Właśnie media opiewają sukces internautów (czasami zwanych obywatelami), bo premier Donald Tusk pod ich wpływem ugiął się i wyrzucił  z ustawy hazardowej zapisy dotyczące rejestru usług i stron niedozwolonych.

Najpierw wyjaśnię o co chodzi, bo jak się okazuje spora część ludzi nie ma pojęcia co się rozgrywa mniej więcej od miesiąca lub nieco dłużej. Wiem, że tego bloga czyta całkiem sporo czytelników, których owe wydarzenia nieźle rozgrzewały na Wykopie, różnych forach czy własnych blogach, ale uwierzcie, że większość obywateli (czasami zwanych internautami) nie ma zielonego pojęcia o czym jest ten wpis, który się właśnie zaczyna. Przykładowo jakbym teraz zadzwonił do mojej mamy i powiedział, że „strony nie będą blokowane po adresach IP na polecenie sądu” prawdopodobnie by nie odpowiedziała, bo nie wiedziała by o czym ja w ogóle mówię. Ale nie tylko moja mama, także wielu moich rówieśników.

No więc wyjaśniam jak krowie na rowie. Jak ślepej kurze ziarno. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.

O aferze hazardowej słyszał chyba każdy z Was, więc od tego zacznijmy. Powołano komisję, która ma za zadanie aferę wyjaśnić, ale równocześnie premier zapowiedział, że hazard trzeba wyplenić. Tak więc zdelegalizował automaty do gier hazardowych, ale i też – o czym mniej osób wie – zdelegalizował hazard w internecie (którego jest całkiem sporo), a jak już to zrobił, postanowił, że trzeba jakoś go kompletnie wyciąć w pień.

Dlatego do ustawy antyhazardowej wpisano zapis o rejestrze usług i stron niedozwolonych. Chodzi o to, że sąd (pierwotnie rząd, ale to zmieniono w czasie prac nad ustawą) mógłby powiedzieć „ta strona jest nielegalna i wszyscy operatorzy internetowi muszą odciąć w Polsce do niej dostęp”.

Założenie było takie, że sąd nakazywałby blokowanie stron z treściami hazardowymi i pedofilskimi, co powierzchownie na pewno brzmi szczytnie, ale gdy się wgłębi w sprawę, tak kolorowo już nie jest.

Po pierwsze nie mamy gwarancji, że faktycznie blokowana będzie tylko pedofilia i hazard w internecie. Mamy długie tradycje w kwestii rządowej cenzury, zawsze nam mówiono, że to dla dobra obywateli, a jak było za komuny, wie każdy. Dlatego też nagle wszystkim pomysł PO skojarzył się z PRLem bis. Chyba słusznie.

Po drugie, nawet jeśli sąd faktycznie blokowałby tylko hazard i pedofilską pornografię, to jak rozpoznawałby która witryna ma takie treści? Co jeśli ktoś w komentarzu na jakimś forum, czy na jakimś blogu wrzuciłby anonimowo link do obrazka z rozebranym dzieckiem? A zapewne, gdyby strony stricte pedo-pornograficzne byłyby blokowane, takie akcje trollowania zaczęłyby się zdarzać często.

I po trzecie: w internecie nie da się zablokować dostępu do stron. Naprawdę się nie da. Póki strona istnieje faktycznie w sieci, nawet jak mi operator zablokuje do niej dostęp, obejście tej blokady zajmie mi góra minutę. A obejście to nazywa się proxy, słowo być może nie jest jeszcze znane wszystkim, ale po wprowadzeniu cenzury, na pewno zyskałoby na popularności.

To tyle jeśli chodzi o absurdalność pomysłu blokowania przez państwo jakichkolwiek stron.

Oczywiście w sieci z powodu pomysłu było bardzo gorąco, szczególnie z uwagi na fakt, że cenzury, nawet nieskutecznej, nikt tak naprawdę nie lubi. A tym bardziej jeśli próbuję ją wprowadzać partia, która nazywa się liberalną i która sporo głosów wyborców zyskała dzięki poparciu osób zaangażowanych kiedyś w walkę o polską niepodległość (Wałęsa, Bartoszewski…).

