nic dziwnego, że ZUS jest krytykowany. Policzcie sobie sami: co miesiąc trzeba płacić około 700 złotych składek (podaję liczbę dla własnej działalności gospodarczej). Ile z tego trafia na składkę emerytalną? Przyznam, że nie wiem więc dobrodusznie załóżmy, że połowa, czyli 350 złotych miesięcznie.

Jeśli będziesz pracować w ten sposób od 25 do 65 roku życia, na swoją emeryturę dasz ZUSowi 40 razy 12 miesięcy razy 350zł – łącznie 168 tysięcy złotych. Kupa kasy.

Zła wiadomość: statystycznie facet żyje na emeryturze 4 lata (średnia długość życia to 69 lat). Zatem gdybyś założył sobie, że będziesz żyć statystycznie długo, te 168 tysięcy powinieneś otrzymać z powrotem w 4 x 12 miesięcy – w 48 ratach. Miesięcznie to wychodzi 3500 zł. Odpowiedz sobie sam, czy ZUS właśnie tyle wypłaci Ci co miesiąc na starość.

Co więcej powyższe wyliczenia  podałem w założeniu, że ZUS – a dalej prywatny fundusz emerytalny – w ogóle nie inwestuje Twoich pieniędzy. Tak jakby odkłada je sobie do skarpetki. Nie lepiej, żebyś robił to sam?

Ja właśnie tak robię. Nie płacę kompletnie żadnych składek dla ZUSu (w tym niestety także zdrowotnych) i robię to kompletnie legalnie. Mam jednak specyficzną sytuację: pracuję tylko i wyłącznie na umowy o dzieło, a w tym wypadku właśnie nie odprowadzane są żadne składki socjalne. (Co ciekawe podatek też jest fajny, bo wynosi około 9%).

To daje niestety (albo stety, mi już w tej sytuacji jest całkiem dobrze) dwa minusy: Po pierwsze nie jestem ubezpieczony. Nie płacę składek zdrowotnych, więc nie jestem ubezpieczony w NFZ. To oznacza, że jeśli się przeziębię i pójdę do lekarza, muszę mu zapłacić (nie wiem ile, bo z przeziębieniami nie chodzę do lekarzy). Gorzej będzie gdy naprawdę poważnie zachoruję, ale przyznam, że raczej staram się o tym nie myśleć 😉

Drugi minus, który stał się już dla mnie plusem to brak składek na emeryturę. Nie  finansuję już tej całej bzdurnej machiny biurokratycznej, tych przysłowiowych pań w zusie co cały dzień robię sobie paznokcie 😉 Za to mam więcej pieniędzy, którymi sam sobie mogę rozporządzać. I tak właśnie robię.

Obiecałem sobie, że cokolwiek by się nie działo, jakkolwiek bym nie głodował, 25% wszystkich zarobionych pieniędzy jest nietykalna i czeka na moment, kiedy skończę 65 lat. I póki co twardo się tego trzymam.

Co więcej nie wkładam tych pieniędzy w skarpetę. Zamiast tego kupuję sobie kolejne fundusze inwestycyjne, inwestujące przeważnie dość ryzykownie w akcje. Jak sobie właśnie policzyłem tak odłożone przeze mnie pieniądze wzrosły o średnio 23% w ciągu ostatniego roku. Mi to odpowiada.

W jednym z następnych odcinków opiszę jak mam zamiar sobie poradzić – oraz jak czasem sobie radzę – z brakiem ubezpieczenia w NFZ. A może ktoś ma jakieś sprawdzone na to sposoby?

0

Uważajcie na Skarbnicę Narodową

Nie mogę, muszę to napisać. O Skarbnicy Narodowej wiem już od dłuższego czasu od ich klientów, którym się wydaje, że są zadowoleni z ich usług. Teraz Skarbnica Narodowa zaczęła się reklamować w telewizji. Czuję więc, że muszę napisać co nieco o nich. Przynajmniej tą część, której nie mówią w reklamie.

W skrócie dla tych którzy nie będą chcieli czytać całości: Skarbnica Narodowa nie robi nic nielegalnego, ale według mnie to co robią powinno być nielegalne. Metodami socjotechnicznymi stwarzają wrażenie, że kupione u nich monety i pseudomonety mają dużą wartość kolekcjonerską, podczas gdy ich wartość de facto jest często kilka  razy niższa niż po jakiej są sprzedawane. I wartość ta nie wzrośnie.

Już wyjaśniam o co chodzi.

W Polsce od jakiegoś czasu jest mniejszy lub większy boom na kolekcjonowanie monet. Pod NBP ustawiały się długie nocne kolejki by kupić nowe okazy i nawet już za chwilę sprzedać dwa razy drożej. Nic dziwnego, że wiele firm chce wykorzystać tą okazję i zarobić na tym.

Bo tak, po pierwsze Skarbnica Narodowa jest firmą. Nie jest to żadna instytucja emitująca monety. Nazwa ma jednak sugerować co innego. Brzmi prawie jak skarbiec narodowy. Narodowy, więc na pewno rządowy. Nie. To po prostu firma, która tak się nazwała. Ty też możesz założyć firmę o podobnie brzmiącej nazwie i możesz zrobić to legalnie. Jak chcesz nazwij się nawet Narodowy Departament Obrony i zacznij sprzedawać gaz pieprzowy na straganie. Będziesz działać analogicznie do firmy Skarbnica Narodowa Sp z o. o. (tak brzmi ich pełna nazwa).

Po drugie firma Skarbnica Narodowa nie emituje monet. Żadna firma nie ma prawa emitować monet, mogą to robić tylko Narodowy Bank Polski i jego odpowiedniki w innych krajach, czyli instytucje rządowe odpowiedzialne za emisję środków płatniczych.

Firma Skarbnica Narodowa emituje medale, a nie monety. Prywatne firmy jeśli wyprodukują coś, co wygląda jak moneta, nie mogą nazwać tego monetą, więc nazywają to medalami (co brzmi też nieco profesjonalnie ale nie daje żadnej wartości) albo często po prostu przemilczają nazwę. W telewizji lub broszurkach pokazywane są złote lub srebrne krążki i pada tylko zwrot typu unikalna kolekcja lub limitowany nakład/emisja. Nie mówi się czego. A jest to po prostu unikalna kolekcja złotych krążków. Choć nie jestem tego taki pewien, że unikalna, skoro medale tłoczone są często w milionowych nakładach.

