Odnośnik

Znów to zrobili!

Chiny tak zmanipulowały ruch internetowy, że przechodził on w całości przez terytorium Chin. Przez mniej niż minutę cała globalna sieć dostawała informację „prześlij ten pakiet przez chińskie serwery, tak będzie najszybciej” i tak też przesyłała.

Minuta to nie dużo, ale trzeba pamiętać, że mowa o całym globalnym ruchu. Ile informacji wysyłanych jest w ciągu niecałej minuty na całym świecie?

Po co Chińczycy to robią (pamiętam, że jakieś 5-6 lat temu zrobili to samo przez kwadrans)? Aby to przeanalizować.

W ciągu tej krótkiej minuty poza klikaniem lajków i oglądaniem filmów z kotami na YouTube, część ruchu to były oczywiście także połączenia wykonane przez pracowników amerykańskiego wywiadu, wojska, emaile z Białego Domu i inne rzeczy, które bardzo Chińczyków mogą interesować.

Oczywiście takie tajne informacje podróżują w sieci zaszyfrowane. Ale raz, że kopia tych danych już na zawsze została zapewne w Chinach i jest tylko kwestią czasu kiedy zostaną rozszyfrowane. A dwa, nie wiadomo czy już nie są rozszyfrowane – jeśli Chińczycy potrafią łamać obecnie istniejące algorytmy kryptograficzne, na pewno się tym głośno nie pochwalą.

Źródło: https://internetintel.oracle.com/blog-single.html?id=China+Telecom%27s+Internet+Traffic+Misdirection

Życie w symulacji

Rodzi się pewna quasi-religia, a jednym z najbardziej rozpoznawalnych jej piewców jest ponoć Elon Musk. Mianowicie wiele osób zaczyna wierzyć, że wszyscy żyjemy w symulacji komputerowej.

Symulacja toczy się na komputerach działających gdzieś w dalekiej przyszłości, tak zaawansowanych, że świat w niej renderowany jest niemal niemożliwy do odróżnienia od faktycznej rzeczywistości. Dlatego nie wiemy, że żyjemy w symulacji.

Po co powstała? Wyznawcy twierdzą, że przenoszeni są do niej faktyczni, żywi ludzie z przyszłości i jest to rodzaj szkoły. Technologia w przyszłości jest bowiem tak zaawansowana, że ciężko jest ją ogarnąć ludzkim umysłem. Więc stworzono symulację prezentującą świat na przełomie XIX i XX wieku, w czasach gdy komputery i internet były względnie młode, a świat z ich udziałem da się jeszcze mniej więcej zrozumieć. I tacy uczniowie z przyszłości trafiają do nas by zobaczyć jak to się wszystko zaczęło.

Fajna koncepcja pobudzająca wyobraźnie, ale mi się chyba najbardziej podobają żarty  powstające wokół niej.

Dlaczego ludzie muszą codziennie spać mniej więcej jedną trzecią doby? Na świecie jest ponad 7 miliardów ludzi. Komputery przyszłości może i są potężne, ale jednak nie na tyle by nadążać z renderowaniem takiej ilości osób, więc jedna trzecia, zmiennie, musi oczekiwać w stanie stand by.

Wszedłeś do jakiegoś pokoju i od razu zapomniałeś po co tu przyszedłeś? Albo chciałeś coś powiedzieć ale czekałeś aż interlokutor na chwilę przerwie i gdy już przyszła twoja kolej, zupełnie nie pamiętasz co też miałeś na myśli? Nie przejmuj się, to zwykły wyciek pamięci w komputerze renderującym.

Masz deja vu lub zupełnie faktycznie zdarza ci się po raz kolejny ta sama sytuacja? Nie bądź zachłanny – wyrenderowano cię w końcu na maszynie, która ma skończony zbiór przewidzianych tobie wydarzeń.

