Kościół przyjmował w innych parafiach także jeśli ksiądz zabił człowieka

Trwają obecnie reperkusje po filmie Sekielskiego o pedofilii wśród księży, ale wiecie gdzie teraz jesteście, co nie? 🙂 Na blogu Konrada, który był kiedyś w Rwandzie. No więc samym filmem się nie zajmę, ale coś przypomnę.

W czasie ludobójstwa w Rwandzie w 1994 roku, w którym zginęło prawie milion ludzi w ciągu 100 dni swój udział mieli też księża, w tym bardzo często udział negatywny. W najlżejszych przypadkach przed ludobójstwem z kościelnych ambon podjudzali Hutu by ci rozprawili się z karaluchami Tutsi. Tamtejsi hierarchowie kościelni na pewno wiedzieli o planowanym ludobójstwie i byli silnie powiązani z władzami wywodzącymi się z Hutu. Gdy ludobójstwo się już rozpoczęło, księża odmawiali schronienia w kościołach, gdy Tutsi się schronili, często szli do bojówek Hutu by poinformować gdzie są jeszcze ludzie do zabicia lub sami zabijali. W ekstremalnym przypadku dwóch księży katolickich zburzyło kościół tym samym zabijając 2000 (dwa tysiące) ukrytych tam osób.

Ja wiem: jeśli ktoś po raz pierwszy trafia na te informację, to ma teraz spory WTF. Zatem jeśli chcecie nadgonić z faktami zapraszam do mojego długiego wpisu na ten temat oraz do literatury na dole tego wpisu, który teraz czytacie.

Ludobójstwo skończyło się po stu dniach i co stało się z „grzesznymi” księżmi? Nie ma niespodzianki, bo zdradziłem to już w tytule wpisu. Znaleźli schronienie w innych parafiach, głównie w Europie (Francja, Belgia, Włochy).

Po ludobójstwie, w którym Tutsi ostatecznie dało odpór Hutu, nastąpił eksodus sprawców. Każdy uciekał gdzie mógł. Większość uciekła na własnych nogach do Kongo, ale kler stać na bilet na samolot. I tak oto znaleźli się w Europie (czy Kanadzie, Stanach…).

Co działo się dalej? W pierwszej kolejności głos zabrał nasz papież Jan Paweł II, który w liście do władz Rwandy domagających się wzięcia instytucjonalnej odpowiedzialności za ludobójcze czyny katolickich księży odpowiedział, że… no oczywiście, że nie. Kościół umywa od tego ręce, a grzeszni księża zostaną rozliczeni przez Boga. Tak, arcybiskup kościoła katolickiego w Rwandzie omawia ze swoim kolegą szefem rządu Rwandy (wywodzącym się z Hutu) możliwe sposoby na pozbycie się Tutsi, które kilka lat wcześniej wróciły do kraju, księża z ambon podczas katolickich mszy kościelnych, w katolickich kościołach podczas katolickich kazań wzywają do wyplenienia karaluchów Tutsi, księża nasyłają morderców na chroniące się w kościołach dzieci, kobiety i mężczyzn, księża sami zabijają ale czy Kościół Katolicki powinien coś z tym zrobić? Witaj w nowej parafii, tylko postaraj się już nikogo nie zabić, ok?

Instytucjonalnie do tej sprawy odniósł się papież Benedykt XVI. Zdarzyło się, że jedna z rocznic ludobójstwa wypadła w Wielką Sobotę. Papież napisał więc list do rwandyjskich katolików zezwalający im obchodzić te święto w innym dniu by nie konfliktować z tym smutnym dla reszty Rwandyjczyków dniem (tak, w Rwandzie już prawie nie ma katolików, ale to chyba zrozumiałe).

Dopiero w 2017 roku, 23 lata po ludobójstwie papież Franciszek najpierw namówił rwandyjskich biskupów do przeproszenia za ludobójstwo, a potem sam przeprosił podczas pielgrzymki do tego kraju.