Firma Skarbnica Narodowa sprzedaje także monety, ale po znacznie zawyżonej cenie. Tak, w ofercie Skarbnicy Narodowej znajdują się także złote i srebrne monety innych banków, ale nie mają one wartości większej niż kruszec z jakiego są zrobione i nie są monetami kolekcjonerskimi. Dwa przykłady:

Moneta banku Nauru, 10 dolarów australisjkich. Link Jak można szybko wyszukać w sieci Nauru to państewko wyspiarskie w okolicach australii, którego narodowy bank jest niewypłacalny. Nie wiem, może jednak ma to jakąś więc wartości kolekcjonerską (może ktoś chce mieć monetę banku, który upadł jako rarytas). Ale na stronie firmybrak informacji o wielkości emisji  (być może firma Skarbnica Narodowa próbuje sprzedać zwykłą monetę płatniczą; coś jakby ktoś z Was próbował sprzedać za kilkaset dolarów 10 zwykłych polskich złotych w papierku).

Ile jest więc warta ta moneta? Według ekonomii, tyle ile ludzie są skłonni za nią zapłacić. Według firmy Skarbnica Narodowa te 10 dolarów australisjkich jest warte 219 złotych. Moneta jest ze złota i waży 1,24 grama, więc jeśli by wziąć pod uwagę jedynie wartość kruszca, moneta jest warta 124 zlote (kurs ceny złota gdy to pisze wynosi około 100zł za gram). Czyli Skarbnica Narodowa próbuje sprzedać tą monetę za prawie 100 złotych więcej niż jest kruszcowo warta. Jeśli ktoś z Was się wybiera do Nauru, może rozważyć zakup, ale chyba lepiej kupić je po prostu na miejscu w kantorze za dolary 😉

Idźmy dalej. Firma Skarbnica Narodowa ma w  swojej ofercie także złote krugerrandy za 900 złotych sztuka. Jak można wyczytać w sieci krugerrandy to monety bulionowe czyli monety bez wartości kolekcjonerskiej (ok, wartość kolekcjonerską mogą mieć też majtki Twoich wszystkich byłych dziewczyn, więc zdecyduj się czy nie lepiej je właśnie kolekcjonować) a są po prostu lokatą kapitału w złoto. Jeśli kogoś nie stać na całą sztabkę złota, może sobie kupić złotą monetę po cenie kruszca i jak zloto zdrożeje, sprzedać ją z zyskiem. Tyle, że kruszcowa wartość tego krugerranda to około 350 złotych, czyli prawie trzy razy mniejsza niż w Skarbnicy Narodowej. Czy na pewno chcesz kupić tą monetę i czekać aż złoto podrożeje o 300% by sprzedać ją z zyskiem? Niestety będziesz musiał.

No właśnie, bo jak wygląda wtórny rynek monet i pseudomonet ze Skarbnicy Narodowej? Najlepiej zobacz sam na Allegro. Nie będę podawał linków. Wejdź na stronę Skarbnicy Narodowej, zachwyć się jaka to wspaniała „moneta” (wybierz jakąś) za 300 złotych sztuka, a potem zobacz ile osób na Allegro próbuje ją sprzedać bezskutecznie za 30  złotych (link nie jest do monety akurat z Skarbnicy Narodowej, ale zobacz ile kosztuje podobna właśnie u nich). To by właściwie wszystko tłumaczyło czy warto od nich kupować monety i medale z zamiarem sprzedania kiedyś z zyskiem.

Na koniec chce jeszcze raz podkreślić, że firma Skarbnica Narodowa nie robi nic nielegalnego. Ot, po prostu wynajduje ludzi (dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy kogo znam, którzy kupili od nich krążki to osoby starsze, bywalcy prezentacji koców z super wełny, które wypełniły za ciastko i kawę zgodę na udostępnienie ich danych kolejnym podmiotom), którzy są skłonni wydać wielką kasę za niewiele warte rzeczy, wierząc, że kiedyś sprzedadzą je z zyskiem. Obawiam się jednak, że tak długo nie będą żyli.

I na już zupełny koniec ciekawostka: jest wiele firm (na przykład ta) gdzie możecie za kilkanaście/kilkadziesiąt dolarów zaprojektować i zamówić swoje własne pseudomonety. Teraz pozostaje już tylko założyć firmę Skarbnica Państwowa Sp z o.o. i zbijać grubą kasę. Model biznesowy mamy już sprawdzony 😉

1

Jak wstawać wcześnie rano, gdy nikt nas do tego nie zmusza?

Ludzie zazdroszczą freelancerom: pracują gdzie chcą, kiedy chcą i jak chcą. Nikt nie stoi nad nimi z batem; najważniejsze aby ze zleceniem wyrobili się w ustalonym z klientem terminie.

A więc ludzie na etacie: uwierzcie, że przychodzi w życiu freelancera taki moment, że zaczyna zazdrościć on także Wam 🙂 Wielka swoboda w pracy podobać się może przez jakiś czas, potem i my zaczynamy tęsknić za pracą od 8 do 16, za kimś kto by nad nami stał i nas opierdzielał i za kontaktami z innymi współpracownikami. (Dlatego między innymi powstała i świetnie kwtnie idea coworkingu, czyli spotykania się freelancerów w jednym biurze celem wspólnej pracy, ale nad różnymi zleceniami). Może nie jest to wielki głód pańskiego bata, ale jakaś nostalgia zawsze.

Pomyślałem sobie, że mogę raz na jakiś napiszę jak sam sobie radzę (a może nie radzę) z problemami typowymi dla kogoś, kto pracuje w domu. Dziś na tapetę wezmę poranne wstawanie.

Jestem typem sowy. Nie jest dla mnie problemem przesiedzenie całej nocy i pójście spać o 7 rano. Mój zyciowy rekord ustanowiłem jeszcze na studiach, kiedy to obudziłem się któregoś zimowego poranka w poniedziałek i poszedłem spać w piątek około 22:00. Praktycznie nie spałem prawie pięć dni, jeśli nie liczyć 15-40 minutowych drzemek co drugi dzień popołudniami.

Niestety nie potrafię pracować wieczorami. Na pewno nie pracować umysłowo, a programowanie jest takim rodzajem pracy. Najlepiej mi się myśli od porannej kawy, tak przez kilka kolejnych godzin. Potem jest ciężej, ale staram się aby na tym myśleniu dziennie spędzić mimo wszystko co najmniej te 7- 8 godzin. Dla tych, którzy nigdy nie programowali i wydaje im się, że nic w tym trudnego przesiedzieć przed komputerem 8 godzin, podpowiem, żeby spróbowali – jeśli nie umieją programować – grali non stop 8 godzin dziennie w szachy. Uwierzcie, to naprawdę boli 🙂

Niestety poza problemami z zasypianiem mam także problemy ze wstawaniem. Mógłbym przespać 12 godzin na dobę i więcej. Dlatego ciężko jest mi podnieść się tak by już od 8 rano siedzieć „w pracy”. Mam jednak kilka metod, które mi to ułatwiają.

