Pomysł na vlog

Jest w Polsce blogger, który pisze o zapachach, a jego hitem jest wpis o zapachach kup, co jest doskonałym dowodem, że wielu bloggerów nie wie o czym pisać, ale pisać o czymś chce.

To ja mam podpowiedź  na zupełnie poważy wideo blog, który bardzo chętnie bym oglądał. I podejrzewam, że byłby najpierw hitem internetu, a potem taki blogger wylądowałby na kozetce w „Dzień dobry tvn”, potem może nawet w Faktach.

Wideo blog o polskich urzędach. Blogger wpada do urzędu z kamerą (może być nawet taka w komórce), bez pardonu podchodzi do pani Zosi, która w tym urzędzie pracuje w końcu za nasze, więc i bloggera pieniądze i zaczyna wypytywać czym się właśnie w tej chwili zajmuje. Za uchwycenie pasjansa na ekranie komputera specjalna premia dla wideo bloggera.

Nie mówię, że pasjans i malowane paznokcie znajdą się w każdym pokoju, ale jak czasem patrzę na urzędy jakie istnieją, idę o zakład, że jest cała masa takich, w których takie sytuacje są na porządku dziennym. Ba, sam kiedyś jak uczęszczałem do Urzędu Pracy po to by kolejne razy podbijać pieczątkę, że nadal jestem bezrobotny i że urząd nadal nie ma żadnej oferty pracy, przy jednych takich odwiedzinach (tuż przed szesnastą) zastałem cały pokój pań oglądających jakiś film w best playerze.

Wideo blogger musi mieć power, charyzmę i tupet, by bez skrępowania włazić do takich miejsc. Pewnie z większości będzie wypraszany/wypychany, ale przyznacie chyba wszyscy – taki materiał wideo nawet lepiej się będzie oglądać, co nie? Poza tym tak jak pisałem wyżej – nie wiem czemu ktoś nie ma prawa w imieniu podatników pójść i sprawdzić i potem publicznie pokazać jak to się wszystko odbywa.

Od razu podpowiadam urząd, który bym chciał zobaczyć w takim wideo blogu: Urząd Miar i Wag. Jest w każdym mieście wojewódzkim, w Białymstoku to budynek na dwa piętra plus parter, a wszystkim czym się zajmuje to homologacja różnych urządzeń mierniczych. Przyznam, że pojęcia nie mam dlaczego homologowaniem wag sklepowych muszą zajmować się osoby w aż mniej więcej 50 pokojach (myślę, że wystarczyłby pokój czy dwa w Urzędzie Miejskim), ale jeśli się mylę, tym bardziej niech ktoś pójdzie i sfilmuje dla mnie, że tam wszyscy w pocie czoła kładą odważniki na wagach i patrzą czy gram to faktycznie gram.

Mam nadzieję, że na moim pomyśle się nie skończy i faktycznie powstanie taki blog. Nie będę miał żądnych pretensji ani niczego się dopraszał jeśli ktoś kto czyta zajmie się tym na poważnie. Śmiało! Ja niestety jestem zbyt flegmatyczny na takie sprawy

Polska busem stoi

Przeżyłem lekki szok jak zobaczyłem jak bardzo odjechane ceny ma polska kolej, a zszokowany byłem zapewne dlatego, że dawno z niej nie korzystałem. Teraz jednak szukając sposobu aby dostać się z Warszawy do Białegostoku zajrzałem w rozkład jazdy nie tylko znanych mi busów, ale i pociągów.

Nie tylko busem tę samą trasę można pokonać we właściwie tym samym czasie co pociągiem (jest mniej więcej o pół godziny dłużej, co jest dla mnie do zniesienia), ale jedziemy o wiele, wiele taniej! Że jest tanio to wiem od dawna, bo tak jeżdżę najczęściej. Nie spodziewałem się jednak, że kolej jest tak skostniała, że nawet nie próbuje z busami konkurować i ma ceny z kosmosu.

Jest tak zapewne dlatego, że wciąż wielu Polaków kieruje się przyzwyczajeniem i wciąż ma złą opinię o jeździe autobusami. PKSy bowiem kojarzą się z rozklekotanymi, starymi autobusami, w których nie ma ogrzewania i jadą pół dnia trasę, jaką pociąg pokona w 2-3 godziny.

Jednak to już dawno nie prawda. I same PKSy się zmieniły i wyrośli kolejni przewoźnicy. Od dawna Białystok z Warszawą łączy Podlasie Express, a od kilku lat furorę w całej Polsce robi PolskiBus. Ten ostatni namieszał bardzo na polskim rynku, do tego stopnia, że inni tani przewoźnicy musieli stać się jeszcze tańsi i zwiększyć komfort podróżowania – teraz i busy Podlasie Express mają darmowy internet i klimatyzację.

