Zauważyliście, że Facebook stał się lepszy?

Zauważyliście? Mniej głupich wpisów na waszym wallu? Nieśmiesznych obrazków, o których udostępniający myślał, że są śmieszne? Żenujących mądrości, linków do artykułów, których udostępniający pewnie nawet nie  przeczytał, a wrzucił tylko by pokazać jaki on jest ho ho, bo patrzcie, artykuł po angielsku, w dodatku patrzcie z jakiej domeny!

Nie dziękujcie. Tak, odinstalowałem jakiś miesiąc temu mobilną aplikację facebooka i pojawiam się na nim teraz o wiele rzadziej. W weekend prawie w ogóle, w tygodniu z doskoku w ciągu dnia (pewnie zaraz wrzucę link do tego wpisu, o już jest) i jak dam radę to jeszcze przez chwilę wieczorem.

W efekcie, choć wciąż wiele czytam i grzebię w sieci telefonem to nie leci to z automatu na Facebook. Było ciężko przez pierwszych kilka dni, ale teraz już daję radę. Od wszystkiego można się odzwyczaić, a im bardziej coś jest uzależniające, tym bardziej szokowa powinna być według mie terapia. Odinstalowanie aplikacji z telefonu związuje ręcę. Oczywiście można spróbować odwiedzić Facebooka z mobilnej przeglądarki albo znów zainstalować aplikację, ale póki co udaje mi się skutecznie przed tym powstrzymywać.

Po co, zapytacie? Lubię pozbywać się internetowych nałogów. Przyznajcie sami, że na pewno są miejsca w sieci lub aktywności na telefonie, o których wiecie, że robicie lub odwiedzacie za często. Czujecie ten dyskomfort, ale mimo to kolejny raz wchodzicie na Facebook by kolejny raz zobaczyć na górze ten sam wpis, który wiedzieliście dziś już 8 razy, a pod nim znów ktoś na coś narzeka, ktoś inny czymś się chwali, jeszcze ktoś inny coś udostępnia…

I tak jak już półtorej roku temu kompletnie wyniosłem się z Wykopu (Jezu, jaki to jest syf – a przynajmniej był te półtorej roku temu, ale jakoś nie wierzę by coś się zmieniło), tak teraz postanowiłem ograniczyć bytność na fejsie. Ograniczyć, bo wciąż nie zniknąłem zupełnie: jak wspomniałem odwiedzam stronę wciąż z laptopa, do tego w telefonie wciąż jest Messenger. Ten ostatni jest chyba największym problemem, bo trzyma twoich znajomych jako zakładników.

Odpryskiem od mojej ucieczki z Facebooka ma być to, że wrócę do pisania na blogu. Jak może widzicie z ostatni miesiąc pojawiło się kilka nowych wpisów, po dłuższej ciszy. Może uda mi się utrzymać przynajmniej te małe ale jednak tempo.

Od kilku dni świat żyje aferą związaną z przekazaniem przez Facebook danych 50 milionów użytkowników firmie, która sterowała kampanią Donalda Trumpa. Amerykański kongres właśnie przepycha ustawę, wg której władze będą miały konto administratora w tego typu serwisach i będą widzieć wszystko o was bez potrzeby pytania o te dane kogokolwiek. Nie czujecie dyskomfortu?

Pomysł na grę: traf do domu

Gra oparta o Google Street View. Określasz gdzie jest twój dom (lub pozwalasz geolokalizacji na to) i gra umieszcza cię losowo na mapie Google w widoku ulicy. Musisz trafić do swojego domu.

Na pierwszym poziomie losowa lokalizacja jest w obrębie twojego miasta. Potem powiatu, potem województwa, potem gdzieś w Polsce. Potem kontynent i tak dalej.

Żeby poziom kontynent był grywalny (powodzenia w klikaniu strzałki milion razy), możesz być przenoszony od razu do najbliższego skrzyżowania, jednak jeśli kierujesz się na przykład w złym kierunku, po jakimś czasie jest ci odbierana taka szansa (wraca znów po jakimś czasie). Do przemyślenia.

Jeśli wykonawca chce zmonetyzować taką grę, może się dogadać np z Biedronką i „losowa” lokalizacja startowa zawsze będzie pod sklepem tej sieci lub trzeba koło niej przejść lub jak się wejdzie na jej parking, dostajemy wyżej wspomniane opcje przewijania do skrzyżowań. Jak Biedronka nie będzie zainteresowana, to można znaleźć innego sponsora.