Po pierwsze melatonina. To środek nasenny (de facto hormon, który naturalnie w dużych ilościach występuje u małych dzieci, dlatego śpią tak długo) dostępny w aptekach bez recepty. Kosztuje całkiem sporo (opakowanie 5mg x 30 tabletek po około 30 złotych), jednak warto w niego zainwestować. Zwłaszcza, że jak twierdzi producent nie powoduje żadnych efektów ubocznych (a ja twierdzę, że powoduje lekki ból głowy migrenowy rano), więc można go brać codziennie. Melatoninę oczywiście bierzemy by wcześniej zasnąć. Jak wiadomo im wcześniej zaśniemy, tym większa szansa, że o 7 rano będziemy wyspani. Staram się już od 22:00 nie dotykać komputera. Jem kolację, łykam pół tabletki (odkryłem, że tyle mi wystarczy) i zasypiam przed północą.

Po drugie budzik. Ustawiam go o wiele wcześniej niż potrzebuje wstać, mniej więcej od 6 rano. Bo po prostu lubię sobie jeszcze pospać bo pierwszym budziku 🙂 Budzik powinniśmy ustawić oczywiście na kilkukrotne budzenie. Podpowiem, że odkryłem, że opcja drzemki, w którą wyposażone są chyba wszystkie już komórkowe budziki działa kiepsko. Interwał 9 minut się nie sprawdza. Jest za krótki i nie wiem dlaczego, ale na mnie nie działa. Nie staję się coraz bardziej obudzony.

Metodą prób i błędów odkryłem, że pomiędzy kolejnymi budzikami potrzebuje co najmniej 20 minut (przy czym zazwyczaj już przy drugim wstaję). Ważne jest też aby telefon leżał daleko od łóżka i pod żadnym pozorem po pierwszym budziku nie wolno go zabierać do łóżka! Bo wtedy to już klops.

Z budzikiem mieszam kawę, przy czym do niej przygotowuję się już poprzedniego dnia. Mamw domu ekspres. Aby zrobić w nim kawę muszę 1) wsypać kawę do zbiorniczka 2) wlać wodę do ekspresu 3) podstawić kubek z wsypanym cukrem (lub jak wolę: miodem) i wlanym mlekiem 4) włączyć podgrzewanie wody i odczekać około 20 minut 5) nalać kawę.

Pierwsze trzy punkty przygotowuję więc dzień wcześniej przed pójściem spać. Ekspres więc czeka na mnie z wodą, wsypaną kawą i kubkiem podstawionym pod nim. Bardzo długo miałem wielki problem z punktami czwartym i piątym.

O ile pierwszy budzik sprawiał, że w rozpędzie szedłem do kuchni i wciskałem przycisk podgrzewania wody, wracałem do łóżka i czekałem aż woda się podgrzeje to piąty punkt był już niemożliwy do wykonania.

Z nalaniem kawy wzlekałem tak długo, jak tylko mogłem. Po pierwsze nalwanie kawy trwa o wiele dłużej niż pstryknięcie przycisku podgrzewania wody. Ta świadomość sprawiała, że nie chciałem znów się dźwigać w łóżka i iść do kuchni. Lepiej sobie pospać, zamiast stać i liczyć sekundy aż ta wredna lura w końcu się naleje 🙂

Po drugie pierwszy spacer do kuchni uświadamiał mi jak jest cholernie zimno i już drugi raz za nic w świecie nie chciałem wyłazić na ten domowy chłód.

Rozwiązanie jakie znalazłem pewnie zabrzmi dla Was bardzo prosto i powiecie, że jest tak oczywiste, że sami byście na to wpadli w 5 sekund, ale mi zajęło kilka miesięcy 🙂 Po prostu może myślę zbyt konwencjonalnie i ciężko mi jest zachować się niestandardowo.

Otóż: kto powiedział, że ekspres do kawy musi stać w kuchni? 🙂

Tak więc od kilku dni co wieczór taszczę go by postawić koło łóżka. Co rano budzony budzikiem przemierzam cały pokój by budzik przestawić, wracając włączam ekspres i po 20 minutach znów idę przez cały pokój by wyłączyć budzik i wracając nalewam sobie kawy 🙂 Banalnie proste i już po chwili opatulony kołderką piję sobie powoli, jeszcze lekko drzemiąc kawę z mlekiem i gryczanym miodem (jestem zdania, że miód gryczany został stworzony przez pszczoły właśnie po to byśmy mogli dodawać go do kawy; ten lekko gorzki smak idealnie do niej pasuje).

Kolejna rzecz: laptop. O wiele łatwiej jest zabrać się do pracy, jeśli można ją zacząć nie przy domowym biurku, a jeszcze w ciepłej pościeli 🙂 Tak więc co rano taszczę (wcale na nie tak dużą odległość) komputer ze stołu do łóżka i mogę brać się do pracy.

I tyle. Te metody działają na mnie bardzo dobrze. Jeśli ktoś z Was nie ma ekspresu do kawy, polecam inwestycję w czajnik bezprzewodowy. Go też można postawić przy łóżku i jeszcze pół śpiąc zalać sobie kawkę 🙂

Stosowałem też inne rozwiązania, ale nie działały. Najdłużej działała umowa z moją dziewczyną, że co rano dzwoniła do mnie z pracy i rozmawiała tak długo, aż z jednej strony się rozbudziłem, a z drugiej udowodniłem jej, że nie wrócę już spać. Zrezygnowaliśmy z niej bo rozmowy kosztowały za dużo, a poza tym gdy tylko zapomniała do mnie zadzwonić perfidnie to wykorzystywałem jako wymówkę aby spać do południa 🙂

0

Wróciłem do Afryki!