Mi jako pasażerowi takie konkurowanie jest jak najbardziej na rękę. Mam wiele opcji wyboru i każda tańsza od innej. Wyjątkiem tu jest właśnie PKP.

Do rzeczy. Jadę jutro do Warszawy odebrać wizę do Iranu (o tym więcej będzie w innym wpisie). Co mam do wyboru?

  • Kolej z trzema różnymi typami pociągów: Expres, TLK i InterRegio
  • PKS
  • Podlasie Express
  • PolskiBus

A oto tabela jak kształtują się czasy przejazdu i ceny u tych wszystkich przewźników. Założenie: chcemy za 3 dni (bowiem o wielu przewoźników cena zależy od momentu zakupu biletu) wydostać się z centrum Warszawy do Białegostoku.

PrzewoźnikCzas przejazduCena
TLK (pociąg)około 2 godz 50 minut47 PLN
Express + TLK (pociąg)4 godziny 12 minut!82 PLN
InterRegio (pociąg)około 2 godz 50 minut39 PLN
PolskiBus (bus)3 godziny 20 minut8-19 PLN (+3,40 PLN na bilet metra)
Podlasie Express (bus)3 godziny 15 minut8-17 PLN
PKS (bus)3 godziny 30 minut24-30 PLN

Widać wyraźnie kilka rzeczy:

  • Czas przejazdu busem jest nieco dłuższy niż pociągiem. Mniej więcej o pół godziny. Zakładamy oczywiście, że pociąg się nie spóźni 😉
  • Cena pociągu to około 50 złotych. Tych za 47 złotych jest bowiem najwięcej. W ciągu doby jest tylko jeden InterRegio i na szczęście absurdalna kombinacja „podjedź ekspresem, przesiądź się na TLK, zapłać ponad 80 złotych i jedź ponad 4 godziny” też jest tylko jedna
  • Bus kosztuje właściwie nie więcej niż 20 złotych. Odstępstem tutaj jest PKS, a przy PolskimBusie trzeba uwzględnić także koszt dojazdu metrem na odpowiedni przystanek

Ręka do góry: kto z Was, mając na tej samej trasie alternatywę w postaci busa wciąż jeździ pociągiem? Dlaczego tak robicie?

Też nie chciałbyś być nauczycielem

Jako były nauczyciel podpisuję się rękoma i nogami pod tym, co dziś napisał Wojciech Orliński. Choć pracowałem tylko na pół etatu, właśnie przez powody wymienione przez WO za nic nie przekonywała mnie wizja długich wakacji, trzynastek i skróconego czasu pracy.

Któregoś dnia wracając samochodem ze szkoły, stojąc na jakichś światłach zdałem sobie sprawę, że w ramach jednego zawodu jestem równocześnie nauczycielem, wychowawcą, autorytetem, policjantem, kontrolerem i pozbawiam się szans na relaks także po godzinach pracy (trudno jest się bezstresowo upić w barze wiedząc, że mówić o tym będzie potem cała szkoła). To chyba wtedy zdałem sobie sprawę, że to nie dla  mnie.

A co jeśli karta nauczyciela faktycznie zostanie zlikwidowana. Teraz mi to już rybka. Zapewne to wszystko pierdolnie i będziemy mieli do czynienia z odpływem nauczycieli ze szkół, z jakim mieliśmy w przypadku lekarzy (już teraz szkoły mają problemy z zatrudnianiem językowców i za zgodą kuratoriów zatrudniają na ich miejsce studentów filologii). Rybka mi to, ale rybka temu, że nie mam dzieci. Gdybym był rodzicem raczej nie chciałbym aby mój potomek był uczony przez studenta bez ambicji większej niż „dotrwać do końca studiów i znaleźć sobie normalną pracę bez tego całego balastu i tych tępych debili”, uczony w klasach po 50 osób.

W karcie nauczyciela (lub gdzieś obok niej) zapisane są wynagrodzenia nauczycieli. Ile zarabia nauczyciel stażysta, ile kontraktowy, ile kolejne stopnie. Nauczyciel aby zarabiać 4 tysiące miesięcznie (brutto) musi przepracować chyba z 15 lat, zdać kolejne awanse, robić kupę durnej papierologii, łazić po szkoleniach (na zaproszeniach na szkolenia organizatorzy piszą wołami informację, że nauczyciel dostanie zaświadczenie, które będzie mógł włożyć do teczki awansowej) i mnóstwo innych, dziwnych rzeczy. Tak, po 15 latach w hałasie i ciągłym niedocenianiu zacznie zarabiać jakieś pieniądze. To też mnie strasznie przygnębiło, że będąc nauczycielem mam z góry zaplanowane całe życie i nic specjalnego mnie nie zaskoczy (jak widać może jednak zaskoczyć in minus rozwalenie „przywilejów”), a plan ten nie zapowiada się ciekawie.