Prezydent Rwandy, Paul Kagame i papież Franciszek (BBC)

W wymiarze prawnym wielu księży trafiło jednak przed rwandyjski sąd lub międzynarodowy trybunał karny do sprawy ludobójstwa w Rwandzie (mieszczący się w Tanzanii). Wspomniani wyżej księża, którzy zabili 2 tys. osób zostali skazani na karę śmierci przez sąd w stolicy Rwandy, Kigali. Stało się to jednak dlatego, że nie uciekli z kraju i zostali zatrzymani na miejscu. Nie wiem jaki jest stan na dziś, ale gdy 10 lat temu byłem w Rwandzie, słyszałem jedynie, że jeśli jakiś ksiądz zbiegł do Europy, to był nie do ruszenia i ani władze danego kraju, ani władze kościelne nie spieszyły się z odesłaniem go do Rwandy czy Tanzanii (jak ktoś wie coś więcej o aktualnej sytuacji, zapraszam do komentowania).

Aby być obiektywnym, trzeba też dodać, przypadek w drugą stronę: holenderski ksiądz był sądzony w Rwandzie za udział w ludobójstwie, ale po negocjacjach na szczeblu rządowym z władzami Holandii, został odesłany do Holandii i tam stanął przed sądem. Raz, że był obywatelem Holandii, więc jest to jakoś zrozumiałe, a dwa, że winą księdza było opisywanie zbrodni „w drugą stronę”: opublikował artykuły mówiące o mordach dokonanych przez Tutsi na Hutu. Tutsi po dojściu do władzy chciało go za to sądzić (w Rwandzie pomimo wielu zalet tego kraju, nie ma wolności prasy).

No i tyle. Taki mały dodatek do obecnej dyskusji, jeśli ktoś się zastanawiał co jeszcze może ci ujść płazem, jeśli nosisz sutannę.

Linkoliteratura, bo ktoś może oczywiście powiedzieć, że to tylko blog, pewnie uprzedzonego fanatyka:

BBC: Rwandan genocide: Pope Francis asks forgiveness for Church failings
UNHCR: Rwanda: Involvement of members of the Roman Catholic clergy in the 1994 genocide
Uniwersytet Avila: The Catholic Church, the Rwandan Genocide, and Reconciliation

2

Notatnik z kosmicznej dali

Wyciąg z raportu z obserwacji Planety Ziemia w galaktyce Drogi Mlecznej, 7. maja 2019 czasu ziemskiego. Raport sporządził starszy inspektor z planety Mun w galaktyce In Don Tyh przebywający z układzie słonecznym z misją obserwacyjną.

„Zauważono znaczące zmiany w podejściu do wierzeń wśród osobników zamieszkujących Polskę (północna hemisfera, Europa Środkowa). Poprzednie raporty wskazują, że zdecydowana większość osobników identyfikuje się z wyznaniem katolickim (religie postjudaistyczne, chrześcijańskie). Najnowsze obserwacje wskazują na dryf wierzeń.

Osobniki zamieszkujące Polskę według obserwacji rozwieszają w miejscach większych osiedleń zdjęcia martwych płodów gatunku Homo sapiens. Płody wydają się poaborcyjne, widoczna jest krew i limfa ludzka. Zdjęcia takie prezentowane są przez okres długotrwały z wydawać się może czcią. Osobniki gromadzą się w ich okolicach, co może wskazywać na rytuały religijne.

Obrazy nie są usuwane, co wskazuje na co najmniej akceptację działania. Jednakże w ostatnich dniach wydaje się, że próbowano dać opór dryfowi i zawrócić ku katolickim podstawom. W jednej z osad wywieszono wizerunek Maryi, z którym wciąż identyfikuje się najwidoczniej pewna część społeczeństwa.

Siły porządkowe aresztowały osobnika, który dopuścił się wywieszenia wizerunku Maryi, a władze poinformowały o sukcesie. Wskazywać to może na dryf także na szczeblach najwyższych.