Takim czymś to aż grzech się nie pochwalić 🙂 Co prawda osobiście, własnym ciałem w Afryce się (jeszcze) nie znalazłem ale z dumą mogę powiedzieć, że stworzyłem świetną (świetną, bo moją) stronę (ba! portal) dla okołoafrykańskiej organizacji.

afrix

Jakoś pod koniec września zapytano mnie, czy podjąłbym się karkołomnego wyzwania stworzenia strony integrującej mniejszości narodowe (głównie Afrykańczyków) zamieszkujące Europę z Europejczykami. Nic wielkiego: strona w kilku wersjach językowych, z opcją logowania, każdy może sobie założyć konto, każdy może na stronie prowadzić swojego bloga, opisać siebie w swoim profilu, może dodać zdjęcia, dodać filmy, ogłoszenia, pisać na forum, ustawić jakby status (gdy byłem o to poproszony śledzik jeszcze nie istniał więc tak tego nie nazwano)… Do tego mechanizm wysyłania wewnętrznych wiadomości, komunikator między użytkownikami (tym bardziej nikt nie słyszał jeszcze o NKtalk, więc i tego tak nie nazwano), możliwość ustawiania poziomu dostępu do danych w profilu (na poziomie całego profilu, jak i na poziomie poszczególnych danych). Możliwość pokazania się na mapie, możliwość dodawania się do znajomych, możliwość wyszukiwania się po kraju zamieszkania, pochodzenia, płci… Możliwość, możliwość, …

Zapytałem: „Czyli chcecie abym zrobił taką jakby kolejną Naszą Klasę, tylko że dla Afrykańczyków i to zrobił to w pojedynke?”

Dostałem odpowiedź: „Tak. I masz na to 30 dni czasu”

Już miałem odmówić, ale pomyślałem o racie za samochód, racie za pralkę i kredycie hipotecznym. Jako, że nie spłacam żadnych rat i tym bardziej hipoteki nie mam, argumenty te do mnie trafiły i nadl nie byłem zdecydowany. Tak naprawdę nie wiem o czym bardziej pomyślałem: o możliwości aby kolejny raz zrobić coś dla Afryki, o niemożliwym wyzwaniu stojącym przede mną (prawdę mówiąc im zadanie które staje przede mną brzmi bardziej niewykonalnie, tym większa jest szansa, że za nie się wezmę), czy o tej kupie szmalu jaką mi za to obiecano 😉

W każdym bądź razie, Proszę Państwa – oto Afrix!

Nie wszystko tam jeszcze działa z rzeczy założonych (ale zdecydowana większość już tak), serwis ma błędy (jeśli ktoś zauważy jakieś niedziałające linki czy inne bugi, napiszcie o tym do mnie w prywatnej wiadomości na Afriksie) ale jeśli uznać przyklejony do logo serwisu napis „beta” stwierdzam, że dzieło jest już zdatne do użytku. Zapraszam do oglądania, testowania i przede wszystkim zakładania tam sobie kont. Celem jest integracja nas – Europejczyków – z Afrykańczykami. Już niedługo serwis będzie poszukiwał wolontariuszy do pracy przy tematach integracyjnych, mam nadzieję, że pozwoli także nawiązać mnóstwo znajomości międzynarodowych 🙂

* * *

A jak się tworzy taki serwis w tak krótkim czasie? Co prawda termin został przekroczony, bo całość miało ruszyć 4 października, a ruszyło w ostatni czwartek, ale udało się dzięki wykorzystaniu już dostepnego oprogramowania.  Pierwsze założenie było, że wszystko ruszy na BuddyPressie czyli społecznościowej wersji WordPressa, jednak niestety ta ma zbyt mało funkcji i po przeczytaniu dziesiątków listów na tamtejszym forum, niektóre rzeczy jak na razie są nie do ruszenia. Zdecydowaliśmy się na płatny SocialEngine. Mateusz Kasprzak zajął się projektowaniem designu, ja natomiast w między czasie wnikał w zawiłości nowego dla mnie silnika i sposobu działania szablonów smarty (które do tej pory znałem tylko w teorii). Czasu tego miałem całkiem sporo, bo projektowanie zeszło do 20. któregoś października 🙂 Po zaprojektowaniu całość przerobiłem na szablon smarty i… przerobiłem jeszcze raz. Pierwszy design nie spodobał się konsultowanym Afrykańczykom. Podobno był „za mało w stylu nigeryjskiego reggae” (jeśli ktoś nie wie co to jest – my też wtedy nie wiedzieliśmy – to niech zajrzy na stronę: to jest podobno nigeryjskie raggae 🙂 ).

Potem była chwila luzu, gdy wydawało mi się, że wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, a przynajmniej nikt nie ma żadnych większych zastrzeżeń. Okazało się jednak, że ciężkie testy serwis zaczął przechodzić w przeddzień oficjalnego otwarcia (oficjalnego, bo brali w nim udział ważne osobistości media) i wtedy zostałem zasypany toną listów na skrzynkę 🙂 W ostatnią środę i czwartek pracowałem od 8 rano do północy. Ale udało się.

Teraz pozostało dodać kilka rzeczy których jeszcze nie ma, a fajnie by były i naprawiać na bieżąco wykrywane błędy. Ostatecznie po całej przeprawie z SocialEngine mogę stwierdzić, że fakt iż obecna jego wersja to 3.x jest jedynie zabiegiem marketingowym. 🙁 Mnóstwo błędów, braku konsekwencji w tworzeniu i kompletny brak dokumentacji (społeczność programistów wokoło SE jest nastawiona na pomoc, ale jedynie za opłatą, zatem próżno szukać rozwiązań problemów czy porad po internecie; można je kupić jedynie w postaci pluginów czy usług) . Mimo wszystko, a może właśnie dlatego, jestem dumny, że to ma jakieś ręce i nogi 🙂

0

Nasi nie jadą do RPA

Piłkarzyki ostatecznie i na amen odpadły w eliminacjach do Mistrzostw Świata w RPA. Można by powiedzieć „całe szczęście”, zwłaszcza jeśli się właśnie obejrzało nowy film Petera  Jacksona (to ten od Władcy Pierścienic) – Dystrykt 9 😉

Co prawda i bez filmu są powody dlaczego nie warto jechać do RPA, ale ja najpierw o samym filmie. Lubię filmy o Afryce (punkt zatem dla Dystryktu), nie lubię filmów science-fiction (zabieramy więc punkt dla Dystryktu) chyba, że podobnie jak „Kontakt” Roberta Zemeckisa nie są to filmy tak naprawdę science -fiction, a głównym celem jest zmuszenie widza do jako takiego zastanowienia się nad czymś po obejrzeniu filmu. Dystrykt  9 na 100% jest filmem SF, ale do zastanowienia zmusza. Więc anuluję ostatni minus punktowy i może nawet dam punkt dodatkowy.