Drogi nauczycielu (jeśli czyta to jakiś nauczyciel), nie będę pisał ile zarabiam po zrezygnowaniu z pracy w szkole. I tak masz już wiele powodów do depresji.

Jak to się opłaca SeoPilotowi? A no właśnie tak

Gdy pisałem pierwszy raz o SeoPilot, sam się głośno zastanawiałem jak im się opłaca  płacić mi (i innym) tak dużo za sam fakt uczestnictwa w ich programie reklamowym. W końcu mało kto chce płacić kilkaset złotych miesięcznie za wyświetlanie reklam na blogu, a tutaj płacą i te reklamy nawet wyświetlać się nie muszą. Zastanawiałem się, ale bez głębszego wnikania: skoro płacą, pytać nie będę, a jedynie wypłacać kolejne przelewy.

(Nawiasem mówiąc: wszyscy, którzy narzekali, że się do SeoPilot nie przyłączą, bo to przecież musi upaść, niech narzekają dalej. Prawdę mówiąc przekonywać na siłę nie będę. Faktem jest jednak, że z SeoPilot wypłaciłem już kilka tysięcy złotych i z każdym dniem kasy przybywa. Dokładnie: 45 złotych dziennie)

Teraz  już wiem jak im się to opłaca. 🙂 Zostałem poproszony o wyrażenie opinii (co właśnie czynię tym wpisem) na temat ich cennika, jaki przedstawiają osobom, które chcą się reklamować.

Cennik wygląda tak:

Jak go czytać? Załóżmy, że chcesz się reklamować na stronie z PageRank 4. Jeśli chciałbyś aby twoja reklama wyświetlała się na stronie głównej przez miesiąc, musisz zapłacić za to od 16,5 zł do 24,75 zł, w zależności od witryny, na której chcesz by był twój link. Poniżej podana jest cena za reklamę na podstronie. Cena ta oczywiście jest nieco niższa.

W pierwszej chwili pomyślałem, że wytropiłem aferę 🙂 Za gotowość do wyświetlania reklam na stronie z PR=4 SeoPilot płaci mi około 200-300 zł miesięcznie. Wstawia blok reklamowy zawierający trzy reklamy.

Trzy reklamy na stronie głównej, trzy relamy na podstronach. Łącznie sześć reklam. Jak policzyłem SeoPilot z reklamodawcy może maksymalnie ściągnąć więc:

3 x 24,75 + 3 x 17,82 = 74,25 + 53,46 = 127,71 złotych

Jakim cudem ściągając około 130 złotych mogą mi płacić 300 złotych? Pralnia pieniędzy?

Po dopytaniu pani z działu marketingu firmy SeoPilot rozwiała moje wątpliwości 🙂 Okazuje się, że SeoPilot inaczej podchodzi do podstron niż inne znane mi systemy reklamowe: na przykład w AdTaily zamówienie reklamy oznacza wyświetlanie jej na wszystkich podstronach. W SeoPilot reklamodawca płaci oddzielnie za każdą podstronę.

Drugi iloczyn w równaniu powyżej należy więc jeszcze pomnożyć przez ilość podstron. I to już daje niezłą sumkę.

Jak dużą? Zobaczmy na przykładzie jednej z moich stron, które zgłosiłem do SeoPilot jako miejsce na reklamę. Mowa tutaj o WPzlecenia.pl. Page Rank tej strony to właśnie 4, SeoPilot płaci mi teraz za obecność jej w systemie 240 złotych miesięcznie, według google webmsaters tools strona ta zawiera jedną stronę główną (no way!) i 324 podstrony.

Powyższe równanie w planie minimum po poprawkach wygląda następująco:

3 x 24,75 + (3 x 17,82) x 324 =  3865,62 złotych

W planie maksimum SeoPilot z mojej strony może wyciągnąć od reklamodawców nawet 5798 złotych. Mają więc całkiem niezłą przebitkę i całkiem spory zapas. Nie dziwię się więc, że stać ich na samo płacenie stronom za udział w programie, nawet jeśli chwilowo nie mają żadnych reklam do wyświetlenia na uczestniczących stronach.