Podsumowując, obserwacje wskazują na dryf religijny w kierunku satanizmowi (religie postjudaistyczne, chrześcijańskie). Dalsze obserwacje będą prowadzone. Ryzyko wzrostu agresji na razie nieustalone.”0

Arabia Saudyjska ścięła główę szesnastolatkowi za krytykowanie jej na WhatsAppie

Powoli już wszyscy zapominamy o sprawię poćwiartowania żywcem dziennikarza w ambasadzie Arabii Saudyjskiej, ale sama Arabia przychodzi nam z pomocą i nie daje zapomnieć czym jest.

Właśnie ścięto głowę 37 osobom, w tym ex-dziecku (dokładniej, miał on szesnaście lat gdy rażąc go prądem wymuszono na nim przyznanie się, że to on rozsyłał te wiadomości, po czym odmówiono adwokata i na tym proces właściwie się skończył).

https://www.thesun.co.uk/news/8926874/saudi-arabia-teenager-16-beheaded-protests-whatsapp/0

NordVPN przechowuje w pliku lokalizację użytkowników

Zyskujący ostatnio popularność – głównie chyba za sprawą dużych promocji i kampanii afiliacyjnej – serwis NordVPN okazuje się zapisywać do lokalnego pliku lokalizację użytkownika.

Odkrył to jeden z użytkowników Reddita.

Prawdopodobnie sprawa okaże się wydmuszką, już niektórzy sugerują, że robi to po to by umieć znaleźć najbliższy serwer i nic więcej, ale i tak się dzielę informacją.

0

Alexandria Ocasio-Cortez…

…to amerykańska kongresmenka, która zdobywa ostatnio dużą popularność (jest najmłodsza chyba kobietą zajmująca to stanowisko). Sukces zawdzięcza serwisom społecznościowym, w tym głównie Facebookowi.

Mimo to teraz ogłosiła, że opuszcza FB dla zdrowia psychicznego.

https://www.cnet.com/news/alexandria-ocasio-cortez-dumps-facebook/0

Dzieci żyjące w pobliżu dużych dróg gorzej się rozwijają

W kontekście budowy obwodnic śródmiejskich (w Białymstoku domyka się właśnie pełen ring takiej obwodnicy, ostatni odcinek będzie przechodził bezpośrednio pod balkonami dwóch białostockich osiedli)

https://kopalniawiedzy.pl/dziecko-droga-zanieczyszczenie-powietrze-samochod-PM2-5,298950

W pracy przy komputerze przeszedłem już 97 kilometrów

Dziś jest globalna akcja #WorkFromHomeDay gdzie podobno wszyscy pracujący z domu wrzucają na Instagrama swoje zdjęcie jak pracują. Nie mam instagrama, a ponadto chce wam opisać przy tej okazji coś innego.

Z domu – albo inaczej: nie z biura – pracuję już… od kiedy wróciłem z Rwandy, czyli będzie już ponad 10 lat. Przez ten czas wyprowadziłem się z pracą z faktycznego domu, gdy urodziły się dzieci, wynajmowałem lokal w którym wcześniej był fryzjer (co chwila ktoś wchodził z przyzwyczajenia by się ostrzyc i dziwił się widokiem, przepraszał i wychodził), potem bardziej formalne biuro, a jeszcze potem wróciłem do domu, ale domu rodziców.

Dodatkowo przez ten czas, siedząc 10 lat dzień w dzień 8 godzin przed laptopem, dorobiłem się potężnego bólu pleców.

Dodatkowo w ciągu ostatnich kilku miesięcy widziałem kilka razy informację, że podobno siedzący tryb życia jest bardziej niezdrowy niż palenie papierosów. A patrząc na siebie po tych dziesięciu latach, mogę to tylko potwierdzić.