W 1980 roku (chyba) nad Johannesburgiem zarzymał się potężny statek kosmiczny, z kórego do miasta przedostali się obcy. ONZ oczywiście od razu ustanowił siły które miały zapanować nad tą niezwykłą sytuacją, obcych zammknięto w czymś w rodzaju obozu dla uchodźców i do czasów dzisiejszych doświadczaliśmy czegoś w rodzaju ponownego appartheidu, tyle że tym razem wymierzonego przez afrykanerów wobec krewetkopodobnych kosmitów. Obecnie kosmiczne getto już naprrawdę zaczęło ciążyć mieszkańcom miasta i trzeba było z nim coś zrobić. I tu zaczyna się kosmiczna rozpierducha  z udziałem laserów, robotów, hologramów i latających wszędzie kawałków mięsa (i kociego żarcia).

Sama rozpierducha bardzo ładnie wykonana, naprawdę (fajny pomysł by większość filmu przedstawić jako reportaż telewizyjny), ale mnie bardziej zainteresowało afrykańskie tło 🙂 Raz, że bardzo fajnie, że spodek nie zawisł nad Nowym Jorkiem, Londynem czy Los Angeles, a właśnie nad położonym w Afryce Johannesburgiem. Z jednej strony być może wróży to jakieś silniejsze zainteresowanie krajami południa, ze strony Hollywoodu. Z drugiej trzeba pamiętać, że Peter Jackson sam jest antypodowy bo pochodzi z Nowej Zelandii. Dla niego południowa hemisfera jest miejscem pierwszej ważności.

Dwa bardzo fajnie pokazany appartheid. Nawet dość zabawnie: na restauracjach i w urzędach wiszą tabliczki z informacją, że kosmici nie są obsługiwani.

I trzy  cała reszta afrykańskości. Widoki (slumsy w jakich mieszkali obcy od razu mi się skojarzyły z Rwandą; jak widać cała Afryka tak chyba wygląda), obcy są łudząco podobni zachowaniem do czarnoskórych obecnie mieszkających w  Johannesburgu (o tym później). Nie zabrakło też wszędobylskich nigeryjskich oszustów. Są dokładnie tacy, jacy są. No może poza jednym szczegółem: Nigeryjczycy w pewnym momencie w filmie zaczynają ze sobą mówić nie po angielsku, a językiem etnicznym. Tyle, że ten język to język klikany; o ile mi wiadomo nie występuje on w Nigerii, a na obszarze pustyni kalahari (która zresztą jest w RPA). Ale i tak fajnie było  znów usłyszeć te foniczne dziwadło 🙂

Podsumowując film polecam wszystkim. Mieszanka afrykańskich slumsów i laserowej strzelaaniny kosmity wyszła naprawdę świetnie!

* * *

A teraz  nieco o RPA i Johannesburgu nie filmowym, a tym rzeczywistym. Otóż spotkałem się opiniami – i jestem naprawdę w stanie w nie uwierzyć –  że jest to miasto bardziej niebezpieczne niż obecnie Bagdad w Iraku. Na ostatnim spotkaniu w Warszawie była dziewczyna, która opowiadała swoje wrażenia z tego miasta sprzed kilku miesięcy. Nikt nie chodzi tam po ulicach, jest zupełnie pusto; co najwyżej raz na jakiś czas ktoś szybko przebiega. Spowodowane to jest grasującymi tam gangami, które aby ukraść komuś pieniądze nie zawahają się napadnięta osobę zabić. Tam nie ma pytań: napastnik podbiega do ofiary, zabija ją maczętą czy strzałem i zabiera wszystko, co przy niej znajdzie.

Czytałem też jak tam wygląda życie białych. O tym, że bardzo czesto są zabijani na tle etnicznym już Wam pisałem i wspominałem, że jest to regularny temat w mediach (choć nnie tych mainstreaomowych). Ci którzy jednak żyją tam, poruszają się samochodami w grupach. Domy otoczone są wysokimi murami z podwójnymi bramami. Przejeżdżasz jedną bramę, strażnik zamyka ją za Tobą, sprawdza na monitoringu czy nikt nie dostał się przez bramę za Twoim samochodem, wtedy dopiero otwiera drugą bramę i jesteś w domu.

Brzmi nieprawdopodobnie, ale przypomnijcie sobie wiadomość sprzed kilku miesięcy, którą podały chyba wszystkie media. Białoskóry mieszkaniec RPA wystąpił o azyl w Kanadzie podając, że jest w RPA prześladowany.

RPA, a szczególnie Johannesburg to miejsce czegoś w rodzaju stanu wojennego, miejsce, którego nie kontroluje już policja, a władzę przejęły gangi. W tych okolicznościach zastanawia wybranie tego kraju na organizacje mundialu w przyszłym roku.

Z drugiej strony ciekawa tendencja: rok temu olimpiada w Chinach. Za rok mundial w RPA, a następnie olimpiada w także jednym z najbardziej przestępczych miast świata – Rio De Janerio. Obstawiam, że kolejna wielka impreza sportowa (albo nie sportowa? może expo) powinno odbyć się w Mogadiszu w Somalii. Jakby nie  było kraj ten ostatnio się nieźle wzbogacił 😉

0

Udostępnianie plików za opłatą SMS Premium – plugin do WordPress

Długo się zastanawiałem jakich jeszcze pluginów do WordPressa brakuje (bo wydawać by się mogło, że już wszystko w WP da się zrobić) i traf chciał, że znalazłem wątek na Goldenline, w którym ktoś pytał i Mikropłatności w WordPress. Tak aby można było udostępniać pewne elementy WordPressa (np publikajcę wpisów, czytanie wpisów, zakładanie konta) lub pliki (e-booki, muzykę, własne programy etc) za opłatą.

Rozwiązania są, ale w oparciu o PayPal, czyli raczej dla osób chcących coś sprzedawać dla ludzi z zachodu (w Polsce Paypal na razie nie jest bardzo popularny). A zatem jest nisza, więc postanowiłem sam zrobić taki plugin 🙂

Plugin nazywa się WP Dotpay Autokody SMS i znajdziecie go na tej podstronie mojego bloga. Na razie nie umie on wiele, ale jest to wersja 0.1 i dodam, że wersja działająca idealnie. Dzięki pluginowi możesz udostępnić swoje e-produkty za opłatą bezpośrednio ze swojego bloga.

Tak więc jeśli znasz się na czymś i właśnie napisałeś zarąbistego ebooka, nie musisz wydawać go przez Złote Myśli i dzielić się z nimi swoim zyskiem, a możesz wydać go bezpośrednio na swoim blogu. Bomba, nie? Kupujący przed pobraniem e-booka będzie musiał wysłać SMS Premium i wpisać otrzymany kod na stronie Twojego bloga. Koszt smsa ustalasz sam: od 1 do 25 złotych.