Pozostaje pytanie czy to się opłaca reklamodawcom. Moja odpowiedź na razie brzmi: nie wiem. 17 złotych miesięcznie za link na stronie z PR 4 to nie jest chyba dużo, nawet jeśli będzie on tylko na jednej podstronie. To mniej więcej rynkowa stawka (ale przyznam się, że rynek ten znam słabo). Czy jest to efektywne? Też nie wiem, ale przekonam się 🙂 Niedługo jedna z moich stron będzie reklamowana za pośrednictwem SeoPilot i o efektach na pewno poinformuję tutaj. Niektórzy mówią, że za używanie SeoPilot można wylecieć z Google (nikt jednak jak do tej pory nie podał faktycznego przypadku takiego wylecenia), przyznam, że mam to gdzieś. I tak obecnie o wiele większy i bardziej wartościowy ruch mam z sieci społecznościowych niż z wyników wyszukiwania 😉

Tak więc za jakiś czas  możecie się tu spodziewać relacji „jak reklamowałem się w SeoPilot i czy reklama taka przełożyła się na realny wzrost zarobków jednej z moich stron” (której, na razie nie powiem, by nie zaburzyć przypadkiem pomiarów). Mam nadzieję, że będzie to success story, ale pożyjemy zobaczymy 🙂

I tak: ten wpis zawiera linki referencyjne i jak ktoś przypadkiem kliknie w nie, potem założy konto i też zacznie zarabiać na swojej stronie kilkaset złotych miesięcznie – SeoPilot zapłaci mi za takie przekierowanie. Okazuje się, że za to też płacą (i to całkiem sporo)

Proszę państwa, oto Biebrza

Dawno już nie chwaliłem się jaką to nową stronę wykonałem, część z Was pewnie już zapomniała, że to właśnie robieniem wordpressowych stron zarabiam na życie. Jako, że jedno z moich ostatnich dzieł zapiera dech w piersiach, to jest chyba dobra okazja by Wam o mojej działalności przypomnieć 😉

Uwaga (vel reklama): jeśli ktoś też chce mieć taką stronę, a może nawet jeszcze lepszą, zapraszam do kontaktu!

Rozsiądźcie się wygodnie i podziwiajcie widoki, zarówno te programistyczne, te CSS-owe jak i te jak najbardziej naturalne, przyrodnicze. Bowiem zapraszam Was na stronę internetową o Biebrzy i Biebrzańskim Parku Narodowym.

Biebrzański Park Narodowy - wygląd strony głównej

Powyżej widzicie fragment strony głównej new.biebrza.com, ale do podziwiania jest tam o wiele więcej.

Strona pełni funkcję biznesową: ma sprzedawać wycieczki po Biebrzy i jej okolicach, oferować noclegi i reklamować wiele innych rzeczy, ludzi i instytucji, które z Biebrzą mają coś wspólnego. Jeśli ktoś szuka na przykład gdzie można nad Biebrzą dobrze zjeść, gdzie wypożyczyć kajak, samochód lub nawet przelecieć się balonem – wszystko to na pewno tam znajdzie. Jest nawet sklep internetowy z pamiątkami z nad Biebrzy (oparty na mojej wtyczce TradeMatik).

Pieniądze to oczywiście nie wszystko. Strona na pewno przyda się także innym, którzy Biebrzę wolą zwiedzać sprzed ekranów komputerowych. W szczególności polecam podstronę z informacjami o tej rzece i naprawdę imponującą galerię fotografii (poważnie, zajrzyjcie, bo niektóre zdjęcia zapierają dech w piersiach, aż się nie chce wierzyć, że to nasza rodzima rzeka, a nie Amazonka).

OK, dość marketingu, przejdźmy do tego, co najczęściej opisuję w takich przypadkach, czyli jak przebiegało tworzenie strony i co strona ma w bebechach 🙂 A mam się czym chwalić bo chyba nigdy dotąd nie wyciskałem aż tyle z WordPressa. Ba, nie zdziwię się, jeśli ktoś z Was nie będzie mógł uwierzyć, że to jest nadal WordPress i że nie musiałem tutaj w ogóle modyfikować jego źródeł (dzięki czemu klient może śmiało korzystać z nowszych wydań WordPressa nie bojąc się, że coś się przy aktualizacji popsuje).

Strona nie była tworzona z niczego. Firma Biebrza Eco-Travel posiadała witrynę od dawna (uchowała się jej stara wersja angielska więc każdy może porównać stan przed i po) i patrząc na ów stary design, zakładam, że był projektowany z 13 lat temu. Przynajmniej tak wtedy wyglądały moje strony internetowe 😉 Strona zarabiała na siebie. Właściwie to mało powiedziane: była chyba głównym źródłem dochodów, bo to w internecie klienci znajdowali ofertę firmy i przez formularz na stronie składali zamówienia na wycieczki.