Co więc robić? Już rok temu kupiłem biurko podnoszone do pozycji stojącej, ale nie sprawdza się. Chyba nie lubię stać więc i tak większość czasu po prostu siedzę przy nim i cierpię.

Od lat za to wiem, że na przykład Linus Torvalds (twórca Linuksa) w swoim domu ma „biurko do chodzenia”. Oto jak to wygląda:

Na jednym z naszych ostatnich WordUpów Sebastian opowiadał jak to fajnie jest pracować chodząc. Chodząc przyspieszamy krążenie krwii, mózg jest lepiej dotleniony i pracuje się nam efektywniej.

Też tak pewnie macie, że czasem w czasie spaceru wpadacie na genialne rozwiązanie problemu, co nie? Ja sam już tak robię od lat, że jak utknę z kodowaniem na jakimś problemie, biorę psa i idę na spacer. Albo do sklepu. Zawsze wtedy wpadam na rozwiązanie i aż się dziwie jakie ono jest proste.

Postanowiłem więc, że też będę miał takie biurko do chodzenia.

Współpracownicy podpowiedzieli mi jednak bym się wstrzymał. Co jeśli podobnie jak biurko do stania, okaże się, że to nie dla mnie? Będę miał wielki grat zawalający pół pokoju.

Nie głupie przemyślenie. Do tego takie biurko kosztuje od 700 złotych (sama bieżnia wkładana pod biurko napędzana jedynie mechanicznie siłą naszych mięśni) po 700 dolarów (bieżnia elektryczna) czy nawet jeszcze drożej.

Więc trzeba było się przejść na siłownię. Problemem jest jednak to, że żadna siłownia nie ma bieżni z blatem, na którym można by postawić laptop. Wszystkie mają te mniej lub bardziej ustawne panele z przyciskami.

Trzeba się było więc przygotować. Kojarzycie z podstawówki takie woreczki z grochem do ćwiczeń? No więc ja uszyłem taki, tylko wymiarów ryzy papieru (4,5 kg grochou!), od góry z kupionej w sklepie budowlanym wycieraczki domowej nakleiłem butaprenem gumowe łaty by laptop się nie zsuwał. Worek taki idealnie się dopasowuje do nierówności blatu bieżni, na górę stawiam laptop i chodząc pracuję. Tak to wygląda:

Pracuję tak już od końca lutego i przeszedłem w ten sposób już 97 kilometrów. Wiem to, bo bardzo dokładnie sobie notuję dzień po dniu ile przeszedłem, z jaką prędkością.

Nawet żeby się zmobilizować do chodzenia, rysuję sobie trasę na mapce gdzie hipotetycznie bym doszedł (idę w kierunku pewnego celu, o którym może wspomnę przy okazji innego wpisu)

Jestem już na Białorusi

Nie chodzę tak codziennie ale staram się by to były co najmniej trzy dni w tygodniu. I nie chodzę tak cały dzień: rano zaczynam pracę normalnie przy biurku, potem lecę na siłownię, po 2-3 godzinach bateria spada do prawie do zera więc wracam do pracy za biurko. Ale to i tak jest lepiej niż cały dzień za biurkiem.

Plecy czują się już lepiej. Właśnie potwierdzam ten efekt w drugą stronę: od tygodnia jestem przeziębiony więc nie chodzę na bieżnię i ból pleców wraca. Więc faktycznie to przez bieżnię/ruszenie się zza biurka choć na trochę.

Jak się pracuje? O wiele lepiej niż siedząco. Raz, że jak wspomniałem wyżej, gdy się ruszamy na mózg pracuje inaczej, więc i nasza praca biegnie dynamiczniej. Dwa, że będąc wśród ludzi na siłowni trudniej jest mi sie obijać. Nie wchodzę więc wtedy na żadne strony rozpraszające uwagę i odrywające od pracy tylko koduję, odpowiadam na maile i robię wszystko to, za co mi płacą. Tak, na bieżni jestem bardziej wydajny niż w domu.