Niech ktoś zrobi taką grę, to chętnie zagram. Pomysł oddaję za darmo jeśli gra nie będzie dochodowa. Jeśli będzie monetyzowana, zapraszam do kontaktu w celach ustalenia podziału łupu 😉 Załóżmy, że jak ktoś nie chce się skontaktować, roszczę sobie prawa do 100% dochodu :>

TL;DR: coś jak GeoGuessr, ale z celem odnalezienia swojego domu

W końcu Firefox jest taki jak powinien być (i jest lepszy od Chrome)

Wszyscy się teraz o tym rozpisują, więc i ja nie mogę odpuścić: wróciłem do Firefoksa po tułaniu się po różnych przeglądarkach i zostanę już na dobre. Nie ma bowiem powodów by dać się mniej lub bardziej szpiegować w innych przeglądarkach.

Dlaczego? Oto najważniejsze powody, przeczytaj i sam(a) zdecyduj czy nie warto Firefoksowi dać kolejnej szansy (lub go poznać jeśli od zawsze korzystaliście np z Chrome)

(Aha, najpierw uwaga. Mówię o wersji na komputery. Niestety na Androida Firefox wciąż jest ociążałą cegłą, której nawet przy dobrych chęciach używać się nie da)

Jest szybki

Firefox 57 to podsumowanie wielu prac przy silniku poczynionych w ostanich miesiącach. Nie jest to totalna wymiana silnika renderującego strony, ale krok po kroku przepisano każdy jego najważniejszy komponent. Efekt jest taki, że Firefox jest tak samo szybki jak Chrome. Nie będę podawał liczb, po prostu zainstaluj i sam się przekonaj.

Znika więc największa bolączka Mozilli, czyli udawanie, że jest dobrze z wydajnością. Takie podejście prawie ukatrupiło Firefoksa w ostatnich latach, gdy wszyscy się przesiedli na Chrome. Czy teraz wrócą? Są dwa powody, by to zrobić:

Używa tych samych rozszerzeń co Chrome

Trochę upraszczam w tym nagłówku, ale chodzi o to, że Firefox przeszedł teraz na tzw WebExtensions – rozszerzenia pisane wg pewnej specyfikacji. Wg tej samej specyfikacji pisane są rozszerzenia do Chrome czy Opery. Oznacza to, że teoretycznie rozszerzenia do Chrome będą od razu działać też w Firefoksie. Muszą tylko przez autora zostać opublikowane w „sklepie” Firefoksa (a zapewne już wkrótce pojawi się jakiś dodatek by instalować rozszerzenia bezpośrednio ze sklepu Chrome, tak jak to ma Opera).

Wiele osób postrzega to jako wadę, bo Firefox porzucił swój własny, oparty na XUL standard rozszerzeń. I po części ich rozumiem, bo XUL dawał o wiele większe możliwości niż WebExtensions.

Ale dla mnie te zrównanie w dół (tak, Firefox w tym wypadku nie staje się bezwględnie zły, a po prostu na tym samym poziomie co Chrome) to trade off, który trzeba było poczynić. Wszystkie przeglądarki używają HTML w tym samym standardzie, wszystkie używają tego samego CSS i JS i doskonale zdajemy sobie sprawę im bardziej ten standard będzie spójny, tym lepiej dla twórców witryn (i nas, użytkowników). I tak samo z roszerzeniami: posiadanie wielu standardów to niewygodne rozdrobnienie. Firefox zrównał w dół, bo to Chrome ma dominującą pozycję. Mam nadzieję, że teraz wszystkie przeglądarki razem będą rozwijać ten standard.

Podsumowując co najważniejsze: jeśli masz w Chrome swoje ulubione rozszerzenia, nie ma już technicznych przeszkód by nie działały one w Firefoksie.

Nie szpieguje!

