Dziś u Szymona Majewskiego była kupa śmiechu z tego, że goszczący u niego Piotr Fronczewski kiedyś wpadł w ręce milicji gdyż wsiadł po pijaku za kierownicę. Puenta była jednak o wiele bardziej śmieszna (sądząc po spazmach Majewskiego), bo Fronczewski, choć zabrali mu z tej okazji prawo jazdy nie zrobił sobie z tego nic i – jak sam przyznał – nadal jeździł samochodem, tyle, że bez papierów.

Fakt, że opowieść o jeździe po pijaku była tylko wstępem i zakończeniem opowieści o tym jak to Fronczewski nie dał się złamać bezpiece. Jednak śmiech Majewskiego, siedzącej obok Muchy i tłumu widzów wygląda bardzo niesmacznie, zwłaszcza, że w dwie godziny wcześniej Fakty biły brawo, że facet który po pijaku rozwalił dwoje dzieci pójdzie siedzieć i biły na alarm, że sąd nie zdecydował się w innej sprawie na areszt faceta złapanego na jeździe na podwójnym gazie.

Nie mam nic przeciwko piętnowaniu pijaków na drodze (wręcz przeciwnie). Ale żarty Majewskiemu dziś nie wyszły jak rzadko. Choć zawsze Fronczewskiego można przecież usprawiedliwić jak innego znanego nam Polaka z kina: że ma wiele zasług dla kinematografii, że to było 30 lat temu i że to przez otoczenie (bo przecież sam chyba nie pił). Oko więc należy przymknąć, a piętnować tylko pospół.