Pamiętacie moją serię artykułów o malarii, jaką pisałem ostatniej zimy? Wydaje mi się, że wakacje to lepsza pora na przestrzeganie przed zagrożeniami jakie nas mogą spotkać na wakacjach. Postaram się aby było ciekawie. Tamte wpisy zapewne mało kto już pamięta, a tymczasem na pewno jakaś część z Was właśnie pakuje paszporty, okulary słoneczne i rusza do ciepłych krajów (tak jakby dziś w Polsce wcale nie było ciepło).

Na początek mapka zapożyczona z Wikipedii pokazująca obszary, które malarią są zagrożone. Odnajdźcie na niej swój kraj docelowy. Jeśli jest nim, któryś z krajów „kolorowych” czytajcie dalej, aby się dowiedzieć, czy musicie się bać i jak zminimalizować ryzyko zarażenia się zarodźcem malarii.

(Pamiętajcie też, że na pewno rzetelniejsze informacje o malarii znajdziecie znajdziecie na takich stronach jak malaria.com.pl czy Centrum Informacji Medycyny Podróży, a już na pewno w gabinetach lekarzy medycyny tropikalnej)

Najpierw ta zła wiadomość: malaria bywa chorobą śmiertelną, przeciw której nie można się zaszczepić. Na szczęście tu właściwie się kończą złe wiadomości (jakkolwiek strasznie by nie zabrzmiały).

Prawda jest jednak na szczęście taka, że w przeciągu ostatnich dziesięciu lat stwierdzono tylko jedenaście przypadków „zaimportowania” malarii do Polski (liczba Polaków chorujących na miejscu w krajach tropikalnych nie jest mi znana, ale jestem pewien, że jest o wiele rzędów wartości większa). Malarię roznoszą komary widliszki, ale tylko statytycznie co trzechsetny kłując nas wstrzykuje nam zarodźca. Z tego właśnie powodu oraz także dlatego, że wielu turystów świadomie zabezpiecza się przed tą chorobą, tak rzadko słyszymy o jej przywiezieniu do Polski jako niechcianej pamiątki z wakacji.

W jaki sposób można sie choroby ustrzec? Załóżmy, że porada typu „nie jedź do krajów malarycznych” nie wchodzi w grę (i słusznie). Zatem podstawowe rzeczy jakie musisz zrobić to:

Po pierwsze dowiedz się o tej chorobie jak najwięcej. Tutaj u mnie na blogu, w gabinetach lekarzy medycyny tropikalnej (zwłaszcza tam) czy na wspomnianych wyżej dwóch stronach. Poznanie wroga to już połowa sukcesu.

Po drugie jadąc do krajów tropikalnych zabierz ze sobą leki przeciwmalaryczne. Nazw specjalnie nie będę wymieniał, bo różne leki stosuje się w różnych częściach świata. Leki jak sama nazwa wskazuje służą do leczenia, gdy już jesteśmy chorzy, ale normalną praktyką, zalecaną jest ich branie w czasie całego pobytu w krajach zagrożonych malarią. W takim wypadku nabywamy coś w rodzaju odporności: gdy do naszej krwii trafi zarodziec malarii, lek zwalczający jego już będzie tam na niego czekał.

Po trzecie (notujecie to sobie? 😉 ) repelenty. Najlepiej jest je kupić w miejscowej aptece w kraju docelowym, ale także w Polsce wypatrujcie środków zawierających w składzie DEET. To substancja uważana obecnie za najbardziej nielubianą przez komary i mogę to potwierdzić na bazie własnych doświadczeń. Najlepszy (bo najtańszy i skuteczny) jest preparat firmy Bros, ale możecie oczywiście kupić także inne.

Po czwarte unikajcie tak zwanych szarych godzin. Komary najaktywniejsze są podobnie jak i w Polsce, o zachodzie i wschodzie słońca. Te momenty przeznaczcie raczej na śniadanie i kolację wewnątrz budynków niż na zwiedzanie.

Po piąte i chyba ostatnie (a może ktoś z Was w komentarzach coś dopowie na bazie własnych doświadczeń?) moskitiery. W hotelach zwróćcie uwagę czy takie znajdują się nad łóżkiem (najczęściej tak właśnie będzie), a jeśli ich nie zauważycie, zapytajcie o nie obsługę. Jestem niemal pewien, że nie będzie z tym problemu. Możecie też na wszelki wypadek kupić swoją własną, ale zdecydowanie w kraju do którego jedziecie! W Polsce moskitiera kosztuje nawet 80zł podczas gdy w krajach Afryki nie będzie kosztowała drożej niż kilka dolarów. Zwyczajnie szkoda pieniędzy.

I tyle na poczatek (bo jak wspomniałem przez wakacje ukazywać się będą kolejne antymalaryczne wpisy tutaj). Pięć słów: wiedza, leki, repelenty (spraye), szare godziny, moskitiery. Te kilka prostych zasad sprawi, że jedyne wspomnienia z Waszych wakacyjnych wyjazdów do ciepłych krajów nie będą miały nic wspólnego z malarią.

P.s. Pochwalcie się gdzie jedziecie w komentarzach 🙂 Ja też w tym roku wybieram się do kraju, który delikatnie zahacza o kolorowe obszary na powyższej mapie, więc na pewno opiszę tutaj także swoje przygotowania do „wyprawy” 🙂