I teraz na biegunie pojawia się ta góra lodowa:

Pomyśl, jeśli byś tworzył wirtualny świat takich rozmiarów jak nasza planeta i wiedział, że gdzieniegdzie musisz oszczędzić na detalach, bo zwyczajnie karta tego nie uciągnie, nie było by wygodnie walnąć raz na jakiś czas zwykłą prostokątną górę lodową, w miejscu gdzie przecież nie ma ludzi i szanse na jej odkrycie są znikome?

DuckDuckGo daje radę

Rok temu próbowałem się przesiąść (podmiana domyślnej wyszukiwarki z Google na właśnie DDG), ale nie wyszło. Za często uciekałem do Google.
 
A teraz jest całkiem ok. Jedyna wada, to że to właśnie jednak nie Google: najciężej jest z tym, że gdy wpisywałeś coś w G., wiedziałeś mniej więcej jakich wyników się spodziewać. Tu jest trochę inaczej. Szukasz czegoś z WordPressowego API, to jest ten link do Codexu, ale nie na tej pozycji co w Google. Jak wpiszesz nazwę produktu, to w Google wiesz, że ceneo będzie na samej górze. Tu jest najpierw strona producenta, potem o dziwo Skąpiec i Ceneo na trzecim miejscu. Trochę się jeszcze czuje jak turysta czy gość w tym miejscu, ale na dłuższą metę nie przeszkadza mi to.
 
Duży plus, że podciągnęli wyszukiwanie zlokalizowane na Polskę. To nie są już wyniki na świat, a właśnie dostosowane do polskiego kontekstu.
 
I drugi duży plus, że DDG dobrze sobie radzi z najnowszymi newsami, także z Polski. Tak jak w Google jeśli wyszukiwane hasło dotyczy jakiegoś aktualnego wydarzenia, na górze w pierwszej kolejności są wiadomości z serwisów informacyjnych.

Bierz 500 plus, szczególnie jeśli jesteś przeciwnikiem tego świadczenia

W ostatnich dniach już po raz kolejny przyszło mi tłumaczyć dlaczego rezygnacja z 500+ jest słabym sposobem protestu przeciw temu świadczeniu. Napiszę więc tutaj, by było gdzie odsyłać w przypadku kolejnych dyskusji.

TL;DR: gdy dają 500+ to bierz, bo to są twoje pieniądze, a nie rządu czy jakiejś parti. Jeśli jesteś przeciwny temu rozdawnictwu, protest swój wyraź podczas kolejnych wyborów nie głosując na tych, którzy 500+ popierają.

Koszt programu 500+ w 2018 roku ma wynieść 24,479 miliarda złotych. Pieniądze te będą pochodzić z podatków zebranych od obywateli.

Podatki mamy różne, mniej lub bardziej ukryte. Płacą je ci, którzy zarabiają pieniądze, ale i ci którzy nie zarabiają (są bezrobotni, nieletni, emeryci…) bezpośrednio lub pośrednio jak na przykład VAT doliczony do jedzenia, które przecież każdy musi jeść.

Takie ciągłe krążenie pieniądza między ludźmi gdy na każdym kroku przekazywana kwota jest zmniejszana o jakiś podatek ostatecznie doprowadziłoby do wyzerowania naszych kieszeni: wszystko trafiłoby w końcu do budżetu państwa jako podatek. Gdyby nie jedna rzecz, którą jest produkt krajowy.

Produkt krajowy to ogólnie suma wszystkiego co wytworzyliśmy poprzez prace, a co wcześniej nie istniało. I co teraz ma jakąś wartość pieniężną, a więc – skracając – są to nowe pieniądze na rynku.

Zatem za powstanie pieniądza, który będzie można opodatkować i ostatecznie trafi między innymi na 500+ odpowiedzialni są tylko ci, którzy pracują. Wszyscy inni niezależnie czy tego chcą czy nie, obracając pieniądzem przyczyniają się od zmniejszenia ilość pieniądza w kieszeniach ludzi, a zwiększenia w budżecie.