Jest to dla mnie orgomnie ważne. Nie mam nic super ważnego do ukrycia, ale bardzo nie lubię tego uczucia, że siedzi nade mną jakiś algorytm, który patrzy na to, co robię. Nawet jeśli jest to kompletnie anonimowe to jednak zawsze działa zasada, że obiekt obserwowany zmienia się pod wpływem obserwacji. Mieliście kiedykolwiek tę myśl, że „oho, jestem już na pewno na jakimś radarze” gdy wpisywaliście w google „terroryzm przyczyny”? Czuliście dyskomfort płacąc kartą w aptece za jakiś lek (jeśli nie, to powinniście)? Zdarzało wam się polajkować artykuł na Financial Times tylko dlatego, że chcecie by facebookowe algorytmy, nawet jeśli nie patrzy na to żaden prawdziwy człowiek, zakwalifikowały was do tej „lepszej” grupy użytkowników?

Na tym właśnie polega zmienianie się pod wpływem obserwacji: nawet jeśli jesteście 100% przekonani, że żaden człowiek was nie widzi, mikromodyfikujecie swoje zachowanie, tylko po to by bezduszny algorytm lepiej o was myślał. I nie udawajcie, że tego nie robicie, każdy tak robi. Dla mnie jest to bardzo niewygodne uczucie.

Chrome jest przeglądarką tworzoną przez firmę, która zarabia na reklamach i zależy jej by te reklamy jak najardziej dopasować do użytkownika. Każda zainstalowana przeglądarka Chrome ma swój unikalny indentyfikator, który wysyła wraz z informacją o waszej aktywności na serwery Google. Powyżej wspomniałem tylko o bezwiednym śledzeniu was, ale pamiętajcie też, że żyjemy w dobie, gdy amerykańskie firmy muszą współpracować z NSA gdy te je o to poprosi i nie mogą tego ujawniać (no i znowu właśnie trafiłem na jakiś radar, może i wy trafiacie czytając to).

Przełamanie monopolu

Ilu z was wie, że przeglądarka Opera to tak naparwdę kolejna wersja Chrome? Vivaldi tak samo, tak samo Brave (przeglądarka tworzona przez byłego głównego programistę Mozilli) i właściwie wszystkie inne przeglądarki. Niemal wszystkie używają teraz tego samego silnika wyświetlania stron pod nazwą Blink.

Niemal wszystkie, bo swoje własne silniki mają tylko właśnie Mozilla i Microsoft w przeglądarce Edge.

O ile spójność standardów sieciowych jest bardzo ważna, to powinny być one implementowane na więcej niż jednym silniku. Bo monopol zabije rozwój. Albo dokładniej: zahamuje rozwój sieci w takim kierunku, w jakim powinna się rozwijać dla użytkowników, a rozwijać się będzie w takim kierunku, w jakim chce autor monopolistycznego silnika. Gdyby w sieci został tylko silnik Blink dostarczany przez Google, któremu zależy na maksymalizacji przychodu z reklam, jak myślicie, jakie nowe standardy pojawiały by się w sieci? Byłyby to lepsze interakcje użytkownika w celu zdobywania przez niego informacji, czy zmiany w celu zdobywania informacji o tym użytkowniku przez reklamodawcę?

Mozilla jest organizacją non profit i faktycznie robi to co robi by tworzyć sieć lepszą użytkownikom. Podziękuj więc im i przesiądź się na Firefoksa. Jest za darmo, działa tak samo dobrze jak Chrome, nie śledzi cię, uBlock działa… po co więc zostawać na Chrome?

Masz kartę Mastercard? Płacąc w Empiku wspierasz Rwandę

Do 6 września za każdym razem gdy zapłacisz za cokolwiek w sklepie Empik (także online) kartą Mastercard lub Maestro, ta organizacja płatnicza przekaże 0,20 euro na jedzenie dziecku w Rwandzie. Jak twierdzą jest to równowartość jednego obiadu w tym kraju (i ja w sumie mogę się zgodzić, przy zbiorowym żywieniu jest to realna cena w tym kraju).

Co więcej posiłek będzie wyprodukowany z artykułów rolnych zakupionych na lokalnym rwandyjskim rynku, a więc nie tylko dzieci będą nakarmione ale i pieniądze zostaną w tym kraju.

Ja sam mam tylko wirtualną kartę tego wystawcy, więc zakupy wykonam ale pewnie tylko online (takie też się liczą).

Informację znalazłem na Cashless, które niestety standardowo nie linkuje do źródła. Ale ja to zrobię.

Spacer wieczorny

Może się starzeję i nie mam już ciekawszych rozrywek, a może zaczyna mi zależeć bardziej niż zależało. Faktem jest, że pierwszy raz ruszyłem się z domu na protest polityczny.

