Premier zapłakał: Chciałem dobrze, ale się nie udało. Dwa lata temu jak zaproponowałem by sieć była obserwowana i cenzurowana w ochronie przed pedofilią i inną gomorą, to internauci nakrzyczeli na mnie, że chcę cenzurować zwykłych ludzi i zrobili protesty. Pójdę do pana od e-PR to może mi powie co mam teraz zrobić.

Pan od e-PR odpowiedział: To proste, mój drogi premierze. Spraw by internauci sami cię o cenzurę prosili.

Prosili o cenzurę? Ale jak to możliwe?

To proste mój drogi premierze. Pokaż im najpierw, że cenzura jest potrzebna. Że są sytuacje, w których sami chcieliby sieć cenzurować. Mogę na przykład dla pana premiera wynająć aktorkę, którą internauci znienawidzą. Aktorka będzie pluła jadem, drażniła, prowokowała. Najlepiej jak aktorka będzie wrzucać filmy do sieci i dobrze by było jakby nazwała się katolickim głosem w internecie. Takie filmy szybko i wirusowo rozejdą się po sieci.

I to wystarczy?

Nie, mój drogi premierze. To dopiero początek. Nienawiść objawiana przez aktorkę wywoła reakcję taką samą: internauci ją znienawidzą. Będą z jednej strony grozić jej i wyzywać, z drugiej strony będą żądać by zniknęła z sieci, więc sami będą chcieli cenzury.

A co jeśli ludzie zorientują się, że to była aktorka? Szybko oskarżą nas o manipulacje.

Dlatego musimy sami aktorkę zdemaskować przed czasem. Powiemy, że miał to być eksperyment dwójki performersów (nikt nie będzie pytał po co robili ten eksperyment i wydali własne pieniądze na wynajęcie aktora i sprzętu), który wymknął się spod kontroli. Poczytne blogoidy opiszą szok jaki wywołały w aktorce te komentarze, jaka czuje się zagrożona tym, że anonimowi ludzie grożą jej śmiercią. Blogoidy napiszą, że anonimowość wyzwala złe odruchy.

No właśnie! Dawno tak mówiłem!

I teraz ludzie to zrozumieją. Ale to jeszcze nie  koniec.

Co dalej?

Ministerstwo jedno z drugim szybko zaproponuje zmiany w prawie, które ukrócą tą anonimowość. I teraz nikt już nie będzie mówił, że to premier chce cenzurować sieć. To sieć głosem anonimowych internautów będzie chciała tych samych anonimowych internautów z sieci wyrzucić. Nie brzmi logicznie, ale nie musi brzmieć. Blogoidy napiszą co trzeba, ministerstwo niby tylko pomoże  w załatwieniu tego, czego ludzie chcą.

Genialne! Ale co jeśli blogoidy będą pisać co innego lub w ogóle zignorują sprawę?

Jest takie ryzyko mój drogi premierze, ale w takim wypadku blogoidom się zapłaci.

Blogoidy mogą być przekupne? Niemożliwe!

Premierze, please… Blogoidy, które muszą z czegoś co miesiąc płacić wierszówkę sześciu, siedmiu redaktorom, które już biorą kasę od kolejnych agencji e-PR za obiektywne pisanie o kolejnym smartfonie nie wezmą kasy za pisanie o problemie wystraszonej aktorki? Nie zna się pan premier na sieci, oj nie zna.

No dobrze, wierzę na słowo. Ale co jeśli ludzie się jednak zorientują? Blogoidy to nie wszystko. Są jeszcze facebooki, prywatne blogi, wykop…

Wyśmiejemy od tropicieli teorii spiskowych. A wykopy zawsze można zakopać.

Genialne! Robimy!