Coś czuję, że właśnie wprowadziłem polski światek WordPress w obszar polskiego Ecommerce, ale poczekamy zobaczymy. 😉 Plugin mam zamiar rozwijać i pewnie któregoś dnia na bazie jego będzie można na swojej WordPressowej zamieścić sklep z prawdziwego zdarzenia (jak np eshop, tyle, że nie jest on dostosowany do polskich warunków). Jeśli ktoś ma jakiś pomysł na kolejne funkcjonalności, zostawcie go w komentarzu pod pluginem.

P.S. Plugin jest dostępny po wysłaniu SMSa za 3 złote (jakże by mogło być inaczej? w końcu muszę Wam udowodnić, że działa 😉 ). Mam nadzieje, że kwota nie jest wygórowana: to przecież mniej niż piwo w barze 😉

0

Miłość, która nie istnieje

Kolejny artykuł, w którym komuś się wydaje, że poznał miłość swojego życia i kolejny raz okazał się idiotą. I kolejny raz idiotą jest tutaj kobieta.

Brakuje trochę historii, w których to facet okazuje się naiwniakiem. Któremu odbija, gdy tylko nie widzi swojej żony dłużej. Ale to dotyczy obu płci.

Na przykład w Rwandzie ksiądz opowiadał mi o pracowniku Caritasu. Budowlaniec, który przyjechał do tego kraju na kontrakt. W domu żona, prawie już pełnoletnie dzieci. A on już po kilku dniach miał nową czarną kobietę, a  żonie napisał, że to koniec.

Mówię Wam baby i chłopy: nie puszczajcie swoich lubych na drugi koniec świata samych. 🙂 Nie wierzcie w zapewnienia o miłości. Ile byś był/była z tą drugą osobą, nic nie powstrzyma faceta czy kobiety przed „zakochaniem się”. Przecież tysiące kilometrów od domu to już zupełnie inna planeta, to już zupełnie inny świat i całkiem nowe życie. The Sims – restart gry. To co było wcześniej już się nie liczy.

Część z Was myśli teraz sobie, że co ja mogę wiedzieć 🙂 Może i macie rację, ale najpewniej jej nie macie. Wyobraź sobie, że lądujesz w zupełnie innym kraju, w którym dziewczyny ci mówią, że jesteś przystojny, po chwili rozmowy stwierdzają, że cię kochają najmocniej na świecie. W głowie może się przewrócić. Szkoda tylko, że nie wszyscy rozumieją, że „kocham cię” w tym przypadku znaczy „kocham twoje pieniądze, kocham zachodni świat do którego chcę byś mnie zabrał i liczę na to, że dzięki tobie wyrwę się z tej nędzy, w jakiej żyję i w jakiej nie chcę umrzeć”.

Od tego samego księdza słyszałem o tych Rwandyjczykach i Rwandyjkach, którym się udało. Zakochani dotarli do Europy. Po kilku tygodniach polski mąż czy polska żona zostawali sami z smsem, że ci, którzy ich tak mocno kochali już są w Paryżu, w jednej z dzielnic pełnej afrykańskich imigrantów.

Wrócili do swoich. Tyle, że teraz już są w zachodnim świecie. Właśnie rozpoczęli zupełnie nowe życie. The Sims – reset gry. Ty się już nie liczysz.

0

Przychodzi facet z kropką na twarzy

Coraz bardziej uważam, że osoby skazane na więzienie mają albo naprawdę nieźle naprane w głowach, albo są nad wyraz optymistycznie nastawione do swojej przyszłości (co jedno drugiego nie wyklucza). Może mi ktoś wytłumaczyć jak to jest z tatuażami więziennymi? Więzień jest zmuszany do zrobienia sobie go, czy robi to z własnej woli? Bo ja gdybym trafił do więzienia, chyba bym się wszystkimi rękoma i nogami bronił przed tatuowaniem sobie twarzy kropek. Przecież z więzienia się kiedyś wychodzi. Tatuaż w kącie oka to pamiątka na całe życie i znak dla reszty społeczeństwa, że coś z nami jest nie tak.

Do wpisu zainspirowała mnie wczorajsza wizyta w moim domu młodego człowieka. Przyszedł bo szukał pokoju do wynajęcia. Od razu zobaczyłem kropkę w kącie oka (a przy okazji i zadrapania na twarzy, jakby z tydzień temu odbył jakąś niezłą bójkę).

Robiłem oczywiście wszystko aby mu tego pokoju nie wynająć (i ostatecznie nie wynająłem). Ale rozwaliła mnie jego filuterność. Gdy czekałem kiedy sobie w końcu pójdzie, bez żenady zaczął mi opowiadać jakie to były jaja jak kiedyś petem spalili przypadkiem dywan na stancji, w której teraz mieszka. Ale nie to było powodem wymeldowania. Czare goryczy przelała ostatnia impreza, w czasie której zdemolowali mieszkanie. I teraz szuka nowego i bardzo chętnie z miejsca by wziął ten mój pokój.

To musiała być jakaś ukryta kamera…

0

Telewizja Vectra – opinia

Już mi się nie chce dzwonić do rzeczników konsumenta, zamiast tego wyżalę się na blogu. Podejrzewam, że skutek może być bardziej dobitny dla firmy.

Ostatnio jakoś coraz więcej rzeczy mnie dobija.

Gdy wróciłem z Afryki, zauważyłem, że z telewizji zniknął kanał TVN Meteo. Nawet nie wiecie jaki to ból wrócić z Afryki i nie móc sobie popatrzeć na Omenę Mensah 😉 Ale ok. Vectra zawsze działała jakby była rodem wyjęta z PRL-u więc to norma, że raz na jakiś czas jakiś kanał znika, inny jest zastąpiony przez fiołkową planszę, że sygnał jest właśnie nieosiągalny i tak dalej. Kanał wraca za jakiś czas, więc trzeba czekać.

Tymczasem jednak TVN Meteo nie wracało. Skanowałem częstotliwości kilka razy, ale nic. I tak przez ponad pół roku.

W między czasie odkryłem, że w moim pakiecie powinno być kilka kanałów, które mieć powinienem, a nie mam. Na przykład Comedy Central.

W poprzednim tygodniu zniknęły Discovery Science i niemiecki RTL i wygląda na to, że nie wrócą.

Dziś dostałem kolejny plik rachunków z Vectry. WTF?! Abonament podniesiony z chyba 37 złotych (nie pamiętam dokładnie) do 55,90 złotych. Za telewizję która działa byle jak i nie odbiera przy byle mniejszej burzy, z której znika co chwila jakiś kanał, płacę już więcej niż za 4 megowy internet. Czuję się nieźle krojony, więc postanowiłem zadzwonić do Vectry (pierwszy raz w życiu, aż wstyd, że nie przypierdoliłem się do nich już wcześniej). W końcu czy dostarczenie analogowego sygnału kablowego kosztuje ich drożej niż położenie przez mojego internetowego operatora sieci światłowodowej? No ba: w Erze płacę miesięcznie 50 złotych i rozmawiam praktycznie bez dodatkowych opłat.