Mogę nawet uwierzyć w dobre intencje ministra Ziobry. Może i jestem naiwny, ale jak mówi, że polskie sądy działają nieskutecznie, to mogę się zgodzić, że on naprawdę tak myśli. Jestem podejrzliwy, że tak nie jest, ale przyjmuję taką możliwość.

Sam w sądzie byłem już kilka razy, w różnym charakterze (choć w tym negatywnym jeszcze nie byłem: zdarzyło mi się nie przyjąć mandatu i sprawa została skierowana do sądu, ale jeszcze przed rozprawą zreflektowałem się i wysłałem do sądu pismo, że jednak dobrowolnie poddaję się karze) i nie zauważyłem opieszałości. Sprawy, w których brałem udział trwały czasem nawet zero sekund: złożyłem pozew do sądu i ze zdziwieniem odebrałem zawiadomienie, że sąd wydał wyrok zaocznie (na moją korzyść). Czasem trwały dłużej, ale było to w miarę dla mnie zrozumiałe.

Ale rozumiem, że Ziobro ma poglądy jakie ma i reprezentuje ludzi o tych samych poglądach. Może są wśród nich tacy, którzy od lat nie mogą doczekać się wyroku za odebrane mienie, za dom pod budowę drogi, czy wreszcie wciąż wierzą, że komuna nie upadła, a dowodem na to ma być fakt, że byli zbrodniarze stalinowscy czy zwykli UBecy spokojnie sobie dogorywają teraz na emeryturach (lub w Szwecji, jeśli wiecie o kim mówię). I pewnie minister z prezesem wpadli na pomysł, że trzeba takich sędziów teraz przegonić i zastąpić skutecznymi.

Dlaczego przy tym zrozumieniu poszedłem jednak na błaszczykowy spacer? I to w deszczu?

Bo jeśli w konstytucji jest zapisane, że sędzia sądu najwyższego wybierany jest na 6-letnią kadencję, to nie można ustawą dopisać tam, że jednak można go wysłać w stan spoczynku. I kolejnego wybiera minister. Czy jeśli w konstytucji jest zapisane, że prezydent jest wybierany na kadencję 5-letnią, to zgodzilibyście, się by kolejna partia, która dochodzi do władzy też go wysyła w uśpienie i wybiera prezydenta swojego? Nie w wyborach, a decyzją jakiegoś ministra? Mam nadzieję, że teraz osoby, które tematem się nie interesują, bo kwestie sądowe to dla nich inna galaktyka, przez tę analogię zrozumiały co minister Ziobro z prezesem chcą zrobić.

Obecna ekipa rozpoczęła rządzenie złamaniem konstytucji i chyba zobaczyła, że jest za to bezkarna. Stąd pewnie teraz kolejny raz to robią. Bo przecież mogą, prawda? Do wyborów każdy o tym zapomni, tak jak już powoli zapominamy o co chodziło z tym całym zamieszaniem z trybunałem konstytucyjnym i sędziami dublerami (skoro zapomnieliśmy już kompletnie, że poprzednie zamieszanie rozpoczęła Platforma jeszcze za swojej kadencji…).

Gdy ludzie pod sądem w Białymstoku zaczęli skandować „Precz z kaczorem, dyktatorem” zrozumiałem, że oni już nie zapomną. A już szczególnie jeśli ich głos zostanie zlekceważony.

Pamiętacie protesty przeciw ACTA za czasów Platformy? Wtedy też na ulice wyszły tłumy by protestować przeciw Donaldowi Tuskowi. Jest jednak różnica: Platforma wtedy ustąpiła (wystraszyła się czy też posłuchała głosu wyborców, nazwijcie to jak chcecie) i dzięki temu część z tych ludzi poszła i w kolejnych wyborach samorządowych czy parlamentarnych znów na PO zagłosowała.

Tymczasem PiS protestujących z najlepszym wypadku lekceważy (i na przykład spokojnie wypoczywa sobie na Helu), jeśli nie nazywa zdradzieckimi mordami, gorszym sortem czy łże-elitami. Jarosław Kaczyński rozstaje się z coraz większą grupą Polaków. Kawałek po kawałeczku zmierza do stanu, w którym obrazi chyba każdego.