Dlaczego więc zmieniono silnik strony na WordPressa? Z dwóch powodów: stara strona trąciła już myszką, a co ważniejsze: nie  było tam żadnego silnika strony. Gdy w ofercie firmy pojawiała się nowa wycieczka, informatyk (w ostatnim okresie działania starej strony to byłem ja) otrzymywał na maila plik Worda z opisem imprezy, zdjęcia z aparatu ( w rozdzielczości 2500×1200 pikseli i wadze po 3 MB) z prośbą o umieszczenie wycieczki na stronie. Wtedy łączyłem się przez FTP ze stroną, tworzyłem nowy dokument html, przekopiowywałem treść, przeskalowywałem w Gimpie zdjęcia, dodawałem „znak wodny”, dodawałem do opisu, otwierałem kilkadziesiąt już istniejących podstron zbiorczych (także w notatniku) i edytując ich kod html dodawałem odnośnik do nowej imprezy.To samo z wszelkimi innymi typami treści.

Całość zajmowała godziny, była żmudna i kosztowała firmę sporo pieniędzy. Analizując kod strony widać było wyraźnie, że przede mną było wielu innych informatyków, którzy nie wytrzymywali takiego trybu pracy (moje wprawne oko wyłapało tam naleciałości z różnych programów od windowsowego notatnika przez DreamWeaver po Front Page i mnóstwo kodu wskazującego na wybieranie w MS Word opcji „zapisz jako stronę web”).  To była tragedia do rozczytania, a żeby choćby poprawić jakąś literówkę musiałem spędzić sporo czasu na rozgrzebywaniu tych html-owych śmieci. To zniechęca do pracy, a co ważniejsze dla klienta: kosztuje dużo ze względu na czas potrzebny na to. Nie mówiąc już o zapewne kolejnych problemach z kolejnymi informatykami, którzy rezygnowali z tej żmudnej pracy i konieczności szukania następnego.

Po przejściu na WordPressa założenie było takie, że strona dostanie nowy wygląd (nawiązujący jednak do starego), nowe możliwości i typy treści, a co najważniejsze to już sam właściciel strony bez wymogu znajomości HTML sam będzie te treści dodawał, aktualizował i układał w sposób jaki będzie tego chciał. To niewątpliwe zalety, ale pojawiła się spora obawa:

Stara strona była bardzo dobrze zaindeksowana w wyszukiwarkach, a to z Google przychodziła większość klientów. Czy kompletna przebudowa strony, zmiana treści i zmiana odnośników do poszczególnych podstron nie sprawi, że nagle w jeden dzień firma przestanie zarabiać? Nie będę Was trzymał w niepewności: dzięki sztuczkom z .htaccess i naturalnej miłości pomiędzy WordPressem a zagadnieniami SEO (na stronie nie ma nawet zainstalowanej żadnej wtyczki do pozycjonowania witryny!) wszystko poszło wyśmienicie. Sprawdźcie sami wpisując w google słowo „biebrza”. Stara wersja strony znajdowała się na 3. pozycji w wynikach wyszukiwania (po oficjalnej stronie parku i artykule w wikipedii). Nowa znajduje się na tej samej. Podobnie jest z innymi frazami związanymi z tą branżą i okolicą.

Przy budowie strony silnie wykorzystałem rewelacyjną nowość wordpressa jaką są własne typy treści. Jeszcze dwa lata temu wszystko publikowane na stronie musiało by być zapewne albo „stroną” albo „wpisem blogowym” przyporządkowanymi do kategorii „wycieczki”, „noclegi”, „baza żywieniowa”… Biorąc pod uwagę, że każdy z tych typów danych powinien mieć różne pola je opisujące (na przykład wycieczki mają określony termin startu i zakończenia, czego na przykład nie ma restauracja, która z kolei może zostać przyporządkowana do kategorii „restauracje”, „bary” lub kolejnej, która ni jak nie odnosi się do wycieczek czy noclegów), byłby to koszmar.

Dzięki wykorzystaniu własnych typów treści, każda opcja na stronie ma swój własny formularz dodawania. Przy imprezie (wycieczce) można określić tak podstawowe rzeczy jak „termin”, „program”, „miejsce startu” czy „przewodnik”, po te bardziej wyszukane jak na przykład „noclegi w okolicy” (i tu klient może od razu metodą przeciągnij i upuść stworzyć dowiązania do elementów o typie treści „baza noclegowa”), „współrzędne geograficzne” (jak zapewne zobaczycie każda wycieczka ukazana jest też na automatycznie generowanej mapie). Podobnie przy „bazie noclegowej” można określić cenę za noc, ilość miejsc noclegowych, wybrać do jakiej kategorii należy dany obiekt lub na przykład ile metrów/kilometrów jest do plaży.

Możliwości jest tak wiele (sama strona to obecnie aż 18 custom post types i każdy ma od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu różnych pól formularza do uzupełnienia podczas edycji), że czasami ich edycja staje się szczerze mówiąc  trudna. Z tego powodu wiele edycji wizualnych przenieśliśmy do front-endu – zalogowany właściciel strony może sam układać sobie pewne elementy na stronie od razu widząc jak to będzie wyglądało po edycji (nie musi nawet klikać przycisku zapisz).