Osób pracujących w Polsce w 2017 roku (tylko takie dane znajduje) było 16,496 miliona. To one więc zrzucają się na 500 plus i wszelkie inne wydatki państwa/budżetowe.

Każdy pracujący więc co rok przeznacza 25 479 000 000 / 16 496 000 złotych czyli nieco ponad 1483 złotych. Jest to miesięcznie 124 złote.

Czyli jeśli masz żone lub męża i oboje pracujecie, co miesiąc z waszych podatków na 500+ idzie 247 złotych.

Czy wasi rodzice (dziadkowie waszych dzieci) też pracują? Zatem od każdego z nich też doliczcie po 124 złote co miesiąc do waszego wydatku na 500 plus.

Przykładowo, jeśli wszyscy dziadkowie pracują (czwórka dziadków) i nie macie rodzeństwa (czyli wydatek dziadków nie powinien być dzielony na dzieci waszego szwagra czy brata etc), to już na wasze 500 plus co miesiąc składa się 6 osób po 124 złote. Czyli razem 744 złote.

Tak, tyle wydajecie na ten program, a potem – mając dwoje dzieci – odbieracie z tego 500 złotych. Co miesiąc więc jesteście 244 złote w plecy.

Każdy powinien te obliczenia zrobić samemu licząc pracujące osoby w rodzinie łącznie z dziadkami i mnożąc przez 124 złote. Tyle wydajecie na 500 plus, czy tego chcecie czy nie. Teraz policzcie ile odbieracie. Nie mając dzieci lub dobrowolnie zrzekając się odbierania 500 złotych co miesiąc jesteście baaaardzo w plecy.

* * *

Wpis jest oczywiście uproszczony, ale mam nadzieję, że pokazałem to, co wszyscy przegapiają: program kosztuje olbrzymie pieniądze i kosztuje on nie rząd, a ciebie, ciebie i ciebie.

Ktoś może się oburzyć, że wliczyłem tylko osoby pracujące, ale taki jest fakt: osoby niepracujące nie przyczyniają się do bogacenia kraju. Są może inwestycją na przyszłość jak niepracujący licealiści, ale na dzień dziesiejszy ich wkład w system podatkowy wynosi zero.

I ktoś może się przyczepić, że pieniądz nie trafia do budżetu tylko przez opodatkowanie wytówrców PKB, ale na przykład przez emitowanie obligacji skarbowych przez państwo czy dodruk pieniądza. Te pierwsze jednak to zadłużanie się u przyszłych pokoleń (obligacje trzeba będzie spłacić), a drugie chyba wszyscy wiedzą, że jest działaniem destrukcyjnym dla państwa.

Zauważyliście, że Facebook stał się lepszy?

Zauważyliście? Mniej głupich wpisów na waszym wallu? Nieśmiesznych obrazków, o których udostępniający myślał, że są śmieszne? Żenujących mądrości, linków do artykułów, których udostępniający pewnie nawet nie  przeczytał, a wrzucił tylko by pokazać jaki on jest ho ho, bo patrzcie, artykuł po angielsku, w dodatku patrzcie z jakiej domeny!

Nie dziękujcie. Tak, odinstalowałem jakiś miesiąc temu mobilną aplikację facebooka i pojawiam się na nim teraz o wiele rzadziej. W weekend prawie w ogóle, w tygodniu z doskoku w ciągu dnia (pewnie zaraz wrzucę link do tego wpisu, o już jest) i jak dam radę to jeszcze przez chwilę wieczorem.

W efekcie, choć wciąż wiele czytam i grzebię w sieci telefonem to nie leci to z automatu na Facebook. Było ciężko przez pierwszych kilka dni, ale teraz już daję radę. Od wszystkiego można się odzwyczaić, a im bardziej coś jest uzależniające, tym bardziej szokowa powinna być według mie terapia. Odinstalowanie aplikacji z telefonu związuje ręcę. Oczywiście można spróbować odwiedzić Facebooka z mobilnej przeglądarki albo znów zainstalować aplikację, ale póki co udaje mi się skutecznie przed tym powstrzymywać.