Prawdopodobnie te fatalne przepisy wejdą w życie. Jak zadziałają, to na razie nie ma większego znaczenia dla mnie.

Istotne jest, że tak jak już piszą prawicowi publicyści to już jest koniec PiSu. Zlekceważonych czy obrażonych ludzi nie da się już znów przekonać.

I jeszcze bardziej istotne jest, że te przepisy zostaną na czasy po PiSie. Wszyscy chcemy wierzyć, że te czasy to będą czasy Platformy czy Nowoczesnej. Ale zwróćcie uwagę jak cichutko w całej sprawie zachowuje się Kukiz otoczony ONRowskimi doberamanami.

Byłem wczoraj pod sądem by pokazać nie, że z PiSem się nie zgadzam, ale że nie zgadzam się na łamanie konstytucji. I dziś pewnie znów pójdę. Szczególnie, że zobaczyłem jak różni ludzie pod sąd przyszli. Nie wiem jak w innych miastach, ale  to nie był wiec KODu, nie było żadnej flagi czy emblematu partyjnego (byli politycy ale zachowali się w miarę skromnie). Faktycznie tak jak mówią w telewizji było sporo ludzi w wieku studenckim, jeszcze przed trzydziestką. Byli rodzice z dziećmi. Było to dla mnie wielkie „łał” zobaczyć to wszystko w Białymstoku – kolebce PiSu.

Też się przejdzcie na ten „spacer”. Sami zobaczcie nim wam ktoś powie jak to wygląda.

Streamingowany system operacyjny na komórkę

Raz na jakiś czas wpadam na pomysł jak może wyglądać przyszłość, ale jako, że nigdy tego nie zapisuję i rzadko o tym komukolwiek mówię, potem trudno mi jest kogoś przekonać, że „ja to wymyśliłem” 🙂 Pewnie mi nie uwierzycie, że jeszcze w czasach pierwszych telefonów komórkowych przewidziałem, że telefon będzie miał w sobie aparat fotograficzny. Choć w swoich wyobrażeniach widziałem jak ludzie przyszłości przykładają do ucha kompaktowe cyfrówki, nie wiem czemu tak widziałem, że będzie to wyglądało 🙂

Oczywiście nie każda moja przepowiednia się sprawdza i to właśnie z lęku, że się pomylę nikomu o tym nie mówiłem. Ale postanawiam to teraz zmienić. Bo kilka dni temu uderzyła mnie wizja telefonów przyszłości i nie mogę o tym przestać myśleć. Wydaje mi się to rewelacyjnym i rewolucyjnym pomysłem. I im dłużej myślę, tym bardziej jestem pewien, że takie coś któregoś dnia ujrzymy na rynku, choć nie wiem dokładnie kiedy.

Czy wiecie w jaki sposób uruchamia się obecnie wymagające dużych zasobów gry komputerowe na telefonach czy tabletach, które tych zasobów nie mają? Nazywa się to cloud gaming  i coraz pojawia się już tu i tam. Jeśli się nie mylę NVIDIA ostatnio zrobiła swoją jakby konsolę do gier działającą na tej zasadzie – ma dość słabe bebechy, ale można na niej grać w zaawansowane gry 3D.

Zasada jest taka: całość renderowania gry odbywa się w chmurze, z dala od  twojego komputera czy telefonu i odsyłana jest przez sieć klatka po klatce na twoje urządzenie. Ty klikasz przycisk, informacja o kliknięciu wysyłana jest na klaster obliczeniowy, który w ułamku sekundy oblicza rozprysk krwi twojego przeciwnika, zmianę kąta padania cienia przechylającej się postaci i wszystko inne co normalnie robi karta graficzna i kolejny ułamek sekundy taki wyrenderowany obraz wraca do ciebie przez sieć na telefon. Po kolejnym ułamku sekundy kolejny render z jeszcze większym rozpryskiem krwi i jeszcze bardziej pochyloną postacią jest wykonany i wysłany do ciebie. Twój telefon się nie nagrzewa, bo nie ma od czego – tak naprawdę jest małym telewizorkiem na którym widzisz film, tyle, że interaktywny, sterowany twoimi kliknięciami.

Imponujące, prawda? A to się już dzieje naprawdę i dziać się będzie coraz częściej.

I pomyślałem: skoro można w ten sposób na farmie super wydajnych serwerów renderować i wysyłać obraz gier, dlaczego nie można by w ten sam sposób wysyłać całego systemu operacyjnego?