Dodzwonienie się wcale nie jest takie proste. Na rachunku jest podany tylko numer BOK-u na całą Polskę.

(Tu streszczę perypetie związane z dzwonieniem na kilka numerów, przełączaniem mnie aby ostatecznie połączyć się z serwisantem).

Serwisant poinformował mnie, że faktycznie: TVN Meteo zostało wycofane z mojego pakietu prawie rok temu. Comedy Central nigdy w Białymstoku nie był dostępny (a w ulotkach roznoszonych po bstoku jest!) i od tygodnia wycofane zostały Discovery Science oraz RTL.

Zapytałem więc czy planowane jest zastąpienie ich innymi kanałami. W końcu przecież płacę za konkretną ilość kanałów (pomijam już fakt, że także za konkretne kanały). Odpowiedź: nie.

Ale abonament podnieśli.

I tak właśnie postanowiłem przestać dać się doić i traktować jak mięso, służące do zarabiania na nim. Co także polecam i innym. Idę szukać innych opcji dostępu do telewizji.

0

Nie tylko narzekam na Ubuntu

Tak się Wam może wydawać, bo ostatnio tylko i wyłącznie piszę o tym jaki on jest wolny. To prawda, jest wolny (ostatni hit: po kliknięciu w Wyłącz komputer zaczyna się wyłączać dopiero po 15 sekundach lub wcale), ale ma kilka fajnych opcji.

Podoba mi się rozwiązanie zegarka w tym systemie. Kliknięcie w zegarek pokazuje kalendarz, mapkę świata i można sobie dodać więcej niż jedną lokalizację.

aplet zegarkaBardzo przydatne. Jak wspominałem dorabiam sobie grzebiąc ludziom w stronach (głównie w wordpressie) i z oczywistych względów unikam brania zleceń od Polaków (bo Polscy zleceniodawcy wykonania stron to zwykłe ciule szukające frajerów co za 500 złotych zrobią im sklep internetowy, wypozycjonowany na pierwszym miejscu i do tego we flashu). Gnome’owy aplecik z zegarkiem więc bardzo mi się przydaje. Na obrazku powyżej widzicie więc, że właśnie skończyłem rozmowę o zleceniu z Olgą, bo choć u mnie jest po południu to ona idzie już spać. Dalej pogadamy sobie jutro 🙂

* * *

Jak się domyślacie wróciłem z weekendu. Wyjazd niestety nie potoczył się tak jak wszyscy by chcieli (jak to powiedział Bruce Willis w Pulp Fiction: „jest daleko od ok”), ale teraz łatamy rany celnie zadane i czekamy kiedy znów ruszą dla nas dni. Ale zaczyna znów być w porzo.

* * *

Ale humor mam i tak bardzo dobry, bo przed chwilą dowiedziałem się, że w przyszłym tygodniu mam się stawić na podpisanie umowy o pracę 🙂

Chwilę potem zadzwoniła do mnie moja dziewczyna, że też właśnie dostała pracę, więc humor w ogóle mam wyrąbisty. Wygląda na to, że schodzimy z tarczy 🙂

0

Opony, odszkodowania, kosiarki, stroje sportowe czyli Blogvertising mi płaci

Reklama Na Blogach
Pamiętacie idiotyczny tekst sprzed dwóch tygodni? Okazuje się, że wcale nie było to takie głupie. Zarobiłem za niego 35 złotych (pieniądze już widzę na moim koncie w Blogvertising), a napisanie go zajęło mi jakieś 20 minut. Wychodzi całkiem niezła stawka za godzinę, więc uprzedzam, że jako wciąż bezrobotny (ale nie nierób; przyjąłem sobie zadanie wysyłać przynajmniej jedno CV dziennie i póki co trzymam się go) raczej nie odpuszczę sobie takiej okazji na kilka złotych.

Tak, wiem, że nie podoba się Wam (a przynajmniej jednej osobie, która zamieściła pod tekstem w komentarzu link do bloga mekka) takie wspieranie preclowania, ale przyznam, że nie mam większych oporów przed tym (choć jakieś mam). Klient, autor strony chce być na pierwszym miejscu wyników wyszukiwania. Może za to zapłacić dla Google, może zapłacić dla firmy pozycjonerskiej. Nie kradnę Wam przy tym kontentu (jak było to opisywane na blogu mekka, btw mój blog Konrad jest w Rwandzie, też tego doświadczył), nie spamuję Wam skrzynek, nie zmuszam do czytania. Fakt, że całość zmienia skuteczność wyszukiwarek, ale nie ma róży bez kolców.

Niestety sam Blogvertising nie ułatwia roboty, bo teksty trzeba pisać pod idiotyczne słowa kluczowe. Tym razem jest to po kolei: opony, odszkodowania, holowanie, kosiarki, wypożyczalnia samochodów Gdańsk, spływy kajakowe i stroje sportowe.

OK, na siłę mógłbym sklecić coś w rodzaju tekstu: „Muszę się zgłosić do punktu wypłaty odszkodowania i znaleźć holowanie, bo jak wsiadłem do swojej kosiarki, zarzuciłem na ramę stroje sportowe, to zaraz po chwili pękły mi wszystkie cztery opony w niej, tak że spływy kajakowe, na które jechałem mogę sobie już wybić z głowy i pozostaje mi co najwyżej wypożyczalnia samochodów Gdańsk„. No ale co z tego, skoro choć to może już i ma jakiś skład gramatyczny, to nadal jest bez sensu?

Jutro napiszę coś niesponsorowanego, obiecuję 😉 Tymczasem kończę na razie i oznajmiam, że właśnie zarobiłem kolejne 16 złotych.

* * *

Tak naprawdę miałem zamiar w tym wpisie połączyć przyjemne z pożytecznym i pojechać po pozycjonowanych stronach (poklikajcie sobie w nie, grafika i wykonanie miodzio, jedna nawet składa się z samych kodów błędu PHP), ale te powyższe zdanie naprawdę napisałem na poczekaniu, więc odpuściłem sobie całą resztę. Wymóg jest aby każde z pozycjonowanych słów pojawiło się dwa razy i wymóg został spełniony. Nie będę więc siebie i Was męczył 🙂

0

Urząd Pracy zatrudni webmastera

Bo obecnie pracującego wypadałoby wypierdolić z roboty.