Czy ludzie się śmieją? To kolejne pytanie, które słyszę jak komuś mówię jak pracuję. Przede wszystkim założyłem sobie, że mam to gdzieś co ludzie powiedzą. Jednak odpowiadając na pytanie: nie. Idę sobie na bieżni z laptopem, a obok mnie idzie kilka osób, z których część idąc gapi się w ekrany swoich smartfonów. Widzę, że czasem zerkają na mnie, szczególnie jak układam się tym grochowym workiem i potem laptopem na nim, ale jest luzik. Nie wiem co o mnie myślą, bo ani mi tego nie mówią, ani ich nie pytam 🙂 Myślę, że prawdziwy WTF to by był jakby ktoś na taką bieżnie wbił ze swoim pecetem, monitorem, klawiaturą… 😉

Czy sobie kupię bieżnię do domu? Nie. Odkryłem, że na siłowni mam ten dodatkowy mobilizator do pracy – mniej chętnie wchodzę na portale ze śmiesznymi obrazkami i lubię tę wartość dodaną. Więc zostaję na siłowni.

7

Nauczyciel ze swojej pensji odremontował stary dworek i zmienił go w pensjonat turystyczny

Nie ściemniam. oto ten dworek:

Historia jest taka, że nauczyciel zarabiając aż nadto postanowił nadwyżkę zainwestować. Założył firmę turystyczną i wciąż mając jeszcze pieniądze odnalazł zniszczony stary dworek na skraju puszczy białowieskiej, kupił go, wynajął ludzi, którzy przez kilka lat remontowali go (miesiąc w miesiąc wypłacając im pensje) i teraz każdy może tam spędzić trochę czasu.

Historię znam od mojego znajomego, który ów dwór remontował. Nie jest zmyślona.

WTF, zapytacie? Więc jak to, że strajkują, że mało zarabiają?

Otóż nauczyciel ten jest nauczycielem w Szwajcarii. Kraju, gdzie średnia pensja nauczyciela to w przeliczeniu na złotówki 35 tysięcy PLN miesięcznie.

W Szwajcarii w edukacji w ogóle jest inaczej niż w Polsce. Raz, że nie ma tam jednego systemu edukacyjnego, a chyba 27 (każdy kanton ma swoje własne, kompletnie odrębne zasady). Przez to tworzy się konkurencja. Nauczyciel będąc niezadowolonym ze swojej pensji może się przenieść o kilkadziesiąt kilometrów i zarabiać więcej.

Dwa, to pozycja nauczyciela. W Szwajcarii by zostać nauczycielem nie wystarczy nie znaleźć innej, lepiej płatnej pracy. Absolwenci studiów przechodzą drogę do bycia nauczycielem porównywalną z drogą do zawodu lekarza. Muszą skończyć studia wyższe, muszę skończyć kolejne studia dydaktyczne/pedagogiczne, zdać egzaminy państwowe (kantonowe?) i pokonać innych konkurentów do wakatu. Gdy już się to uda, stają się przedstawicielami szanowanego zawodu, w wolnym czasie nie udzielają korepetycji, a jeżdżą sobie po świecie i nie zawsze wiedzą co robić z nadwyżką zarobionych pieniędzy.

To tyle, jeśli chodzi o cegiełkę ode mnie w sprawie strajku nauczycieli 🙂 Może jeszcze dodam, że sam kiedyś byłem nauczycielem, zaraz po studiach zarabiałem 400 złotych miesięcznie (nie dostałem pełnego etatu), rok później zrobiłem awans na nauczyciela kontraktowego, co podniosło moją podstawę pensji, ale znów skrócono mi liczbę godzin i zarabiałem 200 złotych.