Na twoim telefonie nic by nie było zainstalowane. Jedynie prosty system do komunikacji z siecią, obsługi klawiszy i nacisku, aparatu i mikrofonu. Mały procesor do wyświetlania odebranej z sieci grafiki i odgrywania dźwięków – głosu rozmówcy czy odgłosu zdychającej świni w angry birds 😉

Prawdopodobnie taki telefon nie musiałby być telefonem i nie miałby żadnego modułu do komunikacji z siecią komórkową: osoba dzwoniąca dzwoniła by bezpośrednio na serwer, skąd dźwięk byłby przekazywany przez wifi do twojego telefonu.

Wszystko właśnie działoby się na odległym serwerze: gdzieś w jakimś kontenerze miałbyś swój system operacyjny, swoje apki, swoje pliki, zdjęcia, dokumenty… Klaster by czekał na informacje o twoich „kliknięciach” i odsyłał na nowo wyrenderowany obraz jak to powinno wyglądać na twoim telefonie.

Ta rewolucja miałaby spore zalety:

  • Telefon – cienki klient, wypatroszony z drogich komponentów – byłby o wiele tańszy niż obecnie
  • Wypatroszenie z komponentów na pewno pozytywnie wpłynie na czas pracy na jednym ładowaniu. Tak naprawdę twój telefon tak jakby będzie cały czas podłączony kablem do sieci elektrycznej: gdzieś w odległej serwerowni (ok, wciąż będzie potrzebna bateria do pokazywania obrazu na ekranie czy łączności wifi, ale rozumiecie o co mi chodzi)
  • Brak fragmentacji systemów operacyjnych: jedna wersja dla wszystkich będzie zainstalowana i zawsze aktualizowana na serwerze, bez obaw, czy telefon ją udźwignie – telefon jest przecież tylko ekranikiem, który ma wyświetlić obraz odesłany w OGV czy innym MPEG.
  • Dlaczego w ogóle upieramy się by mówić, że jest to system na telefony komórkowe? Warstwa abstrakcji na serwerze może odsyłać obraz przeskalowany na telefon, tablet coś co będzie odpowiednikiem „komputera stacjonarnego w przyszłości” czy telewizor lub cokolwiek innego, co jeszcze pojawi się w przyszłości (gogle wirtualnej rzeczywistości?) Może tak właśnie spełni się w końcu sen o informatycznej konwergencji

Wady? Oczywiście, ale wydaje mi się, że istnieją one tylko na dzień dzisiejszy.

  • Przede wszystkim taki telefon by mógł żyć musi być połączony ciągle do sieci – WIFI albo mieć nieograniczony pakiet gigabajtów w sieci komórkowej. Na dzisiaj nie ma na to szans, ale jesteście pewni, że to nie nastąpi w przyszłości? Ja pamiętam jeszcze czasy gdy z zegarkiem w ręku pilnowałem by dziennie nie spędzić w internecie więcej niż 27 minut – 9 impulsów modemowych, na które pozwalali mi rodzice. W tamtych czasach gdyby ktoś powiedział, że w 10 minut ściągnie 3-gigowy film z internetu, byłby wyśmiany.
  • Nikt nie postawi nam farmy komputerów obliczeniowych za darmo, więc albo telefony stałyby się telefonami w abonamencie, albo wcale nie byłyby tańsze (jedynie produkcja byłaby tańsza, a my byśmy nadal płacili tyle samo by pokryć koszt infrastruktury), albo ktoś zdecydowałby się na zasponsorowanie tej farmy aby przeprowadzić na nas jeszcze dokładniejszy data-mining i profilowanie reklamowe (hello Google), albo ktoś zdecydowałby się na ten krok by wgryźć się obecnie zabetonowany świat dwóch producentów systemów mobilnych (hello Microsoft)
  • Oddać wszystko w ręce jakiejś zewnętrznej firmy i nie mieć nic na własnym komputerze to ostatni poziom zgody na pełną inwigilację. Ale to już tylko kwestia odpowiedniego gotowania żaby; prawdę mówiąc mało kto obecnie wie jak wiele oddaje w ręce Google, Facebooka czy Microsoftu.