No więc premier zorganizował debatę z internautami, wysłuchał ich zdania i zapis o cenzurze wycofał. To słyszymy gdzieniegdzie od wczoraj.

A jak było naprawdę? Prześledźmy to, o czym media nie pisały (a przynajmniej nie wczoraj).

Po kolei.

Na niecałe dwa tygodnie przed debatą (która nie została jeszcze wymyślona) biuro analiz rządowych informuje nieoficjalnie premiera, że zapis o cenzurze prewencyjnej jest sprzeczny z konstytucją. Jeśli więc premier wpisze go w ustawę antyhazardową, trybunał konstytucyjny odrzuci całą ustawę (tak to działa: jeśli trybunał uzna, że jakiś element ustawy jest nielegalny, skreślana jest cała ustawa). A więc za sprawą tego zapisu może się okazać, że cały zakaz hazardu, zakaz grania na automatach może zostać skasowany przez trybunał.

Co robi premier? Według mnie to, co właśnie zrobił było jak do tej pory jego najlepszym posunięciem PRowym. Premier wie, że zapis musi zostać usunięty oraz wie, że obywatele internauci zapisowi się sprzeciwiają i przez to traci poparcie. Premier więc zapowiada, że zorganizuje debatę z internautami, na której wysłucha ich czule i jeszcze raz przemyśli czy wprowadzać tą całą cenzurę czy nie.  Według mnie jednak (zresztą nie tylko mnie) cała heca polega na tym, że ogłaszając debatę premier już wiedział jaki będzie jej wynik: niby pod wypływem głosu internautów (a tak naprawdę pod wypływem biura analiz rządowych) cenzurę z ustawy hazardowej skreśli.

Przebieg debaty (oglądałem w całości) tylko utwierdził mnie  w tym przekonaniu. Debata nie okazała się debatą (co zapewne było nieco nie na rekę premierowi, bo przez to o wiele sztuczniej wyglądało jego nagłe przejrzenie na oczy), premier siedział wyraźnie znudzony, praktycznie nie zabierał głosu, bo zabrać się nie dało. Cierpliwie udawał, że słucha jak dwudziesta osoba powtarza to, co powiedziało 19 osób przed nią. Różnice w wypowiedziach sprowadzały się tylko do podania różnych adresów stron, na których prelegent się udziela i które reprezentuje. Nawiasem mówiąc oglądając debatę uświadomiłem sobie na premiera ja się nie nadaję. Podziwiam faceta, że nie wstał i nie strzelił z liścia nastego prelegenta, który mówi to samo. Ja bym wstał i strzelił albo wyszedł. Tymczasem Tusk siedział twardo i choć na twarzy momentami widać było wkurwienie typu gościu weź już skończ to zaciskał zęby i siedział cicho.

Dopiero na koniec niczym deus ex machina premier (a właściwie jeśli dobrze pamiętam Rostowski) nagle wystrzelił z tekstem „Wiecie co? Macie rację, a ja jestem niezłym lamusem, wycofujemy cenzurę z ustawy”.

Uwierzcie, że te nagłe olśnienie polityków było ni przypiął, ni wypiął do całej debaty. Czterdziestu gości najpierw nudzi tak, że nikt ich nie słucha, a na koniec bez praktycznie żadnej dyskusji słyszymy oświadczenie, że wasze głosy zostały wysłuchane, poznajcie litość pana.

Co się wydarzyło po debacie?

Tydzień później biuro analiz rządowych oficjalnie podaje do wiadomości, że zapis o cenzurze byłby sprzeczny z konstytucją.

Dwa tygodnie po debacie media donoszą, że rząd posłuchał internautów i wycofał z ustawy zapis o cenzurze. Według internautów premier znów jest OK, a opozycja nie może zarzucić Platformie, że pod postacią ustawy antyhazardowej przygotowała bubla prawnego odrzucanego przez trybunał konstytucyjny.

Tak oto drogie dzieci piecze się dwie pieczenie na jednym ogniu.