Po co, zapytacie? Lubię pozbywać się internetowych nałogów. Przyznajcie sami, że na pewno są miejsca w sieci lub aktywności na telefonie, o których wiecie, że robicie lub odwiedzacie za często. Czujecie ten dyskomfort, ale mimo to kolejny raz wchodzicie na Facebook by kolejny raz zobaczyć na górze ten sam wpis, który wiedzieliście dziś już 8 razy, a pod nim znów ktoś na coś narzeka, ktoś inny czymś się chwali, jeszcze ktoś inny coś udostępnia…

I tak jak już półtorej roku temu kompletnie wyniosłem się z Wykopu (Jezu, jaki to jest syf – a przynajmniej był te półtorej roku temu, ale jakoś nie wierzę by coś się zmieniło), tak teraz postanowiłem ograniczyć bytność na fejsie. Ograniczyć, bo wciąż nie zniknąłem zupełnie: jak wspomniałem odwiedzam stronę wciąż z laptopa, do tego w telefonie wciąż jest Messenger. Ten ostatni jest chyba największym problemem, bo trzyma twoich znajomych jako zakładników.

Odpryskiem od mojej ucieczki z Facebooka ma być to, że wrócę do pisania na blogu. Jak może widzicie z ostatni miesiąc pojawiło się kilka nowych wpisów, po dłuższej ciszy. Może uda mi się utrzymać przynajmniej te małe ale jednak tempo.

Od kilku dni świat żyje aferą związaną z przekazaniem przez Facebook danych 50 milionów użytkowników firmie, która sterowała kampanią Donalda Trumpa. Amerykański kongres właśnie przepycha ustawę, wg której władze będą miały konto administratora w tego typu serwisach i będą widzieć wszystko o was bez potrzeby pytania o te dane kogokolwiek. Nie czujecie dyskomfortu?

Pomysł na grę: traf do domu

Gra oparta o Google Street View. Określasz gdzie jest twój dom (lub pozwalasz geolokalizacji na to) i gra umieszcza cię losowo na mapie Google w widoku ulicy. Musisz trafić do swojego domu.

Na pierwszym poziomie losowa lokalizacja jest w obrębie twojego miasta. Potem powiatu, potem województwa, potem gdzieś w Polsce. Potem kontynent i tak dalej.

Żeby poziom kontynent był grywalny (powodzenia w klikaniu strzałki milion razy), możesz być przenoszony od razu do najbliższego skrzyżowania, jednak jeśli kierujesz się na przykład w złym kierunku, po jakimś czasie jest ci odbierana taka szansa (wraca znów po jakimś czasie). Do przemyślenia.

Jeśli wykonawca chce zmonetyzować taką grę, może się dogadać np z Biedronką i „losowa” lokalizacja startowa zawsze będzie pod sklepem tej sieci lub trzeba koło niej przejść lub jak się wejdzie na jej parking, dostajemy wyżej wspomniane opcje przewijania do skrzyżowań. Jak Biedronka nie będzie zainteresowana, to można znaleźć innego sponsora.

Niech ktoś zrobi taką grę, to chętnie zagram. Pomysł oddaję za darmo jeśli gra nie będzie dochodowa. Jeśli będzie monetyzowana, zapraszam do kontaktu w celach ustalenia podziału łupu 😉 Załóżmy, że jak ktoś nie chce się skontaktować, roszczę sobie prawa do 100% dochodu :>

TL;DR: coś jak GeoGuessr, ale z celem odnalezienia swojego domu

W końcu Firefox jest taki jak powinien być (i jest lepszy od Chrome)

Wszyscy się teraz o tym rozpisują, więc i ja nie mogę odpuścić: wróciłem do Firefoksa po tułaniu się po różnych przeglądarkach i zostanę już na dobre. Nie ma bowiem powodów by dać się mniej lub bardziej szpiegować w innych przeglądarkach.

