W tym roku postanowiłem sobie, że zacznę palić. Mam już prawie trzydzieści lat, a w końcu kiedyś zacząć trzeba.

Nie to żebym nigdy wcześniej nie próbował. Zdarzało mi się na jakiejś imprezie przy piwku pociągnąć jednego macha. Ale żeby tak na stałe to nigdy. Wiele razy już sobie wmawiałem że zacznę, w końcu tyle osób pali, więc to musi być fajne. Ten cudowny zapach od takiego palacza, tylko zapach z popielniczki jest w stanie mu dorównać. Te ciągłe zastanawianie się w sklepie: napój gazowany lepszej jakości i mięso bez wody w środku, czy jednak nie przesadzać i za oszczędzone pieniądze kupić jeszcze paczkę fajek? Te integracyjne spotkania ze współpracownikami na świeżym, mroźnym powietrzu, w deszczu, śniegu i przy szczękaniu zębami. To jest życie! I ja też postanowiłem w nim uczestniczyć.

Nie było łatwo. Znajomi i przyjaciele w sylwestra wychodzili z leśniczówki, stawali w śniegu i puszczali z ust na przemian to parę to dymek. Gdy do nich dołączałem czułem się jednak jakiś wyobcowany. Uznali, że sobie żartuję, a ja naprawdę chciałem być taki jak oni. Młodzi, zabawni, z płucami czarnymi jak oczy cyganki.

W końcu jeden taki się zlitował i poczestował szlugiem (przy okazji dowiedziałem się, że szlug się mówi tylko w więzieniu). To była miłość od pierwszego zaciągnięcia (nie do jednego takiego, a do owego szluga). Pamiętam to jakby to było góra 3 dni temu (bo szczerze mówiąc było to trzy dni temu): Pal Mall w takim ładnym jaskrawo pomarańczowym opakowaniu. Postanowiłem wtedy, że to będą moje ulubione papierosy.

Chwilę później dowiedziałem się ile kosztuje paczka fajek i całe postanowienie noworoczne diabli wzięli. Aż tak bardzo na głowę nie upadłem.

* * *

Na szczęście gdy już wróciłem do domu trafiłem na super stronkę, która uratowała mnie od braku jakiegokolwiek postanowienia noworocznego: Generator postanowień noworocznych. Poklikałem sobie kilka razy i szczerze mówiąc fajne są te postanowienia, ale jedno przypadło mi bardzo do gustu: „Każdego dnia spróbuję coś nowego”. Naprawdę super i postaram się to realizować.

Czasem tak mam, że któregoś dnia po prostu zauważam, że w życiu nie dzieje się nic nowego, że nic mnie już nie zachwyca. Po prostu się budzisz rano, wydaje ci się, ze coś robisz cały dzień, jesz i znów idziesz spać. I tak dzień w dzień.

Nie mówię tu o szukaniu wielkich nowych wrażeń. Tak naprawdę oczekuję każdego dnia czegoś małego (choć prawdę mówiąc mój wyjazd do Afryki był właśnie między innymi z tego właśnie powodu, by zobaczyć coś nowego). Każdego dnia można doznać jakiegoś nowego uczucia. Raz będzie to potrącenie samochodem, raz próba wyprasowania na sobie ubrania (nie róbcie tego w domu), raz połknięcie kostek lodu z drinka (tego też nie róbcie, bo chyba, że też potrzebujecie nowych wrażeń).

Dlatego postanowiłem sobie, że każdego dnia zrobię coś nowego. I relację z tych wyczynów, które mogę opisać, bo nie są zbyt intymne lub prywatne będę zdawał na tym blogu. Zobaczymy na ile mi starczy zapału (czy zdrowia), ale póki co mam ochotę to robić.

Tak więc w piątek wypaliłem całego papierosa. I styka. To gówno strasznie śmierdzi, drapie w gardło i kaszlać się chce. Na dodatek chyba nie umiem się zaciągać.

W sobotę poszedłem na sanki pierwszy raz w życiu jako dorosły. Przy okazji dowiedziałem się, że mam problemy z zakręcaniem nimi przed odśnieżonymi przeszkodami. Ale żyję i wcale tak mocno nie bolało.

W niedzielę [wycięto z uwagi na zastrzeżenie powyżej odnośnie pisania o prywatnych rzeczach] 😉

Dziś kupiłem sobie jogurt. Nie pijam jogurtów w ogóle, wymyśliłem sobie jako dziecko, że jestem do nich uprzedzony. Dziś wypiłem brzoskwiniowy, na wszelki wypadek kupiłem mikrokubeczek. Tańsze to od fajek, ale jakoś nie zachwycił mnie. Rozczarował też nie, ale fanem nie zostanę.

Jutro coś się też wymyśli.