Oto przykład jak układane są zdjęcia w galerii:

Wystarczy złapać myszką za zdjęcie i przemieścić je w nową pozycję. Po opuszczeniu zmiana zostanie zapamiętana.

Nie tylko zdjęcia można w ten sposób nosić. Przykładowo, pod każdą stroną jest sekcja „Sprawdź także”. Ją też można porządkować metodą przeciągnij i upuść i co najważniejsze – każda podstrona może mieć tu różne elementy i w różnej kolejności!

Taka wizualna wersja znanego zapewne części z Was pluginu widget logic 🙂 Tyle, że całość napisałem sam zgodnie z wytycznymi klienta.

Inne ciekawe rozwiązanie to wspomniane już wyżej terminy imprez. Każda wycieczka może być zorganizowana wiele razy w roku w różnych datach. Pierwotnie chciałem by klient musiał dla każdego terminu dodać kolejną wycieczkę, którą od poprzedniej różniła by się tylko datą, ale okazało się, że w takim wypadku pracy byłoby więcej niż przy starej wersji strony. Przykładowo „Fotosafari” organizowane jest kilkadziesiąt razy w roku. Dodanie kilkudziesięciu wpisów różniących się jednym polem nie wygląda zbyt wydajnie. Kolejnym utrudnieniem tutaj był fakt, że firma chciała móc przy każdym terminie danej imprezy zaznaczyć, że wszystkie miejsca już zostały wykupione, a nawet nie określać terminu w ogóle – w takim wypadku przy zamawianiu klient sam określał kiedy chce przyjechać na wycieczkę. Cały ten miks miał być trzymany w jakiś sposób w WordPressie i dawać się łatwo zarządzać i porządkować. Udało się, co na przykład możecie zobaczyć na stronie wszystkich wycieczek – imprezy uporządkowane są datami (a gdyby ktoś chciał zmienić sposób porządkowania po długości trwania, nie ma problemu). Jeśli jakiś termin jest już niedostępny informuje o tym odpowiednia ikona. Tabela uwzględnia też imprezy bez określonego terminu i właściciel strony sam decyduje w której części tabeli umieścić taką wycieczkę. Sortować można także po grupie docelowej wycieczki i sposobie jej organizacji. Wypas 😉 (btw. po części jak to zrobiłem opisałem w artykule na dev.wpzlecenia).

Powyższy opis jest długi, ale uwierzcie mi, że tylko poruszył malutki skrawek zadań programistycznych jakie przede mną stały. Dość powiedzieć, że całość prac trwała niemal 12 miesięcy! Przeniesienie 1800 subskrybentów newslettera do nowego – a jakże napisanego od podstaw przeze mnie  – systemu opartego na wordpressie, sposoby wybierania elementów do zamieszczenia na stronie głównej, sposoby do wybierania i układania elementów na każdej podstronie (w tym i podstronach generowanych automatycznie jak na przykład na stronach kategorii), umieszczanie elementów na mapach google z podziałem na kategorie tych elementów i możliwością wyświetlania na mapie tylko części z nich, możliwość wyskalowania zdjęć do 12 predefiniowanych kadrów, różnych dla różnych fotografii, także różne atrybuty title dla każdego zdjęcia w zależności gdzie ono jest wyświetlane (inny podpis pojawia się na zdjęciu w galerii i jeszcze inny na tym samym zdjęciu ale przy wycieczce), ukłądanie zdjęć w różnej kolejności, automatyczne menu zakładkowe na górze strony generowane na podstawie kategorii do jakich mogą być przypisane wycieczki… uff. Nadal nie wymieniłem nawet połowy rzeczy 🙂

Ale chyba się udało, prawda? 🙂

 

Pit roczny, program online

Zanotować, zapamiętać. W 2012 roku PITa wypełniłem na stronie https://www.pitroczny.pl/pit/

Notuję, żebym za rok już nie musiał szukać gdzie to było. Czy polecam, nie wiem – ja sobie poradziłem. A jestem w kwestii podatków jak dziecko we mgle.

Przykra sprawa, pierwszy raz od lat muszę dopłacić podatek (dobrze rozumiem, że to także oznacza, że w tym roku listonosz nie przyniesie mi żadnego zwrotu?)

Jak T-mobile żegna swoich klientów po 6 latach?

Ja już wiem od dwóch dni 🙂 Bo właśnie dwa dni temu listonosz przyniósł mi odpowiedź na to pytanie. Przez ponad 6 lat korzystałem z T-mobile (wcześniej z Ery), rachunki płaciłem różnie, raczej po czasie, ale zazwyczaj było to góra 2 tygodnie spóźnienia, zresztą przy odnawianiu umów co dwa lata, mówiłem im o tym i jedyne co spotykałem to uśmiech pobłażliwości, więc chyba można. W każdym bądź razie ile było na fakturze, tyle przelewałem.