Co robi przeciętny białostoczanin szukający pracy i mający dostęp do internetu? Wchodzi na www.pup.bialystok.pl (koniecznie z www z przodu, bo bez www trafiamy na pierwszą niekompetencję admina strony).

I dalej w lewym panelu klikamy na Oferty pracy. I czekamy.

Czekamy.

Idziemy zrobić sobie kawę.

Pijemy kawę i dalej czekamy.

Próbowałem tydzień temu i było tak samo jak dziś. Dziś jednak postanowiłem nie dać tak łatwo za wygraną, przestać na chwilę być przeciętnym białostoczaninem szukającym pracy i powęszyć nieco. W pasku statusu podczas czekania wyświetla nam się www.epuls.praca.gov.pl, więc wklepmy ten adres ręcznie.

Dalej to samo. Pomyślałem, że wpadłem więc właśnie na aferę grubymi nićmi szytą – Ministerstwo stworzyło portal, który nie działa. I wszystkie PUP-y do niego linkują i dupa blada.

Dla potwierdzenia swojej teorii wszedłem na przykład na stronę PUP-u w Toruniu i tam linkują do jakiegoś http://www.psz.praca.gov.pl. I to działa.

To czemu my tutaj na Podlasiu, w regionie o jednym z największych odsetków ludzi bezrobotnych w Polsce linkujemy do strony, która chyba chwilowo nie działa?

Z odpowiedzią przyszedł Google i jego cache.

epulsI wszystko jasne. Epuls nie działa już od ponad 3 miesięcy. Webmaster/admin sstrony PUP-u się tym nie przejmuje.

Walka z bezrobociem, k*wa mać…

0

Reklama w internecie, pozycjonowanie, gadżety reklamowe i torby reklamowe czyli poezja plugawa

Reklama Na Blogach

Jest taki serwis w sieci który pozwala blogerom co nieco zarobić (ikonkę widzicie wyżej). Przynajmniej taką mam nadzieję, bo właśnie mam zamiar się splugawić i napisać coś, co Was zapewne nie interesuje, coś co mnie nie interesuje i do tego zrobić to za pieniądze. Dokładnie 35 złotych.

Zasady są proste. Muszę napisać jakiś tekst, który w temacie i w treści będzie zawierał takie zwroty jak reklama w internecie, pozycjonowanie, gadżety reklamowe, długopisy reklamowe i torby reklamowe. Frazy te w tekście muszą wystąpić co najmniej dwa razy, zatem nie bez powodu wymieniłem je właśnie przed chwilą: połowę roboty mam już odwaloną 🙂

O ile orientuje się w tym całym SEO (pozycjonowanie) tekst, który piszę nie musi mieć jakiegokolwiek logicznego sensu. Tu chodzi jedynie o to, że my blogerzy wwalamy na swoje blogi t frazy, linkujemy je, a potem google odwiedza bloga i uczy się, że np najlepsze długopisy reklamowe są na stronie takiej a takiej.

A więc skoro z jednej strony to co piszę nie musi mieć sensu, a z drugiej strony nie wiedzieć czemu nadal to czytacie, skoro już na samym wstępie napisałem, że nie znajdziecie tu nic ciekawego, to powiem wierszyk 🙂

miałem cztery kolorowe
nowiuteńkie długopisy reklamowe
spojrzałem krótko na nie
pomyślałem: opiszę pozycjonowanie!

a co jeszcze powiecie
jeśli opiszę też czym jest reklama w internecie?

opis zamieszczę jednak nie dziś
bo teraz muszę już iść
na koniec tylko wam powiem
że tutaj się rymuje torby reklamowe
tak samo jak i gadżety reklamowe
(ale to już siara zupełna)
i bęc

Drętwe, co nie? 😉 Ale zobaczymy. Jak mi Blogvertising zaakceptuje to uprzedzam, że takich rzeczy tu może się pojawiać więcej 😉

0

mBank zaskakuje

Wszedłem sobie właśnie na konto, aby sprawdzić czy moje miliony dobrze leżą i poczułem się nieco zaskoczony.

Już niedługo tutorial jak za pomocą FireBuga dorobić się kokosów ;)

Już niedługo tutorial jak za pomocą FireBuga dorobić się kokosów 😉

Strony bankowe w czasach tak modnego phishingu chyba powinny uprzedzać o redesignie. Aż prawie odruchowo i bym wyszedł.

Co więcej redesign jak na razie oceniam na minus. Wiadomości u góry nie potrzebne. Szybkie opcje pod numerami kont wprowadzają chaos (należą do górnego czy dolnego konta? muszę się zastanowić, a mogli by przecież dać odstęp pomiędzy kolejnymi kontami). Przeprojektowane menu po lewej też do niczego. Aż się wystraszyłem gdzie zniknęło moje konto inwestycyjne.

Jak ktoś nie ma konta w mbanku, a chce się pobawić, to demo jest tutaj. Przy okazji może się przekonać, że interfejs teraz się rozjeżdża (przynajmniej u mnie w tym demo strona jest za szeroka i pojawia się dolny pasek przewijania).

0

Masz za dużo kasy?

Macie pieniądze, z którymi nie wiecie co zrobić? Zastanawiacie się nad wpłaceniem ich na jakże „kuszące” lokaty po 5,5% w skali roku?

Jeśli tak to lepiej oddajcie je mi 😉 A jeśli nie, to posłuchajcie mojej podpowiedzi i przyjrzyjcie się, co się dzieje z giełdą.

Dwa i pół miesiąca temu kupiłem udziały w jednym z funduszy za 400zł i teraz mam już 500zł. Wzrost o 25%, a w skali roku wychodzi 120% (oczywiście nie wierzę abym po roku tyle właśnie miał). I jak tylko zostaje mi jakaś reszta po zakupie jedzenia (mięsne ścinki dla psów i suchy chleb) wkładam je w inne fundusze. Na razie wszystkie zwyżkują.

Oczywiście zaraz może przyjść krach, ale póki co wychodzę z założenia, że największe dno kryzysu już było (jakby patrzeć na na wykresy giełdowe wypadło ono w marcu tego roku) i teraz będzie już raczej lepiej niż gorzej.

p.s. Jasna sprawa, że jeśli ktoś z Was mnie posłucha i wtopi przez to kasę w fundusze/akcje, które zaczną spadać, to nie biorę za to żadnej odpowiedzialności. Moja porada jest na GPL 🙂 Ale pomyślałem, że warto przynajmniej zwrócić Waszą uwagę na to, że akcje/fundusze się kupuje kiedy spadają, a nie są na szczycie.

0