Pod koniec drugiego roku dyrektor szkoły zapowiedziała, że być może będą redukować etaty nauczycieli biologii, na co od razu odpowiedziałem, że mogą śmiało wyrzucać mnie w pierwszej kolejności. Byłem tak odważny, bo zarabiając 200 złotych miesięcznie musiałem złapać się innych źródeł finansowych. Widziałem już jak duża jest przepaść między zarobkami nauczyciela, a zarobkami w innych zawodach i rozstaliśmy się ze szkołą polubownie 🙂 Bardzo dobrze na tym wyszedłem.

Jeśli to czyta jakiś nauczyciel, który teraz co chwila słyszy „za mało? zmień zawód!” i myśli, że to może faktycznie dobry pomysł, no to ja mówię, że tak. Choć oczywiście wiem, że to zawsze jest indywidualna decyzja.

4

Zmiany organizacyjne, nie ma mnie na Facebooku, zapraszam na bloga

Stało się (czy też jak to teraz jest modne, zakrzyknę: mamy to!). Postanowiłem nie używać Facebooka i zobaczyć co się stanie.

Jako datę początkową wybrałem sobie 1 kwietnia i zrobiłem to po cichu (dopiero teraz, po tygodniu, mówię to głośno pierwszy raz). W tym wpisie opiszę powody, jak się do tego przygotowałem, jak mi idzie i kilka innych spraw organizacyjnych.

Rozwód nie jest zupełny. Nazwałbym to miękkim rozstaniem. Nie skasowałem konta, wciąż używam Messengera (w wersji Lite na telefon, a na laptopie przez stronę messenger.com). Tam wciąż są moi znajomi i nie będę ich dla eksperymentu poświęcał.

Powody

Nie zacznę od prywatności. Najważniejszym powodem jest to, że lubię sobie robić takie eksperymenty na sobie: czy potrafię odstawić jakąś używkę, czy to jednak ona trzyma mnie w szachmacie? Robię tak z różnymi aspektami życia, poczynając od kawy, przez sposób pracy po spędzanie wolnego czasu i surfowanie po sieci. Teraz przyszła pora by sprawdzić czy dam radę nie tracić czasu na sprawdzanie 15 razy na dobę czy ktoś dodał jakieś nowe zdjęcie czy wpis (nope, nie dodał, 15ty raz widzę ten sam wpis o polityku/wakacjach/gejach/aborcji/szkole/… ale to nie przeszkodzi mi wejść kolejne 10 razy by zobaczyć znów to samo).

Tak oto przeszliśmy gładko nad drugim powodem – marnowaniem czasu na rzeczy, które będę na starość żałował, że zmarnowałem na nie czas – i można już przejść do trzeciego powodu:

Właśnie prywatności. Są dwie wielkie firmy żrące nasze dane, zwyczaje, zachowania, to co lubimy, a czego nie, z kim się całujemy, a z kim lepiej nie i jak moglibyśmy to byśmy mu w mordę dali. Ale z tych dwóch firm to właśnie Facebook jest arcy-do-szpiku-wierutnie chujem.

Tą pierwszą firmą jest oczywiście Google. I Facebook, i Google zapuścili wszędzie gdzie tylko mogą swoje macki. Oczywiście chcą wiedzieć o nas jak najwięcej, nie po to by nas zniszczyć przy jakiejś okazji, a „jedynie” by lepiej nas sprzedać reklamodawcom i dlatego panoszą się gdzie tylko mogliby nas zastać i podejrzeć: przyciski „lubię to” na stronach węszące po cichu gdzie przesuneliśmy myszkę, system operacyjny na telefon uczący się czy bardziej jesteśmy wierni żonie/mężowi w książce telefonicznej czy kochance/kochankowi w tinderze (żono, jeśli to czytasz, nie mam tindera, jak nie wierzysz, zapytaj google-a) i tak dalej, i tak wszędziej.

