Jeśli ktoś chce wiedzieć gdzie warto się pokazywać, by nie wypaść z towarzystwa, warto zajrzeć na portal (?) NaTemat.pl. Trzeba jednak uważać i zaglądać tam dość często: to co według redakcji było modne wczoraj, dziś już może być kompletnie ałt of faszion.

Dwa tygodnie temu Olga Święcicka napisała, że clubbing umarł. Nikt już nie szlaja się od klubu do klubu. Zamiast tego przesiadujemy w czymś nowym, co nazywa się klubokawiarnie:

Dziś miejskie życie ma zupełnie inny kształt (…) Kluby zaczęły przybierać różne formy, nie chodzimy już do nich, żeby tylko posłuchać muzyki. Zwykle imprezy połączone są z wernisażem sztuki, pokazem modowym, filmem. Zmieniły się też nazwy. Pojawiły się klubokawiarnie, kluboksięgarnie i galerie. Żeby przyciągnąć młodych ludzi, kluby prześcigają się w pomysłach

O cho, coś nowego – pomyślałem sobie. Odnotowałem w głowie, że trzeba się wybrać. Clubbing nie żyje – rozumiem. Czas na klubokawiarnie.

Niestety kurde nie zdążyłem. Bo wczoraj Olga Święcicka pisze, że klubokawiarnie są w kryzysie i zamykają się jedna po drugiej.

Trzymanie ręki na pulsie kulturalnych zmian jest coraz trudniejsze. Aż wstyd się przyznać, że ja wciąż zwyczajnie chodzę do pubu.