Nie odpowiem Wam na pytanie z tematu, chcę abyście pozgadywali 😉 Oto kilka opcji odpowiedzi:

  1. Jako, że z T-mobile byłem ponad 6 lat otrzymałem od nich list z podziękowaniami za długotrwałe korzystanie. W liście był bilet na mecz piłki nożnej w dowolnym, wybranym przeze mnie meczu T-mobile Ekstraklasy
  2. W kopercie co prawda nie było biletu, ale dostałem miły i uprzejmy list od działu marketingu, w którym dziękują mi za korzystanie z ich usług i piszą, że pomimo, że zmieniłem operatora, mają nadzieję, że nie darzę ich żadną urazą i jeszcze kiedyś uda im się znaleźć ofertę, która sprawi, że do nich wrócę.
  3. W kopercie była informacja o tym, że jak zechcą wpiszą mnie do Krajowego Rejestru Długów i do innych firm rejestrujących oszustów i jak to zrobią to mam przejebane, bo nie dostanę żadnego kredytu i nigdzie ie dostanę komórki w ogóle. A pod kartką z ostrzeżeniem był rachunek na 21,86zł. Taki sam, jaki wysyłali mi przez ostatnie 80 miesięcy, tyle, że kwota inna. I wcześniej nigdy nie grożono mi KRD.
  4. Nie dość, że wysłano mi list jak powyżej, wysłano mi drugi dokładnie taki sam list, z tą samą datą, z tym listem z groźbami, z kolejnym rachunkiem na 21,86 złotych. Oba tego samego dnia. I człowiek tylko się teraz uśmiecha bo nie wie: czy faktycznie w jakiś sposób przegapił te 21,86 złotych, o czym wcześniej T-mobile nigdy do niego nie napisał. A może przegapił 21,86 x 2? I co teraz ma zrobić? Czy przelać 43,72 złote, czy jednak przelać 21,86 i zgodnie z surowym trzymaniem się przepisów – tak jak to nagle robi T-mobile strasząc windykacją – drugi list potraktować jako próbę wyłudzenia i zgłosić do prokuratury? No bo skoro T-mobile nie potrafi zrozumieć, że może faktycznie przez 80 miesięcy zrobiła mi się jakaś niedopłata, o której nie informowali mnie nigdy wcześniej, ja przecież nie muszę rozumieć, że oni też tam mogą mieć burdel i wysyłać dwa razy ten sam szantaż.

Jeśli ktoś nie zna odpowiedzi, która z powyższych opcji jest prawdziwa: go ahead – przenieście się do innej sieci, a się przekonacie co tak naprawdę T-mobile o Was myśli 🙂 Jeśli ktoś odpowiedzi się domyśla: cóż, lepiej nigdy się już stamtąd nie przenoście, bo wiecie co pani Dyrektor Biura Operacyjnego sieci T-mobile Polska (dobrodusznie pominę nazwisko z szantaż-listu [szit, mam nadzieję, że nie zdradziłem odpowiedzi]) już na Was szykuje 😉

P.s. Pani Doroto, jeśli Pani przypadkiem trafi na ten wpis, niech Pani wie, że już przelałem. I żebym więcej nie dostawał takich wiadomości – naprawdę nie jest to przyjemne uczucie gdy po 6 latach* firma uznaje klienta za nieuczciwego dłużnika – na wszelki wypadek przelałem dwa razy po 21,86 zł. Tak jak Pani pisała. Jeśli się pani walnęła przy wysyłaniu tej korespondencji i poszło dwa razy – każdemu się jak widać zdarza  pogubić się w obliczeniach, prawda? 😉
____

*) Przy okazji ciekawa sprawa: LinkedIn mówi, że w T-mobile pracuje Pani tak samo długo, jak ja byłem klientem tej firmy 🙂

Jeśli jeszcze nie masz na swojej stronie SeoPilot, założę się, że zaraz go zainstalujesz

Jestem już po miesiącu testowania tego systemu i mogę teraz uczciwie powiedzieć: to się opłaca. Nie wiem jak długo będzie się opłacało, ale póki wszystko nie runęło to ja spokojnie w tym uczestniczę i wypłacam pieniądze. Przez ostatni miesiąc wypłaciłem już 860zł i jedyne nad czym się zastanawiam to na jakiej jeszcze stronie zainstalować SeoPilot. 860 zł miesięcznie to spora suma, z pewnością są w Polsce osoby, które zarabiają mniej chodząc do pracy. Ja tymczasem wkleiłem po prostu kod na stronie i realizuję przelewy 🙂

Czym jest SeoPilot? Z punktu widzenia właściciela strony internetowej, jest to system, który po wklejeniu ich kodu na swojej stronie sprawia, że wyświetlane są reklamy, a Ty – jako właściciel takiej strony serwującej reklamy – zarabiasz za to kasę. I to kasę nie małą.