Wada, o której pewnie pomyśleliście, a która nie istnieje: opóźnienie. Wysłanie informacji o wciśniętym przycisku, renderowanie efektu na odległym serwerze i odesłanie obrazu z powrotem powinno zająć zauważalną ilość czasu. Tymczasem jednak w przypadku tak renderowanych gier właściwie opóźnień nie ma: kule świszczą, gracze biegają, a wszystko działa stosunkowo płynnie.

Ja uważam, że taki „streamingowany” system operacyjny to tylko kwestia czasu. Google ma już wszystko by móc to zrobić: swoje systemy operacyjne, które cierpią na fragmentację, swoje centra danych do cloud computingu i marketingową potrzebę wiedzy wszystkiego o nas. Microsoft też ma swoją chmurę i swój system i ma wielki strach przed marginalizacją w przyszłości. Może ktoś inny?

A jakie jest wasze zdanie?

Odkurzacz, a sprawa Orange

Pod tym przewrotnym tytułem kryje się kolejny rozdział naszego pomarańczowego serialu.

We wtorek zgłosiłem dyspozycję do Orange (telefonicznie, ale także na prośbę Urzędu Komunikacji Elektronicznej – w skrócie UKE –  emailem z wstawieniem ich adresu w pole „do wiadomości”) o wykreślenie mnie z baz tej firmy. Dostałem potwierdzenie, że w ciągu 48 godzin zniknę z tych baz.

48 godzin minęło dziś o 10:00 rano. Jest 15:00 i odbieram taki telefon:

(Ciach, tu było nagranie mojej rozmowy z orange-spamerką, ale postanowiłem je usunąć. Nawet jeśli to spam-telefon, to nie sądzę, że jest fair publikować to na blogu. Jedynie streszczę nagranie.

No więc odebrałem telefon, pani się przedstawiła i zapytała czy chcę zamienić moją neostradę – nieuważnym czytelnikom przypomnę, że ja nie mam neostrady w Orange – na światłowód w Orange.

Zapytałem czy chce ona kupić ode mnie odkurzacz, bo akurat mam na sprzedanie.

Pani zignorowała moje pytanie i jeszcze raz zapytała o światłowód.

Zapytałem znów o odkurzacz.

Poodbijaliśmy tak te pytania bez odpowiedzi kilka razy, aż w końcu powiedziałem pani, że jest już 14 osobą, która dzwoni w tej sprawie.

Moim zamierzeniem było zapytać panią 14 razy czy chce kupić odkurzacz, ale nie udało się: pani poddała się po moich 7 pytaniach i rozłączyła się. Widać nawet w Orange ludzie nie lubią jak się ich w kółko męczy tym samym pytaniem.

W między czasie podziękowałem pani za ten telefon, bo sprawę załatwiam z UKE i dzięki temu telefonowi – nagranemu – mam dowód, że moja prośba o usunięcie z baz Orange nie została załatwiona i mam zamiar postarać się by Orange zapłaciło odszkodowanie na rzecz schroniska czy domu dziecka)

Gwoli blogdziennikarskiej rzetelności: plik jest edytowany, wyciąłem moment kiedy pani sie przedstawia (ona jest tu najmniej winna) oraz gdy pani podaje dokładny mój adres. Jak słychać cała sprawa nauczyła mnie przynajmniej dobrej obsługi Audacity 🙂

Odnośnie odkurzacza, poważnie mam do sprzedania, więc jeśli ktoś coś…

Jak wygląda składanie reklamacji w Orange?

Witaj drogi czytelniku! Myślisz, że wymyślałem mówiąc, że każdy telefon do Orange gdy coś chcemy (zamówić, zmienić zamówienie lub zareklamować) kończy się niepowodzeniem? No to posłuchaj sam.

Od czasu ostatniego wpisu o Orange (ubiegły tydzień):

  • wczoraj odebrałem telefon z pytaniem czy chce ich światłowód. Przypominam nieuważnym czytelnikom, że od jakiegoś czasu nie jestem klientem Orange i mam solenne zapewnienie z biura prasowego Orange, że takie telefony już sie nie powtórzą (powtarzają się)
  • dziś rano odebrałem kolejny telefonz  pytaniem czy chce ich światłowód

W czasie dzisiejszej porannej rozmowy zapytałem panią:

– A co mam zrobić, aby te telefony w końcu ustały?

– Proszę zadzwonić pod numer 801 234 567 i złożyć reklamację.