Podczas gdy Google to wszystko robi, daje nam w zamian całą masę narzędzi za darmo (tzn za naszą prywatność, a nie za faktyczne pieniądze): dobry system operacyjny na telefony, bardzo dobrą wyszukiwarkę, dobrą pocztę elektroniczną, kalendarz, przeglądarkę, pakiet biurowy, statystyki stron, serwery CDN, DNS, mapy i dokłada do tego swoją wartość dodaną, której nie otrzymamy korzystając z tych wszystkich usług osobno, ale od różnych dostawców: wykorzystuje nasze dane nie tylko by sprzedać nas reklamodawcom, ale i by uczynić swój ekosystem inteligentniejszym. Gdy szukasz trasę w mapach do Warszawy, Google wie skąd wyruszasz. Gdy szukasz „post” w internecie, wie że jesteś programistą i wyniki odnośnie HTTP requests będą wyżej od wielkanocy.

To wszystko nadal jest złe i niewygodne, ale to jest jednak jakiś tradeoff: oddaj nam swoją prywatność, a dostaniesz coś w zamian. Ja się na to godzę lub nie.

A co daje nam Facebook? No właśnie, co? 🙂 Wall do scrollowania gdy nie masz nic ciekawszego do roboty. Wielki mi dzięki za wielkie mi coś.

Daje ci dostęp do znajomych? O nie, wręcz przeciwnie. Znajomych, mój drogi i moja droga, to Facebook trzyma jako zakładników byś nigdy nie skasował tam konta. Przekonasz się o tym, gdy spróbujesz to zrobić.

Zobaczysz wtedy, że jest to niemożliwe. Nie zmusisz się do skasowania konta i poświęcenia tych dziesiątek kontaktów, wśród których są tacy, do których piszesz codziennie i tych, których dodałeś bo pamiętasz go/ją z podstawówki i na tym wasza interakcja się skończyła.

Facebook nie daje nic. Wysysa z ciebie twoją prywatność, podsyła ci fake newsy, angażuje w troll-dyskusje, szturcha, że może ziemia faktycznie jest płaska i szkraba lepiej nie szczep, bo i tak twoje dziecko umrze, co za różnica czy na starość czy przed ząbkowaniem i ponad to wszystko dzieli nas wszystkich na wielu możliwych płaszczyznach. Znacie to uczucie, że poznajecie kogoś fajnego, rozmawiacie jak całkiem dobrzy kumple, któregoś dnia dodajcie się do znajomych na fejsie i przypał, bo dopiero wtedy się dowiadujesz, że on/ona jest socjalistycznym lewakiem albo prawicowym debilem szerującym memy wyśmiewające innych? Choć wolałbym aby ludzie tego nie robili (po co?!) to jako, że nie mogę tego sprawić, opuszczając Facebook przynajmniej nie będę tego oglądał. Od razu robi się słoneczniej.


Jak się do tego przygotowałem

Albo nie. Wiecie co, ten wpis już jest za długi 🙂 Więc podzielę go na serię wpisów i tu na razie skończę.

Jak was zaciekawiło co i jak piszę, to jakoś zacznijcie obserwować mój blog (dodajcie do czytnika RSS, do zakładek w przeglądarce,… w sumie to zaraz wrzucę link do tego na – o zgrozo, ale tam wciąż jesteście, a nie tu – fejsa i będę wrzucał do kolejnych wpisów).

W kolejnym wpisie/wpisach opiszę jak się pozbyć pamięci palców (po odstawieniu serwisu odruchowo na niego się wraca klepiąc „face” w pasek adresu i przyciskając enter) i co jeszcze zrobić by się nie chciało wracać.

Acha, pod wpisem jest takie serduszko co można kliknąć. To taki lokalny odpowiednik polajkowania, z tym że bez tracenia danych czy prywatności (nawet nie będę wiedział kto kliknął, będę wiedział tylko ile osób). Jest też formularz, w którym można komentując porozmawiać ze mną.

Na facebooku tego wpisu nie komentujcie. To znaczy: róbcie jak chcecie, ale tam waszego komentarza jednak nie przeczytam 😉

12