Za jedną zgłoszoną stronę do SeoPilota otrzymać można do tysiąca złotych co miesiąc, zależy to od tego jak wartościowa wg ludzi z tej firmy jest Twoja witryna. Co najważniejsze zarobki są z góry określone i pewne. Nawet jeśli SeoPilot nie będzie serwował na Twojej stronie żadnej reklamy i tak dostaniesz wynagrodzenie jakby reklamy były cały czas. Mam jedną stronę, na której do dziś nie widzę reklam, a zarobiła mi już ponad 200zł (dziennie zarabia 5 zł). Najlepiej zarabiający jest ten blog, który właśnie czytasz: za Muzungu.pl dziennie płacą mi 9zł co miesięcznie daje prawie 500zł.

Czy SeoPilot to nie jest jakiś przekręt? Jak zaznaczyłem w pierwszym akapicie sam miałem takie obawy. Nie oszukujmy się: w google adwords co miesiąc można liczyć na kilkadziesiąt złotych, w innych systemach jak adtaily do dziś (przez niemal dwa lata bytności) zarobiłem łącznie 100zł. Tymczasem pojawia się jakiś SeoPilot i z miejsca chce płacić kilkaset złotych co miesiąc. I to kilkaset złotych zupełnie pewnych, niezależnych od ilości reklamodawców, kliknięć w reklamy na stronie, Twojej odwiedzalności. Podejrzewałem więc, że kasa jest wirtualna i nigdy jej nie zobaczę.

Tymczasem jak wspomniałem, pieniądze te już faktycznie wypłaciłem. Oto dowody. Najpierw zrzut z panelu SeoPilot z informacją o moich wypłatach:

Po prawej stronie widać, że dwa razy dokonałem wypłaty (raz 490 zł, raz 380zł), po lewej: że wciąż na wypłacenie czeka 105 zł.

Czy pieniądze te do mnie dotarły? Oto zrzut ekranu z mojego konta bankowego:

Kwoty jak widać się zgadzają 🙂 Pieniądze jakie zarobiłem w SeoPilot faktycznie są wypłacane.

Zagwarantować, że tak będzie wiecznie nie mogę, ale póki to działa, spieszcie się zakładać konta i korzystać. Pieniądz nie śmierdzi 🙂

P.s. Właśnie pomyślałem, że system mam jednak pewną wadę – zdecydowanie mniej chce się pracować, gdy człowiek wie, że co miesiąc i tak dostanie kilkaset złotych za nic 😉

T-mobile stara się bym od nich odszedł. Chyba się skuszę.

Nienawidzę spamu. Nienawidzę domokrążców, którzy wpychają nogę między drzwi a framugę twojego domu by coś ci sprzedać. Nie znoszę tak samo telemarketerów dzwoniących do mnie po to bym dla ich firmy płacił jeszcze więcej niż płacę do tej pory.

Telemarketerzy tacy dzwonią do mnie tylko z dwóch źródeł. Z mBanku po to by mi wcisnąć jakiś kredyt czy kartę kredytową (obudźcie się panowie i panie – o wiele większy bank uznał, że jestem niewiarygodnym kredytobiorcą 😉 ) oraz T-mobile. Po co do mnie dzwonią z T-mobile zazwyczaj nie wiem, a jeśli już się dowiaduje to po tygodniu dzwonienia.

Wczoraj

Telefon z biura obsługi. Muszę odebrać, bo z doświadczenia wiem, że jeśli nie odbiorę i nie wklepią w swój system, że odebrałem, to będą dzwonić bez końca (na razie przetestowałem przetrzymanie ich dwa tygodnie, nadal dzwonili). Odbieram. W słuchawce słyszę melodyjkę T-mobile i automat mnie prosi, bym czekał na rozmowę. Po pięciu sekundach automat się rozłącza. I tyle.

Dzisiaj

Telefon z biura obsługi. Odbieram. Melodyjka i prośba o oczekiwanie na konsultanta. Czekam. Po pięciu sekundach połączenie zerwane przez dzwoniącego.

Jutro

Nie wiem co będzie jutro, ale w styczniu, gdy kończy mi się umowa zmieniam operatora. Oczywiście ich głupi system dzwonienia nie jest jedynym powodem, ale jak najbardziej ma tu duże znaczenie.

Co polecacie przy abonamencie faktycznym w okolicach 55 złotych brutto (tyle mam na papierze w T-mobile, ale praktycznie płacę około 80 złotych, głównie przez połączenia do Play i pakiet dodatkowego internetu)?