A więc dzwonię. Czy może to być w jakiś sposób trudne? Czy coś możę pójść nie tak? Ja proszę by nie dzwoniono do mnie, firma mówi, że już dzwonić nie będzie. Banał, prawda?

No to sami posłuchajcie jak Orange z banalnej rozmowy może zrobić cyrk wariatów by na koniec wrzucić cię do czarnej dziury (przewińcie pierwsze 17 sekund):

(Ciach. W tym miejcu było nagranie, ale postanowiłem je usunąć, nie sądzę by pan do którego się dodzwoniłem chciał by ludzie słuchali go w internecie, choć schrzanił sprawę. Więc jedynie streszczę co było:

Dodzwoniłem się i powiedziałem, że chcę aby usunięto moje dane z rejestrów Orange. Powiedziałem, że mam już dość słuchania o światłowodzie na co pan… próbował mi ten światłowód polecić. Trochę się z nim posprzeczałem – ale dość kulturalnie – na co odpuścił. Zebrał moje dane upewniając się, że jestem klientem biznesowym i powiedział, że musi mnie przełączyć na obsługę.

Po przełączeniu „na obsługę” automat zapytał mnie o numer telefonu. Gdy raz podałem numer, stwierdził, że jest nieprawidłowy. Gdy podałem jeszcze raz, stwierdził, że to numer klienta biznesowego, a dodzwoniłem się na obsługę dla zwykłych ludzi i… rozłączył mnie. To był koniec tej reklamacji, tak to działa w Orange za każdym razem gdy chcesz coś załatwić)

Uwagi, bo nie wszystko się nagrało (wybieranie tonalne się najwidoczniej nie nagrywa):

Pod sam koniec nagrania, zanim automat mówi „twój numer jest nieprawidłowy” podaję numer telefony skojarzony z moją (nieistniejącą już) usługą, ale kończę go krzyżykiem. Potem podaję jeszcze raz ten sam numer bez krzyżyka i wtedy automat mówi, że dodzwoniłem się nie tam gdzie trzeba i mnie rozłącza bez pardonu. 5 minut czasu stracone na nic.

Czytelniku, czy chcesz być klientem takiej firmy?

Przy okazji: jest tu jakiś prawnik, który chciałby pomóc? Ja poważnie chętnie pójdę skończyć ten cyrk w sądzie. Nie chcę z tego żadnych pieniędzy dla siebie, wystarczy mi satysfakcja (i tak jak mówię na nagraniu, chciałbym by jednak Orange to drogo kosztowało na rzecz jakiejś fundacji czy domu dziecka).

Przełom w Rwandzie i w Kościele

„…ludzie uciekali do świątyń z nadzieją na schronienie za plecami księdza. A ci tymczasem zawiedli. Nie wpuszczali za drzwi kościoła, jeśli wpuszczali, nie dawali żadnej nadziei na ochronę i przeżycie. I przeraża mnie stwierdzeniem: sami donosili do Hutu, że w ich kościele są pasożyty, które trzeba zabić. Sami chwytali za pistolety i rozstrzeliwali ludzi.”

To cytat z mojego dawnego wpisu o tym, jak wyglądał udział Kościoła w ludobojstwie w Rwandzie. Jeśli ktoś nie czytał tamtego wpisu, bardzo zachęcam by jednak poświęcił na to trochę czasu. Uprzedzam, tekst jest długi i bolesny. Znajdziecie go tutaj (ctrl i klawisz plus powiększą tę mikroskopijną czcionkę).

Przypominam ten cytat bo wczoraj był wyjątkowy dzień. Konferencja Episkopatu w Rwandzie zrobiła to, co powinna była zrobić: przeprosiła za udział Kościoła Katolickiego w ludobójstwie w Rwandzie. Bez żadnego „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”, bo tu nikt chyba wobec Kościoła nie zawinił, a był to drastycznie przykry przykład kompletnej kompromitacji (nawet słowo kompromitacja jest za słabe, jeśli się weźmie pod uwagę, że mówimy o na przykłąd księżach zabijających kobiety i dzieci).

To bardzo dobry gest, szkoda, że tak późno.

Zastanawiam się czy skończy się na geście, czy też wciąż żyjący księża, którzy uciekli po tym co zrobili do francuskich parafii wrócą do Rwandy i odpowiedzą przed sądem.