Dlaczego? Oto najważniejsze powody, przeczytaj i sam(a) zdecyduj czy nie warto Firefoksowi dać kolejnej szansy (lub go poznać jeśli od zawsze korzystaliście np z Chrome)

(Aha, najpierw uwaga. Mówię o wersji na komputery. Niestety na Androida Firefox wciąż jest ociążałą cegłą, której nawet przy dobrych chęciach używać się nie da)

Jest szybki

Firefox 57 to podsumowanie wielu prac przy silniku poczynionych w ostanich miesiącach. Nie jest to totalna wymiana silnika renderującego strony, ale krok po kroku przepisano każdy jego najważniejszy komponent. Efekt jest taki, że Firefox jest tak samo szybki jak Chrome. Nie będę podawał liczb, po prostu zainstaluj i sam się przekonaj.

Znika więc największa bolączka Mozilli, czyli udawanie, że jest dobrze z wydajnością. Takie podejście prawie ukatrupiło Firefoksa w ostatnich latach, gdy wszyscy się przesiedli na Chrome. Czy teraz wrócą? Są dwa powody, by to zrobić:

Używa tych samych rozszerzeń co Chrome

Trochę upraszczam w tym nagłówku, ale chodzi o to, że Firefox przeszedł teraz na tzw WebExtensions – rozszerzenia pisane wg pewnej specyfikacji. Wg tej samej specyfikacji pisane są rozszerzenia do Chrome czy Opery. Oznacza to, że teoretycznie rozszerzenia do Chrome będą od razu działać też w Firefoksie. Muszą tylko przez autora zostać opublikowane w „sklepie” Firefoksa (a zapewne już wkrótce pojawi się jakiś dodatek by instalować rozszerzenia bezpośrednio ze sklepu Chrome, tak jak to ma Opera).

Wiele osób postrzega to jako wadę, bo Firefox porzucił swój własny, oparty na XUL standard rozszerzeń. I po części ich rozumiem, bo XUL dawał o wiele większe możliwości niż WebExtensions.

Ale dla mnie te zrównanie w dół (tak, Firefox w tym wypadku nie staje się bezwględnie zły, a po prostu na tym samym poziomie co Chrome) to trade off, który trzeba było poczynić. Wszystkie przeglądarki używają HTML w tym samym standardzie, wszystkie używają tego samego CSS i JS i doskonale zdajemy sobie sprawę im bardziej ten standard będzie spójny, tym lepiej dla twórców witryn (i nas, użytkowników). I tak samo z roszerzeniami: posiadanie wielu standardów to niewygodne rozdrobnienie. Firefox zrównał w dół, bo to Chrome ma dominującą pozycję. Mam nadzieję, że teraz wszystkie przeglądarki razem będą rozwijać ten standard.

Podsumowując co najważniejsze: jeśli masz w Chrome swoje ulubione rozszerzenia, nie ma już technicznych przeszkód by nie działały one w Firefoksie.

Nie szpieguje!

Jest to dla mnie orgomnie ważne. Nie mam nic super ważnego do ukrycia, ale bardzo nie lubię tego uczucia, że siedzi nade mną jakiś algorytm, który patrzy na to, co robię. Nawet jeśli jest to kompletnie anonimowe to jednak zawsze działa zasada, że obiekt obserwowany zmienia się pod wpływem obserwacji. Mieliście kiedykolwiek tę myśl, że „oho, jestem już na pewno na jakimś radarze” gdy wpisywaliście w google „terroryzm przyczyny”? Czuliście dyskomfort płacąc kartą w aptece za jakiś lek (jeśli nie, to powinniście)? Zdarzało wam się polajkować artykuł na Financial Times tylko dlatego, że chcecie by facebookowe algorytmy, nawet jeśli nie patrzy na to żaden prawdziwy człowiek, zakwalifikowały was do tej „lepszej” grupy użytkowników?

Na tym właśnie polega zmienianie się pod wpływem obserwacji: nawet jeśli jesteście 100% przekonani, że żaden człowiek was nie widzi, mikromodyfikujecie swoje zachowanie, tylko po to by bezduszny algorytm lepiej o was myślał. I nie udawajcie, że tego nie robicie, każdy tak robi. Dla mnie jest to bardzo niewygodne uczucie.

Chrome jest przeglądarką tworzoną przez firmę, która zarabia na reklamach i zależy jej by te reklamy jak najardziej dopasować do użytkownika. Każda zainstalowana przeglądarka Chrome ma swój unikalny indentyfikator, który wysyła wraz z informacją o waszej aktywności na serwery Google. Powyżej wspomniałem tylko o bezwiednym śledzeniu was, ale pamiętajcie też, że żyjemy w dobie, gdy amerykańskie firmy muszą współpracować z NSA gdy te je o to poprosi i nie mogą tego ujawniać (no i znowu właśnie trafiłem na jakiś radar, może i wy trafiacie czytając to).

Przełamanie monopolu

Ilu z was wie, że przeglądarka Opera to tak naparwdę kolejna wersja Chrome? Vivaldi tak samo, tak samo Brave (przeglądarka tworzona przez byłego głównego programistę Mozilli) i właściwie wszystkie inne przeglądarki. Niemal wszystkie używają teraz tego samego silnika wyświetlania stron pod nazwą Blink.

Niemal wszystkie, bo swoje własne silniki mają tylko właśnie Mozilla i Microsoft w przeglądarce Edge.

O ile spójność standardów sieciowych jest bardzo ważna, to powinny być one implementowane na więcej niż jednym silniku. Bo monopol zabije rozwój. Albo dokładniej: zahamuje rozwój sieci w takim kierunku, w jakim powinna się rozwijać dla użytkowników, a rozwijać się będzie w takim kierunku, w jakim chce autor monopolistycznego silnika. Gdyby w sieci został tylko silnik Blink dostarczany przez Google, któremu zależy na maksymalizacji przychodu z reklam, jak myślicie, jakie nowe standardy pojawiały by się w sieci? Byłyby to lepsze interakcje użytkownika w celu zdobywania przez niego informacji, czy zmiany w celu zdobywania informacji o tym użytkowniku przez reklamodawcę?

Mozilla jest organizacją non profit i faktycznie robi to co robi by tworzyć sieć lepszą użytkownikom. Podziękuj więc im i przesiądź się na Firefoksa. Jest za darmo, działa tak samo dobrze jak Chrome, nie śledzi cię, uBlock działa… po co więc zostawać na Chrome?

Masz kartę Mastercard? Płacąc w Empiku wspierasz Rwandę

Do 6 września za każdym razem gdy zapłacisz za cokolwiek w sklepie Empik (także online) kartą Mastercard lub Maestro, ta organizacja płatnicza przekaże 0,20 euro na jedzenie dziecku w Rwandzie. Jak twierdzą jest to równowartość jednego obiadu w tym kraju (i ja w sumie mogę się zgodzić, przy zbiorowym żywieniu jest to realna cena w tym kraju).

Co więcej posiłek będzie wyprodukowany z artykułów rolnych zakupionych na lokalnym rwandyjskim rynku, a więc nie tylko dzieci będą nakarmione ale i pieniądze zostaną w tym kraju.

Ja sam mam tylko wirtualną kartę tego wystawcy, więc zakupy wykonam ale pewnie tylko online (takie też się liczą).

Informację znalazłem na Cashless, które niestety standardowo nie linkuje do źródła. Ale ja to zrobię.